Król węgiel nie chce abdykować

Rząd już dziś pośrednio subsydiuje nieopłacalne wydobycie węgla kamiennego. W przyszłości będzie to robił bezpośrednio i jeszcze większym kosztem.
W myśl porozumienia rządu Prawa i Sprawiedliwości z górniczymi związkowcami wydobycie węgla Państwowej Grupy Górniczej miałoby być dotowane z pieniędzy podatników do 2049 roku, a górnicy zatrudnieni obecnie we wszystkich państwowych kopalniach węgla kamiennego mieliby uzyskać gwarancje pracy aż do uzyskania uprawnień do emerytur górniczych lub otrzymania osłon socjalnych.
Czyli, dwudziestokilkuletni pracownik zaczynający dzisiaj pracę w państwowym górnictwie uzyskałaby w ten sposób gwarancje niewidziane w żadnym innym sektorze gospodarki ani w górnictwie prywatnym – zauważa Forum Obywatelskiego Rozwoju. .Chyba lepiej byłoby przeznaczyć dla niego te same środki, ale pozwalające na znalezienie zatrudnienia w innym fachu, niż w niebezpiecznym i szkodliwym górnictwie węgla kamiennego.
Polscy podatnicy co roku dopłacają ponad 3 mld zł do emerytur i rent górników węgla kamiennego i brunatnego. Szacuje się, że koszty opóźnienia zamykania kopalń mogą za 5 lat przekroczyć kolejne 3,5 mld zł rocznie. Już dzisiaj rząd pośrednio subsydiuje nieopłacalne wydobycie poprzez państwowe spółki energetyczne, a teraz, likwidując obowiązek hurtowej sprzedaży energii, zmniejszy jeszcze przejrzystość tego procederu.
Efektem będzie dalsze hamowanie inwestycji w energetyce oraz wyższe rachunki gospodarstw domowych i przedsiębiorstw za prąd – wskazuje FOR. Państwowa Polska Grupa Górnicza posiada najmniej wydajne kopalnie w całym sektorze. Bez nowych dotacji prawdopodobnie zakończyłyby one wydobycie już w latach 2035–2040. Przyjęty w porozumieniu rządu ze związkowcami harmonogram przewiduje jednak, że wydobycie w jednej trzeciej z nich miałoby być kontynuowane w następnych latach i stopniowo wygaszane aż do 2049 roku.
25 września rząd Prawa i Sprawiedliwości podpisał porozumienie ze strajkującymi związkowcami górniczymi. Strona rządowa deklaruje w nim, że wystąpi do Komisji Europejskiej o zgodę na bezpośrednie dotowanie wydobycia w kopalniach państwowej Polskiej Grupy Górniczej z pieniędzy podatników aż do wygaszenia ostatnich z nich w 2049 roku.
Ostateczna umowa pomiędzy rządem i związkami zawodowymi ma zostać opracowana do 15 grudnia i przedstawiona Komisji Europejskiej w celu uzyskania zgody na udzielenie pomocy publicznej. Jednocześnie, wszyscy górnicy pracujący obecnie w państwowych kopalniach węgla kamiennego mieliby uzyskać gwarancje pracy aż do uzyskania uprawnień do emerytur górniczych lub otrzymania osłon socjalnych.
Zgoda KE jest jednak mało prawdopodobna, ponieważ na mocy porozumienia z 2010 roku dopuszczalne jest przyznawanie pomocy publicznej w górnictwie wyłącznie kopalniom postawionym w stan likwidacji do końca 2018 roku, zaś dotowanie węgla byłoby sprzeczne z unijnymi celami klimatycznymi.
Realizacja zapowiedzi zawartych w porozumieniu mogłaby doprowadzić do podwojenia kosztów górnictwa ponoszonych przez podatników. Państwowe dotacje dla górnictwa mają dzisiaj przede wszystkim charakter pośredni – dopłat do emerytur górniczych. Koszty dopłat do emerytur i rent górniczych szacuje się na ponad 3 mld zł rocznie. Każda złotówka wpłacona przez górnika do ZUS zwiększa zobowiązanie emerytalne systemu wobec niego w zależności od rodzaju wykonywanej pracy o 1,5 lub 1,8 zł.
Górniczy związkowcy deklarują, że podążymy w ten sposób niemiecką ścieżką transformacji energetycznej. Może Niemców stać – bo są oni wyjątkowo kosztownym (także dla podatników) wzorem do naśladowania. Szacuje się, że w latach 1970–2012 rząd federalny dopłacał do kopalń średnio 7 mld dzisiejszych euro rocznie, zamykając ostatnią kopalnię dopiero w 2018 roku. A my chcemy to zrobić ponad trzydzieści lat później.
Rząd PiS powinien raczej skupić się na swojej funkcji właściciela nierentownych państwowych kopalń – i przedstawić realistyczny program ich wygaszania oraz wprowadzania rozwiązań dla lokalnych społeczności. Zamiast tego zapowiada walkę w Brukseli o pozwolenie na odwlekanie, kosztem podatników, likwidacji państwowego wydobycia węgla kamiennego.

