Co ze zdrowiem Assange’a?

Twórca WikiLeaks jest w fatalnej kondycji zdrowotnej – w więzieniu czeka go śmierć. Lekarze apelują o przeniesienie Juliana Assange’a z zakładu karnego Belmarsh do szpitala.

List otwarty został skierowany do brytyjskiej ministry spraw wewnętrznych (home secretary) Priti Patel. Sygnatariusze swoją ocenę sytuacji oparli o „wstrząsające relacje naocznych świadków”, którzy towarzyszyli australijskiemu dziennikarzowi i wydawcy WikiLeaks 21 października, podczas rozprawy w londyńskim sądzie oraz późniejszy raport Nilsa Melzera, specjalnego sprawozdawcy ONZ ds. tortur.
„Niniejszy list otwarty powstaje po to, aby wyrazić nasze bardzo poważne obawy o stan zdrowia, zarówno fizycznego jak i psychicznego Juliana Assange’a” – czytamy w szesnastostronicowym dokumencie.
„Assange wymaga natychmiastowej diagnostyki (…) Wszelkie wskazane przez specjalistów leczenie powinno być wdrażane w odpowiednio wyposażonym ośrodku i przez kompetentny personel” – dodają lekarze.
„Jeżeli nie dojdzie do pilnej oceny stanu zdrowia Juliana Assange’a i leczenie nie zostanie podjęte należy obawiać się – na podstawie dotychczas ujawnionych materiałów i dowodów [dot. stanu zdrowia założyciela WikiLeaks – przyp. red.] – że może on umrzeć w więzieniu. Okoliczności medyczne są alarmujące. Nie ma czasu do stracenia” – podsumowują sygnatariusze.
Wśród nich są lekarze z USA, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Włoch i Niemiec, jest nawet jeden lekarz z Polski, który pracuje w Zjednoczonym Królestwie.

Problem zdrowia My socjaliści

Amerykański slogan brzmi: „Najlepiej być młodym, zdrowym, pięknym i bogatym”. Nie wszystkim się to udaje, również w Ameryce. Problemem jest najczęściej zdrowie, którego z upływem czasu ubywa. Zorganizowane społeczeństwa współcześnie zabezpieczają się przed utratą zdrowia i tego skutkami.

Doświadczeniem naszej cywilizacji jest system ubezpieczeń społecznych. Polskie doświadczenia w systemie ochrony zdrowia społeczeństwa mają ponad wiekową tradycję i są wynikiem kompromisu przynajmniej dwóch nurtów ideowo-politycznych obecnych w naszym kraju: socjalizmu ze sztandarowym hasłem sprawiedliwości społecznej oraz liberalizmu nastawionego na swobodę działania i hasło głoszące: „radź sobie sam”.
Z czasem okazało się, że hasła i idee są dość trudno wprowadzane w życie, stąd konieczna była interwencja państwa i ustanowienie systemu ochrony zdrowia z mniejszym lub większym udziałem, obciążającego pracujących obywateli obowiązkowymi składkami.
Tylko niewielka część obywateli była w stanie poradzić sobie sama. Tak jest do dzisiaj i w Polsce, i w innych krajach.
Aktualnie palącym problemem naszego kraju jest niewydolność systemu ochrony zdrowia, co przerodziło się od co najmniej ćwierćwiecza w problem społeczny i już także polityczny. Od wielu lat żerują na nim populiści różnych maści, obiecując podwyższenie budżetu zdrowotnego państwa. Mimo trwałych podwyżek, pieniędzy od lat brakuje, a nikt nie pokusił się dotychczas o poważną analizę ich wykorzystania. Padają wyłącznie argumenty o trwałym braku środków i porównania ze społeczeństwami znacznie zasobniejszymi od naszego.
W PRL nie mówiło się jednak nigdy o zapaści, a do lekarza rzadko czekało się w kolejce dłuższej, niż kilka dni.
Dziś widać, że pełne zaangażowanie państwa w ochronę zdrowia obywateli przynosi pozytywne skutki. Doświadczenia amerykańskie, gdzie kilkadziesiąt milionów obywateli pozostaje dziś bez ubezpieczenia, są jak najbardziej odstraszające.
Ponadto widać, że społeczeństwo nie może pozostawić decyzji dotyczących zdrowia w rękach kapitału. Na szczęście posiada konstytucyjne gwarancje ochrony zdrowia, co stwarza nadzieję i szanse, ale w praktyce jednak mało to znaczy.
Widać więc po tych przykładach, że nie da się prosto, wyłącznie poprzez dofinansowanie uratować aktualnego systemu ochrony zdrowia w Polsce.
Dofinansowanie, co widać po wielu przykładach, skutkuje wzrostem dochodów sektora prywatnego w służbie zdrowia i postępującym zadłużeniem sektora państwowego i samorządowego. System wymaga rewolucyjnych zmian, wprowadzić je może wyłącznie polska lewica, która bez obrzydzenia posiłkować się będzie wartościami płynącymi z idei sprawiedliwości społecznej i wcześniejszymi doświadczeniami socjalistów.
Podstawowym problemem środowisk służby zdrowia i polityków działających w tym obszarze, a co szczególnie karygodne – lekarzy, jest to, że stały się one świadomie, lub często nieświadomie, więźniami rynku i pełnią rolę handlarzy i dystrybutorów a nie ratują ludzi za wszelką cenę.
Ani państwo dziś, ani środowiska związane ze służbą zdrowia nie zajmują się leczeniem chorych wynikającym z obowiązku pełnienia służby społecznej. W ramach tzw. usług społecznych sprzedają na rynku życie i zdrowie, a wielu z nich na tym dobrze zarabia.
Nie może być tak nadal, że w polskiej kulturze i obyczaju akceptujemy, że życie i zdrowie ludzkie jest towarem rynkowym, że można je kupować, sprzedawać, że opiera się na tym neoliberalnym paradygmacie również nasze państwo. Lewica musi walczyć z tą zasadą również w innych obszarach.
System ochrony zdrowia w Polsce trzeba zbudować od nowa pod egidą państwa. Powinno powstać ponadpartyjne porozumienie dotyczące jego przebudowy.
Do niezbędnych elementów nowego systemu zaliczyć trzeba takie generalne rozwiązania jak: bezpośrednie finansowanie ochrony zdrowia przez państwo, likwidacja NFZ i całej biurokracji, eliminacja wszelkich układów prywatno-publicznych, rozdzielenie państwowego i prywatnego systemu ochrony zdrowia, dostosowanie zarobków w służbie zdrowia do systemu państwowego, reforma systemu kształcenia lekarzy i personelu medycznego, wstrzymanie na co najmniej 10 lat inwestycji w infrastrukturę biurokratyczną służby zdrowia, przesunięcie w budżecie na rok 2021 środków na reformę służby zdrowia m.in. z budżetu MON na zakupy broni ofensywnych.

Zdrowie – „organizacja – głuptasie”!

Niewielka część suwerena powiedziała w badaniach ankietowych, że walczące w kampanii wyborczej partie powinny zając się przede wszystkim problemem ochrony zdrowia, Wszyscy więc rzucili się do boju, pokazując wydłużające się kolejki do lekarzy – specjalistów, narastające zadłużenie szpitali, ucieczkę młodych lekarzy do krajów, w których mogą lepiej zarobić, niechętny stosunek do pacjentów i – jako klamrę tych nieszczęść – niedostatek środków przeznaczanych na poprawę tej, nie najweselszej, dziedziny naszego życia. Ulegam modzie i też dołożę się do tego tematu.

Jak już dostatecznie popłakali, to zaczęli się chwalić, że dużo już zrobili i obiecywać, że w najbliższych latach przeznaczą na ochronę zdrowia znacznie większe środki, kupując może mniej supernowoczesnych samolotów przeznaczonych właśnie do niszczenia zdrowia i odbierania życia, – ale obywatelom innych nacji.
To dobrze. Nie do końca wierzę, ale się cieszę. Ogarnia mnie jednak niepokój czy te środki, – jeśli będą – zostaną właściwie wykorzystane.

Nie tylko finanse

Kompletnie nie znam się na medycynie, ale „służba zdrowia” – zwłaszcza publiczna, czyli gwarantowana przez państwo, to nie tylko problem pieniędzy. Znam dziesiątki przykładów działań naszego państwa, w których zmarnowano ogromne środki przez nadmierne łączenie gospodarki z ideologia i polityką, ale także przez złą organizację.
A na tym ostatnim trochę się znam.
Wiele lat temu pisano i mówiono, że amerykański prezydent Bill Clinton przyjął, jako hasło wyborcze i kazał wywiesić w gabinecie owalnym transparent z napisem „Gospodarka – głupcze”. Miało mu to codziennie przypominać, żeby nie zajmował się tylko polityką zagraniczną i wewnętrzną, ale także gospodarką, – czyli podstawą funkcjonowania społeczeństwa. Sądzę, że nasi notable zajmujący się ochroną zdrowia w obecnej i następnej ekipie powinni też wywiesić sobie takie transparenciki z napisem – noże bardziej delikatnie sformułowanym – „Organizacja – głuptasie!” Spróbuję nieudolnie uzasadnić tą sugestię.
Jestem wszechstronnie chory, ale mimo to moje kontakty ze szpitalami były tylko trzydniowe. Za to aż w sześciu placówkach, zlokalizowanych nie tylko w Warszawie. I – w ostatnich latach – tylko z jedną rejonową przychodnią. Uczulenie organizacyjne powodowało, że obserwowałem pracę tych placówek właśnie z tego punktu widzenia. Nie będę ich wymieniał, ale stosując akademicki, nadal pięciostopniowy system ocen, żadnej z tych placówek nie mógłbym przyznać piątki. Tylko dwie – moim zdaniem – zasługują na mocne czwórki, dwie na trójkę z plusem i pozostałe na słabe trójki. Wrażenie ogólne jest takie, że lepiej są zorganizowane małe placówki, a gorzej – a nawet znacznie gorzej – duże i z medycznego punktu widzenia uchodzące za kluczowe.

