Trzeba myśleć, zamiast wyrzucać

Pod panowaniem PiS rozszerza się obszar skrajnego ubóstwa w Polsce, więc tym bardziej nie wolno dopuszczać do marnotrawstwa żywności.

Jak marnujemy żywność w Polsce? Można to ocenić na podstawie wyników badań przeprowadzonych przez Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy, Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego oraz Federację Polskich Banków Żywności, opublikowanych w monografii pt. „Straty i marnotrawstwo żywności w Polsce. Skala i przyczyny problemu”.

 Zaczyna się już od produkcji. Roczne straty w skali naszego kraju w produkcji rolniczej wynoszą około 2 mln ton, z czego najwięcej marnuje się w sektorze zbożowym i owocowo-warzywnym. Tu w największym stopniu za marnowanie żywności odpowiedzialne są gospodarstwa rolne – to właśnie w nich powstaje nawet 99 proc. strat w sektorze mięsnym i aż 71 proc. w owocowo- warzywnym.

Dlaczego żywność marnuje się w gospodarstwach rolnych? Przyczyny strat i marnotrawstwa są tu bardzo zróżnicowane. Wpływają na to przede wszystkim warunki atmosferyczne (burze, gradobicia, podtopienia, powodzie, czy susze), ale także niewłaściwy czas zbioru czy szkodliwe praktyki stosowane podczas zbiorów  czy przeładunku. Wiele żywności marnuje się także ze względu na nieodpowiednie warunki przechowywania (zbytnią wilgoć w magazynach).

Przetwórstwo to kolejny etap łańcucha żywnościowego oraz strat. Ze względu na złożoność procesów produkcyjnych, trudno dokładnie oszacować skalę marnowania na tym szczeblu. Z rozmaitych danych jednak wynika, że najwięcej strat (w stosunku do wielkości produkcji) w tym obszarze generuje się w sektorze owocowo-warzywnym (8,58 proc.). Na drugim miejscu tego niechlubnego podium plasuje się branża mięsna i olejarska, a czołówkę zamyka przemysł rybny.

Najmniej strat jest zaś w sektorze zbożowym – 0,45 proc., potem w mleczarskim – tylko 0,53 proc., co wydaje się dziwne, zważywszy, że mleko jest znacznie bardziej wrażliwym na zepsucie produktem niż olej i rośliny z których się go wytwarza – a tymczasem w branży olejarskiej straty, jak podaje raport Federacji Polskich Banków Żywności wynoszą aż  4,94 proc.

Żywność marnuje się w zakładach przetwórczych przede wszystkim ze względu na przekroczenie okresu przydatności przetwarzanych produktów. W przypadku owoców i warzyw obserwujemy znacznie wyższe straty w porównaniu z takimi na przykład sektorami, jak zbożowo-młynarski. Tak samo jest w naszych domach – częściej wyrzucamy świeże produkty, których nie zużyliśmy w krótkim oknie czasowym, niż artykuły o wydłużonym terminie przydatności do spożycia – wskazuje raport Federacji Polskich Banków Żywności.

Częstą przyczyną strat w tym obszarze są także nierzetelni dostawcy, którzy zaopatrywali zakłady przetwórcze w niskiej jakości surowce. Czasem wyrzucanie żywności wiąże się też z przerwą w dostawie prądu czy ludzkim błędem podczas pracy.

Kolejne ogniwo, transport to stosunkowo najmniej marnotrawcza gałąź przemysłu spożywczego. Straty generowane w trakcie przewożenia produktów żywnościowych stanowią średnio zaledwie 0,019 proc. transportowanej żywności. O większej – choć równie znikomej – skali marnowania można mówić w przypadku magazynowania. Powstałe w centrach logistycznych straty stanowią średnio 0,18 proc. przechowywanej żywności. Pod względem tonażu, ilość strat w transporcie spadła w ciągu ostatnich lat, od 2017 r. To wynik oddawania do użytku coraz lepiej przygotowanych powierzchni magazynowych. Tym niemniej, również i w centrach dystrybucyjnych marnuje się żywność. Przyczyny to głównie  zbyt długi okres przechowywania towarów, nieprzestrzeganie zasady FIFO (first in, first out), czyli dbałości o szybką rotację najmniej trwałych produktów, a także niedbalstwo pracowników, pośpiech i brak dokładności – czyli błędy ludzkie.

Na podstawie wyników z badań w zakładach gastronomicznych, przeprowadzonych przez Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, widać, że największe rozmiary przybiera marnowanie na talerzu. Gastronomia  to  dotychczas chyba najbardziej  enigmatyczny  pod  względem  marnowania  żywności  obszar. Ze względu na dużą liczbę lokali i ich różnorodną charakterystykę, jest to grupa trudna do zbadania.

Problemy z marnowaniem żywności zaczynają się już w momencie dostarczenia dostaw do zakładów gastronomicznych. Część danych może napawać optymizmem – niemal wszyscy przedstawiciele restauracji zapewniają, że zawsze lub zazwyczaj sprawdzają stan magazynów przed zakupami (99,23 proc.) i po zaopatrzenie wybierają się z listą niezbędnych produktów (95,4 proc.), by uniknąć nadmiernych, kosztownych i mogących się zmarnować zapasów. Jednocześnie, niemal 11 proc. z nich kupuje niezaplanowane wcześniej produkty (czyniąc to zawsze lub zazwyczaj), co sprzyja marnotrawstwu. Ponad 22 proc. z kolei deklaruje, że świadomie robi zakupy „na zapas”. Ze względów organizacyjnych, w wielu lokalach często potrawy przygotowywane są  wcześniej, czyli innego dnia niż następuje ich sprzedaż. Przygotowywanie dań z wyprzedzeniem czasowym zostało zadeklarowane przez 4 na 10 respondentów – co zapewne kłóci się z informacjami przekazywanymi  konsumentom, którzy na ogół są przekonani, iż spożywają świeże, dopiero co przygotowane potrawy.

W przypadku takich lokali gotujących na zapas, bardzo ważne jest przechowywanie wstępnie przyrządzonych dań. Niektóre zimne przekąski, takie jak np. tartinki czy koreczki są przechowywane nawet do 72 godzin, podobnie z ciepłymi przystawkami. Najdłużej, bo aż do 5 dni, bywają składowane wyroby mączne, takie jak pierogi, kopytka, knedle czy placki ziemniaczane (3,6 proc.).

W żadnym przypadku, wedle deklaracji restauratorów, potrawy przygotowane z wyprzedzeniem czasowym nie były przechowywane powyżej 5 dni. W przypadku większości potraw, o które zapytano w kwestionariuszu, respondenci deklarowali, że najczęściej są one składowane tylko do dnia następnego (do 24 godzin) – wyjątek stanowiły ciasta, które z reguły były przechowywane do 48 godzin.

Poza czasem, istotny jest również sposób przechowywania. Niemal ¾ lokali deklaruje, że zawsze lub zazwyczaj znakuje danie datą produkcji. Z kolei aż 40 proc. lokali nie zamieszcza na produktach czy daniach informacji o terminie przydatności do spożycia, co może wpływać na większe straty żywności.

Ponadto, na podstawie deklaracji respondentów stwierdzono, że tylko w części obiektów znajduje się szybkoschładzarka,  urządzenie  niezbędne  do  produkcji  dań  ciepłych  z  wyprzedzeniem  czasowym.  Zaledwie około 50 proc. zakładów przygotowujących zupy z wyprzedzeniem czasowym posiadało odpowiednie wyposażenie przeznaczone do procesu szybkiego schładzania. W przypadku niezastosowania takiego urządzenia istnieje zaś znacznie wyższe ryzyko zmarnowania dania lub zagrożenia dla zdrowia konsumenta.

Do najczęściej wyrzucanych na tym etapie artykułów spożywczych (z częstotliwością codziennie i prawie codziennie) przez ponad jedną trzecią respondentów, należą przede wszystkim produkty napoczęte z oznakami zepsucia, przeterminowane produkty, zwiędnięte warzywa i owoce. Oczywiście, trzeba je wyrzucić – ale nie wolno dopuszczać, by się popsuły i przeterminowały. Codziennie w jednej czwartej badanych zakładów gastronomicznych wyrzucano potrawy ciepłe, a w co piątym zakładzie, potrawy serwowane na zimno i pieczywo. Natomiast najrzadziej deklarowano wyrzucanie półproduktów.

W zakładach gastronomicznych ze świeżych, przygotowanych danego dnia dań najczęściej wyrzucane były surówki, sałaty i sałatki (40,9 proc. ). Z kolei najrzadziej w koszu lądują zupy, wywary czy sosy (20,2 proc.) oraz produkty mączne (25,8 proc.).

