Bez proga do Boga Ważny tunajt

Dużo jeżdżę po Polsce. Ostatnimi dniami zwłaszcza. Kiedy akurat nie śpię w busie, albo nie oglądam filmu, mam okazję, żeby zobaczyć, co moi rodacy wyczyniają na polskich drogach. A wyczyniają rzeczy straszne. Zabijają się na potęgę i to ze swojej własnej głupoty. Przy okazji zabijają też innych.

To na maksa przerażające, że w Zaduszki, w trakcie trwania akcji „Znicz”, polskie drogi dostarczają polskim cmentarzom całe rzesze nowych lokatorów. Maleńczuk śpiewał ongiś, że „człowiek z wiekiem do trumny”, i rzeczywiście, coś jest na rzeczy. Spieszą się Polacy, żeby jeszcze za młodu pozamykać się w drewnianych domkach i zostać zakopanym w kwiecie wieku i kwiecia otoczeniu, ale co sobie pojeździli przez te pięć lat od egzaminu na prawo jazdy 15-letnią „bawarą”, to ich.
Znam skrzyżowanie na Bielanach, przy Sokratesa. Co najmniej dwa, trzy razy do roku jeździłem tamtędy samochodem do…mechanika. Na wymianę opon, oleju, etc. Nic nadzwyczajnego nigdy mnie tam nie spotkało. Nie mogło, bo należę do kierowców raczej ostrożnych, żeby nie powiedzieć-bojaźliwych. Mam to szczęście, że prędkość mnie przeraża, i gdy czuję, że robi się zbyt wielka, natychmiast zdejmuję nogę z gazu. Ale nie wszyscy tak mają.
Na skrzyżowaniu na Bielanach zginał człowiek. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni. Osierocił dzieci, owdowił młodą żonę. Mógł jeszcze długo cieszyć się życiem, gdyby ktoś w porę zareagował na monity. Mieszkańcy od lat nie mogli doprosić się modernizacji ich ulicy. Wokół nie brakuje świrów, którzy lubują się w taniej rozrywce; drifty, nocne wyścigi-to nakręca ich bardziej niż teatr i książka. A w połączeniu z koksem do nosa, albo nawet wódką z redbulem, robi w ich głowach mieszankę nitro, podobną do tej w bakach ich podrasowanych fur. Ze spojlerami, owiewkami, pomalowanymi na jakiś wybitnie rzucający się w oczy kolor, żeby od razu znać było, że to jedzie ktoś.
Państwo polskie wydaje miliardy złotych na rzeczy kompletnie nie istotne. Przepuszcza publiczny grosz przez palce na pomniki, rydzyki, historyczne polityki, a mogłoby na… chodniki. Żeby były proste. Albo na progi zwalniające. Co to za trud, żeby przy każdym przejściu dla pieszych, zamontować próg zwalniający. Przecież to nie mogą być Bóg wie jak duże koszta. A nawet jeśli jakimś cudem Państwa polskiego na tak wielką operację jak na razie nie stać, można by poustawiać je na początek przed przejściami dla pieszych pozbawionymi sygnalizacji świetlnej. Takimi, jak to przy Sokratesa w Warszawie.
Naprawdę, nie mogę pojąć w żaden sposób, dlaczego, znając Polaków zamiłowanie do brawury, zwłaszcza na drogach, trzeba czekać kolejnej tragedii, miast zapobiec jej, i do tego w bardzo prosty i przystępny cenowo sposób. Nie wiem, czym taki próg zwalniający mógłby zawinić kierowcom w mieście, zwłaszcza że sam korzystam z miejskich dróg i specjalnego zagrożenia nie widzę. Dla zawieszenia, resorów-chyba tylko dla nich.
Niestety, aparat administracyjno-urzędniczy w moim kraju uważa inaczej. Nie postawi progów zwalniających, bo… nie. I nikt, czy to z Zarządu Dróg czy Dyrekcji Krajowych, nie zdobędzie się na minimum przyzwoitości, żeby powiedzieć ludziom dlaczego nie. Naturalnie, jeden z drugim urzędnikiem coś tam bąkną do kamery; że bardzo im przykro, że człowiek zginął, że to powinno być przestrogą dla innych kierujących, że niedostosowanie prędkości do warunków jazdy, ale to życia człowiekowi nie wróci. Podobnie jak nie uchroni innych przechodniów przed następnym mordercą za kierownicą. A próg zwalniający by uchronił. Bez Boga ani do proga, zwykło mawiać się dziś na korytarzach ministerialnych, ale bez proga do Boga to już jak najbardziej!
Jarek Ważny

Sprawa „oświęcimska”

W sprawie wypadku drogowego byłej premier Beaty Szydło z udziałem Sebastiana K., który nastąpił 10 lutego 2017 r., biegli z Instytutu Ekspertyz Sądowych z Krakowa nie mają wątpliwości, że sprawcą wypadku jest Sebastian K.

