Sondaż, czyli oczywista oczywistość

Na co Federacja Konsumentów wydaje pieniądze uzyskane z Unii Europejskiej?
Pandemia znacznie ograniczyła naszą aktywność w wielu dziedzinach życia. Często pracujemy i załatwiamy szereg spraw codziennych zdalnie. Federacja Konsumentów postanowiła zbadać stan wiedzy Polaków na temat żywności i odżywiania oraz ich zwyczaje zakupowe.
Badanie, w formie wywiadu telefonicznego i na panelu internetowym objęło w większości osoby, które w większości miały wpływ na zakupy żywności. 79 proc. badanych kobiet deklarowało, że to one decydują, jaką żywność kupują, natomiast 49 proc. mężczyzn określało się mianem współdecydujących o zakupach.
Jak pokazało badanie, niemal wszyscy robią zakupy raz w tygodniu (94 proc.), a częściej ci, którzy mieszkają w gospodarstwach z większą ilością osób, w tym z dziećmi – co trudno uznać za jakieś odkrycie. Większość kupuje żywność w sklepach stacjonarnych, a tylko dwóch na pięciu badanych kupuje ją on-line. Korzystanie z zakupów przez Internet zależy od wieku, poziomu dochodów konsumentów i rodzaju diety.
FK przeprowadziła także test wiedzy dotyczący zdrowego odżywiania,składu i warunków przechowywania żywności. Jak stwierdza Federacja, test nie sprawił większych trudności, a 89 proc. badanych ma ocenę przynajmniej dostateczną. „Na ogół respondenci realistycznie oceniają swoją wiedzę o bezpieczeństwie żywności, co widać w zestawieniu deklarowanego poziomu wiedzy i wyniku testu. Wyniki były zróżnicowane w zależności od posiadanego wykształcenia” – odkrywczo podsumowano.
Spytano też, jak konsumenci rozumieją określenie „bezpieczna żywność”. Największy odsetek badanych wskazał, że bezpieczna jest zdrowa żywność, szeroko rozumiana przez konsumentów. W dalszej kolejności zwracano uwagę na przydatność do spożycia, brak sztucznych dodatków (tzw. „chemii” – konserwantów) i to, czy produkty są ekologiczne. Wśród konsumentów (64 proc. ) przeważa pogląd, że żywność wytwarzana przez lokalnych producentów jest bardziej bezpieczna i dlatego chętnie ją kupują.
Federacja Konsumentów zapytała też konsumentów o ich zwyczaje żywieniowe. Prawie 70 proc. odpowiedziało, że preferuje tradycyjne dania kuchni polskiej. Kobiety chętniej gotują od mężczyzn, są bardziej otwarte na stosowanie nowych produktów i receptur, produktów ekologicznych, zwracają uwagę na ilość spożywanej soli. „Wyniki badania pokazują, że czynniki demograficzne, stosowane diety wpływają na styl życia i zwyczaje żywieniowe, różnicują postawy wobec zakupów” – stwierdza FK. Większość badanych (87 proc. ) deklaruje, że zwraca uwagę na bezpieczeństwo kupowanej żywności.
Najważniejszym pytaniem, którego Federacja Konsumentów nie postawiła, jest jednak: dlaczego w ogóle przeprowadzono ten sondaż? Jak widać, przyniósł on wyniki tak oczywiste i znane od lat jak to tylko możliwe, z których nic dla nikogo nie wynika. I oczywiste również było, że takie właśnie przyniesie.
Z powstaniem Federacji Konsumentów przed laty łączono w naszym kraju spore nadzieje. Liczono, że doprowadzi ona do stworzenia w Polsce autentycznego, silnego ruchu konsumenckiego, o jakim słyszeliśmy w państwach zachodnich. Niestety, nadzieje okazały się płonne. Federacja Konsumentów nie raz wskazywała na swe skromne środki. Szkoda więc, że marnuje je na podobne, pozbawione jakiegokolwiek sensu sondaże, zamiast zająć się jakimiś autentycznymi badaniami dóbr i usług ważnych dla obywateli.
Sondaż ten, jak podaje FK, został sfinansowany jako tzw. sub-grant z „BEUC Capacity Building Programme”, finansowanego z kolei przez Komisję Europejską w ramach projektu „Food – od wzmocnienia potencjału organizacji konsumenckiej do edukacji konsumenckiej”. Bogate państwa zachodnie mogą sobie przeznaczać środki unijne na rozmaite dyrdymały. Państwa na dorobku, jak Polska, powinny jednak bardziej szanować pieniądze z UE i wykorzystywać je dla rozsądniejszych celów, niż podobne sondaże.