Tylko 1 na 10 respondentów powiedział, że w jego lokalu praktykowane jest zabieranie niesprzedanej żywności do domu przez pracowników. Jeszcze mniej osób sprzedaje takie potrawy w niższej cenie lub wykorzystuje je do przyrządzenia innych dań – co wszakże trzeba robić ostrożnie ze względów sanitarnych. Okazuje się także, że restauratorzy raczej nie praktykują sprzedaży połowy porcji – taką możliwość deklaruje także zaledwie 1 na 10 lokali gastronomicznych.

Jeżeli chodzi o ustalenie sposobu postępowania z daniami, które były poddawane tzw.  bemarowaniu, czyli były utrzymywane w wysokiej temperaturze przez określony czas (zgodnie z zaleceniami powyżej 66°C),  a nie zostały w danym dniu wydane konsumentom, to około 30% przebadanych lokali deklarowało, że korzysta z bemarów w swojej działalności. Najczęściej w tych urządzeniach znajdowały się zupy, dania mięsne, podroby, ziemniaki, jarzyny, ryż czy kasza. Jeśli ich nie zjedzono czy sprzedano na czas, to najczęściej wskazywanym przez respondentów sposobem postępowania było po prostu ich wyrzucenie.

Według danych Komisji Europejskiej, straty żywności w sektorze handlu to około 5 proc. ogółu marnowanej żywności. W porównaniu do marnotrawstwa konsumentów (53 proc.) wydaje się to nieistotnym wynikiem, jednak ze względu na duży wpływ, jaki sieci handlowe wywierają na postawy konsumenckie, obszar handlu powinien zostać poddany szeregowi regulacji, mających na celu ograniczenie zjawiska wyrzucania jedzenia. Niektóre kraje (w tym Polska, gdzie w 2019 r. weszła w życie ustawa o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności) już wprowadziły odpowiednie ustawodawstwo, wedle którego na sklepy nakładana jest kara za marnowanie żywności. Skuteczność tych rozwiązań jest wszakże znikoma, a sklepy w Polsce wciąż wyrzucają żywność.

Do najczęściej marnowanych produktów spożywczych w sklepach należały: pieczywo, owoce i warzywa, świeże nie zapakowane mięso, drób i ryby oraz artykuły chłodnicze z bardzo krótką datą ważności. Z zebranych danych wynika, że aż 60 proc placówek handlowych wyrzuca codziennie chleb czy bułki. W przypadku warzyw i owoców postępuje tak niemal 50 proc. badanych. Wyrzucanie nie omija nawet produktów suchych, takich jak kasze czy makarony – aż 51,6 proc. ankietowanych sklepów utylizuje takie towary minimum dwa, trzy razy w miesiącu i częściej.

Sklepy marnują żywność, bo najczęściej przekraczają terminy przydatności do spożycia lub daty minimalnej trwałości. To deklarowana główna przyczyna i przeważający powód, dla którego w koszach lądowało paczkowane mięso (42,5 proc.), świeże produkty np. mleko czy wędliny (58,6 proc.), artykuły mrożone (33,3 proc.), a także paczkowane pieczywo (46 proc.) czy produkty suche – takie jak mąka, kasza bądź makarony (łącznie 51,7 proc.).

Kolejną częstą przyczyną marnowania jedzenia była zauważalna organoleptycznie utrata świeżości produktów. To dotyczyło przede wszystkim owoców i warzyw (78,2 proc),  pieczywa (65,3 proc.) oraz świeżego – teoretycznie – mięsa, drobiu czy ryb (46 proc.). W przypadku artykułów mrożonych częstą przyczyną marnowania było także przerwanie procesu mrożenia (26,4 proc.). Mechaniczne uszkodzenia opakowań skazywały na straty najczęściej produkty suche (31 proc.) oraz napoje (28,7 proc.).

Ograniczenie marnowania żywności przez sklepy jest ważne nie tylko ze względu na koszty środowiskowe i ekonomiczne, ale także z punktu widzenia szeregu organizacji społecznych, które niesprzedaną, ale dobrą jakościowo żywność mogą przekazać osobom potrzebującym. Tu do pożądanych zmian mogłyby zachęcić wyższe koszty utylizacji odpadów oraz zobowiązania prawne, obowiązujące m.in. we Francji, Czechach i Polsce.

Zgodnie z polską ustawą, na wszystkie wielkopowierzchniowe placówki (powyżej 400 m2) nałożony został wymóg przekazywania niesprzedanej żywności do organizacji pozarządowych, a za każdy zmarnowany kilogram żywności obowiązuje opłata w wysokości 10 groszy. To jednak nie za bardzo pomaga i pomimo maksymalnie ponoć zoptymalizowanych procesów zamawiania i wykorzystania dostaw, śmietniki wielu supermarketów są pełne.

Ostatnie ogniwo marnotrawstwa to konsumenci. 53,75 proc. Polaków przyznaje, że zdarza im się  wyrzucić żywność, z czego większość dotyczy wyrzucania gotowych, niespożytych posiłków (aż 70,3 proc.), a  37,2 proc., wyrzucania produktów spożywczych.

Aż 62,9 proc. mieszkańców naszego kraju deklaruje, że z różną częstotliwością (często, czasami, rzadko), ale jednak wyrzuca pieczywo. Na kolejnych pozycjach znajdują się: owoce (57,4 proc.) , warzywa tzw. nietrwałe, typu sałata, rzodkiewka, pomidory, czy ogórki (56,5 proc.), wędliny (51,6 proc.) oraz napoje mleczne (47,3 proc.). Najczęściej wskazywanym powodem wyrzucania żywności jest, co oczywiste,  jej zepsucie (62 proc.). Dlaczego jednak doprowadzamy do tego, że się zepsuła?

Zachowania sprzyjające marnowaniu żywności są rozmaite, ale opisywane powody wyrzucania jedzenia pokazują, że jednym z kluczowych czynników jest nieodpowiednie przygotowanie się do zakupów oraz bezplanowe dokonywanie samych zakupów (41,9 proc.). Tylko czterech na dziesięciu dorosłych Polaków przed zakupami ma w zwyczaju sprawdzenie zawartości lodówki. Połowa Polaków przyznaje, że nigdy nie nabywa produktów, które są pełnowartościowe, ale trochę gorzej wyglądają, np. małych, niekształtnych warzyw bądź owoców (50,9 proc.) lub produktów w zdeformowanych opakowaniach (50,3 proc.) – czemu trudno się dziwić.

Tylko 39,0 proc. przygotowuje listy niezbędnych produktów przed pójściem do sklepu. 18,9 proc. konsumentów regularnie (czyli  zawsze lub zazwyczaj) nabywający produkty, których wcześniej nie planowali kupić, a 16,7 proc. robi zakupy „na zapas”. Prawie połowa dorosłych Polaków (48,9 proc.) nigdy nie spożywa produktów spożywczych po upływie ich daty ważności – ale skoro je wyrzucają, to znaczy, że nieodpowiednio zarządzają zawartością spiżarni i lodówek oraz nie uwzględniają daty ważności przechowywanych produktów.

 Zaledwie 31,3 proc. naszego społeczeństwa przyznaje, że regularnie układa produkty w lodówce zgodnie z datami ważności, czyli najbliżej drzwi te produkty, które mają najkrótszy termin (wspomniana zasada FIFO:  first in, first out, czyli „pierwsze weszło,  pierwsze wyszło”). 41,9 proc. Polaków twierdzi, że zdarza im się dbać o odpowiednie ustawienie produktów, a 26,8 proc. respondentów zupełnie nie przywiązuje do tego wagi, co zrozumiałe, bo raczej mamy niezbyt duże lodówki, w których trudno wymierzać odległość od drzwi.

Nie zjedzonych produktów i posiłków zwykle nie wyrzucamy od razu. Przede wszystkim wykorzystujemy je do przygotowywania innych potraw  (85,8 proc. pytanych czyni tak zawsze, zazwyczaj,  czasami bądź  rzadko) albo zamrażamy  (74 proc. odpowiedzi). 70,3 proc. spośród nas przyznaje, że wyrzuca je do kosza.

Niesprzedana, dobra jakościowo żywność zamiast na śmietniki, powinna trafiać na talerze. W Polsce wciąż ponad 1,6 mln osób żyje w skrajnym ubóstwie, co często jest równoznaczne z doświadczaniem głodu – przypominają Banki Żywności. A pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości rozszerza się obszar skrajnego niedostatku w naszym kraju.

