Czarny dzień dla naszych portfeli?

Nie dajmy się oszukiwać przy okazji Black Friday – apeluje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
70 proc. zniżki na wszystko? Drugi produkt gratis? – to często zwykłe bajki. Ruszyły wyprzedaże, które niejednokrotnie są próbą nabierania klientów. Handlowcy już od kilku tygodni kuszą konsumentów różnymi ofertami.
W tym roku Black Friday nie ma takiego rozmachu jak w poprzednich latach, bo większość sklepów w galeriach handlowych pozostaje zamknięta ze względu na obostrzenia związane z COVID-19. Akcja wielkich wyprzedaży przenosi się więc w dużej mierze do internetu. Odbywa się tam Cyber Monday – internetowy odpowiednik Black Friday. W wielu e-sklepach również reklamowane są zniżki, rabaty i promocje.
Co roku Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów otrzymuje skargi dotyczące rzekomych promocji, wyprzedaży i specjalnych okazji. Stanowią one ok. 10 proc. wszystkich zgłaszanych nieprawidłowości. – Kilka tygodni temu, wspólnie z Inspekcją Handlową, rozpoczęliśmy monitoring najpopularniejszych sklepów internetowych aby sprawdzić, czy nie oszukują oni konsumentów, wprowadzając w błąd co do rzeczywistego opustu cenowego. Może się zdarzyć, że któryś z przedsiębiorców będzie podnosił ceny przed wyprzedażą aby uatrakcyjnić zakup poprzez prezentację nieprawdziwej wartości obniżki ceny. Podobne działania mogą stanowić naruszenie zbiorowych interesów konsumentów, dlatego konsumentom zalecamy ostrożność, zaś przedsiębiorców zachęcamy do rzetelności i uczciwości – oświadczył prezes UOKiK Tomasz Chróstny, który nie powiedział jednak, jakie rezultaty przyniósł ten kilkutygodniowy monitoring sklepów internetowych.
Z jakimi problemami najczęściej mierzą się konsumenci? To przede wszystkim żonglerka cenami – czyli stwarzanie pozoru, że promocja jest atrakcyjna poprzez podnoszenie cen kilka dni wcześniej, by przy okazji słynnego święta zakupowego je obniżyć.
Zastawiane są też promocyjne „przynęty” – czyli zachęcanie rzekomo wysoką obniżką do zakupu różnych artykułów, podczas gdy w rzeczywistości promocja dotyczy jedynie wybranych produktów. Klient widzi informację „drugi produkt za 50 proc”, po czym okazuje się, że chodzi wyłącznie o towary konkretnej marki a nie cały asortyment sklepu – podkreśla UOKiK.
Niejasne bywa naliczanie rabatów – zamiast deklarowanej wysokiej obniżki ceny, klient otrzymuje w istocie znacznie mniejszy upust. Zdarza się także anulowanie już opłaconych zamówień – najczęściej rzekomo z powodu „błędu systemu”.
Black Friday i Cyber Monday to okazje nie tylko do zakupów w Polsce, ale i poza nią. Prawa e-konsumenta są w całej Unii Europejskiej jednolite. Problemy z dochodzeniem roszczeń mogą się natomiast pojawić przy zakupach poza Unią, np. w krajach azjatyckich.
Jak wyjść cało z szału zakupów i wyprzedaży? UOKiK zaleca porównanie cen w wiarygodnych porównywarkach. Niektóre porównywarki oferują też sprawdzenie historii cen, dzięki którym można ocenić, czy promocja jest faktycznie korzystna.
Warto sprawdzić opinie o produkcie na niezależnych portalach, ponieważ zdarza się, że sklep usuwa niekorzystne komentarze z własnej strony. Należy też zwrócić uwagę na cechy charakterystyczne produktu, bo w dzień masowych wyprzedaży łatwo nabrać się na przykład na produkty łudząco podobne do znanej marki lub podrobione.
Wreszcie, trzeba uważać na reklamy i zawarte w nich informacje, szczególnie te wyglądające na nieformalne, które przychodzą w mediach społecznościowych – mogą pochodzić od oszustów.

Gospodarka 48 godzin

Bieda ich wykluczyła
Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości w Polsce zwiekszyła się sfera skrajnego ubóstwa. Zgodnie z danymi z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w Polsce znajduje się ponad 150 tys rodzin wielodzietnych (troje dzieci oraz więcej), znajdujących się bardzo w trudnej sytuacji materialnej. Właśnie bieda spowodowała falstart rządowego pomysłu zdalnej szkoły. Zgodnie z informacjami przekazanymi przez kuratoria oświaty, wielu uczniów, nie przystąpiło do nauki zdalnej, w związku z brakiem możliwości technicznych (choć dokładnych liczb nie podano). Nie mają one albo komputera, albo dostępu do internetu, albo jednego i drugiego. Rząd wymyśłił więc kolejny program: zdalna szkoła plus. Program kierowany jest głównie do rodzin ubogich z minimum trojgiem dzieci. Wszystkie gminy mogą wnioskować o 100 proc. dofinansowanie zakupu sprzętu komputerowego dla uczniów, którzy z powodu ubóstwa nie mają możliwości uczestniczenia w zdalnych lekcjach. Gminy mogą ubiegać się o granty na ten cel mające od 35 do 165 tys. zł. Być może pozwoli to nieco zmniejszyć skalę wykluczenia cyfrowego uczniów z biednych rodzin. To już drugi, od czasu ogłoszenia na terenie Polski stanu zagrożenia epidemicznego, konkurs w którym gminy mogą uzyskać 100 proc. dofinansowanie na zakup sprzętu komputerowego umożliwiającego realizację zdalnych lekcji uczniom wykluczonym cyfrowo. Wcześniej, dzięki funduszom z Unii Europejskiej (program operacyjny Polska Cyfrowa na lata 2014 – 2020) zakupiono 74 328 laptopów, 10 012 tabletów oraz oprogramowanie komputerowe i dostęp do internetu. Okazało się to jednak kroplą w morzu polskiej biedy, bo skala ubóstwa wśród polskich rodzin była dużo większa niż oceniano. Jak stwierdza rządowe Centrum Projektów Polska Cyfrowa, zauważono: “Bardzo duże potrzeby sprzętowe uczniów, których nie udało nam się w pełni zaspokoić”. Nabór wniosków ruszył 15 maja.

Jak Duda z Dudą
Prezydium Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” krytycznie oceniło najnowsze plany rządu. „W tzw. Tarczy 3 rząd chce chronić miejsca pracy zwolnieniami” – stwierdziły władze związku. NSZZ „Solidarność” nie godzi się na rozszerzenie możliwości zwolnień, zarówno indywidualnych jak i grupowych, obcinanie wynagrodzenia, zabieranie połowy urlopu wypoczynkowego pracowników, zawieszanie układów zbiorowych pracy i regulaminów, przejęcie przez pracodawcę i dowolne dysponowanie zakładowymi funduszami świadczeń socjalnych. Na temat trzeciej tarczy antykryzysowej szefostwo związku wypowiedziało się w następujący sposób: „To likwidacja ochronnej funkcji kodeksu pracy oraz zamach na funkcjonowanie związków zawodowych. Mówiąc wprost – to brak jakichkolwiek cywilizowanych reguł na polskim rynku pracy”. Mimo tych słów krytyki NSZZ „Solidarność” nie występuje przeciw rządowi Prawa i Sprawiedliwości, a ostatnio Komisja Krajowa „Solidarności” udzieliła oficjalnie poparcia Andrzejowi Dudzie w zbliżających się wyborach prezydenckich. Kandydat PiS podpisał z „Solidarnością” umowę, w której obiecał wspieranie projektu emerytur stażowych (stworzonego przez Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych i już raz odrzuconego przez rząd PiS ) oraz dodatku solidarnościowego dla tych, którzy utracili pracę w czasie epidemii (rozwiązanie korzystne dla osób mających regularną umowę o pracę).

Opóźnienia i zaniechania

Rząd PiS wiedział jaki będzie scenariusz rozwoju epidemii. Mimo to, nie poczynił w porę koniecznych przygotowań. Oczywiście nikt z rządu za to nie nie odpowie.