Oczekiwanie

Co mnie – przykładowo – wyprowadzało z organizacyjnej równowagi?
Zacznijmy od szpitali. Pierwsze, co rzuca się w oczy przybyłemu do Izby Przyjęć (nie do SORu, bo to w ogóle inna sprawa) pacjentowi, to z reguły długi czas oczekiwania na decyzję, czy zostanie przyjęty i doprowadzenie do momentu, kiedy sadzają go na wózku i wiozą do przydzielonej sali i łóżka. Ten czas oczekiwania powoduje, że pacjent czuje się jeszcze bardziej chory i czasem rujnuje mu równowagę psychiczną.
Rozumiem braki kadrowe, ale mimo to nie mogę uznać tego stanu za organizacyjnie normalny. Szpital musi być stać na to, aby w izbie przyjęć był zawsze lekarz dyżurny – a jeśli placówka jest duża i przyjmuje średnio kilkunastu czy kilkudziesięciu pacjentów dziennie – odpowiednio dwóch, a nawet trzech czy czterech lekarzy. Powinno być tak jak w policji, straży pożarnej, placówkach pogotowia, jednostkach wojskowych – zawsze jest „dyżurny oficer”. „Lekarz pierwszego kontaktu” powinien czekać na pacjentów – a nie odwrotnie. Jeśli są okresy, w których nikt się nie zgłasza, niech czyta książkę, albo układa pasjanse w komputerze. Ale powinien witać pacjenta niemal przy wejściu i stwarzać wrażenie, że był oczekiwany i jest mile widziany. Jeśli potwierdzenie choroby pacjenta wymaga dłuższych badań, niech mu je robią wtedy, kiedy już „mieszka” na swoim łóżku.
Kierownicy placówek zaraz powiedzą – a jak nie mamy wolnych łóżek w salach i kładziemy pacjentów na korytarzach. Trudno – niech tam leżą, ale niech nie czekają.
Nie chcę być złośliwy i może mam pecha, – ale z moich obserwacji wynikało, że prawie zawsze można znaleźć wolne łóżko, tylko w ogólnym bałaganie nikt nie wie gdzie go szukać, albo „jeszcze nie jest przygotowane po poprzednim pacjencie”, a w „harmonogramie sprzątania” jest jeszcze na odległej pozycji.
A brak lekarzy? Ze zdziwieniem słucham niektórych wypowiedzi na ten temat. W państwie demokratycznym i w gospodarce rynkowej istnieją tylko dwie możliwości zatrzymania lekarzy, lub nawet ściągnięcia dodatkowych z zagranicy. Pierwsza – płacić więcej niż inni. I druga – traktować studia medyczne jako odpłatne i finansowane przez udzielony przez państwo kredyt, który trzeba spłacić po uzyskaniu dyplomu, pracując w państwowej służbie zdrowia. Tak krótko było w PRL, ale politycznie się nie podobało.

Organizacja pracy

Drugie spostrzeżenie organizacyjne dotyczy wykorzystania sprzętu. Nie chodzi mi o sprzęt służący do specjalistycznych badań, bo ten, niejako z natury rzeczy, jest zawsze eksploatowany z przerwami. Chodzi mi o – przykładowo – zakładane pacjentom w szpitalu kardiologicznym kasetki z czujnikami, które monitorują pracę ich serc i przekazują jej obraz do urządzeń podobnych do małych komputerów, stale – teoretycznie – obserwowanych przez pielęgniarki. W takim renomowanym szpitalu byłem kilka dni i zawieszenie na szyi tego nadajnika dawało mi złudną nadzieję, że jestem pod „kardiologicznym nadzorem”. Do czasu nocy, w czasie której bardzo źle się poczuł mój sąsiad w pokoju. Obudził się, naciskał jakieś guziki i wiszący dzwonek – bez odzewu. W końcu postanowiłem zastąpić aparaturę i podreptałem do sali pielęgniarek. Było ich tam kilka i z daleka było słychać, że atmosfera jest towarzyska i pogodna. Nauczony doświadczeniem, z miną grzecznego mopsa powiedziałem o złym samopoczuciu sąsiada. Dwie panie poszły ze mną. Po drodze zapytałem nieśmiało, dlaczego nie reagują na sygnały aparatury. No, bo odbiorniki stoją w takim miejscu, że widzą je tylko specjalnie lub przypadkowo podchodząc. Ale przecież zawsze ktoś – jak dzisiaj pan – powiadomi nas o potrzebie ingerencji.
Trzecia obserwacja dotyczy właśnie pielęgniarek, a właściwie ich obciążenia. W środkach masowego przekazu wszyscy dyrektorzy szpitali skarżą się ma brak pielęgniarek. Przykro mi, ale nie odniosłem takiego wrażenia. Nie piszę oczywiście o pielęgniarkach, które są instrumentariuszkami uczestniczącymi w operacjach. Chodzi mi o personel pielęgniarski opiekujący się pacjentami w czasie ich pobytu w szpitalu. Jest ich najczęściej dużo, są w większości miłe i uczynne, ale mają fatalnie zorganizowaną pracę. Poranne spiętrzenia, południowa asysta w obchodach (jeśli są!) i wieczorne sprawdzianie stanu samopoczucia pacjentów i rozdawanie leków. W tzw. międzyczasie zajęte są głównie sporadycznymi interwencjami i wymianą myśli w swoim pokoju dotyczących dzieci, mężów, teściowych i przygód rynkowych
Nie sugeruję, ab pielęgniarki pracowały z intensywnością znaną z taśmowej produkcji przemysłowej. Ale prawidłowa organizacja może spowodować, że ich liczba okaże się wystarczająca.
W przychodniach najbardziej denerwujący niedowład organizacyjny dotyczy wydawania recept. Miało być tak, że w recepcjach, co najmniej jedna osoba będzie upoważniona do wystawiania i podpisywania recept na leki, które pacjenci biorą stale na choroby przewlekłe. Może gdzieś tak jest, ale tam, gdzie bywam wystawienie recepty wymaga zapisania się do lekarza i oczekiwania w kolejce na jego podpis. A jeśli chce się wejść poza kolejką, dochodzi do sporów z oczekującymi pacjentami lub nawet z lekarzem, bo podpisywanie „dezorganizuje” mu pracę. W konsekwencji prawie 1/3 oczekujących w kolejkach, to osoby, które od lekarza chcą tylko recepty.

Choroba przewlekła

Służbę zdrowia dręczy też – moim zdaniem – zbiorowa choroba przewlekła, także mające swe źródło w organizacji. Wynika ona z tego, że decydenci rządzącej partii od dawna nie korzystają z „normalnej” służby zdrowia, tylko są dopieszczani przez specjalnie wyodrębnione jednostki lub przez lokalne związki administracji z „medycyną”. Nawet szpital w małym mieście zajmie się bardziej serdecznie burmistrzem, wysokimi urzędnikami i szefami miejscowych przedsiębiorstw. Inaczej nie wypada. I to nawet można zrozumieć.
Gorzej, że „najwyższe władze” wyciągają z tego uogólnione wnioski. Wydaje im się, że tak, jak w „ich” szpitalu, jest wszędzie. Z zainteresowaniem słucham wypowiedzi publicznych obecnego ministra zdrowia. Jego optymizm jest niemal zaraźliwy, i często mu zaczynam wierzyć, – ale tylko do czasu kolejnej konfrontacji z praktyką. Składając pokornie łapki, jak mój piesek w proszalnym geście, pozwolę więc sobie na zakończenie zwrócić bezpośrednio do Pana Ministra. I wykorzystam własne doświadczenia, nie powołując się na opowiadania i plotki docierające od innych klientów służby zdrowia.
Szanowny Panie Ministrze!
To prawda, że obniżono mi cenę na dwa stosowane leki i jeden jest za darmo. Ale jednocześnie podniesiono cenę na inne. Miesięcznie wydaję na ten zbożny cel ciągle zbliżoną kwotę – około 500 złotych.
To prawda, że w wielu placówkach służby zdrowia wiszą cytowane z przepisów informacje, że „opiekujemy się specjalnie kombatantami”. Ale w praktyce dotyczy to tylko jednej sprawy – możliwości wcześniejszego zapisu na wizytę u lekarza. Powoływanie się na przywileje kombatanckie w innych sytuacjach budzi współczujący uśmiech i nie daje żadnego wyniku. Czasem (dobrze, że rzadko) można odnieść wrażenie, że ponieważ kombatanci są dwa, lub nawet trzy razy, starsi od lekarza, to ma on ochotę zalecić im znaną z przeszłości wskazówkę na zachowanie w czasie ataku atomowego – „najlepiej przykryć się prześcieradłem i czołgać w stronę najbliższego cmentarza”.
To prawda, że np. drogi, powtarzalny zabieg w okulistyce polegający na podaniu leku zastrzykiem w oko, może być objęty programem opłacanym przez NFZ. Wydaję na te zastrzyki 400 zł. miesięcznie od dwóch lat (starczyłoby na niezły używany samochód, który mógłbym, jak kombatant w Krakowie, podarować komuś z aktualnych władz) i urocza lekarka, która robi mi tą przyjemność, wystąpiła o zaliczenie mnie do tego programu. Kwitnąca w Pańskim resorcie biurokracja powoduje jednak, że NFZ chce więcej papierków potwierdzających, że to wbijanie igły w oko nie sprawia mi erotycznej przyjemności. I tylko złośliwie chcę, aby za tą przyjemność płaciło reprezentowane przez Pana państwo – zgodnie z nieprzemyślaną Konstytucją i niepotrzebnymi deklaracjami specjalnie troskliwego traktowania kombatantów.
To prawda, że lekarze są w większości przepracowani. Ale obserwuję od lat pogarszający się „średni” stan ich stosunku do pacjentów. – a to ma związek nie tylko z przepracowaniem, ale także ze szkoleniem i nadzorem – a więc z organizacją. Są lekarze zawsze uprzejmi. Są uprzejmi tylko w stosunku do wybranych pacjentów. Ale są też nieuprzejmi i nieuczynni z zasady i w stosunku do wszystkich. Relatywnie młody lekarz może np. – widziałem taki przypadek – powiedzieć wiekowemu i bardziej ode mnie schorowanemu kombatantowi, proszącemu o podpis na przygotowanej przez recepcję recepcie: „Niech pan wyjdzie i poczeka dwie godziny, aż skończę dyżur. Przecież nie ma Pan nic do roboty!”.
To prawda, że placówki służby zdrowia są coraz lepiej wyposażone, m.in. w wyniku działań Wielkiej Orkiestry. Ale w najniższych szczeblach organizacyjnych popełnia się błędy powodujące, że czasem brakuje prostych i tanich rzeczy, jak przyzwoite termometry, maseczki, rezerwowe piżamy, dodatkowe koce dla zmarzluchów. W ostatnich dniach usłyszałem w telewizorze potwierdzenie tej obserwacji przez sympatyczną panią Janinę Ochońską. Też była w jakimś szpitalu, doskonale wyposażonym, w którym nagle zabrakło..,. prześcieradeł. To także typowy przykład niedoróbki organizacyjnej. Ktoś nie zamówił, albo zamówił za mało. Pralnia albo dostawca nie nadąża. Ktoś zapomniał, że są potrzebne. W PRL przez wiele lat brakowało sznurka do snopowiązałek. Ale to inne czasy i nie sądzę, aby prześcieradła, w gospodarce rynkowej, nagle zaczęły być artykułem deficytowym.
A więc – jak by powiedział poseł Szczerba – Panie Ministrze Kochany – proponuję, aby wymieniony w tytule napis umieścił Pan także w swoim gabinecie. Może Pan go zredagować jeszcze bardziej łagodnie. Przyda się, jeśli nawet po wyborach skład rządu ulegnie zmianie i wróci Pan do swojej specjalności. Dla pacjentów lepiej, – jako kardiolog ma Pan doskonałą opinię.

