Dlaczego Dudę chce zastąpić 40 Polaków, a Bońka tylko jeden?

Polska to dziwny kraj i dziwi w nim wiele rzeczy. Na przykład to, że o posadę prezydenta, wartą obecnie 20 138 złotych brutto miesięcznie, ubiega się aż 40 kandydatów, bo tyle komitetów wyborczych do 16 marca zarejestrowało się w Państwowej Komisji Wyborczej, natomiast do zdobycia co najmniej czterokrotnie lepiej płatnej posady prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej jak na razie jest tylko jeden chętny.

W hierarchii społecznej urząd prezydenta rzecz jasna stoi wiele szczebli wyżej od posady prezesa związku sportowego, nieporównana jest też skala ich realnej władzy. Ale w najmniejszym stopniu nie przekłada się to na oficjalne zarobki. Pod tym względem głowa naszego państwa jest mocno ograniczona ustawowymi regulacjami.
Ile zarabia prezydent RP?
Pensję prezydenta Polski można wyliczyć na podstawie ustawy z dnia 31 lipca 1981 roku o wynagrodzeniu osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe (Dz.U. 1981 nr 20 poz. 101). W art. 2a. pkt 1. tego dokumentu czytamy, że „wynagrodzenie Prezydenta Polski składa się z wynagrodzenia zasadniczego odpowiadającego siedmiokrotności kwoty bazowej oraz dodatku funkcyjnego odpowiadającego trzykrotności kwoty bazowej, której wysokość ustaloną według odrębnych zasad określa ustawa budżetowa”. Co prawda wysokość pensji prezydenta RP zmienia się co roku, ale nie są to duże wahania – zależą one m.in. od wskaźnika inflacji. Poza tym wysokość zarobków prezydenta ustala Sejm w trakcie głosowania nad ustawą budżetową. Obecny lokator Pałacu Prezydenckiego, Andrzej Duda, oficjalnie zarabia miesięcznie 20 138 złotych brutto, czyli niewiele ponad 14 tys. złotych netto.
Rzecz jasna trzeba do tego doliczyć jeszcze kilka „drobiazgów” finansowanych z budżetu państwa: prezydent RP ma do dyspozycji w Warszawie Pałac Prezydencki na Krakowskim Przedmieściu i apartamenty w Belwederze oraz prezydenckie wille w Wiśle, na Helu i w Ciechocinku. Nie musi się również martwić o bieżące życiowe sprawy, bo spora grupa dobrze opłacanych osób dba o jego wyżywienie, garderobę, także dla żony. Nie płaci też za transport, ma bowiem do dyspozycji limuzyny, samolot i helikopter. W sumie ubogo nie jest, ale po zakończeniu kadencji w portfelu zostaje mu tylko pensja. Rocznie jest tego mniej więcej 170 tysięcy złotych na rękę, jedna pięcioletnia kadencja to niewiele ponad 850 tysięcy złotych, a dwie pełne dają zarobek na poziomie 1,7 mln złotych, plus trzymiesięczna odprawa oraz dożywotnia „renta prezydencka” wynosząca obecnie ok. 6 tys. zł brutto, a do tego 12 tys. złotych miesięcznie na utrzymanie biura i do dyspozycji limuzyna SOP z ochroną. A zatem jest się o co bić, co tłumaczy tak liczną grupę chętnych do wyborczej rywalizacji.
Ile zarabia prezes PZPN?
Prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej aż tak dobrze nie ma, co nie znaczy, że ma gorzej. W porównaniu z prezydentem RP nie dysponuje na wyłączność samolotem i helikopterem, nie ma wystawnej siedziby ani kilku willi do dyspozycji, nie chronią go też zastępy uzbrojonych ochroniarzy. Ale poza tym niczego mu nie brakuje.
Co ciekawe, chociaż PZPN jest stowarzyszeniem, w kwestiach finansowych jest transparentne jedynie w ogólnym wymiarze, gdy publikuje w materiałach na zjazdy sprawozdawcze i wyborcze składowe swojego oficjalnego budżetu. W kwestiach płacowych wszystko w tej organizacji jest tajne łamane przez poufne, co wprowadził i żelazną ręką od ośmiu lat egzekwuje jej wszechwładny szef, Zbigniew Boniek. Dlatego oprócz niego oraz być może głównej księgowej, nikt więcej nie wie, ile obecny prezes naszego piłkarskiego związku zarabia.
Możemy więc w tej kwestii jedynie spekulować na bazie trzech punktów odniesienia. Pierwszy, to pensja sekretarza generalnego PZPN Macieja Sawickiego, której wysokość osiem lat temu jakimś cudem wyciekła do mediów. Dzisiaj pewnie jest wyższa, ale wtedy bylo to 30 tysięcy złotych brutto. Poprzednik Bońka na fotelu prezesa, Grzegorz Lato, nie potrafił ukryć swoich zarobków, więc wiemy, że pod koniec swojej kadencji zarabiał brutto 50 tys. złotych miesięcznie.