Spodziewany koniec brunatnej ery

Regiony naszego kraju, żyjące z wydobycia węgla brunatnego, powinny się przygotowywać do niedalekiego już czasu, gdy stanie się on nieodwracalną przeszłością.

Jaka przyszłość czeka Zagłębie Turoszowskie i Bogatynię, gdzie od kilkudziesięciu lat trwa wydobycie węgla brunatnego?
Górny Śląsk oraz Konińskie Zagłębie węgla brunatnego już korzystają z pomocy merytorycznej i finansowej, umożliwianej przez „Platformę transformacji dla regionów węglowych” Unii Europejskiej. Ten program unijny jest pomyślany dla regionów, w których miejsca pracy oraz dochody samorządów są mocno uzależnione od regionalnego przemysłu paliw kopalnych.

Wałbrzyska przestroga

Zmiany czekające Polskę w związku z ochroną klimatu, nie ominą też Bogatyni i okolic. Zagłębie Turoszowskie dzięki współpracy w ramach tej unijnej platformy ma szansę przygotować się do końca ery węgla brunatnego i, co ważne, uniknąć scenariusza Wałbrzycha z lat 90-tych XX wieku.
Upadek tego górniczego miasta miał jednak miejsce w innych warunkach politycznych i ekonomicznych. Tamta zmiana przyszła nagle, bez przygotowania, co wiązało się ze stratami społecznymi i ekonomicznymi na ogromną skalę.
Dzisiaj sytuacja polityczna i gospodarcza jest lepsza, jednak niech przykład Wałbrzycha pozostanie przestrogą.
Zagłębie Turoszowskie oraz region Bogatyni są silnie ekonomicznie i społecznie uzależnione od jednego rodzaju przemysłu – wydobycia i spalania węgla brunatnego.
Nowy blok energetyczny elektrowni Turów czeka na wydobycie węgla z powiększonej odkrywki – aczkolwiek dzisiaj wcale nie jest pewne, czy ta elektrownia w ogóle powstanie.

Bez planu B

Inwestor zakłada dziś bardzo optymistyczną strategię: przyjmuje, że do wydobycia węgla dojdzie, a co więcej, że potrwa ono do 2044 roku.
Plany te wiszą na włosku, co powoduje napięcia społeczne, ale co gorsza władze miasta i regionu jak dotąd nie mają planu B dla strategii węglowej Bogatyni.
Tymczasem, wiele wskazuje, że strumień dochodów z tytułu obecności kopalni i elektrowni na terenie miasta potrwa nie 26, ale – co bardzo prawdopodobne – zaledwie 10 lat. Tym bardziej, że Unia Europejska, do której należy Polska, jest zdecydowana drastycznie zmniejszyć emisje dwutlenku węgla już w ciągu następnych 10 lat.
Poza tym, w związku z rozwojem tańszych odnawialnych źródeł energii, nowych technologii magazynowania energii, energetyka węglowa będzie miała coraz większe problemy z osiągnięciem zysku bez subsydiów państwowych. O te ostatnie, w związku z prawodawstwem UE określającym dopuszczalne formy pomocy publicznej, będzie zaś coraz trudniej.