Zwykły, szary człowiek Ważny tunajt

Kiedy będziecie czytać Państwo ten tekst, jak będę wracał z Dublina do Warszawy, z przesiadką w Londynie. Czemu tak? Ponieważ zespół na K. wcale nie lata za granicę czarterami ani nawet biznesem, tylko tanimi liniami, bo stadiony zapełnia kto inny. Nam zostają kluby i klubiki, ale i tak jest fajnie. Znamy więc dobrze normalny, ludzki żywot, choć mam wątpliwości, czy wszyscy politycy, w kampanii tokujący o życiu zwykłych ludzi i o tym, jak je dobrze znają i jak los zwykłego, szarego człowieka leży im na sercu, wciąż jeszcze wiedzą, o czym mówią.

Miała być zwykła rodzina i apel do prezesa Kaczyńskiego, żeby go wysłuchał. W mig odkryto humbug; żadna to rodzina, tylko wynajęci za pieniądze aktorzy. Zdaję sobie sprawę, że przewidywanie konsekwencji swoich najprostszych posunięć i rozbrajanie potencjalnych min, to nie jest to, co Koalicja Obywatelska potrafi najlepiej, ale na elementarną antycypację, lub raczej, jej brak, nie ma usprawiedliwienia. Aby jednak głos KO w kampanii mocno wybrzmiał, lider tejże na konwencji w Ostrowie Wielkopolskim przypominał o oderwaniu liderów PiS-u od tzw. normalnego życia, a to już zdaniem Grzegorza Schetyny, hańba i wstyd. Zrazu, gdym się o tym dowiedział, przypomniała mi się opowieść o hańbie i wstydzie jednego z moich kolegów.
Pewnego zimowego poranka, mój znajomy postanowił wybrać się na narty do Francji. Sam lot trwał niezbyt długo, jakieś 2 godziny. Znacznie dłużej, procentowo, trwało rozwożenie wycieczki po górskich kurortach. Autobus pełen mężczyzn i kobiet w średnim wieku. Dzieci brak, albo przynajmniej mało. Naokoło biało, zimno i daleko do domu; cóż można robić podczas takiej podróży. Gdzieś tak po 1,5 godziny jazdy, czyli w połowie drogi, kiedy pasażerowie byli już dobrze rozbawieni, ze swojego miejsca podniosła się pani pilot wycieczki i przez autobusowy mikrofon oznajmiła: „Przypominam Państwu, że wszelkie szkody na zdrowiu, powstałe na stoku, a spowodowane pod wpływem alkoholu, nie są objęte ubezpieczeniem, które Państwo wykupiliście”. Na raz, po tych słowach, z ostatnich rzędów ktoś krzyknął: „Hańba!”, a z naprzeciwka: „Wstyd!”.
Mówienie o hańbie i wstydzie przez lidera Koalicji Obywatelskiej, w odniesieniu do życia Polaków i ich przyziemnej egzystencji, przypomina właśnie sytuację z autobusu do Courchevel. Rację mają KOalicjanci, przypominając, że to wstyd i hańba, w jaki sposób urzędnik pisowski doi budżet i się na nim pasie, ale wiarygodność tego przekazu jest na poziomie jak powyżej. Wstydem w Polsce jest to, że ludzie nie mogą dostać się do lekarza specjalisty na czas i czekają w kilkuletnich kolejkach. Często nie doczekują. Zbyt często. Hańbą, że w XXI wieku, musimy zbierać pieniądze na leczenie dzieci po ludziach, bo Państwo nie finansuje zabiegów ani nie szkoli lekarzy za granicą, za to dozbraja parawojsko w coraz to nowsze zabawki do zabijania. Takie rzeczy mogą rozpalić policzki ze wstydu. I to robią. Dlaczego jednak, ja muszę wstydzić się za mój kraj na co dzień, a polityk od święta, tj. na czas kampanii?
W przekazie kampanijnym liczy się nie tylko co kto mówi, ale również kim ten ktoś był i jest w oczach Polaków. Cygara i winko w „pieczarze”, oraz bardziej niż sztuczna proteza ludowości nie wzięły się znikąd. Apele o wsłuchanie się w głos polskiej rodziny, która za PiS-u ubożeje, głosić śmie ktoś, kto za sowich rządów ani nie obniżył ludziom podatków, choć wcześniej to deklarował, a podniósł za to wiek emerytalny. Jak tu komuś takiemu uwierzyć.
Wczoraj, po koncercie, rozmawiałem na papierosie pod hotelem z polskim robotnikiem, który pracował w Cork przy budowie hipermarketu. Jest w Irlandii od kilku lat. Skumał się z kolesiem z Belfastu, monterem, i razem jeżdżą tam, gdzie akurat jest robota. Dostaje w Irlandii 33 euro na godzinę. To tyle, ile dniówka mojej żony, lekarza. Nie specjalnie ma ochotę wracać, bo i po co. Może kiedyś, ale na pewno nie teraz. Na wybory nie pójdzie, bo nie chce mu się stać w kolejce w konsulacie. Zresztą, co to zmieni, skoro scena polityczna w Polsce jest zabetonowana jak szalunki u niego na odcinku. 13 października, w niedzielę, będzie miał pewnie kaca po sobocie. Poleży do południa, poogląda telewizję, zrobi pranie…
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Na szarym końcu

W opublikowanym w tym roku Europejskim Konsumenckim Indeksie Zdrowia (Euro Health Consumer Index) służba zdrowia Polski zajęła 32. miejsce na 35 krajów.

Indeks publikowany jest od 2005 r. przez Health Consumer Powerhouse Ltd (pracami kierował prof. dr Arne Bjornberg) dla 35 krajów Europy.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy), składa się nań 6 obszarów tematycznych (tworzących osobne subindeksy) i 46 wskaźników wszechstronnie oceniających różne aspekty ochrony zdrowia.
Obszary działalności służb zdrowia objęte badaniami oraz indeksem to: prawa pacjenta (10 wskaźników), dostępność świadczeń (6), wyniki leczenia (9), zakres świadczeń (8), profilaktyka (7) oraz leki (6). Każdemu obszarowi przypisano określoną liczbę punktów jako maksimum (optimum). Indeks to jedna liczba i to stanowi jego urok, bo przy jego pomocy można budować rankingi krajów. Pozwalają one porównywać postęp w czasie oraz poziomy między krajami. Dla analityków społecznych i politycznych ważne są jednak właśnie te bloki i wskaźniki (mierniki pomiaru).
Sam indeks jest średnią ważoną subindeksów na poziomie obszarów, przy czym wagi zostały ustalone przez wybitnych ekspertów i specjalistów z danych dziedzin ochrony zdrowia. Maksymalna suma ocen to 1000 pkt.
W 2013 r. zajmowaliśmy 31. miejsce, pięć lat później także 31. W 2018 r. – 32 (585 pkt). Czyli, brak jakiegokolwiek postępu w tym okresie, a pozycja bardzo niska.
Pierwsze miejsce zajmuje Szwajcaria (893 pkt), a w pierwszej piątce znalazły się Holandia, Norwegia, Dania i Belgia.
W obszarze praw pacjenta liderami są Norwegia i Szwajcaria, w obszarze dostępności świadczeń: Szwajcaria, w wynikach leczenia: Finlandia, Norwegia i Szwajcaria, w zakresie świadczeń: Holandia i Szwecja, w profilaktyce: Norwegia, a w dostępności leków: Niemcy i Holandia.