Gospodarka 48 godzin

Zmiany w rozkładzie
W ramach kolejnych zmian w rozkładzie jazdy PKP, obowiązujących formalnie od 13 grudnia, obiecano przywrócenie po 25 latach, ale dopiero od 1 stycznia 2021 r, podróży koleją na linii Bielsk Podlaski – Lewki – Hajnówka. Pociągi pojadą tam w relacjach: Białystok – Hajnówka, Bielsk Podlaski – Hajnówka oraz Białystok – Siedlce (przez Bielsk Podlaski i Hajnówkę). Teoretyczny czas przejazdu najszybszego pociągu Białystok – Hajnówka to 80 min. Kolej ma być bardziej przyjazna środowisku między Lubelszczyzną a Podkarpaciem. Dzięki zakończeniu elektryfikacji na linii Lublin Główny – Stalowa Wola – Rozwadów jeszcze w grudniu pojadą tam pociągi elektryczne. Od 19 grudnia wrócą wreszcie pociągi na kolejową trasę zakopiańską, ale tylko na czas zimowych przejazdów. Czas przejazdu najszybszym pociągiem pomiędzy Krakowem a Zakopanem wyniesie trzy godziny, a najwolniejszym aż cztery. To wstyd, że jedynej górskiej linii w Polsce nie udaje się zmodernizować tak, by czas przejazdu nią zbliżyć do jakichkolwiek standardów. Dla porównania: ekspres z Warszawy do Gdańska jedzie przez 2 godziny 50 minut. Warto przypomnieć, że przed drugą wojną światową najszybsze pociągi pokonywały dystans między Krakowem a Zakopanem w 2 godziny 20 minut. Jednakże dziś ruch drogowy „zakopianką” jest już tak utrudniony, że w szczycie sezonu zimowego nawet te cztery godziny spędzone w pociągu mogą być konkurencyjne wobec czasu potrzebnego na dojazd samochodem z Krakowa do Zakopanego.

Żywność się trzyma
W trzech pierwszych kwartałach bieżącego roku wartość eksportu artykułów rolno-spożywczych z Polski wyniosła 25 070 mln EUR. Oznacza to wzrost o 6,7 proc. w stosunku do tego samego okresu 2019 r. Wartość naszego eksportu rolno-spożywczego w całym 2019 r. wyniosła 31,4 mld euro. Eksperci szacują, że wartość tego eksportu do końca bieżącego roku może przekroczyć nawet 33 mld euro. Jak widać, mimo narzekań naszych producentów i handlowców, żadne embarga i ograniczenia nie hamują sprzedaży polskich produktów. Najczęściej jak zwykle trafiają one na rynek niemiecki. „Po doświadczeniach ograniczeń w gospodarce oraz transporcie w czasie pierwszej fali pandemii, dobrze przygotowaliśmy branżę rolno-spożywczą, zakłady produkcyjne i logistykę na drugą falę” – pochwalił się nowy minister rolnictwa i rozwoju wsi Grzegorz Puda, choć oczywiście wpływ resortu rolnictwa na ten eksport jest żaden. Statystycznie, sprzedaż do państw Unii Europejskiej (łącznie z Wielką Brytanią) wzrosła w trzech kwartałach tego roku o 4,4 proc. do 20 085 mln EUR. Sama sprzedaż artykułów rolno-spożywczych w okresie styczeń – wrzesień 2020 r. do Niemiec wyniosła 6 231 mln EUR i w porównaniu z tym samym okresem 2019 r. była wyższa o 10,3 proc. Eksport do Niemiec stanowił około 25 proc. wartości całego eksportu rolno-spożywczego w pierwszych trzech kwartałach 2020 r. Rośnie też jednak polski eksport towarów rolno-spożywczych do państw spoza UE. W okresie I – IX 2020 r. jego wartość wyniosła 4 985 mln EUR i w porównaniu do tego samego okresu ubiegłego roku, oznacza to wzrost o około 17 proc.