Pora na myślenie do przodu

Proces transformacji energetycznej jest pożądany i akceptowany przez Polaków.
Globalna transformacja energetyki przenosi się dzisiaj na całą gospodarkę. Konkurencja zaczyna zaś napędzać postęp technologiczny, najszybszy w całej historii energetyki. Na tym korzystają już różne kraje Unii, przemysł, gospodarka ale i gospodarstwa domowe.
Dzisiaj jest szansa także dla polskich samorządów, by wykorzystały okazję, jaką stwarza UE oraz platforma transformacji.
Polska wciąż jeszcze kreśli scenariusze dla energetyki węglowej – jednak inni w tym samym czasie wybiegają już myślą do przodu i przygotowują się do zmian, które nieuchronnie nadejdą. Takie myślenie jest potrzebne i u nas.

Energetyka daleka od nowoczesności

Rząd PiS systematycznie zmniejsza wydobycie węgla kamiennego w Polsce. To słuszna polityka – ale szkoda, że zamiast stopniowego odchodzenia od tego surowca, polski węgiel jest zastępowany węglem importowanym z Rosji. W ten sposób rząd pogłębia nasze uzależnienie energetyczne.

 

Jednym z pomysłów na zmianę kierunku polskiej polityki energetycznej jest energetyka obywatelska. W Katowicach podczas szczytu klimatycznego zebrała się grupa samorządowców stawiająca na jej rozwój. Swoje działania na rzecz energetyki obywatelskiej zaczęli oczywiście od wezwania państwa do zwiększenia nakładów na ten cel.
Do samorządowców przyłaczył się Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar – choć wybór strategii energetycznych dość luźno wiąże się z zakresem działań RPO. Rzecznik uznał jednak, że w ramach chronienia praw obywatelskich, powinien on wspierać oddolne ruchy społeczne, takie jak właśnie ruch na rzecz upowszechniania energetyki obywatelskiej.
Rzecznik wskazał też na bliskie nam Węgry, gdzie utworzono stanowisko rzecznika do spraw przyszłych pokoleń, który ma być odpowiedzialny za przestrzeganie i rozwój zasady solidaryzmu społecznego (czyli naturalnej wspólnoty interesów różnych grup i warstw społecznych w państwie) – która to zasada powinna, zdaniem rzecznika, wyrażać się m.in. właśnie w rozwijaniu energetyki obywatelskiej.

 

Niech państwo da

Jak mówi ideologiczna i w związku z tym niejasna, definicja, energetyka obywatelska w odróżnieniu od dominującej na razie w Polsce energetyki oligarchicznej i scentralizowanej, opartej na systemie kilkunastu wielkich elektrowni, zakłada rozwój energetyki rozproszonej, efektywnej, opartej w coraz większym stopniu o odnawialne źródła ciepła i elektryczności, do których dostęp ułatwia się wszystkim obywatelom.
Definicja nie wyjaśnia oczywiście niczego, co jest najważniejsze: na czym ma polegać rozproszenie energetyki? co to znaczy, że będzie ona efektywna (w domyśle – w odróżnieniu od zapewne nieefektywnej energetyki oligarchicznej)? jak dostęp do niej ułatwi się wszystkim obywatelom?
Można wiec się tylko domyślać, że chodzi o wytwarzanie ciepła i prądu przez małe elektrociepłownie obejmujące niewielką liczbę odbiorców. To poniekąd powrót do koncepcji sprzed stu lat, polegającej na budowie osiedlowych kotłowni opalanych węglem – z której zrezygnowano bo te lokalne kotłownie za bardzo zatruwały powietrze a ich funkcjonowanie było w sumie droższe od systemu scentralizowanej energetyki dostarczającej prąd i ciepło. Dzisiejsze małe elektrociepłownie miałyby być opalane biogazem, który oczywiście też zatruwa powietrze. Możliwe też że składałyby się one z ogniw fotowoltaicznych – co z kolei jest drogie i wymaga dotacji dla użytkowników, zaś w pochmurne dni, zwłaszcza jesienią i zimą, ogniwa te nie zapewniają odpowiedniej temperatury ogrzewania.
Najważniejszym elementem umożliwiającym rozwój energetyki obywateslkiej jest oczywiście wsparcie finansowe państwa. Dlatego też nowo wybrani samorządowcy, którzy w ostatnich wyborach zapowiedzieli, że postawią na rozwój energetyki obywatelskiej, chcąc dotrzymać swych obietnic, spotkali się w Katowicach – i wspólnie przygotowali apel do rządu i Komisji Europejskiej o zwiększenie nakładów na rozwój energetyki obywatelskiej. Apel oczywiście nie będzie mieć żadnego znaczenia, ale samorządowcy, którzy przed wyborami samorządowymi podpisali deklarację „Popieram energetykę obywatelską” chcą sprawić wrażenie, że coś się jednak robi.