Względnie dobre oceny uzyskaliśmy w profilaktyce (89 pkt. na 125). W pozostałych – byliśmy na poziomie ok. 50 proc. maksymalnych ocen.
Spośród nowych krajów Unii Europejskiej przed nami są: Czechy (14 miejsce), Estonia (15), Słowacja (17), Słowenia (21), Chorwacja (24), Litwa (28), Łotwa (30) i Bułgaria (31).
Intrygujące jest porównanie Polski i Estonii: 32 i 15 miejsce. W Polsce udział wydatków na ochronę zdrowia w PKB wyniósł w 2016 r. 6,5 proc., a w Estonii – 6,7 proc. Poziom wydatków na mieszkańca w Polsce 1.784 dol. (wg parytetu siły nabywczej), a w Estonii o 200 dol. więcej. A różnice w ocenia funkcjonowania zasadnicze: Polska 585 pkt., a Estonia 729 pkt.
Za nami w UE tylko Węgry i Rumunia. Ostatnie miejsce w Europie zajmuje zaś Albania.

Ideał służby zdrowia – szukanie pacjenta

Składanie wizyt lekarzom nie jest moim ulubionym zajęciem. Ale cóż zrobić – w miarę upływu lat muszę ich odwiedzać coraz częściej, tracąc dodatkowy czas na zapisywanie się do wirtualnych kolejek, a potem na siedzenie w fizycznych kolejkach, przed gabinetami.

Te ostatnie dają mi jednak trochę satysfakcji. Aktywizują bowiem zawodową skłonność do badań skali i przyczyn tego organizacyjnego „zjawiska”.

W kolejce

Kolejka fizyczna na ogół się nudzi, więc rozmawia. Podsłuchuję – bo odzywa się we mnie zakorzeniona natura donosiciela, zwanego teraz sygnalizatorem. Informacje o chorobach, opinie o lekarzach, i administracji przychodni, przeplatają się z wyjaśnianiem przyczyn wizyt. Jestem względnie nowoczesnym sklerotykiem, więc mam smartfon i robiłem w nim notatki z kilkunastu takich wizyt, w trzech przychodniach. Co z nich wynika?
Do lekarzy tzw. pierwszego kontaktu jedna trzecia pacjentów „na coś” zachorowała (zaziębienie, grypa, żołądek), chce wiedzieć na co i dostać pomoc w postaci „jakiś” leków.
Także jedna trzecia leczy się u tego lekarza na „choroby przewlekłe”, chce mu powiedzieć jak się czuje i dostać kolejne recepty. Dlaczego nie korzysta z możliwości załatwienia recept w recepcji? Bo „panie w recepcji” robią to niechętnie, najczęściej i tak biegną do jakiegoś lekarza, aby je podpisał. Trwa to dłużej i nie daje przyjemności pogawędzenia z lekarzem i innymi pacjentami w kolejce.
Około 20 proc. leczy się u innego lekarza, ale ktoś im powiedział, że ten jest lepszy zawodowo, albo bardziej uprzejmy. Chcą to sprawdzić.
I pozostali – to wepchnięci dodatkowo w kolejkę jako „nagłe przypadki”, albo kombatanci. Reszta patrzy na nich „wilkiem”, bo wydłużają im czas oczekiwania.
W kolejkach do specjalistów jest inna sytuacja. Połowa oczekujących wie czego chce i są to z reguły pacjenci „komercyjni”, czyli tacy, którzy zapłacili za wizytę 80, 100 albo 120 zł. Druga połowa ma skierowanie od „lekarza pierwszego kontaktu” i liczy na dokładniejszą informację, co właściwie im dolega i jak to leczyć. Uczestnicy tej grupy wyczekali się kilka tygodni, albo kilka miesięcy, a nawet lat w kolejkach „wirtualnych”, najczęściej byli już jednak w „międzyczasie” na płatnych wizytach i obecną traktują jako wstęp do dalszego, bezpłatnego leczenia.
Zapewne mam skłonności do przesady, ale wydaje mi się, że co najmniej 30proc. „kolejkowiczów” mogło by bez uszczerbku dla zdrowia zrezygnować z wizyty, na którą oczekują. Ale wizyta nic nie kosztuje, pracującym może pozwolić na uzyskanie zwolnienia, a emerytom daje możliwość nawiązania towarzyskich kontaktów i wymiany informacji, o czekających ich jeszcze chorobach i nieudolności naszej służby zdrowia.

Kilka złotych minus

Naprawą służby zdrowia kolejne rządy zajmują się deklaratywnie od wielu lat. Rezultaty są dalekie od oczekiwań i zostawiają nas w tyle za większością krajów UE – także za naszymi najbliższymi sąsiadami. Gorzej – wtajemniczeni specjaliści twierdzą, że organizacyjna sprawność służby zdrowia, jest lepsza nawet na formalnie dalekiej od UE Białorusi.

Dlaczego??

Przede wszystkim dlatego, że boimy się niepopularnych rozwiązań. Temat symbolicznej odpłatności za medyczne „usługi” wracał kilkakrotnie, ale był natychmiast wytłumiany przez rządzące ekipy. Ciągle przecież zbliżają się jakieś wybory i nie można drażnić elektoratu groźbą zwiększenia wydatków, zwłaszcza w sytuacji, w której rozdaje się pieniądze w ramach różnych „obietnic +”.
Nie szukajmy dalekich przykładów i zajrzyjmy do braci Czechów. Obywatel płaci tam za każdą wizytę u lekarza około – w przeliczeniu – 4,50 zł. Dwa razy tyle, czyli ok. 9 złotych płaci za każdy dzień pobytu w szpitalu – aż do pewnego limitu , po którym, za uzasadniony dalszy pobyt płaci „system,” – czyli w naszym przypadku NFZ.
Po roku od wprowadzenia tych rozwiązań w 2008 roku, kolejki do lekarzy właściwie zniknęły i osiągnięto nieznany u nas w publicznej służbie zdrowia stan „poszukiwania pacjenta”. W przygranicznych miejscowościach i w Pradze czekają z utęsknieniem nawet na pacjentów z Polski i Niemiec.
Narażam się oczywiście współobywatelom, ale uważam , że w naszej sytuacji 4,50 to za mało. Sądzę, że u nas powinno się płacić minimum 6 złotych za wizytę u „lekarza pierwszego kontaktu” lub innego internisty i 10 zł. za wizytę u specjalisty. Pobyty w szpitalu – też 10 zł. za dzień, do 10 dni. Potem komisja lekarska z danego szpitala powinna zdecydować, czy można pacjenta zwolnić do domu, czy też konieczne jest dalsze jego leczenie szpitalne. Jeśli tak – opłatę za następne dni powinien pokrywać NFZ. Można oczywiście wprowadzać ulgi lub zwolnienia z tych opłat dla niektórych grup pacjentów, ale nie powinno to naruszać podstaw systemu.
To zapewne wymaga dodatkowej dyskusji, ale uważam, że wpływy z tych opłat powinny w połowie zasilać fundusze systemu, a w połowie pozostawać na kontach pobierających opłatę przychodni i szpitali. Kierownictwa tych jednostek powinny mieć swobodę decyzji o przeznaczeniu tych środków, także na podwyższanie poziomu płac personelu medycznego. Może to być dodatkowym elementem konkurencji mobilizującym do poszukiwania pacjentów, i nieco zahamować tendencje młodych lekarzy, do zarobkowych przeprowadzek za granicę.
Ale czeski system ochrony zdrowia zarabia nie tylko na wizytach konsultacyjnych i pobytach szpitalnych. Podobnych rozmiarów wpływy uzyskuje z opłat za wystawianie recept. Za każdą wystawioną receptę pobiera się opłatę w wysokości prawie 3 złotych. To byłoby „małe piwo”. ale wprowadzono zasadę, że recepta może być tylko na jeden lek. Jeśli np. emeryt musi zażywać 7 leków, to dostaje siedem recept i płaci za nie ok. 21 złotych. Może nie co miesiąc, bo – tak jak u nas – można dostać receptę na dwa czy trzy opakowania, ale w każdym razie jest to już znaczący wydatek.
Czeski system opłat za recepty jest – moim zdaniem – zbyt biurokratyczny. Sądzę, że powinniśmy do tej części problemu podejść inaczej. Można przecież – niestety znowu denerwując suwerena – wprowadzić opłatę na „fundusz zdrowia” w wysokości np. 1 zł. od każdej sprzedaży leku na receptę. Obliczyłem na paru konkretnych przykładach. Byłby to dla pacjenta wydatek roczny 50 – 60 złotych. Jednorazowo wydaje się dużo, ale w „rozbiciu” na 12 miesięcy nie powinno nikogo przerażać.