Spór dotyczy jednak kwestii wyłączności jego winy. Gdyby sąd uznał, że kolumna rządowa oprócz sygnałów świetlnych miała także włączone sygnały dźwiękowe, Sebastian K. byłby jedynym i wyłącznym sprawcą wypadku.
Gdyby się okazało, że kolumna rządowa poruszała się bez sygnałów dźwiękowych, to wtedy – jak twierdzą biegli, Sebastian K. zostałby uznany za bezpośredniego sprawcę wypadku, ale nie jedynego. Część winy mogłaby spaść na funkcjonariuszy ówczesnego BOR-u. Jak wynika jednak z nieoficjalnych wiadomości — nie ma jednoznacznych dowodów, które przesądzałyby o winie funkcjonariuszy.
Czy tego rodzaju kategoryczna opinia z jej nieodłączną częścią wnioskową obliguje sąd do uznania oskarżonego za winnego zarzucanego mu czynu? Innymi słowy, czy sąd zobowiązany jest wydać wyrok skazujący w stosunku do Sebastiana K.?
Absolutnie nie. W procesie karnym dowód z opinii biegłego przeprowadza się wówczas, gdy istnieją okoliczności, których stwierdzenie (zbadanie) wymaga specjalnej wiedzy. Jest to dowód bardzo istotny, ale należy wskazać, iż wbrew powszechnemu (mylnemu) poglądowi, z mocy prawa nie jest on ważniejszy od innych dowodów, ani nie ma również nadanego waloru pełnej przekonywalności. Oznacza to, iż sąd nie ma obowiązku automatycznie dawać temu dowodowi pełnej wiary.
Sama fachowość podmiotu składającego taką opinię (biegłych z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych) nie przesądza o jej procesowym znaczeniu. Dowód z opinii biegłego podlega tzw. swobodnej ocenie dokonywanej przez sąd, co oznacza, iż z mocy prawa nie jest ważniejszy od innych dowodów i automatycznie nie ma pełnego waloru przekonywalności (wiarygodności). Sąd może nawet odmówić wiary treści takiej opinii, a dać wiarę innym dowodom — takim jak zeznania świadków. Jest to zgodne z zasadą, w myśl której to sąd jest najwyższym biegłym.
W sprawie Sebastiana K. uderza mnie od samego jej początku zauważalna wola prokuratury do takiego jej kierunkowania, aby pokrywała się z założoną z góry tezą procesową prokuratora. Odmawia się wiary świadkom, ponieważ w ocenie prokuratury ich zeznania nie mogą cieszyć się walorem wiarygodności, albowiem świadkowie ci są byłymi alkoholikami, aktualnie w trakcie terapii w grupie AA.
Co więcej, prokuratura w czerwcu wnioskowała o przesłuchanie tych świadków w obecności biegłych psychologów, a wniosek ten motywowała koniecznością zbadania zdolności zapamiętywania i odtwarzania przez nich faktów. Sąd uwzględnił wniosek prokuratora i powołał dwóch biegłych psychologów.
Taka taktyka procesowa prokuratora w oczywisty sposób nakierowana była na zdyskredytowanie świadków w oczach sądu jako osób w pewnym sensie ułomnych, ze względu na fakt alkoholizmu. Procedura karna nie wartościuje jednak zeznań świadków poprzez ich status społeczny czy rodzaj prowadzenia się. Świadek przed złożeniem zeznań zostaje zawsze pouczony przez sąd (czy inny organ procesowy w postępowaniu przygotowawczym) o odpowiedzialności karnej do lat 8 pozbawienia wolności za składanie zeznań fałszywych czy zatajanie prawdy.
Istnieje zatem domniemanie, że świadek mówi prawdę, dopóki coś przeciwnego nie zostanie mu udowodnione. W tym sensie nie są mniej wartościowe zeznania notorycznej prostytutki od zeznań prezesa banku.
Prokuratura jednak przyjęła – jak się zdaje – inny tok rozumowania. Nie tylko bowiem założyła, że zeznania świadków — byłych alkoholików są bezwartościowe, ale, co gorsza, że sami zeznający są „niepełnowartościowi”. Takie przynajmniej wrażenie mnie ogarnia.