Epidemia koronawirusa w Polsce nabiera niestety ponurego rozmachu, w sposób bardzo zbliżony do tego, jaki ma miejsce w krajach wcześniej od nas dotkniętych tym nieszczęściem. Czyli, po parotygodniowym, stopniowym wzroście liczby zakażonych i zmarłych, następuje gwałtowne przyśpieszenie, błyskawicznie przybywa chorych oraz ofiar śmiertelnych.

W naszym kraju zaczyna się właśnie ta najbardziej dramatyczna faza epidemii, co pokazuje złowroga statystyka. Otóż, od chwili wykrycia pierwszego przypadku zakażenia koronawirusem co miało miejsce 4 marca (aż się nie chce wierzyć, że jeszcze stosunkowo niedawno Polska była całkowicie wolna od tej choroby), aż do 1 kwietnia – czyli przez 28 dni –   zmarły 43 osoby. Natomiast w ciągu zaledwie trzech następnych dni, do 4 kwietnia włącznie, zmarło już 36 osób. Takie dane podał rząd, aczkolwiek w rzeczywistości liczba zmarłych jest prawdopodobnie dużo większa, choć proporcje pozostają takie same.

Podobny scenariusz rozwoju epidemii – umiarkowany okres początkowy, a potem gwałtowne, tragiczne przyśpieszenie – wystąpił niemal we wszystkich krajach, więc było oczywiste, że zrealizuje się i w Polsce. Niestety, rząd Prawa i Sprawiedliwości, choć z wyprzedzeniem miał konieczną wiedzę o ekspansji koronawirusa, nie przygotował Polski do jej odparcia – co trudno zrozumieć i usprawiedliwić.

Przykładem tego braku przygotowania są pośpieszne, czynione na ostatnią chwilę, awaryjne zakupy niezbędnego wyposażenia ochronnego i diagnostycznego – które powinno być zgromadzone w Polsce już parę tygodni temu. Niestety, nie zgromadzono go, co między innymi spowodowało to, że personel medyczny, ludzie z pierwszej linii frontu, ani nie mieli przeprowadzonych w porę powszechnych testów (i nie mają ich nadal), ani nie otrzymali należytej ilości odpowiednich maseczek. W rezultacie, zarażają siebie oraz innych, co powoduje konieczność zamykania kolejnych szpitali i oddziałów oraz uniemożliwia skuteczne ograniczanie epidemii. Przedstawiciele rządu chcąc ukryć te niedobory, za które odpowiada właśnie rząd (a zwłaszcza Ministerstwo Zdrowia), cynicznie przyjęli zasadę, iż także i personelowi medycznemu wykonuje się testy dopiero wtedy, gdy pojawią się objawy zakażenia.

Pod koniec ubiegłego tygodnia rząd poinformował, że dokonano skumulowanych zakupów 38 milionów maseczek, 18 mln kompletów rękawic jednorazowych, 2 mln gogli ochronnych, 1,5 mln kombinezonów, 300 tys. testów. W rzeczywistości nie wiadomo, czy te transakcje zostały w pełni zrealizowane, bo szef kancelarii premiera Michał Dworczyk niezbyt jasno mówił o zakupach oraz kontraktacji. Wiadomo jednak, że dokonywano ich w trybie nagłym, w maksymalnym szczycie cen.

Trudno zrozumieć, co szkodziło, aby kupić ten sprzęt kilkanaście dni temu i wcześniej dostarczyć do Polski, skoro jak stwierdza sam rząd, w walce z wirusem liczy się każda godzina. Łatwiej natomiast być pewnym tego, że członkowie PiS-owskiej ekipy, a zwłaszcza resortu zdrowia, nie odpowiedzą za swoje zaniedbania. Znacznie prostsze jest karanie mieszkańców, chwilami już nie wytrzymujących narzuconych ograniczeń.

Zakupy online chiński sposób radzenia sobie w czasie epidemii koronawirusa

Kogo najczęściej ma okazję zobaczyć Chińczyk, oprócz najbliższej rodziny, w ciągu ostatnich tygodni trwającej epidemii koronawirusa? Odpowiedź brzmi: kuriera z zakupami!

Ze względu na trwającą walkę z epidemią większość Chińczyków od czasu Chińskiego Nowego Roku pozostaje w swoich rodzinnych domach, wśród rodziny i krewnych. Pracują wyłącznie lekarze i pielęgniarki, pracownicy opieki zdrowotnej, funkcjonariusze policji, logistycy, robotnicy w kluczowych gałęziach przemysłu oraz dziennikarze.
W związku z ograniczeniami dotyczącymi możliwości wychodzenia z domów, pojawił się problem z zakupem jedzenia i przedmiotów codziennego użytku. Mimo, że duże supermarkety oraz targowiska są otwarte, wielu Chińczyków nie decyduje się na zakupy w sklepie stacjonarnym obawiając się zagrożenia w postaci zarażenia koronawirusem. Podjęcie takiej decyzji tłumaczą troską o zdrowie swoje i swoich najbliższych. Zakupy online stały się najbezpieczniejszym wyborem w czasie epidemii.
Dzięki ustaleniom rządu centralnego, wdrażaniu działań przez rządy lokalne oraz współdziałaniu pracowników lokalnej społeczności i wolontariuszy, w wielu miastach Chin i na większości wsi wykorzystano internet, Big Data i sztuczną inteligencję (AI), aby zapewnić dostawy produktów niezbędnych do życia. Firmy handlu elektronicznego i ekspresowe korporacje logistyczne zatrudniły większą liczbę pracowników i promowały swoje zdolności przewozowe. Dzięki wysokim standardom i wymaganiom dotyczącym zapewnienia higieny osobistej zrobiły wszystko, aby zaspokoić potrzeby Chińczyków.
Produkty medyczne, żywność, napoje oraz inne przedmioty codziennego użytku można zamówić online poprzez chiński komunikator WeChat, ale także przez aplikacje i platformy handlu elektronicznego. Zamówione przesyłki zostaną dostarczone pod drzwi klienta lub pozostawione na regałach przed bramami osiedli, co oznacza, że dostawa odbywa się „bez kontaktu z kurierem”. W ten sposób wszystkie strony: sprzedawca, kurier oraz kupujący zachowują bezpieczeństwo.
Podczas epidemii korporacje handlu elektronicznego były bardzo aktywne. Między innymi Alibaba, Jingdong, Pinduoduo, Meituan i Eleme wprowadziły różne programy promocyjne, które w coraz większym stopniu koncentrują się na rynku wiejskim. Firma Suning wprowadziła dodatkową bezpłatną usługę w postaci tymczasowego przechowywania przesyłki.
Mimo wielu trudności, przemysł logistyczny nadal wykazuje dobrą odporność na pojawiające się ryzyko. Aby zapewnić terminową dostawę paczek firmy kurierskie, takie jak Shunfeng, otworzyły „zielone kanały”, ułatwiające kontakt z klientami. Wprowadzone zostały między innymi specjalne stanowiska recepcji przy bramach do osiedli, gdzie kurierzy mogą pozostawić paczki z zakupami. Pojawiła się także możliwość bezpośredniego kontaktu na linii kurier – wolontariusz, który doręcza przesyłkę osobiście do mieszkań osób starszych lub niepełnosprawnych.
Chińscy klienci, którzy pracują zdalnie w swoich domach, wypracowują własną strategię robienia zakupów – mają na przykład więcej czasu na przeglądanie wyszukiwarek z produktami przed podjęciem ostatecznej decyzji o wydaniu pieniędzy. Najczęściej Chińczycy robią zakupy poprzez strony internetowe: Tmall Supermarket, Hema Fresh, Daily Good Fresh, Jingdong Home, Duodian, COFCO Ibuy, Meituan itd.
Wzrost liczby zakupów online łączy się także ze zwiększeniem problemów z nim związanych. Najczęściej dotyczą one opóźnień w dostarczeniu przesyłek, anulowania zamówienia, trudności w zwrocie lub wymianie towarów.
Zdaniem Chińczyków walka z epidemią koronawirusa wejdzie w okres krytyczny. Oznacza to, że wciąż pozostaną oni w domach, minimalizując w ten sposób możliwość zarażenia się chorobą. Handel elektroniczny i opieka społeczna będą wciąż pomagać w realizacjizakupów przedmiotów codziennego użytku przez internet.
Walka z epidemią to współpraca chińskiego rządu, firm internetowych, wolontariuszu, kurierów oraz samych Chińczyków, którzy każdego dnia dokonują zakupów. Ich wspólna praca przyczyniła się do płynnego rozwoju działań antyepidemicznych na wszystkich frontach. To mądrość i ciężka praca wielu ludzi! Chińczycy mówią, że bez względu na to kim i gdzie się jest, kiedy pojawią się trudności, dzięki ciężkiej pracy, można je przezwyciężyć. Chińskie doświadczenia mogą okazać się pomocne dla innych krajów i ich mieszkańców, którzy właśnie stoją w obliczu epidemii.