Boniek przejmując jego stołek pół żartem, pół serio stwierdził, że jest trzy razy lepszym prezesem niż Lato, zatem powinien też zarabiać trzy razy więcej. Dla jasności, dla PZPN posiadającego na koncie regularnie grubo ponad 220 mln złotych, te 150 tys. złotych dla szefa nie byłoby problemem. Sęk w tym, że mniej więcej tyle to zarabiają selekcjonerzy reprezentacji (mówimy tu o czystej gaży, bez premii za sukcesy), a jak świat światem, nigdy prezes zarządu związku nie kasował więcej od trenera kadry.
Dlatego stawiamy, że oficjalnie szef naszej futbolowej centrali pobiera wynagrodzenie na poziomie mniej więcej 80 tys. złotych miesięcznie, a do tego związek pokrywa mu koszty wynajmu apartamentu w Warszawie, utrzymania, transportu, także lotów do Rzymu, gdzie na co dzień mieszka, służbowych kart kredytowych, telefonu i co tam jeszcze można. Takie koszty można wyśrubować na dowolną wysokość, ale zakładamy, że sternicy polskiego futbolu przestrzegają nie tylko przepisy, ale też zachowują jakiś umiar.
Zarobki na poziomie piłkarzy
Nie jest jednak łatwo samemu się ograniczać, jeśli wysokość pensji uchwala jedynie zarząd związku. A wiadomo, że od ośmiu lat PZPN ma kolektywny zarząd jedynie w statutowym zapisie, bo de facto związkiem jednoosobowo rządzi prezes, który jak wieść niesie, skupił w swoim ręku wszystkie najważniejsze narzędzia sprawowania władzy i z dużą sprawnością się nimi posługuje. Nie musi, jak prezydent RP, liczyć się ze zdaniem prezesa, bo przecież sam jest prezesem. A skoro tak, to byłby frajerem, gdyby nie podyktował kilkunastu całkowicie zależnym od jego woli członkom zarządu, jakich potrzebuje środków finansowych do godnego sprawowania swojej władzy. Zważywszy na jakiej stopie żyje zakładamy, że generowane przez niego koszty to kwota co najmniej tej samej wielkości co wynagrodzenie, a zatem per saldo pan prezes jakoś do tych 150 tysięcy złotych mógł dobić. I to jak najbardziej legalnie oraz bez działania na szkodę spółki. Wszystkie finansowe sprawozdania publikowane przez PZPN jasno przecież pokazuj, że pod rządami byłego piłkarza Widzewa, Juvetusu i AS Roma nasz piłkarski związek wręcz rzyga forsą i stać go na płacenie swojemu szefowi ile tylko zechce.
Można nawet zaoszczędzić
Zbigniew Boniek w tym roku zakończy drugą czteroletnią kadencję. Przez osiem lat lekko licząc był w stanie legalnie zarobić (co nie znaczy, że zarobił, bo przecież tylko spekulujemy z braku oficjalnych danych) mniej więcej 8,5 mln złotych, czyli ponad pięciokrotnie więcej niż prezydent RP. Dlatego aż dziw bierze, że chęć przejęcia sterów w PZPN jak na razie zgłosił jedynie Marek Koźmiński, aktualnie wiceprezes ds. szkoleniowych, ponoć biznesmen w branży nieruchomości, ale zapewne także nie harujący w piłkarskim związku społecznie, jak to drzewiej bywało (zgodnie z korporacyjną logiką, jego zarobki muszą być wyższe niż sekretarza generalnego, ale niższe niż szefa, szacujemy zatem je na mniej więcej 50-60 tys. złotych brutto miesięcznie plus bonusy typu komórka, karta kredytowa, darmowe podróże itp. Koźmiński już zapowiedział, że będzie kontynuował dzieło Bońka, którego rzecz jasna widzi we władzach nowego zarządu, na stanowisku… wiceprezesa. Jeśli swój plan zrealizują, Koźmiński i Boniek zamienią się tylko miejscami, a w kwestiach finansów zrobią, co zechcą, bo przecież nikt w związku nie odważy się zaoponować.
Naprawdę, aż trudno pojąć, jakim cudem takie możliwości, taka absolutna władza, nie przyciągnęły jeszcze tłumu chętnych. Zwłaszcza, że aby zdobyć posadę prezesa PZPN, nie trzeba miesiącami jeździć po Polsce na spotkania z wyborcami i mamić ich obietnicami. Szefa piłkarskiego związku wybiera walne zgromadzenie delegatów składające się ze 118 osób. Prezesem może zostać każdy z obecnych na zjeździe delegatów, musi jednak przedstawić na piśmie zgłoszenie potwierdzone deklaracjami poparcia co najmniej 15 członków PZPN. Do zdobycia tej intratnej posady wystarczy uzyskanie poparcia 60 elektorów. Patrząc z boku wydaje się, że to łatwizna, ale ten jeden kandydat na scenie daje wiele do myślenia. I wiele wyjaśnia…

Kto zastąpi Bońka?