Gospodarka 48 godzin

Odwracanie tunelu ogonem
Wydrążony został wreszcie tunel pod Świną, łączący obie części Świnoujścia oraz wyspy Uznam i Wolin. Uroczystość zakończenia drążenia „uświetnili” swoją obecnością prezydent Andrzej Duda oraz ministrowie rządu, choć udział PiS-owskich władz w sfinansowaniu i rozpoczęciu tej budowy był żaden. Prezydent Duda wyjątkowo mało sensownie podziękował samorządowi Świnoujścia, że pokrywają część kosztów budowy tunelu, nie zrzucając tych kosztów wyłącznie na Skarb Państwa. W rzeczywistości, nikt nie zrzucił na Skarb Państwa nawet grosza z kosztów budowy tunelu, gdyż udział Skarbu Państwa w tej inwestycji jest zerowy. Skarb Państwa nie wydał nic na ten cel – ale prominenci PiS chętnie pojawiają się w świetle reflektorów, chwaląc się rzekomymi zasługami w doprowadzeniu do budowy tunelu. Prawda jest taka, że o poprowadzeniu tunelu pod Świną mówiono już od dziesięcioleci. Także i PiS podchwycił propagandowo ten pomysł i głosił go w 2005 roku. Podczas swych dwuletnich rządów nic jednak nie zrobił, by go urzeczywistnić. Dopiero po sukcesie wyborczym Platformy Obywatelskiej rozpoczęły się realne prace prowadzące do rozpoczęcia tej inwestycji, spowolnione jednak przez światowy kryzys finansowy, który dotarł i do Polski. Mimo to, w 2014 roku zawarta została umowa, ostatecznie i konkretnie zapewniająca sfinansowanie 85 proc. kosztów tej inwestycji z funduszy unijnych. Otworzyło to drogę do rozpoczęcia budowy. Dzięki temu, gdy PiS objęło władzę w Polsce, przyszło „na gotowe”, bo decydujące działania – czyli zdobycie środków na budowę tunelu – zostały już wykonane przez poprzedników obecnej ekipy. Pozostałe 15 proc. kosztów wyłożył zaś, jak planowano wcześniej, samorząd Świnoujścia. Oczywiście to wszystko nie przeszkadza PiS-owskim propagandystom udającym dziennikarzy w odwracaniu kota ogonem i opowiadaniu bajek o rzekomych zasługach obecnej władzy w zainicjowaniu tej inwestycji.

Kapitalizm winduje ceny
Na świecie drożeje żywność. Według informacji z ONZ, w sierpniu bieżącego roku światowe ceny żywności były średnio aż o 33 proc. wyższe niż w tym samym miesiącu ubiegłego roku, co oznacza niemal nieprawdopodobne tempo wzrostu. Najszybciej drożeją mięso, olej roślinny i zboża. Mamy na świecie nadprodukcję tanio wytwarzanej żywności więc nie powinna ona drożeć, ale takie właśnie są – autentycznie wilcze – prawa kapitalizmu.

Kto idzie na kolej
W 47 szkołach w całej Polsce istnieją kierunki nauki związane z kolejnictwem, na których kształcą się tacy przyszli specjaliści, jak technik transportu kolejowego, technik budownictwa kolejowego, technik automatyk sterowania ruchem kolejowym, technik elektroenergetyk transportu szynowego czy technik teleinformatyk. Według informacji firmy PKP Polskie Linie Kolejowe zainteresowanie kierunkami kolejowymi systematycznie rośnie i zwiększa się liczba szkół, które otwierają kierunki związane z koleją. W tym roku szkolnym dołączył do nich Zespół Szkół w Sędziszowie, gdzie uczniowie będą się kształcić na kierunku technik transportu kolejowego. Dla zachęty, najlepszym uczniom wypłacane są comiesięczne stypendia. W bieżącym roku przewidziano je dla 272 uczniów w całej Polsce. W poprzednim roku szkolnym stypendia takie otrzymywało 249 uczniów. Być może znowu zacznie nabierać sensu, przedwojenna jeszcze maksyma, że kto ma w głowie olej ten idzie na kolej.

Sondaż, czyli oczywista oczywistość

Na co Federacja Konsumentów wydaje pieniądze uzyskane z Unii Europejskiej?
Pandemia znacznie ograniczyła naszą aktywność w wielu dziedzinach życia. Często pracujemy i załatwiamy szereg spraw codziennych zdalnie. Federacja Konsumentów postanowiła zbadać stan wiedzy Polaków na temat żywności i odżywiania oraz ich zwyczaje zakupowe.
Badanie, w formie wywiadu telefonicznego i na panelu internetowym objęło w większości osoby, które w większości miały wpływ na zakupy żywności. 79 proc. badanych kobiet deklarowało, że to one decydują, jaką żywność kupują, natomiast 49 proc. mężczyzn określało się mianem współdecydujących o zakupach.
Jak pokazało badanie, niemal wszyscy robią zakupy raz w tygodniu (94 proc.), a częściej ci, którzy mieszkają w gospodarstwach z większą ilością osób, w tym z dziećmi – co trudno uznać za jakieś odkrycie. Większość kupuje żywność w sklepach stacjonarnych, a tylko dwóch na pięciu badanych kupuje ją on-line. Korzystanie z zakupów przez Internet zależy od wieku, poziomu dochodów konsumentów i rodzaju diety.
FK przeprowadziła także test wiedzy dotyczący zdrowego odżywiania,składu i warunków przechowywania żywności. Jak stwierdza Federacja, test nie sprawił większych trudności, a 89 proc. badanych ma ocenę przynajmniej dostateczną. „Na ogół respondenci realistycznie oceniają swoją wiedzę o bezpieczeństwie żywności, co widać w zestawieniu deklarowanego poziomu wiedzy i wyniku testu. Wyniki były zróżnicowane w zależności od posiadanego wykształcenia” – odkrywczo podsumowano.
Spytano też, jak konsumenci rozumieją określenie „bezpieczna żywność”. Największy odsetek badanych wskazał, że bezpieczna jest zdrowa żywność, szeroko rozumiana przez konsumentów. W dalszej kolejności zwracano uwagę na przydatność do spożycia, brak sztucznych dodatków (tzw. „chemii” – konserwantów) i to, czy produkty są ekologiczne. Wśród konsumentów (64 proc. ) przeważa pogląd, że żywność wytwarzana przez lokalnych producentów jest bardziej bezpieczna i dlatego chętnie ją kupują.
Federacja Konsumentów zapytała też konsumentów o ich zwyczaje żywieniowe. Prawie 70 proc. odpowiedziało, że preferuje tradycyjne dania kuchni polskiej. Kobiety chętniej gotują od mężczyzn, są bardziej otwarte na stosowanie nowych produktów i receptur, produktów ekologicznych, zwracają uwagę na ilość spożywanej soli. „Wyniki badania pokazują, że czynniki demograficzne, stosowane diety wpływają na styl życia i zwyczaje żywieniowe, różnicują postawy wobec zakupów” – stwierdza FK. Większość badanych (87 proc. ) deklaruje, że zwraca uwagę na bezpieczeństwo kupowanej żywności.
Najważniejszym pytaniem, którego Federacja Konsumentów nie postawiła, jest jednak: dlaczego w ogóle przeprowadzono ten sondaż? Jak widać, przyniósł on wyniki tak oczywiste i znane od lat jak to tylko możliwe, z których nic dla nikogo nie wynika. I oczywiste również było, że takie właśnie przyniesie.
Z powstaniem Federacji Konsumentów przed laty łączono w naszym kraju spore nadzieje. Liczono, że doprowadzi ona do stworzenia w Polsce autentycznego, silnego ruchu konsumenckiego, o jakim słyszeliśmy w państwach zachodnich. Niestety, nadzieje okazały się płonne. Federacja Konsumentów nie raz wskazywała na swe skromne środki. Szkoda więc, że marnuje je na podobne, pozbawione jakiegokolwiek sensu sondaże, zamiast zająć się jakimiś autentycznymi badaniami dóbr i usług ważnych dla obywateli.
Sondaż ten, jak podaje FK, został sfinansowany jako tzw. sub-grant z „BEUC Capacity Building Programme”, finansowanego z kolei przez Komisję Europejską w ramach projektu „Food – od wzmocnienia potencjału organizacji konsumenckiej do edukacji konsumenckiej”. Bogate państwa zachodnie mogą sobie przeznaczać środki unijne na rozmaite dyrdymały. Państwa na dorobku, jak Polska, powinny jednak bardziej szanować pieniądze z UE i wykorzystywać je dla rozsądniejszych celów, niż podobne sondaże.

Gospodarka 48 godzin

Zmiany w rozkładzie
W ramach kolejnych zmian w rozkładzie jazdy PKP, obowiązujących formalnie od 13 grudnia, obiecano przywrócenie po 25 latach, ale dopiero od 1 stycznia 2021 r, podróży koleją na linii Bielsk Podlaski – Lewki – Hajnówka. Pociągi pojadą tam w relacjach: Białystok – Hajnówka, Bielsk Podlaski – Hajnówka oraz Białystok – Siedlce (przez Bielsk Podlaski i Hajnówkę). Teoretyczny czas przejazdu najszybszego pociągu Białystok – Hajnówka to 80 min. Kolej ma być bardziej przyjazna środowisku między Lubelszczyzną a Podkarpaciem. Dzięki zakończeniu elektryfikacji na linii Lublin Główny – Stalowa Wola – Rozwadów jeszcze w grudniu pojadą tam pociągi elektryczne. Od 19 grudnia wrócą wreszcie pociągi na kolejową trasę zakopiańską, ale tylko na czas zimowych przejazdów. Czas przejazdu najszybszym pociągiem pomiędzy Krakowem a Zakopanem wyniesie trzy godziny, a najwolniejszym aż cztery. To wstyd, że jedynej górskiej linii w Polsce nie udaje się zmodernizować tak, by czas przejazdu nią zbliżyć do jakichkolwiek standardów. Dla porównania: ekspres z Warszawy do Gdańska jedzie przez 2 godziny 50 minut. Warto przypomnieć, że przed drugą wojną światową najszybsze pociągi pokonywały dystans między Krakowem a Zakopanem w 2 godziny 20 minut. Jednakże dziś ruch drogowy „zakopianką” jest już tak utrudniony, że w szczycie sezonu zimowego nawet te cztery godziny spędzone w pociągu mogą być konkurencyjne wobec czasu potrzebnego na dojazd samochodem z Krakowa do Zakopanego.