Polacy kupili dużo samochodów

Nie wiadomo, czy szybki wzrost liczby aut w Polsce jest na pewno tym czego potrzebujemy, ale dla zagranicznych producentów aut (bo własnego przemysłu samochodowego nie mamy) nasze wyniki są bez wątpienia satysfakcjonujące.

Z motoryzacyjnego punktu widzenia można mówić o mocnym zamknięciu dobrego dla branży 2019 r.
W grudniu ubiegłego roku zarejestrowano w naszym kraju w sumie 60 076 nowych samochodów osobowych i dostawczych o wadze do 3,5 t.

Nieco sztuczny wzrost

Jest to wynik wyższy o 14,7 proc. niż rok wcześniej i drugi najwyższy w dotychczasowej historii, po sierpniu 2018 (61 911 szt. co było związane z wprowadzeniem nowych norm pomiaru spalania). Liczba rejestracji samych samochodów osobowych zwiększyła się o 15,7 proc. a dostawczych o 8,1 proc.
Również i ów ubiegłoroczny grudniowy rezultat został napompowany nieco sztucznie. To przede wszystkim efekt wprowadzenia bardziej restrykcyjnych norm emisji CO2 zarówno dla samochodów osobowych, jak i dostawczych od początku 2020 roku.
Ponadto, ostatni grudzień był o jeden dzień roboczy dłuższy niż rok wcześniej ( 20 dni wobec 19 w grudniu 2018). Po uwzględnieniu tego faktu i tak wzrost jest niebagatelny – wyniósł 8,9 proc.
Natomiast w całym ubiegłym roku przybyło w Polsce 625 470 lekkich samochodów (liczonych razem osobowych i dostawczych do 3,5 t). Tempo wzrostu w skali roku wyniosło 4,1 proc. (+24 762 szt.) ale systematycznie obniża się w porównaniu z notowanym we wcześniejszych latach. W 2016 r osiągnęło 16,6 proc. po czym spadło w kolejnych latach do 15 proc. i 9,8 proc.
Ten przyrost, oprócz nowych norm, jest też wynikiem utrzymującej się ogólnie dobrej koniunktury gospodarczej w Polsce. Jednakże badania klimatu koniunktury w handlu detalicznym w grudniu ub.r. wskazują na mniej pozytywne oceny niż miesiąc wcześniej.
Nastroje przedsiębiorców kolejny raz pogorszyły się nieco w stosunku do poprzedniego miesiąca. Zapowiada to mniej optymistyczne spojrzenie na 2020 rok, który może zakończyć się spadkiem zakupu nowych samochodów w naszym kraju. Polsce.

Instytucje kupują drogo

W grudniu 2019 r. zarejestrowano 52 499 samochodów osobowych – czyli o 7 109 szt. (15,7 proc.) więcej niż rok wcześniej i jednocześnie o 7 124 szt. (15,7 proc.) więcej niż w listopadzie.
Nabywcy indywidualni kupili w ostatnim miesiącu roku 14,2 tys. szt. – o 21,4 proc. więcej niż w 2018 r. i o 6,8 proc. więcej niż w listopadzie. Udział tej grupy klientów wyniósł 27 proc. i był większy o 1,3 pkt. proc. niż rok wcześniej, a także mniejszy niż w listopadzie (o 2,2 pkt. proc.)
Cały czas lwia część rejestracji (78,6 proc.) przypada na nabywców instytucjonalnych. Oni kupili w grudniu 2019 r. 38,3 tys. samochodów. Wynik ten był wyższy niż przed rokiem (+4 617szt. i 13,7 proc.) i wyższy od uzyskanego miesiąc wcześniej o 6 222 szt. (19,4 cproc.).
Wśród klientów instytucjonalnych najważniejszą grupę klientów stanowiły niezmiennie firmy leasingowe i wynajmujące auta.
Marki popularne zakończyły ostatni miesiąc roku z rezultatem 43,2 tys. nowych rejestracji (14,9 proc.) i osiągnęły 82,2 proc. udziału w rynku. Liczba nowych samochodów marek premium wyniosła 9,3 tys. szt. i była wyższa niż rok wcześniej o 19,3 proc., głównie za sprawą zakupów firmowych i dokonywanych przez instytucje państwowe(gdzie nabywa się zwłaszcza droższe auta).

Nowe hybrydy

W grupie nowych samochodów osobowych zarejestrowano w grudniu ponad 4,3 tys. hybryd (51,3 proc r/r) oraz 264 pojazdów z napędem elektrycznym (aż 76 proc.). Wśród nich znalazło się 107 samochodów wyłącznie elektrycznych. Te wyniki osiągane były niemal wyłącznie dzięki tzw. zakupom flotowym.
Samochody z napędem benzynowym zajęły 70,5 proc. polskiego rynku a z dieslem 20,5 proc. – podczas, gdy rok wcześniej stanowiły w grudniu odpowiednio 66,4 proc. i 25,9 proc..
W całym 2019 roku zarejestrowano w Polsce 555 598 nowych samochodów osobowych – o 23 709 szt. (4,5 proc. ) więcej niż w 2018 r.
Wszystkich marek premium zarejestrowano 80,5 tys. szt. przy wzroście ich liczby o 7,2 proc. w skali roku. Natomiast marki popularne osiągnęły w tym czasie poziom 475,1 tys. nowych rejestracji (4 proc.).
W całej grupie samochodów osobowych zarejestrowano 38,7 tys. hybryd (62 proc.) oraz 2 690 szt. (95,1 proc) z napędem elektrycznym lub tzw. hybrydowym plug-in.
Samochody z napędem benzynowym zajęły 71 proc. rynku i przybyło ich 394,5 tys. szt. a diesle 20 proc. – i osiągnęły 111,1 tys. rejestracji. Rok wcześniej ich udział w rynku wynosił odpowiednio 69,2 proc. i 24,6 proc.
Jak zawsze VW
Od początku 2019 roku w grupie nabywców indywidualnych zarejestrowano 162,9 tys.nowych samochodów . Było to o 15443 szt. (10,5 proc.) więcej niż w tym samym okresie 2018 roku. Pozycja lidera tradycyjnie należy do Toyoty (23 529.; +24,3 proc., która wzmocniła jeszcze swój udział z 2018 r. o 1,6 p.p. Druga, Skoda zarejestrowała 18 690 szt. (+1,3 proc.). Na trzecim jest Dacia (14 722; +39,3 proc.), która zyskała 2 pozycje w rankingu w stosunku do 2018 r. Na czwartym miejscu była Kia (12 170 szt; +14,5 proc). Z piątą lokatą ubiegłe dwanaście miesięcy zakończył Hyundai (11 647; +11,1 proc.). Drugą piątkę otworzył Volkswagen (10 356 szt.; – 1,9 proc.) – pierwsza marka ze spadkiem w skali roku.
W rzeczywistości jednak to właśnie Volkswagen był i pozostaje liderem sprzedaży nowych samochodów w Polsce. Do niego należy bowiem Skoda a także i Seat oraz Audi. Niemiecki koncern wyprzedza więc bardzo wyraźnie wszystkich konkurentów. W grudniu najchętniej kupowane modele samochodów w Polsce to Toyota Corolla (2065szt.) i Skoda Octavia (1 779 szt.) a trzeci był Yaris (1 714 szt.).
Od początku 2019 roku w grupie nabywców indywidualnych zarejestrowano 162,9 tys. nowych samochodów. Było to o 15443 szt. (+10,5 proc.) więcej niż w tym samym okresie 2018 r.
W całym 2019 roku zarejestrowano 69 872 nowe samochody dostawcze o masie do 3,5 t, co jest wynikiem wyższym od tego w 2018 roku o 1,5 proc. Ten minimalny przyrost pokazuje na załamywanie się koniuktury gospodarczej w Polsce – nie za bardzo przybywa towarów do wożenia. W 2019 r. w rankingu samochodów dostawczych liderem był Fiat przed Renault i Volkswagenem.