Szersze spojrzenie

Odważna decyzja o wprowadzeniu niewielkiej odpłatności za wizyty u lekarzy i pobyty w szpitalu powinna – moim zdaniem – pozwolić także na rezygnację z „zasady”, że do specjalisty musimy iść ze skierowaniem od internisty. Eo ipso – musimy najpierw czekać na wizytę u internisty, a potem u specjalisty. Bez sensu. Jeśli będziemy płacić drożej za wizytę u specjalisty– to raczej nikt nie będzie się o nią starał, jeśli nie będzie miał pewności, że jest mu ona naprawdę potrzebna.
Po wprowadzeniu odpłatności w publicznej służbie zdrowia do zmniejszenia kolejek może się też przyczynić konkurencyjna aktywizacja licznych w Polsce korporacji medycznych. Dzisiaj także przejmują one podstawową opiekę lekarską nad dużymi grupami pracowników, których pracodawcy decydują się na wykupienie „pakietów”, w praktyce eliminujących konieczność korzystania z placówek „publicznej” służby. Z ich usług korzysta także część lepiej sytuowanych przedstawicieli „wolnych zawodów”, a także bogatszych emerytów. Trudno się dziwić – ich placówki są lepiej zorganizowane, wizyty odbywają się punktualnie, nie trzeba czekać na EKG czy pobranie krwi.
Korporacje medyczne mają jednak – moim zdaniem – niewybaczalny grzech na sumieniu. Prywatnie u większości tych firm można wykupić „pakiet”, jeśli się nie ma więcej niż 80 lat. Pacjenci powyżej tego wieku nie są już dla nich interesujący, bo (zapewne) mogą częściej chorować, domagać się wizyt domowych i badań laboratoryjnych. Ale – jakby tego nie tłumaczyć – jest to jednak rodzaj wykluczenia określonej grupy obywateli. Nieubłagany upływ czasu powoduje, że w tej grupie są obecnie wszyscy, jeszcze uporczywie i bezczelnie żyjący, kombatanci II Wojny. Zarówno ci „z zachodu” jak i „ze wschodu”, a także partyzanci i uczestnicy Warszawskiego Powstania. Nie ma ich wielu i jeszcze mniej jest wśród nich ludzi dobrze sytuowanych, którzy z usług korporacji chcieli by korzystać. Ale są tacy, próbują i odbijają się od ściany. Panie i Panowie Prezesi korporacji medycznych – wiem, że „biznes to biznes”, ale z moralnego i „patriotycznego” punktu widzenia wygląda to bardzo brzydko. A w zestawieniu z hurrapatriotycznym nastawieniem obecnie rządzącej ekipy – wręcz tragicznie.
Wprowadzenie niewielkiej odpłatności za usługi medyczne w publicznej służbie zdrowia wymaga oczywiście szerokiej dyskusji i przygotowania społecznego. Słyszę czasem głosy, że może to nie być zgodne z Konstytucją. Nie zgadzam się z tym poglądem. Artykuł 68 pkt. 2 Konstytucji mówi, ze „obywatelom niezależnie od ich sytuacji materialnej władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej, finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa”. Konstytucja nie wspomina o odpłatnościach, czyli mogą być one jednym z warunków ustalonych ustawą. Jeśli wszyscy będą musieli ponosić drobne opłaty za usługi medyczne, to dostęp nadal będzie „równy”.

Jestem zmęczony biznesem

Z Michałem Kicińskim, jednym z założycieli firmy CD Projekt i współtwórcą
sukcesu gier „Wiedźmin” rozmawia Kinga Tuńska

Odniosłeś ogromny sukces biznesowy. Co trzeba było poświęcić, aby zrealizować swoje marzenia?

Niestety poszedłem drogą jak z tego dowcipu, że „pół życia ciężko harujesz tracąc zdrowie i zarabiając pieniądze, a potem przez drugą połowę życia wydajesz pieniądze, by odzyskać zdrowie, które straciłeś przez tę pierwszą połowę życia”.

Zacytowałeś chyba Dalajlamę, to jego słowa.

To mądre słowa. Generalnie życie na takich wysokich obrotach nie służy zdrowiu, im się ten biznes robi większy, to napięcie wszelkiego rodzaju rośnie i stopniowo pojawiają się tego skutki. Moje problemy ze zdrowiem zaczęły się od chronicznych problemów z gardłem, z migdałkami, potem zacząłem czuć się osłabiony, zaczęły mi wypadać garściami włosy, nie byłem w stanie pracować ośmiu godzin dziennie, później już nawet pięć godzin pracy sprawiało mi trudność. Aż w końcu strzeliło mi więzadło w kolanie, w sytuacji, w której nie powinno się to wydarzyć. Do tego nałożył się kryzys w firmie i wtedy zacząłem cierpieć na bezsenność. Wszystko to spowodowało, że byłem naprawdę wyczerpany fizycznie i psychicznie. I ten stan mi się nie podobał. Nie chciałem doprowadzić do takiego momentu, w którym już naprawdę przegnę i zakończy to się jakąś ciężką chorobą, więc jak te symptomy się pojawiały, próbowałem coś z tym zrobić. Wiedziałem, że konieczna będzie zmiana stylu życia, że te dwie rzeczy są ze sobą immanentnie powiązane. Postanowiłem odejść z CD Projektu, było to dla mnie trudne, bo tę firmę tworzyłem od samego początku. Paradoksalnie kontuzja kolana mi w tym pomogła, bo po prostu fizycznie nie byłem w stanie chodzić do pracy. To pomogło mnie wyciągnąć z pracy w CD projekcie.

Przeciążenie Twojego organizmu było ogromne, bo oprócz szeregu dolegliwości, przestałeś nawet czuć smaki i zapachy. Jak ostrzega portal dozdrowia.com.pl, oznaczało to kompletny brak kontaktu ze sobą, ze swoim ciałem.

Wtedy zupełnie ignorowałem swoje ciało. Mam taką cechę i umiejętność, która jest zarówno wielkim darem jak i przekleństwem, że jak się na czymś koncentruję, to zapominam o ciele. Może już nawet zaczynać się rozpadać, a ja dalej będę robił swoje, dopóki nie doprowadzę rzeczy do końca. I to jest fajne, bo z jednej strony pozwala to odnieść sukces, a z drugiej strony ten sukces opłacony jest wysokim kosztem utraty własnego zdrowia fizycznego jak i psychicznego. Mam świadomość, że umiem się tak zatracić i teraz staram się tego nie nadużywać, bo zbyt wiele to kosztuje.

Czyli teraz pracujesz nad sobą? Jak zahamować, jak zwolnić tempo?

Teraz interesuje mnie życie w równowadze – i to się sprowadza do tego, że chciałbym bardzo mało pracować i w tym kierunku zmierzam. Cały czas staram się, by pracy było jak najmniej. Mam takie poczucie, że już się w życiu napracowałem, że już mi wystarczy. Jestem zmęczony biznesem. Czasem przyglądam się ludziom dookoła mnie, np. jak stoję w korku i nie widzę za bardzo szczęśliwych ludzi. Na ich twarzach widać, napięcie, stres, zmęczenie, rozedrganie, bardzo rzadko widzę kogoś kto ma na twarzy lekkość i zadowolenie. To jest choroba cywilizacyjna. Całe społeczeństwo jest strasznie zagonione, żyje w takim napięciu, pośpiechu, dążeniu do czegoś, do zarobienia na mieszkanie, kredyty etc… A gdzieś ta radość istnienia nam umyka.

Odcięliśmy się od natury. Mamy dostęp do wielu rzeczy, informacji, rozmaitych dóbr, mamy rozbudzone apetyty konsumpcyjne. Podświadomie jesteśmy programowani przez reklamy, filmy, magazyny. Media mówią nam jak powinno wyglądać nasze idealne życie, do czego powinniśmy dążyć, zachęcają nas, żebyśmy nie zwalniali tempa, dążyli do sukcesu, którego wyznacznikiem jest wysoki status materialny. Mało kto ma czas, zatrzymać się i pomyśleć o sobie, o tym czego naprawdę potrzebuje.

Tak właśnie jest, jak się w ten sposób długo nawykowo funkcjonuje, nic dziwnego, że nasz organizm upomni się o siebie i zaczynamy chorować. Powstaje też taki rodzaj choroby, bycia nieszczęśliwym – bo niby do czegoś dążymy, osiągamy to, mamy chwilę wytchnienia, że udało się to zrobić, ale jest to chwilowa przyjemność, bo potem mamy kolejny cel i proces się powtarza. Bycie szczęśliwym to bardzo długa droga i niezależna od naszych osiąganych celów.

Idealnym tego przykładem jest Twoja reakcja na zdjęcie, na którym odbierałeś nagrodę „Przedsiębiorcy Roku”: zobaczyłeś niby uśmiechniętego człowieka sukcesu, a w środku byłeś nieszczęśliwy – choć przez te wszystkie lata dążyłeś właśnie do tego sukcesu.

Z jednej strony jak odbierałem tę nagrodę, to rzeczywiście byłem wtedy nieszczęśliwy, ale to był szczególny moment w moim życiu, bo właśnie odchodziłem z mojej firmy. Z drugiej strony cieszyło mnie, że dostaliśmy tę prestiżową nagrodę, że ogarnęliśmy się też finansowo, bo wcześniej mieliśmy duże kłopoty. I przy odbiorze nagrody pomyślałem, że osiągnąłem to co chciałem osiągnąć, że gdzieś doszliśmy z firmą, że zostało to zauważone i docenione i to jest ten moment, w którym mogę zacząć wycofywać się z firmy. Droga do tej nagrody była naprawdę ciężkim, krwawiącym, okupionym nadludzkim, niszczącym człowieka, wysiłkiem. Tamten Michał był szalenie przeciążoną jednostką, która nie potrafiła cieszyć się chwilą i życiem.

Co zrobiłeś, by odzyskać równowagę i powrócić do zdrowia?

Prawda jest taka, że moje zdrowie wcale nie jest jeszcze w idealnym stanie, jakbym sobie tego życzył. Żeby odzyskać równowagę przede wszystkim starałem się żyć w mniejszym obciążeniu, to było dla mnie absolutnie kluczowe. Stres odbija się na całym organizmie, powstaje obciążenie systemu. Do dziś wiele moich problemów zdrowotnych ma związek z jelitami i to jest choroba psychosomatyczna o podłożu stresogennym, żeby zredukować to napięcie praktykuję medytację Vipassane.