Żywność się trzyma
W trzech pierwszych kwartałach bieżącego roku wartość eksportu artykułów rolno-spożywczych z Polski wyniosła 25 070 mln EUR. Oznacza to wzrost o 6,7 proc. w stosunku do tego samego okresu 2019 r. Wartość naszego eksportu rolno-spożywczego w całym 2019 r. wyniosła 31,4 mld euro. Eksperci szacują, że wartość tego eksportu do końca bieżącego roku może przekroczyć nawet 33 mld euro. Jak widać, mimo narzekań naszych producentów i handlowców, żadne embarga i ograniczenia nie hamują sprzedaży polskich produktów. Najczęściej jak zwykle trafiają one na rynek niemiecki. „Po doświadczeniach ograniczeń w gospodarce oraz transporcie w czasie pierwszej fali pandemii, dobrze przygotowaliśmy branżę rolno-spożywczą, zakłady produkcyjne i logistykę na drugą falę” – pochwalił się nowy minister rolnictwa i rozwoju wsi Grzegorz Puda, choć oczywiście wpływ resortu rolnictwa na ten eksport jest żaden. Statystycznie, sprzedaż do państw Unii Europejskiej (łącznie z Wielką Brytanią) wzrosła w trzech kwartałach tego roku o 4,4 proc. do 20 085 mln EUR. Sama sprzedaż artykułów rolno-spożywczych w okresie styczeń – wrzesień 2020 r. do Niemiec wyniosła 6 231 mln EUR i w porównaniu z tym samym okresem 2019 r. była wyższa o 10,3 proc. Eksport do Niemiec stanowił około 25 proc. wartości całego eksportu rolno-spożywczego w pierwszych trzech kwartałach 2020 r. Rośnie też jednak polski eksport towarów rolno-spożywczych do państw spoza UE. W okresie I – IX 2020 r. jego wartość wyniosła 4 985 mln EUR i w porównaniu do tego samego okresu ubiegłego roku, oznacza to wzrost o około 17 proc.

Kontrola bez zębów

Żadne urzędy nie lubią, żeby ktoś patrzył im na ręce i oceniał to co robią.
Zmienił się podział kompetencji w instytucjach zajmujących się kontrolą żywności. Od samego mieszania herbata jednak nie robi się słodsza. Nie wydaje się zatem, że te przetasowania spowodują, iż wnikliwiej i częściej będzie badana jakość spożywanych przez nas artykułów spożywczych. Przeciwnie, kontrole mogą stać jeszcze się rzadsze i łagodniejsze niż dotychczas.
Podstawowa zmiana polega na tym, że od 1 lipca tego roku Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych (IJHARS) czuwa już nad jakością żywności w całym łańcuchu dostaw – czyli od producenta do konsumenta. Podlega ona Ministerstwu Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Do tej pory kompetencje były rozdzielone: produkty spożywcze przeznaczone dla konsumentów, znajdujące się w sklepach, hurtowniach oraz barach i restauracjach kontrolowała Inspekcja Handlowa, a na wcześniejszych etapach obrotu np. u producenta, na granicy, w zakładach paczkujących – właśnie IJHARS.
Istota tej zmiany polega na tym, że dotychczas, czyli do 1 lipca, żywność w sklepach hurtowniach, restauracjach, na bazarach itp. – czyli wszędzie tam, gdzie ostatecznym odbiorcą był konsument – była badana przez Inspekcję Handlową, ciało podlegające Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który jest całkowicie niezależny od Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Teraz zaś, po 1 lipca, tymi kontrolami zajmuje się Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, podlegająca Ministerstwu Rolnictwa i Rozwoju Wsi. A to przecież właśnie resort rolnictwa odpowiada za to, by do mieszkańców Polski trafiała żywność zdrowa i o odpowiedniej jakości.
Tak więc, od początku lipca mamy taką sytuację, że kontroler podlega temu, kogo ma kontrolować. Źle to wróży skuteczności i efektywności tych kontroli. Żaden kontroler nie będzie zbyt dociekliwy, wiedząc, że może za to oberwać od kontrolowanego.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny próbuje robić dobrą minę do złej gry i oświadcza: „Przeniesienie kontroli jakości żywności do jednej instytucji to ważny krok w kierunku specjalizacji instytucji państwa. 8 lipca br. zamkniemy całe przedsięwzięcie od strony formalnej. Zmiana ta jest korzystna zarówno dla konsumentów, jak i rolników czy przedsiębiorców działających w sektorze rolno-spożywczym bowiem skonsoliduje nadzór nad jakością żywności w całym łańcuchu dostaw od pola do stołu”.
Szef UOKiK wie jednak doskonale, że oto właśnie jego urząd został pozbawiony jednego ze swych najważniejszych, nielicznych zresztą zębów. Stał się też słabszy i jeszcze mniej znaczący niż dotychczas. Spod nadzoru UOKiK do IJHARS, czyli pod władzę Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi przeszli bowiem wszyscy pracownicy wojewódzkich inspektoratów Inspekcji Handlowej, którzy do tej pory specjalizowali się w kontroli żywności. UOKiK przekazał także resortowi rolnictwa pięć swoich laboratoriów żywnościowych: w Katowicach, Kielcach, Olsztynie, Poznaniu i Warszawie. Ale być może to wszystko niespecjalnie martwi prezesa UOKiK, bo przecież oznacza, że będzie on miał teraz mniej zadań – a więc mniej też będzie powodów do tego, by go krytykować za ewentualne niedociągnięcia.
Wprowadzone obecnie zmiany są zgodne z podstawowymi zasadami rządów Prawa i Sprawiedliwości: unikać wszelkiej odpowiedzialności za swe działania i zaniechania; starać się, by nikt nie mógł sprawdzić, jakie w rzeczywistości efekty przynosi funkcjonowanie instytucji rządowych; zapobiegać wszelkiej krytyce – i chwalić się na każdym kroku.
Można więc oczekiwać, że od 1 lipca Inspekcja Handlowa będzie informować o systematycznie poprawiającej się jakości polskich artykułów spożywczych…
Inspekcja Handlowa, zawsze niedoinwestowana i z brakami kadrowymi – bo przecież żaden rząd nie lubi, gdy mu się patrzy na ręce – miała jednak jakieś wymierne osiągnięcia. Co roku IH przeprowadzała prawie 20 tys. kontroli, podczas których brała pod lupę ponad 165 tys. partii produktów. Dużą część z nich stanowiła żywność – było to ok. 7-8 tys. kontroli rocznie i nawet ponad 120 tys. sprawdzanych artykułów spożywczych w ciągu roku.
Przykładowo, inspektorzy badali jakość i oznakowanie ryb, mięsa, jajek, miodu, wód mineralnych, produktów rolnictwa ekologicznego, a nawet karmy dla zwierząt, dań serwowanych w restauracjach czy posiłków przygotowywanych przez firmy cateringowe dla szpitali. W ostatnim czasie duże zainteresowanie konsumentów, rolników i organizacji pozarządowych wzbudziły kontrole oznakowania warzyw i owoców według kraju ich pochodzenia. Wydaje się, że teraz podobne kontrole w ogóle odejdą w przeszłość.
Czym obecnie będzie się zajmować Inspekcja Handlowa? Otóż, jak dyplomatycznie stwierdza UOKiK, teraz IH będzie się mogła skoncentrować na kontroli jakości, bezpieczeństwa i oznakowania produktów nieżywnościowych, np. paliw, zabawek, ubrań, sprzętu sportowego i elektronicznego oraz usług.
Nadal będzie pilnować prawidłowego uwidaczniania cen w sklepach, również na półkach z żywnością (co akurat jest uprawnieniem niemal bez znaczenia, bo o cenę zawsze można spytać, lub sprawdzić ją samemu w elektronicznym czytniku). Tak jak dotychczas IH będzie także udzielać porad konsumentom i pomagać im w polubownym rozstrzyganiu sporów z przedsiębiorcami (już spoza branży żywnościowej).
Na osłodę Inspekcja Handlowa otrzymała nowy, teoretycznie istotny oręż: od 1 lipca zyskała prawo do upubliczniania danych kontrolowanych przedsiębiorców. Od tej pory prezes UOKiK może ujawniać pod jakim adresem została przeprowadzona kontrola oraz jakich konkretnie przedsiębiorców i produktów dotyczyła. Te informacje od szefa UOKiK oraz wojewódzkich inspektorów IH, będą mogły być w całości publikowane na stronie urzędu. Pominięte mają zostać jedynie informacje stanowiące tajemnicę przedsiębiorstwa.
To jest jednak tylko prawo, a nie obowiązek – a więc nie wiadomo, czy UOKiK rzeczywiście zechce publikować dane kontrolowanych firm. Tym niemniej prezes UOKiK Tomasz Chróstny wyraża radość (chyba nieco na wyrost) – i ogłasza: „Cieszę się, że dane przedsiębiorców sprzedających wadliwe produkty zostaną publicznie ujawnione. Teraz konsumenci łatwiej będą mogli sprawdzić które wyroby warto kupować, a które lepiej omijać. To również ważny element dyscyplinujący samych przedsiębiorców”.
Tyle, że w tej chwili, po wyjęciu spod jej kompetencji całej branży rolno-spożywczej, to nowe uprawnienie Inspekcji Handlowej dotyczyć będzie już mocno ograniczonej grupy przedsiębiorców.