Brzemię świątecznych zakupów

Na prezenty i inne przyjemności wydajemy coraz więcej, ale większość z nas potrafi zachować dyscyplinę finansową.

Święta zbliżają się wielkimi krokami i już w drugiej połowie listopada w większości sklepów możemy spotkać półki ze świątecznymi stroikami, a galerie handlowe zaczynają świecić kolorowymi światełkami. Co więc zrobić, aby nasz portfel przed świętami nie zaczął świecić pustkami?
W ubiegłym roku Polacy na zakupy świąteczne wydali 272 euro (równowartość 1168 zł). Jest to zaledwie o 64 zł więcej, niż w 2017 roku (257 euro, czyli 1104 zł).
Wydaje się, że jak na czas generalnie rosnącej konsumpcji krajowej jest to przyrost niewielki, wystawiający niezłe świadectwo roztropności finansowej rodaków. Spośród tych deklarowanych 1168 zł wydawaliśmy: na prezenty – 532 zł, na artykuły spożywcze – 511 zł, a na spotkania towarzyskie 125 zł – wynika z zeszłorocznego badania firmy Deloitte.
Inna sprawa, że jak pokazuje badanie, Polacy spośród mieszkańców państw europejskich są szczególnie skłonni aby przekraczać założony budżet na wydatki świąteczne. 53 proc. badanych deklaruje, że zapewne przekroczy go o ponad 200 zł, podczas gdy średnia „przekroczenia” dla Europy to 32 zł.

Ostrożnie z pożyczkami

Nasze wydatki na prezenty świąteczne rosną w tempie nieco ponad 3 proc. rocznie, ale w internecie znacznie szybciej – na prezenty kupowane online wydajemy już o prawie 9 proc. więcej rok do roku. W przypadku wielu rodzin wpływ na to mogą mieć środki z rządowego programu Rodzina 500 plus.
Na rosnące zakupy wpływ może mieć oczywiście większa zasobność naszych portfeli, ale także i, zauważalny przez Polaków wzrost cen. Z jednej strony nominalnie mamy zatem więcej, ale jest to skutecznie „zjadane” zwłaszcza przez część wydatków związanych właśnie z żywnością, czy rozmaitymi usługami.
Wszystkie badania pokazują, że większość Polaków sfinansuje tegoroczne święta z pensji lub oszczędności.
Mimo szaleńczego wręcz nasilenia reklam różnych pożyczek i kredytów konsumpcyjnych, zaledwie co dwunasty z nas zamierza zaciągnąć kredyt lub pożyczkę, albo przesunie płatność rachunków.
Dobrze już rozumiemy, że przedświątecznych pożyczek należy unikać jak ognia. Co piąty z grona tych, którzy zamierzają wspomagać się pożyczkami bądź kredytami, przeczuwa niestety, że popadnie w finansowe kłopoty z powodu bożonarodzeniowych wydatków.

Nie wierzcie promocjom

Nie jest tajemnicą, że przed świętami produkty w sklepach drożeją. Kłamliwe są wszelkie reklamy mówiące o promocjach świątecznych czy nadzwyczajnych obniżkach. Również i listopadowe wyprzedaże to w dużej mierze lipa, bo ceny tylko sporadycznie bywają niższe. Warto więc pamiętać o dyscyplinie finansowej, a najlepiej przygotować wcześniej plan, którego będziemy się trzymać podczas robienia zakupów.
Dużą część świątecznych wydatków pochłaniają prezenty, a zatem teoretycznie możnaby je kupić wcześniej. Można też trafić na rozmaite akcje rabatowe oraz skorzystać z ofert klubów zakupowych, które niekiedy pozwolą na złapanie okazji. Niekiedy zdarzają się także wyprzedaże garażowe rzeczy używanych, które przywędrowały do nas ze Stanów Zjednoczonych i stopniowo zaczynają zyskiwać popularność.
Można w ten sposób „przewietrzyć szafy” oraz zarobić na rzeczach, które nam się już nie przydadzą – a z drugiej strony jest to szansa na upolowanie fajnego prezentu, np. na targach vintage (to taka bardziej elegancka nazwa targów staroci czy pchlich targów), gdzie czasem da się znaleźć interesujące bibeloty, książki, czy biżuterię. Oczywiście im bliżej świat, tym o to trudniej.

Warto mieć poduszkę

Najlepszą rzeczą jaką możemy zrobić przed świętami jest przygotowanie poduszki finansowej – tak aby mogła zamortyzować ona upadek naszych finansów wywołany nadchodzącymi wydatkami.
Czyli, trzebaby wcześniej trochę zaoszczędzić. Problem w tym, że większość Polaków ciągle nie bardzo ma co zaoszczędzić. Gdy zaś już cokolwiek zaoszczędzą, to ich pieniądze są systematycznie konsumowane przez rosnącą inflację. Oszczędności mogą też zostać zrujnowane przez nieprzewidziane kłopoty: wydatki nieplanowane, związane z pogorszeniem stanu zdrowia bądź jakąś sytuacją kryzysową.
Generalnie oszczędności Polaków wynikają przede wszystkim z ograniczenia bieżących wydatków, nie zaś z lepszego gospodarowania pieniędzmi czy pojawieniem się nadwyżek w portfelu.
Według raportu GfK Polonia, Polacy stopniowo oszczędzają coraz więcej, jednak wciąż pozostają w tyle za sąsiadami. Skumulowane oszczędności polskich gospodarstw domowych w Polsce wynoszą 2,2 proc. produktu krajowego brutto, natomiast w Niemczech wartość ta wynosi ponad 11 proc. PKB.
Większość z nas odkłada kwoty, wynoszące średnio pomiędzy 100 a 250 złotych miesięcznie. Aby święta nie były dla nas zaskoczeniem warto więc już wcześniej przeznaczać na ten cel choć część miesięcznych oszczędności.
Dyscypliny finansowej nie nauczymy się z dnia na dzień, ale możemy przyjrzeć się swoim wydatkom i zanotować, ile pochłaniają Święta Bożego Narodzenia – a potem wrócić do tego rozliczenia za rok, gdy zaczniemy myśleć o wydatkach na święta 2020 r.

Nieznośna lekkość zakupów internetowych

Rozwój handlu on line oraz mobilne metody płatności czasem bardzo skutecznie opróżniają nasze portfele, wpędzając nas w długi.

Przeszło 4 na 10 konsumentów przyznaje, że łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni i zdarzyło im się nawet nabyć droższe produkty niż myśleli.
Tak więc, możnaby powiedzieć, że Polacy coraz chętniej korzystają z alternatywnych sposobów płatności…, dzięki którym się zadłużają. Taki wniosek wydaje się płynąć z raportu Intrum – Europejski Raport Płatności Konsumenckich 2018 – Polska, z którego wynika również, że nowoczesne metody płatności i korzystanie z zalet sprzedaży internetowej co prawda ułatwiają nam życie, ale niemałą grupę konsumentów „zmuszają” do zbędnego kupowania, nierzadko na kredyt.
Jesteśmy już „zaprzyjaźnieni” z tymi metodami. Chociaż, jak wynika z badania, płacąc za zakupy, nadal najczęściej wybieramy gotówkę – 42 proc. codziennie i blisko 40 proc. raz w tygodniu korzysta z tego rozwiązania – to jednak inne metody płacenia zaczynają wypierać z obiegu papierowy pieniądz. 26 proc. pytanych przyznało, że przynajmniej raz w tygodniu korzysta z płatności mobilnych, czyli o 6 proc. więcej, niż w poprzednio analizowanym okresie (2017 r.).