Za niewiele ponad rok, konkretnie 26 października 2020 roku, może dojść do zmiany władz PZPN, bo tego dnia odbędą się wybory nowego prezesa i członków zarządu. Obecny sternik piłkarskiego związku, Zbigniew Boniek, po dwóch kadencjach nie może już kandydować, co wcale nie oznacza, że zamierza zrezygnować z realnej władzy w związku. Warunkiem jest zdobycie miejsca w nowym zarządzie i osadzenie na fotelu prezesa człowieka, którym da się sterować.

Wyborcza matematyka przy wyborze nowego prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej jest dosyć prosta. Elektorami będą delegaci na walne zgromadzenie w liczbie 118 osób. Jeden z nich zastąpi na stanowisku Zbigniewa Bońka. Żeby stanąć w wyborcze szranki trzeba jednak przedstawić co najmniej 15 deklaracji poparcia, które mogą udzielić kluby ekstraklasy i I ligi oraz Wojewódzkie Związki Piłki Nożnej. To są trzy najpoważniejsze siły w PZPN: WZPN-y mają do dyspozycji 60 głosów, ekstraklasa 32, a I liga 18, czyli w sumie 110 głosów. Żeby wygrać wybory w pierwszej turze, trzeba zdobyć ponad połowę głosów, czyli minimum 60.

Chociaż do wyborów jeszcze szmat czasu, w mediach już pojawiają się pierwsze informacje o toczących się zakulisowych rozgrywkach. Na przykład tvp.info.pl podaje, że w tej chwili gronie najpoważniejszych kandydatów do objęcia funkcji prezesa PZPN wymieniane są trzy nazwiska: prezesa i współwłaściciela Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszy, byłego współwłaściciela Legii Warszawa, a obecnie znajdującego się poza futbolowym środowiskiem Bogusława Leśnodorskiego oraz obecnego sekretarza generalnego PZPN Macieja Sawickiego. W Mazowieckim Związku Piłki Nożnej rozważany jest ponoć wariant wystawienia Romana Koseckiego, ale tylko w przypadku, gdy przegra wybory do Sejmu. „Kosa” już raz był kandydatem na prezesa PZPN, ale w 2012 roku ustąpił Bońkowi i zadowolił się posadą wiceprezesa ds. szkoleniowych. Po czterech latach w kolejnym starciu o związkowe posady już nie uczestniczył, ale w Mazowiecki ZPN jest członkiem zarządu i raczej nie będzie miał problemu z uzyskaniem mandatu delegata na zjazd wyborczy. Lecz jeśli utrzyma się w Sejmie, raczej na pewno nie będzie zainteresowany walką o władzę w PZPN. Dlatego na razie nie jest wymieniany w gronie potencjalnych kandydatów, jak ma to miejsce w przypadku nie kryjących się z takimi ambicjami Kuleszy, Sawickiego czy Leśnodorskiego.

Walka o kluczowe posady zapowiada się emocjonująco, bo piłkarskie środowisko jest już mocno zmęczone autorytarnymi rządami Bońka i chciałoby powrotu do zdecydowanie bardziej demokratycznych reguł obowiązujących za kadencji Michała Listkiewicza. Ta coraz częściej wyrażana tęsknota ośmieliła wciąż lubianego w futbolowych kręgach byłego arbitra do podjęcia starań o odzyskanie utraconej w 2008 roku pozycji. Dla Bońka jednak ewentualne zwycięstwo Listkiewicza to byłaby życiowa klęska, bo po tym jak brutalnie wyrzucił go ze struktur związkowych nie miałby prawa liczy na odpuszczenie win, tylko na srogi rewanż i odpłatę w myśl zasady „oko za oko”.

Dlatego obecny sternik pezetpeenowskiej nawy kombinuje, żeby przeforsować kandydaturę swojego człowieka, a jedynym, na którego lojalność może od biedy liczyć, jest zawdzięczający mu błyskotliwą karierę Sawicki. Za jego plecami w nowych władzach Boniek mógłby objąć funkcję wiceprezesa lub nawet zostać tylko zwykłym członkiem zarządu i zachować realne wpływy na działania PZPN. W gruncie rzeczy chodzi bowiem o to, że jest to warunek pozwalający Bońkowi utrzymać w przyszłości miejsce w komitecie wykonawczym UEFA. Dodajmy – warunek niezbędny, bo bez jego spełnienia mandatu nie utrzyma.

Wybór Sawickiego byłby jednak tak oczywistym przedłużeniem władzy Bońka, że dla sporej części środowiska taki wariant jest w tej chwili niemożliwy do zaakceptowania. Ale do wyborów jeszcze ponad rok, a zatem dosyć czasu, żeby zbudować Sawickiemu wystarczające poparcie. Jeśli się to nie uda, Boniek u każdego innego zdobywcy prezesowskiego stołka będzie petentem, a od takiej roli przez ostatnie siedem lat zdążył się już przyzwyczaić. No i straci też niekontrolowany dostęp do kasy, a kto wie – może nawet zostanie rozliczony z ośmiu lat ich wydawania?