Rząd PiS nie walczy z drożyzną

Za znaczący wzrost cen nie odpowiada koronawirus. Pandemii, której skutkiem były zwiększone zakupy na rynku detalicznym, nie można uznać za podstawową przyczynę wysokich wzrostów cen żywności i napojów bezalkoholowych.
Wskaźniki cen towarów i usług konsumpcyjnych Głównego Urzędu Statystycznego informują, że w marcu 2020 r. ceny detaliczne żywności i napojów bezalkoholowych (tzw. indeks ŻINB) wzrosły w porównaniu z miesiącem poprzednim o 0,8 proc.
Jest to bardzo szybkie tempo, a przy tym czterokrotnie szybsze niż wzrost wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych ogółem (czyli indeks CPI – consumer price index), który w marcu w porównaniu z lutym wzrósł o 0,2 proc. Jego utrzymanie oznaczałoby niemal 10 proc. wzrost cen żywności w skali roku.
W kwietniu nastąpiło zdecydowane wyhamowanie wzrostu wskaźnika cen ŻINB – do 0,3 proc (miesiąc do miesiąca), co było jednym z najniższych wzrostów miesięcznych w okresie styczeń 2019 – kwiecień 2020. Jednakże stabilizacja wzrostu cen tej grupy towarów na obecnym umiarkowanym poziomie, w kolejnych miesiącach nie jest pewna.
Po pierwsze, trudno obecnie prognozować skutki suszy, które zależą od opadów w maju i w czerwcu. Po drugie, nie wiadomo, jak się będzie kształtować sytuacja gospodarcza, w tym między innymi możliwy spadek wartości złotego co niemal automatycznie spowoduje wzrost cen żywności importowanej
Pandemii, której skutkiem były kilkudniowe zwiększone zakupy na rynku detalicznym, nie można uznać za podstawową przyczynę tak wysokich wzrostów cen żywności i napojów bezalkoholowych w marcu i kwietniu tego roku. Przede wszystkim dlatego, że systematyczny ich wzrost trwał od początku 2019 r.
I tak, o ile w styczniu 2019 r. wskaźnik ŻINB były zaledwie o 0,9 proc. wyższy niż w styczniu 2018 roku, a jego wzrost był równy wzrostowi wskaźnika CPI w tym okresie, to w kolejnych miesiącach te dwa wskaźniki zaczęły się „rozjeżdżać”. Wskaźniki CPI utrzymywały się na umiarkowanym poziomie (poniżej 3 proc.), natomiast wskaźniki ŻINB gwałtownie przyspieszyły: od lipca 2019 r. były na poziomie powyżej 6 proc., a w styczniu i lutym 2020 r. przekroczyły 7 proc. Ponieważ żywność i napoje bezalkoholowe stanowią aż 25 proc. wartości koszyka wskaźnika CPI, wzrost ich był w 2019 roku najważniejszym czynnikiem powodującym wzrost inflacji.
Ośmioprocentowy roczny wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych w marcu bieżącego roku i również roczny ponad siedmioprocentowy w kwietniu, był więc kontynuacją wyraźnie widocznej przez cały poprzedni rok tendencji. Wynikała ona zarówno ze wzrostu cen płaconych producentom rolnym, jak i ich podniesienia w przemyśle rolno–spożywczym i handlu detalicznym żywnością – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
W okresie styczeń 2019 – marzec 2020 nastąpił wzrost cen skupu podstawowych produktów rolnych: pszenicy, żyta, żywca wołowego, żywca wieprzowego, drobiu i mleka o 8,2 proc. proc., co częściowo wyjaśnia wzrost cen detalicznych żywności. Jednakże z tych sześciu produktów ceny jednego – żywca wieprzowego – wzrosły aż o 55 proc., natomiast z pozostałych pięciu uległy niewielkim zmianom, ale zbóż poważnie spadły – pszenicy o około 10 proc., a żyta aż o 20 proc.
Tak wysoki wzrost cen trzody chlewnej jest pozornie niezwykły, ale pierwsze miesiące 2019 roku to okres dna cyklu świńskiego i w konsekwencji bardzo niskich cen. Ich wzrost w kolejnej fazie cyklu jest więc normalną reakcją. Ceny płacone rolnikom w Polsce za trzodę chlewną były w tym okresie niemal identyczne jak przeciętne ceny na rynku unijnym.
Wzrost cen unijnych musiał silnie wpływać na ceny detaliczne wieprzowiny w Polsce, ponieważ byliśmy w 2019 r. jej wielkim importerem netto (import netto około 220 tys. ton, ujemne saldo obrotów około 650 mln USD).
W okresie styczeń 2019 – marzec 2020 wzrosły również płacone producentom ceny produktów rolnych nieznajdujących się w GUS-owskim koszyku sześciu podstawowych produktów. Największy był wzrost cen owoców, w tym przede wszystkim jabłek (wzrost cen hurtowych niektórych odmian nawet dwukrotny), wynikający zarówno z „klęski urodzaju” w 2018 roku i w konsekwencji niezwykle niskich cen jabłek płaconych producentom, jak i ze znacznie niższych zbiorów w 2019 r. Wzrosły również ceny warzyw.
Na wzrost wskaźnika ŻINB w okresie styczeń 2019 – marzec 2020 miały wpływ również artykuły żywnościowe wyprodukowane z surowców, których ceny w tym okresie nie wzrosły. Wzrost cen mógł zatem nastąpić w procesie przetwórstwa przemysłowego lub na etapie handlu detalicznego, a jego źródłem mógł być wzrost kosztów wytworzenia i/lub sprzedaży – albo próby zwiększenia opłacalności za pomocą zwiększenia marży brutto.
Odpowiedź wymagałaby szczegółowych informacji, które stanowią tajemnicę handlową producentów. Można jednak przypuszczać, że o wzroście cen zadecydował wzrost kosztów – wskazuje TEP.
W handlu żywnością trwa jednakże nieustannie ostra walka konkurencyjna między wielkimi sieciami, której efektem są niskie marże handlowe, mające niewątpliwy wpływ na wysokość cen w całym detalicznym handlu żywnością. Ich podniesienie na konkurencyjnym rynku jest często niemożliwe.
Walka konkurencyjna między sieciami handlowymi przenosi się również na negocjacje cenowe z producentami żywności. W negocjacjach tych sieci handlowe mają bardzo silną pozycję, której efektem są m.in. niskie marże w przemyśle rolno-spożywczym. W rezultacie, proces kształtowania cen we wszystkich segmentach rynku żywnościowego jest wysoce konkurencyjny i sprzyja relatywnie niskim cenom detalicznym żywności, zwłaszcza że przeciętny klient w Polsce zwraca szczególną uwagę na ceny – produkty o najniższych cenach na ogół najszybciej „schodzą z półek”.
System organizacji polskiego rynku żywności jest zatem ważnym, wymuszającym stabilizację cenową czynnikiem, znacznie skuteczniejszym niż groźby Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi, który straszy kontrolą cen żywności.

Pandemia mniej groźna na polu

Rolnictwo i rynek rolno-spożywczy w naszym kraju uniknęły zarażenia koronawirusem, ale brak rąk do pracy może spowodować utratę części zbiorów.