Życie w kredycie

Blisko co 5 osoba korzysta codziennie z bankowości elektronicznej, a 46 proc. respondentów minimum raz na tydzień wykonuje przelewy internetowe i inne finansowe transakcje online. Niewiele mniej osób niż w przypadku bankowości internetowej, bo 16 proc., docenia zalety karty płatniczej, płacąc nią codziennie. Raz w tygodniu zdarza się to ponad jednej trzeciej Polaków.
Wzięto oczywiście pod uwagę również i osoby, które posiadają kartę kredytową. 12 proc. z nich wyciąga ją codziennie z portfela by robić zakupy, a blisko co 4 osoba płaci nią przynajmniej raz w tygodniu. 40 proc. używa karty kredytowej do płacenia w Internecie.
Liczba osób, które korzystają z karty kredytowej pozornie może nie robi wrażenia, ale w tym przypadku nie chodzi o „zwykły” środek płatniczy, ale o korzystanie z zewnętrznego źródła finansowania codziennych zakupów i bieżących rachunków. Aż 12 proc. osób biorących udział w badaniu przyznało, że codziennie posługuje się kartą kredytową, czyli każdego dnia kupuje coś na kredyt.
Te dane pokazują, że z jednej strony, kiedy potrzebujemy dodatkowego zastrzyku gotówki, zaciągnięcie kredytu na karcie jest wygodnym rozwiązaniem, praktycznie w zasięgu ręki każdego z nas, ale dla niektórych może być to zbyt łatwym wyjściem – posiadanie plastikowego pieniądza w swoim portfelu może skłaniać do częstszego i łatwiejszego zadłużania się.
Kiedyś, gdy jedyną możliwością na uzyskanie finansowania było udanie się do oddziału banku, wypełnianie wielostronicowych formularzy/wniosków kredytowych i oczekiwanie na decyzję kredytodawcy – już sam proces starania się o kredyt zniechęcał wielu do pożyczania pieniędzy. Dzisiaj, wniosek o wydanie karty kredytowej można wypełnić online w 10 minut. Jeżeli spełniamy wymagane kryteria, limit zostaje nam przyznany przez bank i po kilku dniach po otrzymaniu karty, możemy dowolnie, w każdym momencie dokonać zakupów na kredyt – komentuje Krzysztof Krauze, prezes Intrum.

Nie czytają, a kupują

Jednak nie tylko nowoczesne metody płatności, których ciągłe przybywa, skłaniają nas do zadłużania się. Jak wynika z przeprowadzonego badania, w tym niekorzystnym zjawisku nie mniejszą rolę odgrywa także rozwój handlu internetowego (e-commerce).
Przez zakupy online wydajemy bowiem więcej niż chcemy. Szacuje się, że wartość rodzimego rynku e-commerce wynosi już ok. 50 mld zł, a do 2020 r. wzrośnie nawet do 60 mld zł, co nie zaskakuje.
Chętnie robimy zakupy online, bo choć niezbyt bezpieczne, są jednak szybkie, wygodne i dają niezależność. W ciągu kilku dni mogą do nas dotrzeć zamówione produkty, dosłownie z drugiego końca świata. Ponad połowa (52 proc.) pytanych zgadza się ze stwierdzeniem, że w porównaniu z rokiem poprzednim, dziś większą część swoich zakupów robi online.
Nie przeszkadza temu fakt, aż 63 proc. z nas martwi się o to, że gdy kupuje rzeczy w Internecie, nasze dane osobowe mogą trafić w niepowołane ręce. – Duża liczba respondentów, którzy uważają w ten sposób, nie musi koniecznie świadczyć o tym, że nie czujemy się do końca bezpiecznie kupując online lub że internetowi sprzedawcy nie dbają o bezpieczeństwo transakcji dokonywanych w sieci. Te dane pokazują, że jesteśmy coraz bardziej świadomi, jakie zagrożenia mogą spotkać konsumentów nabywających rzeczy przez Internet – wskazuje Krzysztof Krauze.
Ale jak się okazuje, zakupy w sieci oprócz wielu plusów, mają także swoje minusy. Jak przyznaje 44 proc. ankietowanych, łatwość kupowania przez Internet sprawia, że kupują więcej niż powinni.
Co 4 osoba stwierdza nawet, że kupiła online produkty, które okazywały się droższe, niż się początkowo wydawały, co również związane jest ze specyfiką kupowania w sieci. Często takich zakupów dokonujemy pospiesznie, nie wczytując się we wszystkie warunki transakcji, co potem odczuwa nasz portfel. Tę zależność również potwierdzają osoby pytane w trakcie badania.

Szkodliwe media społecznościowe

Aż 52 proc. ankietowanych nie ukrywa, że rzadko czyta zasady i warunki, kupując online. Nie pomaga również to, że jesteśmy stale zachęcani do kupowania online. Nie chodzi tylko o wszechobecne reklamy „atakujące” internautów. Również media społecznościowe wytwarzają presję, by kupować i konsumować więcej, niż się powinno. Tego zdania jest 55 proc. ankietowanych.
53 proc. Polaków uważa, że zakupy przez Internet są zbyt proste. Co to oznacza? Sama mechanika kupowania produktów w sieci oraz szczególnie, skrócenie całego procesu nabywania sprawia, że zbyt szybko podejmujemy decyzję o tym, co kupić, a co się z tym wiąże – nie zawsze myślimy o tym, czy jest nas stać na daną rzecz i jak za nią zapłacimy. A jeżeli stwierdzamy, że to problem, w zasięgu ręki od razu mamy rozwiązanie. Online możemy zaciągnąć kredyt lub starać się o pożyczkę. 6 na 10 respondentów przyznało, że martwi ich łatwy dostęp do kredytów przez smartfony, ponieważ to może skłaniać o pożyczania pieniędzy te osoby, które nie powinny tego robić – dodaje Krzysztof Krazue.
Tak więc, łatwość kupowania przez Internet w połączeniu z łatwością sięgnięcia po dodatkowe fundusze, dla niektórych osób może być prostym przepisem na popadnięcie w problemy finansowe.

Nie dajmy się uwieść

W okresach przedświątecznych występuje szczególne nasilenie rozmaitych technik zakupowych, mających skutecznie opróżnić nasz portfel.

 

Jeśli kiedykolwiek wróciliśmy ze sklepu z zakupami, które po powrocie do domu przestały się nam podobać albo z rzeczami, których w ogóle nie planowaliśmy kupić, możliwe, że daliśmy się uwieść tzw. marketingowi sensorycznemu.
To nowoczesna nazwa, określająca jednak zestaw starych jak świat narzędzi, od zawsze stosowanych przez sprzedawców.
Chodzi w nich o tworzenie odpowiedniej atmosfery podczas robienia zakupów. Składają się na to stosownie dobrane zapachy, obrazy, dźwięki oraz oświetlenie w sklepach. Ich zadaniem jest przywoływanie pozytywnych emocji, ograniczanie pośpiechu (dlatego w hipermarketach nie wiszą zegary) i wprawianie klientów w dobry nastrój, by ci kupowali jak najwięcej.
Z badań Washington State University College of Business wynika, że osoby, które robią zakupy w otoczeniu kompozycji zapachowych, wydają średnio 20 proc. więcej, niż początkowo zamierzały. Wiarygodność tych badań jest wprawdzie nikła, ale wiadomo, że należy ograniczać zakupy, by nie nadwyrężyć domowego budżetu – a łatwo go przekroczyć przed Świętami, kiedy centra handlowe sięgają po wszelkie metody, by przyciągnąć klientów. Warto więc bronić się przed „nieświadomą” chęcią zakupów, by nie rozpocząć Nowego Roku z dziurą w domowej kasie.