Powyżej wspomniałem, że wnioski wynikające z opinii biegłych nie są dla sądu wiążące. W tej konkretnej sprawie nic nie stoi na przeszkodzie, aby sąd — na zasadzie swobodnej oceny dowodów — dał wiarę świadkom wypadku co do faktu, iż oskarżony jechał z właściwą prędkością, pojazdy zaś kolumny rządowej nie używały sygnałów dźwiękowych; wbrew opinii biegłych, iż prędkość tego kierowcy mieściła się w górnej dopuszczalnej administracyjnie granicy, nie jest zaś możliwe do weryfikacji czy pojazdy używały sygnalizacji dźwiękowej.
Inaczej mówiąc, sąd na zasadzie autonomicznej decyzji opartej na swobodnym (lecz nie dowolnym) rozumowaniu może opinię biegłych uznać za niewiarygodną, w pełni zaś dać wiarę zeznaniom bezpośrednich świadków.
Powyższe twierdzenie jest o tyle istotne, iż zadaje kłam powszechnie przyjętemu wyobrażeniu, jakoby opinia biegłego miała być ważniejsza od innych dowodów i jakoby musiała rozstrzygać kwestię winy w procesie karnym. Z dostępnych mi dziś informacji wynika bowiem, że w rozumieniu autorów wielu artykułów wina Sebastiana K. jest przesądzona. Tymczasem absolutnie tak nie jest.
Trzeba jednak zauważyć, iż dowód z treści opinii biegłego często jest w praktyce dowodem „mocnym”, niezwykle istotnym i nieraz bardzo silnie wpływa na treść wyroku sądu. Podkreślić jednak należy z drugiej strony, iż nie zawsze opinia biegłego musi mieć charakter dowodu przesądzającego o odpowiedzialności karnej oskarżonego. Chodzi o to, że istnieją instrumenty służące prowadzeniu polemiki z treścią opinii wydanej przez danego biegłego, a nawet umożliwiające dowiedzenie tezy przeciwnej do tej wskazanej przez biegłego. Tutaj otwiera się droga dla obrońcy Sebastiana K., w którego profesjonalizm wierzę całym sercem. Jest to wszak wybitna postać polskiej adwokatury – sławny mec. Władysław Pociej.
W pierwszej kolejności należy zauważyć, iż aby móc skutecznie próbować prowadzić polemikę z biegłym, należy wpierw dokonać własnej wnikliwej analizy tej opinii. Innymi słowy, należy po prostu poszukać jej słabych punktów – sprawdzić, czy jest logicznie skonstruowana, czy jest spójna wewnętrznie (czy nie zawiera wewnętrznych sprzeczności), czy biegły wykonał całe zadanie zlecone mu przez sąd. Należy również zbadać, na podstawie jakich materiałów została wydana oraz (w miarę możliwości) poddać ją kontroli merytorycznej.
Zgodnie z treścią przepisu art. 201 Kodeksu postępowania karnego strona może wnosić o uzupełnienie opinii biegłego powołanego w danej sprawie, jeżeli treść opinii tego biegłego jest niepełna, niejasna albo gdy zachodzi w niej sprzeczność. Reasumując: strona niezadowolona z treści opinii biegłego może wnosić o jego uzupełniające przesłuchanie lub o zobowiązanie tego biegłego do sporządzenia opinii uzupełniającej jego poprzednie wywody.
Ponadto możliwe jest również doprowadzenie do powołania nowego biegłego, a nawet doprowadzenie do następczej konfrontacji między powołanymi w sprawie biegłymi. Po przeprowadzeniu takich dowodów sąd oceni, któremu z biegłych przyznać atrybut wiarygodności, a którego twierdzeń nie uznać (może również nie uznać za wiarygodną żadnej ze wskazanych opinii).
Podsumowując, treść opinii biegłego jako dowód w sprawie karnej może, ale nie musi mieć decydującego znaczenia dla rozstrzygnięcia sądu. Jest tak często, ale należy pamiętać, że istnieją realne środki do prowadzenia polemiki z treścią takiej opinii (jeśli jest ona wadliwa), które rozsądnie wykorzystywane mogą prowadzić nawet do całkowitej odmowy uznania jej wiarygodności przez sąd.
Oczywiście wszystkie zasady opisane wyżej funkcjonują modelowo w demokratycznym państwie prawnym, którym Polska – według wszelkich znaków na niebie i na ziemi – od jakiegoś czasu już nie jest. Cała nadzieja dla młodego człowieka — Sebastiana K. — leży w roztropności i uczciwości sądu.
Nie znaczy to, abym tą konkluzją domagał się uniewinnienia oskarżonego. Domagam się jedynie sprawiedliwego, opartego o mocne dowody, orzeczenia, niezależnie od tego, czy będzie ono dla oskarżonego korzystne, czy nie.