Polskie rolnictwo jest odporne na pandemię koronawirusa, gorzej może być z przemysłem rolno-spożywczym i handlem żywnością. Ale ograniczenia spowodowane pandemią nie doprowadziły dotychczas do zakłóceń na rynku artykułów rolno–spożywczych.
Polskie rolnictwo jest z punktu widzenia organizacji pracy tym działem gospodarki, który jest odporny na pandemię koronawirusa. Jak wiadomo skutecznych lekarstw i szczepionki nie ma, a najskuteczniejszym zabezpieczeniem przed zakażeniem jest izolacja.
W gospodarstwach rolnych niekorzystających z najemnej siły roboczej lub korzystających z niej tylko sporadycznie, możliwe jest niemal pełne odizolowanie pracującego lub ograniczenie kontaktów zawodowych do mieszkającej z nim rodziny. Gospodarstw takich jest w Polsce blisko 1,3 mln (90 proc. gospodarstw ogółem). Jednakże również w gospodarstwach osiągających produkcję standardową w wysokości co najmniej 400 tys. złotych rocznie (jest ich około 130 tys.) zarówno prace polowe, jak i obsługa zwierząt w zmechanizowanych oborach i chlewniach nie wymagają dużych zespołów; swoista „izolacja” jest zatem sytuacją normalną – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Trudności przestrzegania zasady izolacji mogą występować przede wszystkim w wyspecjalizowanych pracochłonnych gospodarstwach, prowadzących uprawy „pod szkłem”, ale i w tym przypadku możliwe jest – przy właściwej organizacji pracy – zachowanie niezbędnego minimum ochrony.
Podstawowym niebezpieczeństwem z punktu widzenia organizacji produkcji rolnej jest brak pracowników sezonowych w tych gałęziach produkcji roślinnej, w których występuje spiętrzenie robót w bardzo krótkim okresie (przede wszystkim zbiór owoców, zwłaszcza jagodowych i niektórych warzyw). Co najmniej od kilku lat znaczną część tych prac wykonują pracownicy sezonowi z zagranicy. Ukraińcy, ale także Białorusini, Mołdawianie i Kazachowie. Szacuje się, że ich liczba wynosiła około 100 tys. rocznie. Są potrzebni w gospodarstwach różnej wielkości ekonomicznej, ale najprawdopodobniej przede wszystkim średniej (produkcja standardowa w granicach 100 – 400 tys. złotych). Formalności związane z ich zatrudnieniem nie są skomplikowane, zwłaszcza jeśli są obywatelami Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji lub Ukrainy. Powszechnie stosowana jest procedura oświadczenia. W tym trybie cudzoziemiec otrzymuje zezwolenie na pracę przez okres nie dłuższy niż 9 miesięcy w roku kalendarzowym.
Ten dobrze funkcjonujący system został zawieszony w związku z epidemią. Konsulaty od 16 marca nie przyjmują wniosków o wydanie wiz. Wprawdzie do Polski mogą nadal wjechać m.in. cudzoziemcy posiadający prawo stałego lub czasowego pobytu na terytorium Polski, ale po przekroczeniu granicy muszą odbyć 14-dniową domową kwarantannę. Procedura ta miała obowiązywać do 3 maja, ale została 26 kwietnia bezterminowo przedłużona. Gospodarstwa zatrudniające sezonowo cudzoziemców, mogą zatem pozostawić w maju na polu przynajmniej część zbiorów niektórych warzyw i owoców jagodowych, przede wszystkim truskawek i szparagów.
Znacznie mniej odporna na pandemię jest organizacja pracy w przemyśle rolno–spożywczym. Przedsiębiorstwa te otrzymały, tak jak wszystkie przedsiębiorstwa przemysłowe, szczegółowe zalecenia Głównego Inspektora Sanitarnego, na które składają się procedury zapobiegawcze, wdrażane w przypadku podejrzenia, że pracownik jest zakażony koronawirusem, oraz ograniczające rozpowszechnianie się wirusa, wdrażane w przypadku jego zdiagnozowania u jednego z pracowników.
Wszystkie te procedury wpływają na funkcjonowanie przedsiębiorstwa. Niewątpliwie najpoważniejsze są konsekwencje po stwierdzeniu zakażenia. Obowiązkowa jest dezynfekcja pomieszczeń w których przebywał zakażony pracownik i ustalenie, czy nie powinno nastąpić wyłączenie części budynku. Możliwe jest również zamknięcie zakładu decyzją administracyjną. Pracownicy, którzy mieli bezpośrednią styczność z zakażonym, powinni wstrzymać się od pracy w ciągu dwóch tygodni. Groźba zamknięcia choćby na kilka dni jest niezwykle poważnym zagrożeniem organizacyjnym i finansowym.
Świadomość, że izolacja jest najskuteczniejszym zabezpieczeniem przed zakażeniem, spowodowała liczne ograniczenia i zakazy w sferze handlu i usług. Jednakże równocześnie było oczywiste, że handel żywnością, zwłaszcza detaliczny, musi nadal funkcjonować w taki sposób, aby klienci mogli swobodnie dokonywać zakupów. Placówki handlu żywnością zostały więc zobowiązane do skrupulatnego przestrzegania przepisów sanitarnych i higienicznych, zapewnienia klientom rękawiczek jednorazowych oraz do ograniczenia liczby kupujących, znajdujących się równocześnie w sklepie (lub przy straganie!).
Wprowadzone ograniczenia nie doprowadziły do trwałych zakłóceń na rynku artykułów rolno–spożywczych, a paniczne zakupy trwały tylko kilka dni. Nie dopuszczenie do pustych półek świadczy o dobrej organizacji polskiego handlu żywnością, zarówno hurtowego, jak i detalicznego oraz przemysłu rolno–spożywczego. W opanowaniu paniki niemały wpływ mieli również pracownicy, narażeni na zakażenie ze względu na nieuniknione kontakty z klientami.
Najbardziej przestraszeni koronawirusem byli chyba sprzedawcy na lokalnych bazarach; w pierwszych dniach po ogłoszeniu zagrożenia epidemicznego na niektórych większość stoisk była zamknięta.
Obecnie większość ważnych kanałów zbytu funkcjonuje jak przed okresem pandemii. Skup zwierząt rzeźnych i mleka odbywa się normalnie (niskie ceny skupu mleka są przede wszystkim wynikiem wzrostu dostaw do mleczarni). Również rynki hurtowe (Bronisze, Franowo i inne), które są najważniejszymi pośrednikami między rolnikami a detalicznym handlem owocami i warzywami, funkcjonują bez większych zakłóceń, choć w pierwszych dniach zagrożenia epidemicznego kolportowano następnie dementowane plotki o ich zamknięciu.
Podstawowe branże przemysłu rolno – spożywczego, w tym mleczarski i mięsny zapewniają regularne dostawy, choć niewątpliwie mają różne kłopoty organizacyjne. Najsłabszym ogniwem handlu okazały się nie tylko ze względów sanitarnych lokalne targowiska, stanowiące zarówno w dużych jak i mniejszych miastach ważną część handlu. Jednakże na ogół dość sprawnie usunięto najważniejsze mankamenty i nie nastąpiło ich zamknięcie.

Nasza szkodliwa żywność

Rząd Prawa i Sprawiedliwości zapewnia, że artykuły spożywcze sprzedawane w Polsce są zdrowe i bezpieczne – ale rzeczywistość temu przeczy.