Na czym ona polega i dlaczego wybrałeś tę technikę medytacji?

Ja jestem dość pragmatyczną osobą, wcześniej próbowałem ćwiczeń oddechowych, one trochę pomogły, ale jednak nie sięgnęły głębi problemu. To był właściwie przypadek, podłączyłem się do kolegi, który jechał do Indii. Pamiętam, że był to grudzień, cierpiałem wtedy na chroniczną bezsenność, nie spałem prawie od dwóch tygodni. Pojechałem w bardzo złej kondycji na 10 – dniowy kurs medytacji. To było coś, co odmieniło moje życie. To staro buddyjska, wymagająca praktyka, która ma za zadanie przez te 10 dni wprowadzić cię jak najgłębiej w samego siebie i oczyścić z podświadomych programów, które wszyscy nosimy. W wyniku tej pracy nad sobą, zachodzą bardzo głębokie zmiany na lepsze. Po takim doświadczeniu czułem się bardzo mocno odmieniony, jakby ktoś zdjął mi z pleców worek pełen kamieni. Ta praktyka pomogła mi zrozumieć siebie, swoje mechanizmy, dotrzeć do tego co się we mnie dzieje. Kiedyś nie miałem kontaktu ze swoimi uczuciami, odciąłem się od siebie. Stosujemy wiele mechanizmów obronnych i bardzo lubimy być przywiązani do swojego wizerunku. Każdy choć raz powinien spróbować tej praktyki, to szalenie poszerza horyzonty, choć z pewnością jest to bardzo wymagająca ścieżka duchowa.

Jak się ją praktykuje?

Chodzi o to, żeby stworzyć wewnątrz siebie przestrzeń, żeby była możliwość pojawienia się odczuć. Medytacja pozwala na złapaniu pewnego dystansu
zarówno do tych negatywnych jak i pozytywnych uczuć. Istotne jest także rozpoznanie miejsca z którego to się ogląda, miejsce twojej prawdziwej jaźni, rdzenia świadomości, który jest czystą obecnością – i w tej przestrzeni obecności pojawiają się myśli, emocje, odczucia, nic z nimi nie robisz, starasz się być tylko wyłącznie ich świadomy. Jesteśmy tak skonstruowani, że utożsamiamy się z naszymi stanami emocjonalnymi, gdy odczuwamy złość, niepokój, to mówimy: JA się złoszczę, JA się niepokoję, JA, JA i JA. Gdy masz już trochę wprawy w medytacji, wiesz, że to nie jest tak, że to ty się złościsz, tylko ty jesteś w pozycji czujnego obserwatora, a emocja pojawi się i możesz teraz zdecydować, czy w nią wskoczysz i pojedziesz na niej, czy być jej świadomym, ale zachowywać się niezależnie od niej. Daje ci to wewnętrzną wolę, nie poruszasz się już automatycznie.

Jak teraz dbasz o zdrowie?

Muszę Cię rozczarować – nie dbam, jak w tym powiedzeniu „szewc bez butów chodzi”. Byłem ostatnio w Azji i uświadomiłem sobie, że życie w mieście mi nie służy. Życie w Warszawie jest czymś czego naprawdę nie chcę. Całe moje ja się przeciwko temu buntuje, więc porządkuję sprawy i planuję wyprowadzić się na wieś. Dotarło do mnie jeszcze, że doraźne leczenie nie jest idealną drogą do zdrowia, więc wycofuję się z tych projektów, które już wziąłem na siebie. Chodzę regularnie na basen, saunę. Staram się wysypiać, co mi różnie wychodzi. Staram się nie jeść słodyczy, wiem też, że gluten mi nie służy, dlatego ograniczam jego spożycie – ale jestem teraz w takim momencie życia, który nie sprzyja dbaniu o zdrowie. Buduję swój dom nad Bugiem, zamykam pełno różnych spraw i do takiej dbałości, do której chcę dążyć, potrzebne jest mi szersze spojrzenie. Muszę ułożyć odpowiednio swoje życie, wtedy zadbam o odpowiednie odżywianie i o zdrowie.

Jednak patrząc na Twoje obecne dokonania i plany, to tak sobie myślę, że Michał znowu bierze sobie za dużo na głowę. Założyłeś jeden ośrodek medytacji w Peru, współfinansujesz drugi niedaleko Łodzi, wykupiłeś fort w Warszawie do stworzenia centrum rozwoju osobistego, pracujesz nad produkcją telefonu z niską radiacją, jesteś właścicielem wegańskiej restauracji – i to jeszcze nie koniec biznesów.

Okazuje się, że pędzący pociąg potrzebuje trochę czasu na zatrzymanie się. Rzeczywiście te rzeczy, które wymyśliłem sobie po odejściu z CD Projektu, znowu są obciążające, ale z dużą determinacją zmniejszam moje zaangażowanie w tych wszystkich projektach. Mam od tego cudownych ludzi, choć przyznam Ci się, że nie tak łatwo jest zatrzymać tą jadącą lokomotywę. Kiedy odchodziłem z CD Projektu, miałem wizje, że będę tylko leżał na plaży i oglądał palmy itd. Niestety tak się nie da.

Co Twoim zdaniem jest najważniejsze, żeby utrzymać zdrowie?

Ważne, aby nie być ignorantem na poziomie fizycznym, żeby nie pochłaniać rzeczy słabej jakości, niezależnie czy chodzi o jedzenie, picie, czy powietrze. Stajesz się tym co jesz, wiec trzeba starać się przywiązywać wagę do tego co jemy i czym oddychamy. Kolejnym krokiem, jest aktywność fizyczna. Nasze ciała lubią ruch, więc w zdrowym ciele zdrowy duch. To bardzo ważny aspekt zdrowia, ale przede wszystkim uważam, że najważniejsze jest właściwe nastawienie do życia czyli pogodzone, pozytywne, akceptujące. Nie należy tworzyć w sobie wewnętrznych napięć lecz umieć się pogodzić z wydarzeniami trudnymi i nieprzyjemnymi – i wierzyć, że jeżeli nam się przydarzają, to jest w tym jakiś większy sens, mimo, że tego nie rozumiemy. Sam wielokrotnie przechodziłem przez trudne momenty w życiu i po czasie rozumiałem, że to co się wydarzało było mi potrzebne, bo finalnie coś mi dawało. Trzeba też stworzyć sobie taką przestrzeń, żeby to dobre nastawienie do życia i fizyczne dbanie o zdrowie mogło w niej rozkwitać. Ważne jest, żeby robić tego co się kocha, najlepiej, żeby praca była naszym hobby.

Ty możesz sobie na to pozwolić, masz już ten komfort. Wielu ludzi jednak tak nie żyje, praca to dla nich konieczny obowiązek, a robienie tylko tego co się kocha jest z tym trudne do pogodzenia.

Może jest trudne do pogodzenia, ale wierzę, że jeżeli ma się jakiś cel i chce się go osiągnąć, to można to zrobić. Doszedłem w wiele miejsc, które sobie wcześniej wyznaczyłem. Pochodzę z mało zamożnej rodziny nauczycielskiej i jestem w miejscu, w którym pieniędzy mi nie brakuje. Miałem za dużo pracy i doszedłem do miejsca w którym tej pracy miałem już mało. Teraz znowu mam jej więcej ale już dochodzę do miejsca w którym będę miał jej mniej. Jasne, że to nie są rzeczy na pstrykniecie palców, ale jeżeli ktoś świadomie sobie obierze cel i zaczyna do niego zmierzać, jest w stanie go osiągnąć.

Dziękuję za rozmowę.

Ostatnia szansa na powstrzymanie globalnego ocieplenia

Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) opublikował w poniedziałek nowy raport dotyczący globalnego ocieplenia. Podkreślona w nim została konieczność zdecydowanych zmian w zachowaniach indywidualnych konsumentów, w tym ograniczenia ilości spożywanego mięsa i nabiału.

 

IPCC ostrzega raporcie, że zakładane wcześniej powstrzymanie zmian klimatu i ograniczenie ocieplenia do maksymalnie 1,5 stopnia wydaje się obecnie nierealne – na ten moment najbardziej prawdopodobny scenariusz to wzrost temperatury aż o 3 stopnie, który oznaczać będzie „gwałtowne, obszerne i bezprecedensowe zmiany we wszystkich aspektach ludzkiego życia”. Raport podkreśla, że powstrzymanie tego destrukcyjnego procesu nie jest możliwe bez zmian w zachowaniach indywidualnych konsumentów, wśród których do najważniejszych należą ograniczenie ilości spożywanego mięsa, sera, mleka i masła.
– Kupno elektrycznego samochodu, częstsze spacery i korzystanie z komunikacji miejskiej, czy wybieranie energooszczędnych rozwiązań w domu to dobre sposoby walki z globalnym ociepleniem, ale największą zmianę jako indywidualni konsumenci jesteśmy w stanie osiągnąć poprzez rezygnację z produktów odzwierzęcych – komentuje Maciej Otrębski z kampanii „Roślinniejemy” – Jest to na szczęście coraz prostsze w związku z rosnącą dostępnością na rynku doskonałych roślinnych zamienników mięsa, czy nabiału. Wprowadzenie ich do swojej diety nie tylko przyniesie korzyści zdrowotne, ale pomoże również w powstrzymaniu globalnej katastrofy – dodaje.
Organizatorzy kampanii „Roślinniejemy” zachęcają wszystkich zainteresowanych ograniczeniem produktów odzwierzęcych w swojej diecie do zapoznania się ze stroną internetową roslinniejemy.org, na której znajdują się liczne porady dotyczące układania diety, robienia zakupów i planowania posiłków, a także inspiracje kulinarne w formie ebooków i przepisów.
– Warto przekonać się, jak bogata i zróżnicowana może być dieta roślinna. Zastąpienie mięsa w obiedzie jego roślinnym odpowiednikiem, czy mleka krowiego sojowym w porannej kawie to podstawowe kroki, które każdy i każda z nas może podjąć, aby ochronić w najbliższym czasie nasze środowisko – podsumowuje Otrębski.