Czy warto się ubezpieczyć?

Co drugi Polak podejmuje działania związane z ubezpieczeniem na życie wtedy, gdy dojdzie do jakichś niepożądanych sytuacji.

Nieżyjący już niestety profesor Jerzy Vetulani mawiał, że on się nie ubezpiecza, ponieważ woli, by po jego śmierci bliscy płakali, a nie się cieszyli.
Rzeczywiście, żal po jego tragicznej śmierci był powszechny, choć oczywiście nie miało to żadnego związku z tym, czy profesor był, czy też nie był ubezpieczony.
Wydaje się jednak, że duża część Polaków podziela opinię, iż ubezpieczenie na życie nie jest nam specjalnie potrzebne do …życia.
I chyba jest w tym nieco racji, no bo komuś, kto opuścił już ten padół łez jest raczej obojętne, czy i na jaką kwotę był ubezpieczony na wypadek swej śmierci – i ile zostawił spadkobiercom.

Na wypadek wypadku

Blisko 50 proc. Polaków podejmuje działania związane z ubezpieczeniem na życie (ubezpiecza się po raz pierwszy, zmienia warunki polisy, kupuje nową polisę), wtedy, gdy dojdzie do jakichś niepożądanych sytuacji, choroby czy śmierci bliskiej osoby. Taki wniosek płynie z najnowszego badania firmy Imas na zlecenie Vienna Life.
Priorytety życiowe Polaków nie ulegają zmianom na przestrzeni lat. Zarówno w najnowszych badaniach, jak i tych realizowanych 5 lat temu, dla 2/3 ankietowanych najważniejsza jest rodzina, a następnie zachowanie dobrego zdrowia.
Większość respondentów (78 proc.) pragnie chronić swoich bliskich przed nieszczęściami, oraz nie chce być dla nich ciężarem, gdy dojdzie do niepożądanych sytuacji (63 proc.).

Ubezpieczyciele mówią „nie”

Polacy są dość altruistyczni, bo aż 57 proc. badanych czuje się osobiście zobowiązanych do zapewnienia bytu bliskim na wypadek własnej choroby, niepełnosprawności lub śmierci.
Inna sprawa, że zaledwie 20 proc. w pełni zabezpieczyło członków rodziny na wypadek swojej niezdolności do pracy lub śmierci.
Natomiast indywidualne ubezpieczenie następstw nieszczęśliwych wypadków ma jedynie 28 proc. z nas. Pojęcie „w pełni” jest oczywiście względne, bo dla każdej rodziny będzie to inna kwota.
Na pewno jednak ten odsetek byłby dużo wyższy, gdyby nie polityka towarzystw ubezpieczeniowych działających w Polsce, które tylko do 65 roku życia sprzedają ubezpieczenia na „wypadek wypadku”, choroby i niezdolności do pracy. Po przekroczeniu tej granicy trzeba liczyć tylko na emeryturę i na to co się samemu odłożyło.
Co nas motywuje do zakupu ubezpieczenia? Oczywiście przymus.
Niezmiennie od lat badania pokazują, że Polacy decydują się na ubezpieczenie wtedy, gdy jak w przypadku OC komunikacyjnego, jest to obowiązkowe – lub wymagane, na przykład ubezpieczenie nieruchomości przy kredycie hipotecznym. Relatywnie często kupujemy ubezpieczenie turystyczne przed wyjazdem na urlop.

To, co nam przeszkadza

Według 2/3 badanych śmierć, nieuleczalna choroba jak i niepełnosprawność, najsilniej osłabiłyby poczucie bezpieczeństwa finansowego ich samych oraz ich rodzin. 53 proc. wskazuje, że nie posiada indywidualnego ubezpieczenia na życie.
Jednakże 52 proc. ankietowanych wskazuje, że rola jedynego żywiciela rodziny – i troska o los pozostawionych bliskich – jest tym, co najsilniej motywuje do sięgnięcia po ubezpieczenie na życie.
Teoria jest tu oczywista: dobrze posiadać kompleksową ochronę w różnych sytuacjach życiowych, również wtedy, gdy nas zabraknie. Jeśli przydarzy się wypadek, czy choroba, warto posiadać polisę, która zabezpieczy nie tylko naszą przyszłość, ale też przyszłość naszych najbliższych.
Główną deklarowaną barierą wykupienia indywidualnego ubezpieczenia na życia są oczywiście względy ekonomiczne (brak środków 30 proc., nieopłacalność 8 proc.).
Podobnie często wskazywane są odmienne powody, mniej lub bardziej racjonalne (inne zabezpieczenia, np. grupowe ubezpieczenie na życie – 28 proc., „nie myślałem o tym” – 15 proc., brak zaufania do ubezpieczycieli – 16 proc., brak czasu na zatroszczenie się o polisę – 5 proc.