 

Liczą się emocje

Od dawna wiadomo, że pod wpływem emocji możemy kupować więcej. By je uruchomić, potrzebne jest włączenie mechanizmów, które wpływają na zmysły. Szczególną uwagę zwraca się na powonienie, bo ono automatycznie przywołuje skojarzenia. Przykładowo, zapach świeżo parzonej kawy działa na kawoszy (herbaciarze są tu bardziej odporni) szybciej niż jej pierwszy łyk.
To znany Efekt Prousta (słynne skojarzenie między zapachami a wspomnieniami), który wykorzystuje się w marketingu, bazującym na odpowiednio skomponowanym zapachu, rozpylanym w miejscach sprzedaży. Jak mówi teoria, odpowiednio dopasowana do preferencji konsumenta woń przekłada się na jego pozytywny nastrój – klient, czując w sklepie zapach, który dobrze mu się kojarzy i podoba, prawdopodobnie podczas zakupów wyda więcej, niż planował.
Poprzez kompozycje zapachowe można również „nakłaniać” klienta do zakupu konkretnych rzeczy. Jak podaje Scent Marketing Institue, zapach świeżo wypiekanego chleba zwiększa chęć zakupu domu (to działa chyba tylko w bogatych krajach), a woń skóry i cedru zachęca do nabycia mebli. Więcej czasu spędzimy też w sklepach, a także wydamy więcej, gdy zostanie w nich rozpylony zapach kwiatowo-cytrusowy.
Z takich marketingowych narzędzi korzystają już od dawna sprzedawcy. Przed Wigilią możemy spodziewać się, że w galeriach handlowych będzie dało się wyczuć zapach pomarańczy i goździków lub przypraw korzennych, które kojarzą się z przyjemnym klimatem. To wystarczy, by wprawić nas w dobry nastrój i sprawić, że będziemy skłonni wydać więcej pieniędzy, niż zamierzaliśmy.

 

Nie zawsze wystarczy

Jak podaje BIG InfoMonitor, w ubiegłym roku na zakupy związane ze Świętami Bożego Narodzenia co 12 badany zaciągnął kredyt lub pożyczkę – lub opóźniał moment zapłaty bieżących rachunków, by „zaoszczędzić” pieniądze na świąteczną wędrówkę po sklepach. Według Deloitte, na tegoroczne święta wydamy średnio 1168 zł, a to stanowi kwotę zbliżoną do miesięcznych kosztów utrzymania. Z tego na prezenty przeznaczymy średnio 532 zł.
Po to, by nie kupować pod wpływem impulsu wywołanego przez techniki marketingu, co może odczuć nasz portfel, powinniśmy sporządzić dokładną listę zakupów, określić budżet na świąteczne wydatki i starać się go nie przekraczać.
– Święta trwają krótko, natomiast zaciągnięte pożyczki i kredyty na tę okazję, będziemy musieli spłacać jeszcze przez długie miesiące. Lepiej więc kartę kredytową zostawić w domu – radzi Diana Jarocka, ekspertka Intrum.
Na atmosferę, która sprzyja kupowaniu, nie wpływa wyłącznie dobrze dobrany zapach rozpylany w sklepach. Wiele zależy także od doboru muzyki i dźwięku w miejscu sprzedaży. Większość ludzi nie lubi ciszy. Jak wykazują ponoć badania Millward Brown, muzyka może zmienić nasz nastrój, dlatego też w zależności od zamierzonego efektu, w sklepach wykorzystuje się spokojne nuty lub energetyczne rytmy, które mają z jednej strony, poprawiać samopoczucie klientów, a co za tym idzie – zwiększać sprzedaż, a z drugiej, w ogóle zachęcać do zakupów, jeżeli nie mieliśmy takich planów. Wszystkim tym sztuczkom można się jednak oprzeć.

 

Ważne jak co leży

Przede wszystkim miejmy na uwadze, że dana rzecz może nam się wydawać atrakcyjna wyłącznie dzięki odpowiedniemu oświetleniu, które jest w sklepie. Jeżeli podczas zakupów wpadł nam w oko drogi produkt, na który nie do końca jesteśmy finansowo przygotowani, warto odłożyć decyzję o jego kupnie i przemyśleć ją na „chłodno” w domu oraz przede wszystkim skalkulować, czy taki wydatek nie nadwyręży naszego budżetu. Łatwo wydać za dużo, płacąc kartą kredytową i mieć później problemy. Każdy zakup powinien być przemyślany i wcześniej zaplanowany – dodaje Diana Jarocka.
Również ułożenie produktów w supermarketowych alejkach nigdy nie jest przypadkowe. Nie bez przyczyny często podstawowe produkty, po które najczęściej przychodzimy, zostają ustawione, tak, by było konieczne przemierzenie całego sklepu, aby włożyć je do koszyka. Sprzedawcy liczą, że dzięki temu kupimy także to, czego nie planowaliśmy. Towary, na sprzedaży, których sieciom zależy najbardziej, zostają wyeksponowane w taki sposób, aby przyciągały wzrok. Te zabieg są stosowane, bo przynoszą markom konkretne korzyści.
A w odpowiedzi, najlepiej sporządzić listę zakupów i z góry założyć. jaki budżet chcemy przeznaczyć na ten cel. Nie róbmy zakupów na ostatnią chwilę. Wtedy bowiem możemy być pewni, że wydamy więcej, niż planowaliśmy.

 

Sytuacje awaryjne

Gdy grozi nam deficyt, w ostateczności możemy wziąć pożyczkę. Dodatkowe środki zwykle potrzebne są szybko, jednak przy wyborze takiego produktu finansowego nie powinniśmy kierować się wyłącznie szybkością uzyskania pieniędzy.
– Dziś niemal każdy bank proponuje swoim klientom kredyty konsumenckie o oprocentowaniu poniżej 10 proc. w skali roku, na sumy sięgające kilku tys. zł. Taką pożyczkę można uzyskać szybko i spłacić w ciągu 12 miesięcy. Natomiast pożyczki pozabankowe wcale nie są „szybsze”, zaś ich zaciągnięcie często wiąże się z dodatkowymi, wysokimi kosztami. Lepiej więc na chłodno ocenić warunki oferty, a decyzję o pożyczce zawsze podejmować w pełni świadomie, nie pod presją czasu, ani konsultanta, który proponuje zawarcie umowy przez telefon – mówi Leszek Zięba. ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego
Obecnie banki i SKOK-i są zobowiązane do tego, by wraz z ofertą kredytu przedstawić dokładnie oprocentowanie, prowizję oraz wysokość rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania i całkowitą kwotę do spłaty.
Natomiast, gdy chcemy skorzystać z oferty chwilówki w parabanku, nie otrzymamy formularza informacyjnego, a całkowity koszt trudniej będzie nam wyliczyć z uwagi na szereg dodatkowych opłat, np. za rozpatrzenie wniosku, ubezpieczenie czy wizytę agenta w domu klienta. Ponadto, każdy dzień spóźnienia ze spłatą może powodować bardzo duże kary umowne. Powinniśmy więc wybierać takie formy finansowania, których warunki będą dla nas zrozumiałe i przejrzyste.
Ostatnią deską ratunku może być kredyt odnawialny. Nie pożyczamy wtedy od banku określonej kwoty, którą spłacamy w ratach, ale mamy do dyspozycji np. 1500 zł na świąteczne zakupy – a kwota ta spłaci się automatycznie, gdy na naszym koncie pojawią się nowe wpływy, np. pensja. Możemy spłacić wykorzystaną kwotę w okresie bezodsetkowym, za co nie poniesiemy dodatkowych kosztów.
Takie rozwiązanie sprawdzi się, jeśli jesteśmy w dobrej sytuacji finansowej, potrzebujemy chwilowo podreperować domowy budżet i wiemy, że szybko zwrócimy wykorzystaną kwotę. Generalnie jest to jednak prosta droga do szybkiego zadłużenia – więc należy korzystać z niej tylko gdy awaryjnie potrzebujemy dodatkowych środków.

Czas dla zakupoholików

Zbliża się pora, w której nieuchronnie ogarnie nas szał robienia zakupów.

 

Jeżeli zakupy są skutecznym sposobem na poprawę samopoczucia i spędza się wolny czas w centrach handlowych, zaniedbując domowe obowiązki i nadwyrężając domowy budżet, mogą to być oznaki zakupoholizmu.
Jest to zjawisko często spotykane, osobliwie przed świętami. Według badań Verto Analytics „chorych na kompulsywne kupowanie” jest nawet 20 proc. społeczeństwa, ale niektóre złe nawyki czy chwile słabości spotykają prawie każdego z nas.
Robienie zakupów, nawet częste, nie stanowi problemu, póki nasze finanse są bezpieczne. Inaczej sytuacja wygląda, kiedy zakupoholizm zmusza nas do zaciągnięcia kredytu czy pożyczki. Dowodem na to jest liczba aktywnych kart kredytowych Polaków.
Na koniec czerwca br. było ich 5,856 mln, a wartość kredytów zaciągniętych dzięki nim to aż 14,165 mld zł, czyli w pierwszym półroczu roku wzrosła o 389 mln zł.