 

Polski zastępujemy rosyjskim

Polska, jak i wszystkie pozostałe kraje UE, jest zobowiązana przedstawić tzw. NECP – Krajowy Plan dla Energii i Klimatu, mający wytyczyć cele i zapewnić zgodność polityki krajowej z celami energetycznymi wspólnoty europejskiej. Samorządowcy twierdzą nawet, że Polska musi przedstawić ów plan jeszcze przed końcem tego roku, co jednak nie jest prawdą.
Jaki ten plan będzie, jeszcze dokładnie nie wiadomo, bo wciąż trwają konsultacje „Polityki Energetycznej Państwa do roku 2040”. Trudno jednak, by NECP znacząco różnił się od tej „Polityki…”, która przewiduje, że węgiel będzie odpowiadał za wytwarzanie większości energii w Polsce (tradycyjnie mówi się też o budowie elektrowni atomowej, która oczywiście nie powstanie). Potrwa to najprawdopodobniej do czasu wyczerpania jego zapasów w naszym kraju, a nawet dłużej, bo Polska importuje coraz wiecej węgla – w ubiegłym roku sprowadzono do nas 13,5 mln ton, zaś w tym roku kupimy go dużo więcej, prawdopodobnie ok. 18 mln ton, głównie z Rosji.
Obecni szefowie resortu opowiadają głupstwa, że import węgla do Polski jest „czymś naturalnym”, zaś z drugiej strony prezydent Andrzej Duda snuje bajki o obronie polskiego sektora węglowego.
Import węgla do Polski jest oczywiście czymś kompletnie nienaturalnym. Skoro chcemy spalać węgiel krajowy, którego ponoć mamy dużo, to sięgajmy po rodzime zasoby. Jesli zaś własnego węgla jest jednak za mało to wykorzystajmy tę sytuację do rozwoju energetyki odnawialnej – a nie do zwiększania importu węgla, co tylko utrwala szkodliwą strukturę naszej energetyki.
Owszem, skoro mamy węgiel, głupotą jest z niego rezygnować – ale jeszcze większą głupotą jest spalanie węgla z importu. Jeśli importowanie węgla jest bardziej opłacalne od wydobycia własnego, to znaczy, że planowanie rozwoju polskiej energetyki w oparciu o węgiel (jak zakłada „Polityka Energetyczna Państwa do roku 2040”) jest kompletnie bez sensu. W takiej sytuacji należałoby albo obniżyć koszt wydobycia węgla w Polsce, by jego import stał się nieopłacalny – albo rozwinąć mniej trującą produkcję energii ze źródeł odnawialnych.
Obie te możliwości są jednak niewykonalne dla obecnej ekipy, która nie jest w stanie zwiększyć innowacyjności polskiej gospodarki. Resort gospodarki mówi, że wybiera trzecią drogę – i chce rozwijać potencjał wydobywczy krajowych kopalni węgla.
Będzie to kosztować miliardy, bo nakłady na ten cel muszą być ogromne i spowoduje, ze Polska stanie się unijnym pariasem energetycznym, który buduje najbardziej szkodliwy i przestarzały model wytwarzania energii. Rozwój takiego tradycyjnego modelu nie wymaga za to pomyślunku i innowacyjności, czyli tego, czego szczególnie brakuje w polskiej gospodarce.