 

„ONZ i naukowcy z Uniwersytetu w Oxfordzie wskazują dietę roślinną jako sposób na powstrzymanie szybko postępujących zmian klimatycznych. Wyeliminowanie produktów odzwierzęcych z diety może zmniejszyć ślad węglowy każdego z nas nawet o 73 proc.
Szereg środków może radykalnie zmniejszyć emisje gazów cieplarnianych wynikających z upraw rolniczych i przemysłowego wykorzystania terenów (…). Są to między innymi: produkcja białek roślinnych i laboratoryjna hodowla mięsa, które mogą zastąpić produkty pochodzące od zwierząt na farmach przemysłowych, emitując znacznie niższe ilości gazów cieplarnianych (cytat z Raportu Global Warming of 1.5 ºC, s. 113).
Kilka miesięcy wcześniej badacze z Uniwersytetu w Oxfordzie na podstawie analiz baz danych z 400 tysięcy ferm wielkopowierzchniowych z 119 krajów wskazali, że znaczne ograniczenie i eliminacja produktów odzwierzęcych w diecie każdego z nas spowodowałaby uwolnienie i możliwość regeneracji dla ok. 75% powierzchni gruntów, które w tym momencie są wykorzystywane pod hodowlę zwierząt. To powierzchnia równa Stanom Zjednoczonym, Chinom, Australii i krajom Unii Europejskiej razem wziętych.
Dieta roślinna to najprawdopodobniej jeden z najbardziej skutecznych sposobów na zmniejszenie twojego negatywnego wpływu na planetę, nie tylko gdy chodzi o zmniejszenie ilości emitowanych gazów cieplarnianych, bo przejście na dietę roślinną przyczynia się też do zmniejszenia globalnego zakwaszenia gleb, eutrofizacji, deforestacji i wykorzystania wody. Weganizm ma większy pozytywny wpływ na planetę niż zmniejszenie liczby lotów samolotem w ciągu roku, czy zakup samochodu elektrycznego – tłumaczy Joseph Poore, z Uniwersytetu w Oxfordzie.

Monika Sznel – blog roslinniejemy.org (fragmenty)

Czym skorupka za młodu

Takie będą rzeczypospolite jakie ich młodzieży leczenie – czyli inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży to inwestycja w zdrowe społeczeństwo i szybki rozwój gospodarczy.

 

Dzieci i młodzież w wieku szkolnym nie mają w naszym kraju zapewnionej spójnej i kompleksowej opieki służącej zdrowiu.
Oprócz niewystarczającej liczby personelu medycznego i gabinetów pomocy zdrowotnej, brakuje współdziałania i koordynacji pomiędzy podmiotami odpowiedzialnymi za leczenie najmłodszych.
Zniekształcenia kręgosłupa, alergie, otyłość, choroby zakaźne, nieodpowiednie żywienie, brak aktywności fizycznej i brak odpowiedniej profilaktyki – a co również niezwykle ważne, niedostatek odpowiedniej, rozumnej edukacji nakierunkowanej na rodziców – to tylko niektóre z ogromnej liczby problemów zdrowotnych najmłodszych Polaków.
Zdrowie dzieci w Polsce należy do bardzo zaniedbanych elementów systemu służby zdrowia, wymagających podjęcia pilnych kroków i współpracy systemowej – taki jest główny wniosek płynący z debaty „Opieka zdrowotna nad uczniami. Inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży inwestycją w zdrowe społeczeństwo”, przeprowadzonej 12 września tego roku w Najwyższej Izbie Kontroli.

 

Długa lista potrzeb

Jakość opieki zdrowotnej ma szczególne znaczenie w okresie dziecięcym oraz dojrzewania. Kształtowanie zachowań służących zdrowiu przekłada się na zdrową przyszłość i zdrowe społeczeństwo.
Przeszkadzają w tym braki kadrowe – na przykład, w przypadku pielęgniarek, mamy w Polsce znikomy procent osób przed 40. rokiem życia.
Niewystarczająca jest liczba gabinetów profilaktyki zdrowotnej, pomieszczenia nie spełniają warunków, wciąż brakuje pielęgniarek i higienistek w szkołach, za mało jest gabinetów stomatologicznych, występują bardzo duże dysproporcje pomiędzy miastami i wsiami.
– Pomiędzy Polską a innymi krajami Unii Europejskiej istnieje wielka przepaść w występowaniu u dzieci próchnicy. Borykamy się z niepokojącym wzrostem zachorowań na choroby zakaźne, takie jak krztusiec czy odra. Problemy zdrowotne dzieci i młodzieży narastają na najróżniejszych płaszczyznach. Potrzebujemy ustawy, której celem będzie wprowadzenie kompleksowych rozwiązań opieki zdrowotnej dzieci i młodzieży – zaznaczył Piotr Wasilewski, dyrektor departamentu zdrowia NIK, wyrażający jak widać wiarę w moc sprawczą kolejnych aktów prawnych.

 

W zalewie informacji

Potrzebujemy nie tylko dostępności do świadczeń zdrowotnych, ale i odpowiedniej edukacji, profilaktyki i świadomości społecznej – mówili zgodnie goście debaty, reprezentujący środowisko ekspertów nauki, oświaty, zdrowia i sportu oraz przedstawicieli organizacji pozarządowych i administracji.
Co do profilaktyki, to postęp technologiczny z jednej strony jest cennym zjawiskiem, a z drugiej – zagrożeniem.
– Rodzą się rozmaite pseudoteorie. Niesprawdzone „naukowe” informacje, które pojawiają się w Internecie, mają bardzo silne oddziaływanie na rodziców, którzy w efekcie tych informacji, są narażeni na podejmowanie złych decyzji w stosunku do swoich dzieci – powiedział Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli.
Agnieszka Jadczyszyn z Instytutu Strategii i Rozwoju zwróciła uwagę na inny, ważny element – kanały społecznościowe i rolę kampanii społecznych w profilaktyce zdrowotnej: – Należy uwzględnić różnorodność i współczesny kształt przekazu, jaki dociera do najmłodszych. Nowe media, pomimo wynikających z nich zagrożeń, mogą być w mądry sposób wykorzystane w promowaniu prozdrowotnych wzorców. Żeby poprawić efektywność kampanii społecznych, należy konsultować założenia właśnie z dziećmi i młodzieżą. Czynne włączanie ich w kreowanie kampanii pozwoli osiągać lepsze efekty.

 

Samorządy mają to w nosie

Wyniki przeprowadzonych działań wykazują, iż jednostki samorządu terytorialnego w zbyt małym zakresie angażują się w zaspokajanie potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
W rezultacie, powstają nieodpowiednie i bazujące na nieznajomości tematu programy strategii zdrowotnej.
Okazało się, że żadna z kontrolowanych przez NIK gmin nie posiadała informacji o liczbie dzieci i młodzieży z nieprawidłową wagą ciała. Ponad 56 proc. jednostek samorządów terytorialnych nie przeprowadziło żadnej analizy potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
Stołówki i sklepiki szkolne nie spełniają wymogów zawartych w rozporządzeniu Ministra Zdrowia, a u dzieci nie wyrabia się odpowiednich, prozdrowotnych nawyków. Nie działa coraz potrzebniejsza, skierowana do młodych, specjalistyczna opieka psychologiczna, a szkoły i placówki lecznicze nie mogą jej zapewnić przez brak wystarczającego wsparcia finansowego.

 

Wyzwania współczesności

Opieka zdrowotna dzieci i młodzieży wymaga poprawienia standardu organizacyjnego oraz samych warunków udzielania świadczeń zdrowotnych.
Ukazują to skargi wpływające do Biura Rzecznika Praw Pacjenta, o których opowiedziała Agnieszka Wernik, dyrektorka departamentu strategii i działań systemowych w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta: – Zdarzają się rażące sytuacje, kiedy to uczniowie są badani w miejscach narażających ich intymność, a często również w towarzystwie innych, poza personelem medycznym, osób. Opieka zdrowotna nad małoletnimi prowadzi do wielu wyzwań systemowych.
Nowym problemem – który zdaniem Szymona Chrostowskiego, doradcy społecznego Ministra Zdrowia, należy do kluczowych wyzwań zdrowotnych u dzieci i młodzieży – jest zbyt mała skala szczepień przeciwko HPV, wirusowi mogącemu powodować raka szyjki macicy,prącia, pochwy i gardła. Zakażenie HPV to najczęstsza choroba przenoszona drogą płciową. – W krajach, w których funkcjonuje odpowiednio prowadzona profilaktyka, a w młodym wieku szczepione są zarówno dziewczynki, jak i chłopcy, sytuacja wygląda znacznie lepiej, a zachorowalność m.in. na raka szyjki macicy jest dużo mniejsza – stwierdził doradca.

 

Potrzeba pieniędzy

Odpowiednie inwestycje na wczesnych etapach życia w oczywisty sposób przekształcają się w lepszą zdrowotność obywateli w późniejszych latach.
To jednocześnie ogromna korzyść dla budżetu państwa, bo przecież zdrowe społeczeństwo to zdrowa gospodarka – tyle, że najpierw te pieniądze trzeba wyłożyć, czego się nie robi.
– Niestety, o problemach i wyzwaniach zdrowotnych dotyczących dzieci i młodzieży mówi się od dawna, a wciąż czekamy na stosowne kroki i zmiany – dodał Piotr Mierzejewski, dyrektor zespołu prawa administracyjnego i gospodarczego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.