 

Karty nas rujnują

Nie każdy, kto często kupuje i wydaje dużo pieniędzy w sklepach, jest zakupoholikiem. Zakupoholizm pojawia się wtedy, kiedy nie potrafimy kontrolować naszych zakupów oraz odczuwamy nieustanną potrzebę wydawania pieniędzy na cokolwiek. Staje się to naszym lekarstwem na nudę, stres czy niską samoocenę. W dodatku, codziennie jesteśmy „zmuszani” do oglądania ogromnej ilości reklam, kuszeni wyprzedażami, promocjami oraz programami lojalnościowymi.
– Zakupoholizm ma sprzymierzeńca” w postaci kart płatniczych, które skutecznie wypierają gotówkę. Nie widząc wydawanych pieniędzy, często nie mamy wyrzutów sumienia, że coś kupujemy. Problem nasiliły karty kredytowe – przez to, że są one dostępne od ręki dla każdego, przyczyniły się do zadłużenia niemałej grupy. Płacąc kartą kredytową, czyli kupując na kredyt, nasza potrzeba nieustannego nabywania zostaje szybko zaspokojona, a płatnością się nie przejmujemy, bo ta została w końcu wygodnie „odroczona” – komentuje Aneta Jastrzębska, ekspertka Intrum.
Niestety, konsekwencje beztroskiego wydawania pieniędzy pojawiają się w najmniej odpowiednim momencie i często jesteśmy zaskoczeni, otrzymując od banku informację o konieczności spłaty zadłużenia. Wielu osób to nie powstrzymuje przed ciągłym kupowaniem.
Przyczyny kompulsywnego kupowania bardzo często mają podłoże psychiczne. Uzależnieni od wydawania pieniędzy, gdy czują złość lub smutek, poszukują pocieszenia – niektórzy kupują cały rok, a ich nałóg dotyczy konkretnego typu produktów: kosmetyków, gadżetów, ubrań czy sprzętów kuchennych.
Zdarza się, że potrzeba kupowania pojawia się okresowo: w czasie świątecznych wyprzedaży lub zaraz po wypłacie. Czasem zakupoholikowi wystarczy zakup czegokolwiek – po powrocie do domu i tak rzecz wyląduje na dnie szafy i nie zostanie nigdy użyta, ponieważ liczy się jedynie moment zakupu.
Według specjalistów, problem ten dotyczy głównie kobiet, ale możliwe jest, że to one częściej się do tego przyznają, a zakupoholizm występuje w podobnym stopniu u obu płci. Natomiast status materialny nie ma tutaj żadnego znaczenia, a kompulsywne kupowanie zauważa się już u nastolatków. Rachunkami za ich lekkomyślne wydatki zostają obciążeni rodzice, a nierozsądne zakupy odbiją się na budżecie całej rodziny.

 

I ty zostaniesz zakupoholikiem?

Nałogowe zakupy mogą prowadzić do kłopotów finansowych, rozpadu związku czy powstania rodzinnych sprzeczek. Dlatego ważne, aby rozpoznać u siebie pierwsze objawy zakupoholizmu, odpowiadając na kilka pytań.
1. Zastanów się, w jakim nastroju idziesz na zakupy. Jeśli jest to smutek, być może, wydawanie pieniędzy jest sposobem na poprawę samopoczucia, redukcję lęku czy radzenie sobie z codziennością.
2. Pomyśl, ile czasu spędzasz w centrach handlowych lub buszując po stronach sklepów internetowych. Czy nie zaniedbujesz przez to swoich obowiązków i rodziny?
3. Czy zdarzają Ci się obsesyjne myśli o kolejnych zakupach?
4. Czy odczuwasz euforię w chwili zakupu, a po jego dokonaniu poczucie winy i wstydu?
5. Czy zdarza Ci się kłamać na temat tego, ile wydałeś/aś pieniędzy na zakupy i ukrywać je potem przed otoczeniem?
6. Czy kłócisz się z bliskimi, w związku ze swoimi wydatkami?
7. Czy masz na swoim koncie zaciągnięcie pożyczki lub kredytu na zakupy, które były zbędne i nieplanowane?
Jeżeli na co najmniej dwa pytania padła odpowiedź twierdząca, to znak, że należy wprowadzić zmiany w swoim odejściu do robienia zakupów, aby uniknąć poważniejszych konsekwencji związanych z zakupoholizmem.
Ta przypadłość nie jest tak piętnowana społecznie jak inne uzależnienia, np. alkoholizm, hazard czy uzależnienie od narkotyków, ale jej skutki mogą być smutne nie tylko dla portfela, ale i dla całej rodziny „chorującego”.

 

Przywitanie z komornikiem

Kiedy zakupoholik wyda wszystkie bieżące środki, na ratunek przychodzą mu karty kredytowe i pożyczki. To doskonałe źródło finansowania dla tych, którzy podczas jednej wizyty w centrum handlowym potrafią wydać całą wypłatę. Limit na karcie kredytowej może być uruchomiony „od ręki”, a pożyczkę w parabanku otrzymamy nawet w 15 minut.
Kupującemu nałogowo trudno jest spłacić zadłużenie, kiedy kolejne wypłaty przeznacza na zakupy. Wtedy pojawiają się problemy z płynnością finansową i terminowym płaceniem rachunków oraz regulowaniem innych, stałych należności. W takiej sytuacji zakupoholizm może nawet doprowadzić do wizyty komornika.
Polacy niestety zadłużają się coraz bardziej. Suma niespłaconych w terminie rachunków, alimentów, kredytów i pożyczek Polaków wyniosła pod koniec III kw. tego roku aż ponad 73 mld zł – czyli w trzy miesiące w naszym kraju przybyło prawie 2,4 mld zł zaległości i ponad 33 tys. niesolidnych dłużników.

Zakupy z podwyższonym ryzykiem

Jeśli kupujemy przez Internet, poznajmy dobrze swoje prawa i starajmy się zachować jak najwyższą ostrożność.

 

Z międzynarodowego badania, analizującego funkcjonowanie e-sklepów wynika, że aż co piąty kupujący narzeka na niedotrzymywanie terminu dostawy przez internetowych sprzedawców. 11 proc. ankietowanych przyznaje, że otrzymało uszkodzoną przesyłkę, a 7 proc. nigdy nie dostało zakupionych przedmiotów.
Blisko 4 na 10 kupujących ma świadomość, że internetowe transakcje wiążą się z ryzykiem. Problemy z realizacją zamówienia, na przykład możliwość otrzymania przesyłki po ustalonym czasie, wadliwy towar lub trafienie na nieuczciwego sprzedawcę, który uchyla się od wysyłki mimo zapłaty, są ciemną stroną zakupów on-line – i podobne „przygody” mogą spotkać każdego e-klienta.
Zagrożeniem jeszcze większego rzędu jest możliwość utraty wszystkich pieniędzy ze swojego konta, jeśłi trafi się na złodziei internetowych, którzy pod pozorem sprzedaży towarów włamują sie na rachunki bankowe. Zjawisko to nasiliło się do tego stopnia, że specjaliści namawiają, by tworzyć oddzielne subkonta internetowe, na których będzie tylko taka kwota, jaka jest konieczna do przeprowadzenia danej transakcji. Dzięki temu, jeśli trafimy na złodziei, stracimy tylko kwotę przeznaczoną na jeden konkretny zakup.