W Polsce stwierdza się przypadki wprowadzenia do obrotu produktów spożywczych , które mogą być zagrożeniem dla zdrowia – to podstawowy wniosek z najnowszego raportu Najwyższej Izby Kontroli. Badała ona, dlaczego żywność spożywana w Polsce nie jest w pełni bezpieczna.
NIK skontrolowała Główny Inspektorat Sanitarny, Główny Inspektorat Weterynarii, Główny Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Kontrolą objęto lata 2017 – 2018.
Niestety, rządy Prawa i Sprawiedliwości odbiły się już negatywnie na sprawności służb sanitarnych. NIK stwierdza więc: „Działanie służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo żywności wymaga usprawnienia, by lepiej chronić konsumenta przed spożyciem produktów o niedostatecznej jakości”.
Główną przyczyną tego, że jemy złą żywność, jest zbyt długi czas oczekiwania na wyniki badań laboratoryjnych – to powszechna bolączka, co widać i dziś przy okazji wykonywania testów na koronawirusa. Te opóźnienia sprawiają, że utrudnione jest sprawne wycofanie z rynku szkodliwych produktów. Problemem jest także brak mechanizmów pozwalających na ujawnianie nielegalnej produkcji artykułów mięsnych i wędlin, wytwarzanych poza wszelkimi kontrolami sanitarnymi.
Jeśli nawet badania wykryją obecność szkodliwych substancji w żywności, to wycofywanie jej ze sprzedaży udaje się zwykle tylko częściowo – i niebezpieczne artykuły spożywcze zostają skonsumowane.
Na przykład, w ubiegłym roku, w trybie alarmowym podjęto akcję wycofywania z handlu dziewięciotonowej partii moreli suszonych zakupionych w Turcji. Tryb powiadomienia alarmowego spowodowany był tym, że w morelach stwierdzono znaczne przekroczenie maksymalnego poziomu dwutlenku siarki, który to związek chemiczny, zastosowany w nadmiarze może doprowadzić do zgonu. Silnie bowiem drażni drogi oddechowe i jest trujący dla zwierząt (oraz szkodliwy dla roślin). W mniejszych ilościach jemy i pijemy go prawie wszyscy, gdyż jest stosowany jako konserwant E 220.
Nasze służby sanitarne, przypomnijmy, przejęte już przez PiS, co miało ewidentny wpływ na ich skuteczność, zaczęły „energicznie” działać, by wyeliminować szkodliwe morele. Skutek? Z 9 000 kg szkodliwych moreli odzyskano tylko 90,6 kg, zaś pozostała część (99 proc. ) została sprzedana i zjedzona. Taki to właśnie „tryb alarmowy”.
Także w ramach powiadomienia alarmowego (chodziło o przekroczenia dopuszczalnej liczby szkodliwych bakterii listeria monocytogenes w łososiu solonym), ze 150 opakowań ryby wycofano z obrotu i zutylizowano 64 sztuki. Resztę – pozostałe 86 szt. – sprzedano klientom indywidualnym.
Gdy wykryto, że w składzie suplementu diety znalazła się pankreatyna (wyciąg z trzustek wieprzowych, który szkodzi w przypadku nadwrażliwości na białko mięsne, przy zapaleniu trzustki czy mukowiscydozie i może spowodować uszkodzenie jelit) to „aż” pięć opakowań produktu zostało wycofanych ze sprzedaży, a 241 sztuk (98 proc.) zostało sprzedanych klientom – i skonsumowanych.
W przypadku „Rodzynek sułtanki”, w których stwierdzono przekroczenie najwyższego dopuszczalnego poziomu ochratoksyny47 (związek kancerogenny), wycofano ze sprzedaży 151 sztuk produktów, a klientom w sklepach normalnie sprzedano 2441 szt. (94 proc.).
Podobnych przykładów jest bez liku. Mrożone mięso z kurczaka, które po rozmrożeniu okazało się nieświeże, w produkcji zostało ugotowane i w całości sprzedane klientom indywidualnym. Nieświeże mrożone brokuły: zakwestionowano 5184 kg, wycofano z obrotu i poddano utylizacji 150,3 kg, zaś reszta towaru (97 proc.) została sprzedana klientom. Kapusta włoska – zakwestionowano 13 024 kg towaru, całość sprzedano klientom. W jednej z ferm kurzych ubito 4,9 tys. szt. kur w których miesie stwierdzono potem obecność trującego fipronilu (powoduje u ludzi jedzących takie mięso wymioty, nadpobudliwość i napady padaczkowe). Z uboju tego pozyskano 16,1 tys. kg mięsa, z czego 10,6 tys. kg sprzedano do Liberii, zaś pozostała część trafiła do handlu w kraju. Odbiorca w Liberii został poinformowany o konieczności wycofania skażonej partii produktów, natomiast część mięsa, które pozostało na terenie Polski (0,56 tys. kg) została sprzedana konsumentom bez zbędnego informowania o czymkolwiek. I tak właśnie dziś wygląda troska o bezpieczeństwo żywności w naszym kraju.
Problem w tym, że w Polsce kompetencje w zakresie bezpieczeństwa żywności rozdzielone są między kilka instytucji, co nie sprzyja ich sprawnemu działaniu. Występują także braki kadrowe. Nie ma natomiast jednego urzędu wiodącego, co sprawia, że instytucje zajmujące się bezpieczeństwem żywności działają praktycznie bez żadnego nadzoru, zwłaszcza, że formalnie są podległe trzem organom naczelnym.
Polski model nadzoru nad bezpieczeństwem żywności negatywnie wyróżnia się w skali europejskiej. Wśród krajów Unii Europejskiej dominującym rozwiązaniem jest powołanie na poziomie krajowym jednego organu właściwego do spraw bezpieczeństwa żywności czy mającego charakter naczelny i nadzorczy wobec innych.
U nas, w przypadku potwierdzenia, że dany produkt spożywczy jest niebezpieczny, organy inspekcji same nie wycofują go z rynku. Dysponują jednak – teoretycznie – odpowiednimi narzędziami administracyjnymi. Mogą stosować m.in. ograniczenie lub zakaz wprowadzania żywności do obrotu czy nakazać przedsiębiorcy wycofanie żywności z obrotu. Tymczasem skuteczność tych narzędzi jest ograniczona, zwłaszcza w przypadku towarów z krótką datą przydatności do spożycia. Trafiają one do konsumentów jeszcze przed zakończeniem działań odpowiednich służb.
Kontrola NIK ustaliła np., że jeszcze przed zakończeniem analiz laboratoryjnych sprzedano żywność z bakterią listeria monocytogenes, pomimo pobrania próbek żywności już na etapie produkcji. Bakteria ta może okazać się bardzo groźna dla słabszych organizmów, przede wszystkim dla dzieci i kobiet w ciąży.
Głównymi przyczynami wydłużenia czasu badań były, jak podaje NIK, ograniczenia sprzętowe, awaryjność oraz konieczność wielokrotnego powtarzania analiz. Dlatego właśnie w wielu przypadkach cała lub niemal cała skażona żywność zostaje sprzedana. Poza tym, żadne instytucje w Polsce nie wypracowały skutecznych rozwiązań zapobiegających prowadzeniu nielegalnej produkcji żywności pochodzenia zwierzęcego, bez nadzoru urzędowego lekarza weterynarii.
W okresie od grudnia 2016 r. do stycznia 2019 r. Inspekcja Weterynaryjna ujawniła 290 przypadków takiej nielegalnej produkcji – a to oczywiście wierzchołek góry lodowej.
Za sprawą PiS, we wszystkich instytucjach inspekcyjnych nastąpił w ostatnich latach spadek zatrudnienia lub znaczna fluktuacja kadr. W laboratoriach badających próbki żywności występowały braki kadrowe i sprzętowe, co przekładało się na długi czas wykonywania badań.
Jak stwierdza NIK, najbardziej dotkliwe skutki niedoborów kadrowych stwierdzono w Inspekcji Weterynaryjnej. Zmniejszenie zatrudnienia lekarzy o 6,5 proc. miało negatywny wpływ na pracę większości powiatowych zespołów ds. bezpieczeństwa żywności, uniemożliwiając ich prawidłowe funkcjonowanie.
NIK po kontroli wystąpiła z wnioskiem do Prezesa Rady Ministrów – o zwiększenie finansowania organów inspekcji w celu podniesienia skuteczności ich działania. Można jednak być pewnym, że dziś występowanie do premiera o zwiększenie finansowania czegokolwiek (może z wyjątkiem płac prominentów PiS-owskich, wyborów oraz upamiętniania żołnierzy wyklętych) to głos wołającego na puszczy.

Ceny idą w górę

Inflacja, „zainfekowana” koronawirusem, straszy coraz bardziej.