Kontrola bez zębów

Żadne urzędy nie lubią, żeby ktoś patrzył im na ręce i oceniał to co robią.
Zmienił się podział kompetencji w instytucjach zajmujących się kontrolą żywności. Od samego mieszania herbata jednak nie robi się słodsza. Nie wydaje się zatem, że te przetasowania spowodują, iż wnikliwiej i częściej będzie badana jakość spożywanych przez nas artykułów spożywczych. Przeciwnie, kontrole mogą stać jeszcze się rzadsze i łagodniejsze niż dotychczas.
Podstawowa zmiana polega na tym, że od 1 lipca tego roku Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych (IJHARS) czuwa już nad jakością żywności w całym łańcuchu dostaw – czyli od producenta do konsumenta. Podlega ona Ministerstwu Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Do tej pory kompetencje były rozdzielone: produkty spożywcze przeznaczone dla konsumentów, znajdujące się w sklepach, hurtowniach oraz barach i restauracjach kontrolowała Inspekcja Handlowa, a na wcześniejszych etapach obrotu np. u producenta, na granicy, w zakładach paczkujących – właśnie IJHARS.
Istota tej zmiany polega na tym, że dotychczas, czyli do 1 lipca, żywność w sklepach hurtowniach, restauracjach, na bazarach itp. – czyli wszędzie tam, gdzie ostatecznym odbiorcą był konsument – była badana przez Inspekcję Handlową, ciało podlegające Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który jest całkowicie niezależny od Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Teraz zaś, po 1 lipca, tymi kontrolami zajmuje się Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, podlegająca Ministerstwu Rolnictwa i Rozwoju Wsi. A to przecież właśnie resort rolnictwa odpowiada za to, by do mieszkańców Polski trafiała żywność zdrowa i o odpowiedniej jakości.
Tak więc, od początku lipca mamy taką sytuację, że kontroler podlega temu, kogo ma kontrolować. Źle to wróży skuteczności i efektywności tych kontroli. Żaden kontroler nie będzie zbyt dociekliwy, wiedząc, że może za to oberwać od kontrolowanego.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny próbuje robić dobrą minę do złej gry i oświadcza: „Przeniesienie kontroli jakości żywności do jednej instytucji to ważny krok w kierunku specjalizacji instytucji państwa. 8 lipca br. zamkniemy całe przedsięwzięcie od strony formalnej. Zmiana ta jest korzystna zarówno dla konsumentów, jak i rolników czy przedsiębiorców działających w sektorze rolno-spożywczym bowiem skonsoliduje nadzór nad jakością żywności w całym łańcuchu dostaw od pola do stołu”.
Szef UOKiK wie jednak doskonale, że oto właśnie jego urząd został pozbawiony jednego ze swych najważniejszych, nielicznych zresztą zębów. Stał się też słabszy i jeszcze mniej znaczący niż dotychczas. Spod nadzoru UOKiK do IJHARS, czyli pod władzę Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi przeszli bowiem wszyscy pracownicy wojewódzkich inspektoratów Inspekcji Handlowej, którzy do tej pory specjalizowali się w kontroli żywności. UOKiK przekazał także resortowi rolnictwa pięć swoich laboratoriów żywnościowych: w Katowicach, Kielcach, Olsztynie, Poznaniu i Warszawie. Ale być może to wszystko niespecjalnie martwi prezesa UOKiK, bo przecież oznacza, że będzie on miał teraz mniej zadań – a więc mniej też będzie powodów do tego, by go krytykować za ewentualne niedociągnięcia.
Wprowadzone obecnie zmiany są zgodne z podstawowymi zasadami rządów Prawa i Sprawiedliwości: unikać wszelkiej odpowiedzialności za swe działania i zaniechania; starać się, by nikt nie mógł sprawdzić, jakie w rzeczywistości efekty przynosi funkcjonowanie instytucji rządowych; zapobiegać wszelkiej krytyce – i chwalić się na każdym kroku.
Można więc oczekiwać, że od 1 lipca Inspekcja Handlowa będzie informować o systematycznie poprawiającej się jakości polskich artykułów spożywczych…
Inspekcja Handlowa, zawsze niedoinwestowana i z brakami kadrowymi – bo przecież żaden rząd nie lubi, gdy mu się patrzy na ręce – miała jednak jakieś wymierne osiągnięcia. Co roku IH przeprowadzała prawie 20 tys. kontroli, podczas których brała pod lupę ponad 165 tys. partii produktów. Dużą część z nich stanowiła żywność – było to ok. 7-8 tys. kontroli rocznie i nawet ponad 120 tys. sprawdzanych artykułów spożywczych w ciągu roku.
Przykładowo, inspektorzy badali jakość i oznakowanie ryb, mięsa, jajek, miodu, wód mineralnych, produktów rolnictwa ekologicznego, a nawet karmy dla zwierząt, dań serwowanych w restauracjach czy posiłków przygotowywanych przez firmy cateringowe dla szpitali. W ostatnim czasie duże zainteresowanie konsumentów, rolników i organizacji pozarządowych wzbudziły kontrole oznakowania warzyw i owoców według kraju ich pochodzenia. Wydaje się, że teraz podobne kontrole w ogóle odejdą w przeszłość.
Czym obecnie będzie się zajmować Inspekcja Handlowa? Otóż, jak dyplomatycznie stwierdza UOKiK, teraz IH będzie się mogła skoncentrować na kontroli jakości, bezpieczeństwa i oznakowania produktów nieżywnościowych, np. paliw, zabawek, ubrań, sprzętu sportowego i elektronicznego oraz usług.
Nadal będzie pilnować prawidłowego uwidaczniania cen w sklepach, również na półkach z żywnością (co akurat jest uprawnieniem niemal bez znaczenia, bo o cenę zawsze można spytać, lub sprawdzić ją samemu w elektronicznym czytniku). Tak jak dotychczas IH będzie także udzielać porad konsumentom i pomagać im w polubownym rozstrzyganiu sporów z przedsiębiorcami (już spoza branży żywnościowej).
Na osłodę Inspekcja Handlowa otrzymała nowy, teoretycznie istotny oręż: od 1 lipca zyskała prawo do upubliczniania danych kontrolowanych przedsiębiorców. Od tej pory prezes UOKiK może ujawniać pod jakim adresem została przeprowadzona kontrola oraz jakich konkretnie przedsiębiorców i produktów dotyczyła. Te informacje od szefa UOKiK oraz wojewódzkich inspektorów IH, będą mogły być w całości publikowane na stronie urzędu. Pominięte mają zostać jedynie informacje stanowiące tajemnicę przedsiębiorstwa.
To jest jednak tylko prawo, a nie obowiązek – a więc nie wiadomo, czy UOKiK rzeczywiście zechce publikować dane kontrolowanych firm. Tym niemniej prezes UOKiK Tomasz Chróstny wyraża radość (chyba nieco na wyrost) – i ogłasza: „Cieszę się, że dane przedsiębiorców sprzedających wadliwe produkty zostaną publicznie ujawnione. Teraz konsumenci łatwiej będą mogli sprawdzić które wyroby warto kupować, a które lepiej omijać. To również ważny element dyscyplinujący samych przedsiębiorców”.
Tyle, że w tej chwili, po wyjęciu spod jej kompetencji całej branży rolno-spożywczej, to nowe uprawnienie Inspekcji Handlowej dotyczyć będzie już mocno ograniczonej grupy przedsiębiorców.