 

To, czego nie widać

Jednakże, mimo tych wszystkich zagrożeń, jak wynika z raportu „E-commerce 2018”, już blisko 55 proc. polskich internautów, czyli ok. 14 mln osób kupuje w sieci, a wartość rodzimego rynku handlu on-line na koniec tego roku może wynieść nawet 50 mld zł.
Zakupy w sklepach internetowych, choć bardzo niebezpieczne, są szybkie i wygodne, dlatego decyduje się na nie coraz więcej konsumentów. Warto wiedzieć, jakie prawa przysługują kupującemu, gdy sklep nie wywiązuje się ze swych obowiązków. Niewiedza może w takich sytuacjach sprawić, że narazimy się na straty finansowe i zapłacimy za zakupy dwa razy.
Gdy robimy zakupy w sklepie stacjonarnym, możemy dokładnie obejrzeć każdy produkt, a jeżeli mamy wątpliwości co do jakości czy specyfiki oferowanego towaru, możemy od razu skonsultować się ze sprzedawcą. Specyfika zakupów przez Internet to uniemożliwia, dlatego należy składać zamówienia wyłącznie w tych e – sklepach, które przy każdym artykule zamieszczają jego dokładny opis i oczywiście zdjęcie.
Przykładowo, w przypadku sprzętu elektronicznego będą to wszelkie niezbędne parametry techniczne urządzenia, które pozwolą nam ocenić jego funkcjonalność. Z kolei, gdy kupujemy odzież, niezbędne jest podanie informacji o rozmiarze i materiale, z którego zostało wykonane ubranie. Sprzedawca ma również obowiązek poinformować kupującego o warunkach złożenia zamówienia oraz sposobie dostawy zakupionego towaru.
Szukamy tych wszystkich informacji w regulaminie sklepu internetowego, który sprzedawca powinien zamieścić w serwisie. Każdy przedsiębiorca ma możliwość dowolnej redakcji takiego dokumentu, ale jego treść powinna być zgodna z ustawą o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz ustawą o prawach konsumenta. W regulaminie e-sklepu znajdziemy szczegółowe wytyczne dotyczące sposobu składania zamówienia, metod płatności za zakupiony towar, możliwych opcji dostawy, a także informacje o procedurze zgłaszania reklamacji, czy dokonaniu ewentualnego zwrotu. Szczególnie należy zwrócić uwagę na zapisy dotyczące tych ostatnich kwestii. Jeżeli będą one opisane mało starannie i tym samym będą wprowadzać klienta w błąd, powinniśmy zrezygnować z zakupów. W innym przypadku bowiem, z powodu nierzetelności sprzedawcy, możemy narazić się na straty finansowe i konieczność dochodzenia swoich praw przed sądem.
Przesyłka powinna trafić pod nasze drzwi nie później niż w ciągu 30 dni od zakupu, chyba że regulamin sklepu mówi inaczej lub sprzedawca zastrzegł, że potrzebuje więcej czasu na dostawę, bo np. zamawiamy przedmioty z zagranicy. Jeżeli podany termin się wydłuża, klient może w porozumieniu ze sprzedawcą wyznaczyć nową datę, ale może również odstąpić od umowy.

 

Czas dla niezdecydowanych

Nie zapominajmy również, że kupując przez Internet, zawieramy ze sprzedawcą umowę na odległość, a to daje nam prawo do odstąpienia od niej w ciągu 14 dni bez podania przyczyny. Jeżeli sklep nie poinformuje kupującego o takiej możliwości, wspomniany termin wydłuża się do 12 miesięcy. Każdy klient, który kupuje w e-sklepie, ma prawo się rozmyślić i zwrócić towar lub wycofać się z umowy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.
Decydując się na taki krok, należy poinformować o tym fakcie sprzedawcę w ciągu 14 dni, licząc od daty zawarcia umowy, najlepiej w formie pisemnego oświadczenia przesłanego poczta tradycyjną, a następnie w ciągu następnych dwóch tygodni odesłać kupiony przedmiot. To, czy w takim przypadku będziemy musieli zapłacić za przesyłkę zwrotną, najczęściej określa regulamin danego sklepu, dlatego trzeba szukać wiadomości na ten temat na stronie sprzedawcy.
Powinniśmy też uważać na zapisy, które nie zawsze są zgodne z prawem:
– Dla przykładu, jeżeli chcemy zrezygnować z zakupu, sprzedawca nie może odmówić zwrotu nieużywanego towaru, jeżeli nie posiadamy oryginalnego opakowania. Kwestią sporną bywa termin zwrotu kosztów zakupu, dlatego warto pamiętać o tym, że sklep powinien zwrócić nam środki w ciągu 2 tygodni, licząc od daty poinformowania o odstąpieniu od umowy, ale może również wstrzymać się z tym krokiem do czasu otrzymania zwracanej rzeczy albo dowodu jej wysłania. Co istotne, zwrot nie zostanie uznany, jeśli kupiliśmy przedmiot, który został wykonany specjalnie na nasze zamówienie – mówi Izabela Kędzierska-Woźniak, ekspert Intrum.
Z prawa do zwrotu towaru możemy oczywiście także skorzystać, gdy otrzymamy nieco inny przedmiot, niż ten, który zamówiliśmy. Zdarza się bowiem, że sklepy wysyłają towar w tej samej cenie i o podobnych parametrach, gdy zamówionego przez klienta produktu np. zabrakło w magazynie lub przestał być produkowany.
W takiej sytuacji sklep może zaoferować zamiennik, ale sprzedawca powinien jednocześnie poinformować kupującego o tym, że ma prawo zrezygnować z zakupu, czego skutkiem będzie zwrot kwoty wpłaconej za zamówienie. Od umowy możemy odstąpić również wtedy, gdy zastępczy produkt został już do nas wysłany, na co w takim przypadku mamy 10 dni – dodaje Izabela Kędzierska-Woźniak.

 

Gdy trzeba reklamować

Kupując w sieci możemy otrzymać zamówiony towar z uszkodzeniami lub niekompletny. Już przed złożeniem zamówienia należy więc zapoznać się z procedurą zgłaszania reklamacji, opisaną w regulaminie sklepu internetowego i sprawdzić czy, i w jakich przypadkach będzie obowiązywać gwarancja. Nie każdy wie, że reklamacji podlega nie tylko uszkodzony towar posiadający wady, ale także taki, który jest niezgodny ze specyfikacją przedstawioną na stronie sprzedawcy lub nie spełniający wszystkich funkcji, które obiecywał producent.
Zdarza się, że po złożeniu reklamacji sprzedawca kieruje klienta prosto do producenta, ale pamiętajmy o tym, że kupujący ma prawo reklamować nabyty przedmiot bezpośrednio w sklepie, w którym zrobił zakupy. Przeważnie mamy na to 2 lata, chyba że producent sam określa czas obowiązywania gwarancji. Jeśli jest ona drastycznie krótka, na przykład trzymiesięczna, najlepiej nie kupować takiego towaru.
W reklamacji trzeba zawrzeć datę nabycia towaru i jego otrzymania oraz szczegółowy opis usterki ze wskazaniem, w jakich okolicznościach się ujawniła. Reklamując zakup, możemy domagać się naprawienia nabytej rzeczy, otrzymania nowego egzemplarza lub zwrotu pieniędzy. Nie mamy jednak wpływu na to, który z tych trzech sposobów zostanie zastosowany. – Spełnienie naszych oczekiwań będzie zależeć od decyzji sklepu, charakteru wady czy polityki producenta – wskazuje ekspertka Izabela Kędzierska-Woźniak.
Uszkodzony towar należy odesłać wraz z pismem reklamacyjnym. Co do zasady, gdy reklamacja jest uzasadniona, za przesyłkę zapłaci sprzedawca, jeśli jednak zostanie ona odrzucona – koszt ponosi kupujący. Po zgłoszeniu reklamamacji sklep powinien w ciągu 14 dni udzielić odpowiedzi, czy ją przyjmuje, czy nie. Jeżeli w tym czasie nie odpowie, uznaje się, że wymagania klienta zostają spełnione.
Gdy pojawią się problemy z realizacją zamówienia i wyegzekwowaniem naszych praw, możemy zwrócić się do instytucji, które teoretycznie mają pomagać konsumentom w takich sytuacjach, czyli do Rzecznika Konsumentów i Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Jeśli jednak natrafiliśmy na nieuczciwego sprzedawcę, który mimo zapłaty zwleka z wysyłką towaru i unika z nami kontaktu, warto zgłosić to na policję.
Pamiętajmy także, że aby dochodzić swoich praw w ewentualnym sporze z e-sprzedawcą, powinniśmy zachować wszelkie dowody dokonywanych transakcji, wiadomości mailowe z potwierdzeniem zamówień, poświadczenia wpłat oraz wszelką korespondencję ze sklepem.