 

Dobra, kompleksowa współpraca

Profilaktyka zdrowotna nad uczniami w szkole znajduje się w obszarze współpracy Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Sportu. Zdaniem odpowiadających za ten obszar urzędników, wszystko idzie prawidłowo.
– Jest to kompleksowa i odpowiednio prowadzona współpraca, a naszym wspólnym celem jest wypracowanie jak najlepszych rozwiązań. Wśród kluczowych zaleceń są m.in. bezpieczeństwo i higiena w szkole, wydłużenie przerw międzylekcyjnych, a w tym dłuższej przerwy na spożycie posiłku – oświadczyła Agnieszka Ludwin, wicedyrektorka departamentu wychowania i kształcenia integracyjnego w Ministerstwie Edukacji Narodowej.
Wnioski z tej debaty zostaną oczywiście przekazane stosownym placówkom – choć chyba nikt nie ma złudzeń, że cokolwiek uda się szybko zmienić. Pozwoliła ona na jeszcze jedną obserwację – jak dużo jest dobrze płatnych stanowisk dyrektorskich w rozmaitych komórkach administracji, mających rzekomo służyć dobru obywateli…

Dobre wieści z ekoświata

Kawiarnie sieciowe wprowadzają więcej opcji roślinnych

 

Eksperci kampanii RoślinnieJemy sprawdzili dostępność opcji roślinnych w największych kawiarniach sieciowych. Według opublikowanego przez nich rankingu najbardziej aktywnie na zmieniające się trendy konsumenckie odpowiadają sieci Green Caffe Nero oraz Starbucks.
Badania INSE z 2013 roku wskazały, że statystyczny Polak odwiedza kawiarnie 11 razy w roku. Jednocześnie z sondażu IBRiS z lutego 2018 roku wynika, że coraz więcej konsumentów skłania się ku roślinnym alternatywom dla konwencjonalnych produktów – aż 57,8% Polaków planuje ograniczyć spożycie mięsa na rzecz produktów roślinnych. Mleko sojowe można obecnie znaleźć w większości sklepów, a producenci żywności coraz częściej żywo reagują na zmianę nawyków żywieniowych Polaków.
– Zdecydowaliśmy się przeprowadzić ranking kawiarni sieciowych pod kątem dostępności produktów roślinnych, ponieważ dostrzegamy wzmożone zainteresowanie roślinnymi alternatywami, chociażby dla nabiału – komentuje Maciej Otrębski, strategic partnerships manager kampanii RoślinnieJemy – Jak wskazuje badanie Mintel, mleko roślinne do kawy przestało być kaprysem “wielkomiejskiego hipstera” – 90% osób, które decydują się na wybór napojów roślinnych kupuje także mleko krowie. Produkty roślinne stają się po prostu coraz bardziej atrakcyjne dla konsumentów – dodaje.
W raporcie najlepiej wypadły sieci Green Caffe Nero, Starbucks, Etno Cafe oraz kawiarnie Gorąco Polecam, w których napoje roślinne do kawy dostępne są w kilku opcjach. Wariant sojowy zazwyczaj można wybrać bez dodatkowej dopłaty, a napoje kokosowe, czy migdałowe dostępne są za dodatkową opłatą. Zarówno Green Caffe Nero, jak i Starbucks, oferują swoim klientom w 100% roślinne słone i słodkie przekąski – w Green Caffe Nero dostać można sernik z tofu (serka z soi) oraz kanapki z hummusem i pastą baba ghanoush (na bazie bakłażana), a w kawiarniach Starbucks szarlotkę i roślinny lunchbox.
W rankingu najgorzej wypadły kawiarnie Tchibo i McCafe oraz lokalne kawiarnie sieciowe zlokalizowane przy piekarniach, takie jak Awiteks czy Lajkonik.
Wyniki raportu wskazują także na fakt, że sieci niechętnie chwalą się dostępnością produktów roślinnych, jedynie okazjonalnie informując o wegańskich przekąskach czy słodkich deserach. Według CB Insights, to właśnie dieta roślinna jest jednym z megatrendów na nadchodzące lata, a konsumenci w coraz większym stopniu oczekiwali będą zdrowszych, bardziej przyjaznych środowisku dań i produktów. Większość kawiarni sieciowych zdaje się według autorów raportu nie dostrzegać tego trendu.
– Zainteresowanie produktami roślinnymi potwierdza sukces szeregu rzemieślniczych kawiarni, oferujących wegańskie dania – warszawskiego lokalu Nancy Lee, czy krakowskiej Karmy. Roślinne napoje czy przekąski trafiają w gusta konsumentów zainteresowanych ciekawymi smakami, czy osób nietolerujących laktozy – podsumowuje Otrębski.

 

Coraz więcej restauracji rezygnuje z jaj klatkowych

Niemal 60 restauracji, knajp i barów szybkiej obsługi na terenie całej Polski przyłączyło się do światowego trendu wycofywania jajek z chowu klatkowego (tzw. „trójek”). Kierują się względami etycznymi oraz chęcią podążania za oczekiwaniami konsumentów.
W oświadczeniach restauracji dotyczących wycofania jaj z chowu klatkowego znaleźć można m.in. argumenty dotyczące sprzeciwu wobec warunków, w jakich przetrzymywane są kury nioski – bez dostępu do świeżego powietrza, w ciasnych klatkach, które nie zapewniają im możliwości spełniania naturalnych potrzeb. Restauratorzy swoje decyzje motywują także potrzebą sprostania wymaganiom konsumentów, którzy preferują bardziej etyczne produkty dostępne na rynku i oczekują tego samego od lokali, które odwiedzają.

 

Które restauracje zdecydowały się na takie zmiany?

Na potrawy bez jaj „trójek” można wybrać się już teraz do Restauracji Polska Różana i N31 restaurant&bar, a niedługo – od 2020 roku – do Restauracji Stolicy, sieci 7th Street Bar & Grill oraz do burgerowni Meet&Fit, która nie tylko wycofuje „trójki”, ale zmieniła także nazwę z poprzedniej Meat&Fit ze względu na stale poszerzającą się liczbę opcji wegańskich w menu.
Do grona firm wycofujących jaja pochodzenia klatkowego dołączyły także większe sieci restauracji, pokazując, że duża gastronomia i szacunek do zwierząt idą w parze: restauracje Sphinx, Bobby Burger, MJM Group S.A. ze swoimi markami Road American Restaurant, Gra Smaków, Choice i oferującym włoską kuchnię Benvenuti in Italia, Restauracje Krawczyk, do których należą Sukiennice 7, Steak’N’Roll, The Irish Pub Guinness, Butchery Grill, Warszawski Sznyt, Burger Bistro, hołdujące polskim klasykom z nutką orientalną Sami Swoi oraz Domowe Smaki.
Zaangażowanie na rzecz poprawy dobrostanu kur zadeklarowała również firma Wojtex – właściciel Pizzerii Biesiadowo i licznych konceptów gastronomicznych takich jak Western Chicken czy Rybkodajnia, jak również North Food ze swoimi markami North Fish i John Burg.
Takie decyzje coraz częściej podejmują też firmy cateringowe – potrawy wolne od jaj klatkowych zamówić można w cateringu Optidiet, a od 2025 roku w Eurest Polska.

 

Zmiany globalne

Zmiany w zakresie rezygnacji z jaj tzw. „trójek” nie dotyczą jedynie polskiej branży gastronomicznej – mają zasięg globalny. Już ponad 500 restauracji na całym świecie, w tym sieć barów Subway, obecna w ponad 100 krajach, oraz ogromna sieć włoskich restauracji Vapiano, dołączyły do tego światowego trendu.
Restauracje, które podjęły taką decyzję, znaleźć można także na lotniskach. Dzięki deklaracjom Lagardère Travel Retail i Grupy Baltona już niedługo podróżujący będą mogli cieszyć się wolnymi od jaj klatkowych potrawami w lokalach takich jak m.in. Travel Chef – od 2020, Business Shark Pub & Restaurant, Flying Bistro, Gourmet Bistro – od 2025 roku.
Także liczne obecne na rynku polskim i międzynarodowym pizzerie zdecydowały się na wycofanie „trójek” z sosów, deserów i dodatków do pizzy – Da Grasso, Telepizza, Pizza Dominium, Pizzeria Presto oraz wspomniana wcześniej Pizzeria Biesiadowo.

 

Polska gastronomia (i nie tylko) wolna od hodowli klatkowej

Z jaj pochodzenia klatkowego zrezygnowały już największe firmy działające w Polsce.– Restauratorzy to kolejna grupa przedsiębiorców, którzy pokazują nam, że wizja Polski wolnej od zbędnego cierpienia zwierząt wcale nie należy do odległych – komentuje Marta Cendrowicz, koordynatorka kampanii „Jak one to znoszą” ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki – W taką Polskę, obok wspomnianej gastronomii oraz ponad 80 proc. konsumentów, wierzy już ponad 100 firm obejmujących także sieci sklepów spożywczych, producentów żywności oraz hotele – dodaje.
Polityki firm odnośnie wycofywania jaj klatkowych są wynikiem globalnej kampanii międzynarodowej koalicji Open Wing Alliance, zrzeszającej ponad 55 organizacji ochrony zwierząt z całego świata. Członkami koalicji w Polsce jest Stowarzyszenie Otwarte Klatki oraz Fundacja Alberta Schweitzera.