 

Rządowe bajania

Pamiętajmy jednak, że są tylko rządowe zapowiedzi, które miewają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Faktycznie, żadne rozwijanie potencjału wydobywczego sektora węglowego nie następuje, bo obecna ekipa i tego nie jest w stanie zrobić. Pod rządami PiS wydobycie węgla kamiennego systematycznie spada. W 2015, ostatnim roku rządów Platformy Obywatelskiej, polskie kopalnie wydobyły 72,7 mln ton. Rok póżniej – tylko 70,7 mln ton, zaś w ubiegłym wydobycie spadło do 65,8 mln ton. I oczywiście spada nadal: w pierwszym półroczu 2018 r wydobycie było o milion ton mniejsze niż w pierwszym półroczu ubiegłego. „Rozwijanie naszego sektora węglowego” polega zaś w rzeczywistości na jego likwidowaniu – w tym roku zamykana jest kopalnia Wieczorek, w której za czasów rządów PO rozpoczęto eksperymentalną, innowacyjną produkcję metanu metodą podziemnego zgazowania węgla.
Akurat za ograniczanie wydobycia węgla (choć prowadzone w mało sensowny sposób) trudno mieć pretensje do rządzących z PiS, bo to jest generalnie polityka słuszna – choć może szkoda, że ich czyny są tak dalece sprzeczne z ich obietnicami. Trzeba jednak mieć do nich pretensję o indolencję, marazm, brak inicjatywy i innowacyjności. Te cechy ekipy rządzącej polską gospodarka sprawiają, że w rzeczywistości nie może zostać wybrana żadna z przedstawionych tu trzech dróg. Nie ma więc ani obniżenia kosztu wydobycia polskiego węgla, ani rozwoju energetyki odnawialnej, ani wzrostu potencjału wydobywczego naszych kopalni. Polska energetyka podąża czwartą drogą, nabardziej szkodliwą i najmniej innowacyjną – po prostu zwiększa import węgla kamiennego, głównie z Rosji. To bardzo ciekawy sposób budowania naszej „niezależności energetycznej” przez PiS.
W pierwszej połowie roku 2019, jeszcze przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, w Brukseli mogą zapaść ustalenia co do ewentualnego podwyższenia tzw. celu klimatycznego (udziału wydatków na ochronę klimatu w budżecie unijnym) z 25 na 40 proc., oraz stworzenia mechanizmu wykluczającego unijne finansowanie inwestycji działających na szkodę klimatu.
Grupka samorządowców, która pojawiła się na szczycie klimatycznym w Katowicach, uznała że należy zwiększać nakłady na czystą, bezemisyjną energetykę (choć oczywiście nie ma w pełni nieszkodliwej energetyki). Ich zdaniem powinny być też traktowane priorytetowo takie projekty, jak spółdzielnie energetyczne i rozwój odnawialnych źródeł energii – bo dla uniknięcia nadciągającej jakoby katastrofy klimatycznej, pilnie potrzebujemy budowy niskoemisyjnej gospodarki. Polska powinna zaś w nowym rozdaniu środków unijnych postawić zwłaszcza na inwestycje w efektywność energetyczną.
Niedawno minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigi Emilewicz publicznie zapowiedziała bardziej zdecydowane wspieranie rozwoju energetyki obywatelskiej, co jej zdaniem ma stanowić remedium na rosnące ceny prądu. Te obietnice mają jednak tyle samo wspólnego z rzeczywistością, co zapowiadane przez rząd rozwijanie potencjału naszego sektora węglowego.