Lutowe dane o dynamice inflacji wskazują na kontynuację wzrostu cen w polskiej gospodarce. Wskaźnik CPI (indeks zmiany cen towarów i usług konsumpcyjnych) osiągnął wartość 4,7 proc., ceny usług rosną już o 6,4 proc. w ujęciu rok do roku, natomiast ceny towarów o 4,1 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Drożejąca żywność oraz niektóre rodzaje usług (wywóz śmieci, usługi transportowe) od początku roku są wyraźnie wyższe niż w ubiegłym roku. Spadające ceny paliw oraz odzieży nie są w stanie zamortyzować wzrostu cen w innych kategoriach wskaźnika CPI.
Efekt koronawirusa będzie widoczny w marcowych danych o inflacji. Z jednej strony będą to potencjalne wzrosty cen produktów, na które zgłaszany jest największy popyt, z drugiej strony ceny usług oraz paliw będą sprzyjały mniejszej presji cenowej przynajmniej w najbliższym okresie. Maksymalną wartość w tym roku dynamika inflacji osiągnie zapewne w marcu. Nie można wykluczyć, że będzie to dynamika zbliżona lub przewyższająca 5 proc. w skali roku.
Wzrost inflacji do 4,7 proc. w lutym jest najwyższy od listopada 2011 roku. Jest to zarazem kolejny miesiąc kontynuacji wzrostowej tendencji zarówno cen usług, jak i towarów. Tylko w lutym ceny usług wzrosły o 1,1 proc. w stosunku do stycznia br., a ceny towarów o 0,5 proc. Jak zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, po wzroście miesięcznej dynamiki inflacji w styczniu o 0,9 proc., w lutym miesięczna dynamika wzrostu cen nadal był wysoka i wyniosła 0,7 proc.
Wpływ na to miały wzrosty cen nośników energii i w konsekwencji wyższe ceny użytkowania mieszkania (0,28 pkt. proc. wkładu do lutowego wzrostu cen), żywności (0,21 pkt. proc.) oraz napojów alkoholowych i wyrobów tytoniowych (0,10 pkt. proc.). W lutym spadały ceny odzieży i obuwia, co nieznacznie amortyzowało inne wzrosty cen (obniżyło do wskaźnik CPI o 0,06 pkt. proc.). W lutym spadały ceny paliw do prywatnych środków transportu (o 1,5 proc.). Fakt ten przyczynił się do niższych cen transportu (0,04 pkt. proc. wkładu do wskaźnika CPI).
Jak jednak widać, niższe ceny paliw nie są w stanie w sposób znaczący wpłynąć na zahamowanie wzrostowych cen usług i towarów w innych kategoriach. Przy okazji, na uwagę zasługuje również fakt wzrostu cen usług transportowych, które są niezależne od cen paliw, w lutym wzrosły one o 4,0 proc. w stosunku do stycznia bieżącego roku.
Ceny żywności w ujęciu rocznym rosną już o 8,1 proc. r/r. Tylko w lutym ceny warzyw wzrosły o 2,3 proc. w stosunku do stycznia bieżącego roku, a pieczywa o 2 proc. Zmiana cen w tych kategoriach przekłada się na odczucie drożyzny przez konsumentów. Ponadto, wzrost akcyzy wpłynął w lutym na wzrost cen wyrobów tytoniowych (miesięczny wzrost o 2,4 proc.) oraz cen wyrobów alkoholowych (wzrost o 1,4 proc.).
Należy również zauważyć, że ceny wywozu śmieci nadal rosną, w lutym był to wzrost o 5,4 proc., w ujęciu rocznym o 50,6 proc. a w stosunku do grudnia 2019 r. o 21,9 proc.
W kolejnych miesiącach wzrosty cen w niektórych kategoriach towarów będą kontynuowane z uwagi na gwałtowny wzrost popytu na żywność. Ceny żywności (najważniejsza składowa wskaźnika CPI), pozostają dużą niewiadomą, trudno jednak w aktualnej sytuacji oczekiwać spowolnienia dynamiki wzrostu cen w tej kategorii. Efekty wyższej akcyzy powinny mieć charakter gasnący, ustabilizować się powinny również ceny wywozu śmieci. Niższe ceny paliw wyraźniej niż w lutym będą hamowały wzrostową dynamikę CPI.
Ponadto w marcowych danych powinniśmy zaobserwować już efekt obniżek cen w sektorze usługowym (kina, restauracje, hotele). Nie możemy jednak wykluczyć, że inflacja w ujęciu rok do roku w kolejnym miesiącu przekroczy 5 proc., co jednocześnie powinno być najwyższą wartością w tym roku – uważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W kolejnych miesiącach dynamika inflacji powinna się utrzymywać wyraźnie powyżej 4 proc.
Zauważmy również, że opublikowane przez GUS dane o inflacji za styczeń i luty bazują na nowym, weryfikowanym corocznie, koszyku zakupowym konsumentów – podkreśla TEP. Z tego też powodu dane CPI nieznacznie różnią się od tych, które były publikowane w lutym.
Coroczna zmiana systemu wag przyniosła nieco zaskakujące zmiany w strukturze konsumpcji. Kolejny już rok rośnie udział żywności i napojów bezalkoholowych w łącznych wydatkach konsumpcyjnych gospodarstw domowych (z 24,89 proc. do 25,24 proc.). W odniesieniu do tej kategorii wydatków, wraz z rosnącym dochodem do dyspozycji, należałoby oczekiwać malejącego udziały wydatków na żywność. Dynamika cen żywności jest jednak na tyle wysoka, że nie pozwala na wyraźniejsze zmiany w strukturze wydatków konsumpcyjnych. Rośnie jednak udział wydatków na rekreacje i kulturę, a ponadto na łączność i zdrowie.

Niemiła niespodzianka cenowa

Grudniowy, nieoczekiwanie wysoki skok cen to z jednej strony efekt mniej zaskakujących zmian cen transportu i żywności, a z drugiej strony niespodziewanie wysokich wzrostów cen usług, w tym szczególnie usług transportowych i ubezpieczeń.

Kontynuacja wzrostu wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych w pierwszych miesiącach 2020 roku jest bardzo prawdopodobna, tym bardziej że będziemy mieli do czynieni z efektem niskiej bazy statystycznej z poprzedniego roku.
Inflacja znacząco powyżej celu NBP może wpłynąć na oczekiwania inflacyjne konsumentów i ich zmianę zachowania na rynku. Jest to zatem odpowiedni moment na odpowiednią reakcję ze strony członków Rady Polityki Pieniężnej, w celu zapewnienia stabilności cen w dłuższym okresie.
Publikacja grudniowych wskaźników cen towarów i usług konsumpcyjnych pozwala z jednej strony dokładniej poznać przyczyny nieoczekiwanie wysokiego wzrostu cen na koniec ubiegłego roku, jak również porównać jakie zmiany nastąpiły pomiędzy komponentami wzrostu cen w 2018 i 2019 roku – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w grudniu 2019 r. o 3,4 proc. w porównaniu z analogicznym miesiącem poprzedniego roku oraz aż o 0,8 proc. w porównaniu z listopadem 2019 roku. To właśnie rekordowo wysoki, miesięczny wzrost inflacji wzbudził najwięcej emocji. W ostatnich latach ceny w grudniu zachowywały się względnie stabilnie, tym razem odnotowano jednak miesięczny wzrost cen transportu o 3,8 proc. oraz żywności o 1,3 proc., co podwyższyło wskaźnik inflacji odpowiednio o 0,37 i 0,31 punktów procentowych (przypomnijmy, że rok wcześniej ceny transportu w tym okresie spadały). W kategorii „żywność” najwyższy, miesięczny wzrost cen był obserwowany w przypadku cen warzyw (wzrost o 3,6 proc.), cen mięsa (2,8 proc.) oraz mleka (1,3 proc.).
Podkreślane w przekazach medialnych wzrosty cen wywozu śmieci rzeczywiście miały miejsce, jednak ich skala nie była w samym grudniu 2019 r. tak znacząca, ponieważ wyniosła 0,6 proc. W tej kategorii cen wzrosty nastąpiły we wcześniejszych miesiącach, w ujęciu rocznym ceny wywozu śmieci wzrosły o 32,2 proc. Zatem to nie ta kategoria była odpowiedzialna w największym stopniu za grudniową niespodziankę cenową. Okazuje się, że w ujęciu miesiąc do miesiąca bardzo wyraźnie wzrosły ceny usług (1,5 proc.). Wpływ na to miały drastyczne, bo aż o 29,4 proc. wzrosty cen usług transportowych a także wzrosty cen ubezpieczeń – o 7,8 proc. Towarzystwo Ekonomistów Polskich wskazuje, że mówimy w tym przypadku o wzroście cen w skali miesiąca. Ceny usług wchodzą w skład inflacji bazowej, na którą w sposób szczególny zwraca uwagę Rada Polityki Pieniężnej, ponieważ wpływ polityki stóp procentowych jest najbardziej efektywny właśnie na tą kategorię inflacji.
Patrząc na inflację przez pryzmat relacji średniego wzrostu cen w całym 2019 roku do roku 2018, pozornie nie widać większych powodów do zmartwienia. Roczna inflacja wyniosła bowiem 2,3 proc, czyli nieznacznie poniżej celu banku centralnego. Najwyższe wzrosty cen wystąpiły w przypadku kategorii: żywność i napoje bezalkoholowe (4,9 proc.), restauracje i hotele (4,4 proc.), edukacja (3,6 proc.), zdrowie (3,3 proc.) i rekreacja i kultura (2,6 proc.).
W ubiegłym roku nie zabrakło jednak spektakularnych wzrostów cen, np.: wywozu śmieci o 21,4 proc., warzyw o 19,8 proc., cukru o 16,9 proc., mięsa wieprzowego o 9,6 proc., pieczywa o 8,6 proc., usług lekarskich o 5,3 proc. Wszystkie wymienione kategorie cen dotyczą produktów i usług, z których korzystamy często, ale niekoniecznie muszą stanowić największą część „koszyka” konsumpcyjnego.
Stąd też może pojawiać się zjawisko rozminięcia powszechnej percepcji zmian cen od rzeczywistych zmian jakie zachodzą w gospodarce. Fakt ten w połączeniu z obserwowanym, wyraźnym przyspieszeniem wzrostu cen w ostatnich miesiącach 2019 r. (nie tylko żywności ale i usług) oraz kontynuacją wzrostu rocznego wskaźnika cen w pierwszym kwartale 2020 r., może zwiększyć niepewność konsumentów. W konsekwencji może to spowodować wzrost oczekiwań inflacyjnych oraz spowolnienie konsumpcji.
W takiej sytuacji członkowie Rady Polityki Pieniężnej powinni brać pod uwagę wprowadzenia zmian (korekt) w polityce pieniężnej o czym Towarzystwo Ekonomistów Polskich pisało w styczniowym komentarzu po posiedzeniu RPP.