Mieć rodzinę i dzieci

Śmierć to nie wszystko. Zawsze może trafić się sytuacja, która – wydawałoby się – nas nie dotyczy czy nie spotka. Jeśli mamy polisę, to w przypadku długotrwałej rehabilitacji po zdarzeniu losowym czy nieuleczalnej choroby, my i nasza rodzina będziemy chronieni.
54 proc. badanych przeznaczyłoby środki z ubezpieczenia na życie czy ubezpieczenia Następstw Nieszczęśliwych Wypadków na zabezpieczenie finansowe swoich bliskich. 51 proc. – na własne leczenie.
Natomiast aż 1/3 deklaruje, że wykorzystałaby je na bieżące wydatki, a 1/4 – na spłatę zobowiązań, co oznacza, że bez środków z ubezpieczenia ich codzienne życie uległoby znacznemu zaburzeniu.
Ponieważ troska o najbliższych jest jednym z najsilniejszych motywatorów do zakupu polis NNW, więc single rzadziej się ubezpieczają. Brak ubezpieczenia indywidualnego tłumaczą najczęściej młodym wiekiem czy brakiem pieniędzy, ale też przyczynami mniej racjonalnymi (nigdy o tym nie myślałem, zbytnie skomplikowanie ubezpieczeń itp).
Gdy dojdzie do sytuacji w której spotka ich choroba, niezdolność do pracy, czy nieszczęśliwy wypadek, znacznie trudniejsze dla singli będzie zachowanie dotychczasowego standardu życia. Wtedy pojawia się problem, z którym często muszą się uporać sami. Warto więc wcześniej pomyśleć o indywidualnym ubezpieczeniu.
Jak pokazuje badanie, osoby nie będące w związku małżeńskim może dość skutecznie skłonić do ubezpieczenia zmiana stanu cywilnego (17 proc.) oraz pojawienie się dziecka (32 proc.). Wniosek – należy się żenić, wychodzić za mąż oraz mieć dzieci.

Któż jak PIP

Państwowa Inspekcja Pracy zbadała sytuację w pralni w Luboniu, gdzie w ubiegłym roku ukraińska pracownica miała przerażający wypadek. Raport nie zostawia suchej nitki na właścicielu firmy.

 

29-letnia Alona Romanenko pracowała w Polsce przy maszynie do maglowania. 15 grudnia ubiegłego roku próbowała wyjąć z maszyny prześcieradło.
Urządzenie wciągnęło i zmasakrowało jej rękę.
– Walec wciągał rękę po kawałku. Wciąż krzyczałam, a maszyna wciągała, miażdżyła i gotowała – mówiła poszkodowana poznańskiej „Gazecie Wyborczej”.
Żeby uratować kobietę, niezbędna była interwencja straży pożarnej, a potem amputacja ręki.
Sprawę właśnie skończyła badać Państwowa Inspekcja Pracy i prokuratura. Inspektorzy strzegący warunków pracy sformułowali pod adresem właściciela pralni cały szereg zarzutów. Doszli do wniosku, że główną przyczyną tragicznego wypadku był brak zabezpieczenia przed dostępem do strefy niebezpiecznej oraz fakt, iż urządzenie ochronne (awaryjne wyłączanie magla) nie działało.
Inspektorzy zwrócili również uwagę, że maszyna była eksploatowana niezgodnie z przeznaczeniem – do magla wkładano pościel ze zgrubieniami; poszkodowana pracownica musiała następnie szybko zabierać ją, jeśli zrobiły się supły.
Pracując w tak wymuszonym tempie, bez wcześniejszego szkolenia BHP, Alona Romanenko każdego dnia ryzykowała zdrowiem, a być może i życiem.
Do końca lipca będzie jasne, czy Prokuratura Rejonowa Poznań-Wilda postawi właścicielowi pralni zarzuty. Za taką decyzją przemawia końcowa decyzja PIP, która po zakończonej kontroli zawnioskowała do sądu rejonowego o ukaranie przedsiębiorcy.