Rząd PiS nie walczy z drożyzną

Za znaczący wzrost cen nie odpowiada koronawirus. Pandemii, której skutkiem były zwiększone zakupy na rynku detalicznym, nie można uznać za podstawową przyczynę wysokich wzrostów cen żywności i napojów bezalkoholowych.
Wskaźniki cen towarów i usług konsumpcyjnych Głównego Urzędu Statystycznego informują, że w marcu 2020 r. ceny detaliczne żywności i napojów bezalkoholowych (tzw. indeks ŻINB) wzrosły w porównaniu z miesiącem poprzednim o 0,8 proc.
Jest to bardzo szybkie tempo, a przy tym czterokrotnie szybsze niż wzrost wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych ogółem (czyli indeks CPI – consumer price index), który w marcu w porównaniu z lutym wzrósł o 0,2 proc. Jego utrzymanie oznaczałoby niemal 10 proc. wzrost cen żywności w skali roku.
W kwietniu nastąpiło zdecydowane wyhamowanie wzrostu wskaźnika cen ŻINB – do 0,3 proc (miesiąc do miesiąca), co było jednym z najniższych wzrostów miesięcznych w okresie styczeń 2019 – kwiecień 2020. Jednakże stabilizacja wzrostu cen tej grupy towarów na obecnym umiarkowanym poziomie, w kolejnych miesiącach nie jest pewna.
Po pierwsze, trudno obecnie prognozować skutki suszy, które zależą od opadów w maju i w czerwcu. Po drugie, nie wiadomo, jak się będzie kształtować sytuacja gospodarcza, w tym między innymi możliwy spadek wartości złotego co niemal automatycznie spowoduje wzrost cen żywności importowanej
Pandemii, której skutkiem były kilkudniowe zwiększone zakupy na rynku detalicznym, nie można uznać za podstawową przyczynę tak wysokich wzrostów cen żywności i napojów bezalkoholowych w marcu i kwietniu tego roku. Przede wszystkim dlatego, że systematyczny ich wzrost trwał od początku 2019 r.
I tak, o ile w styczniu 2019 r. wskaźnik ŻINB były zaledwie o 0,9 proc. wyższy niż w styczniu 2018 roku, a jego wzrost był równy wzrostowi wskaźnika CPI w tym okresie, to w kolejnych miesiącach te dwa wskaźniki zaczęły się „rozjeżdżać”. Wskaźniki CPI utrzymywały się na umiarkowanym poziomie (poniżej 3 proc.), natomiast wskaźniki ŻINB gwałtownie przyspieszyły: od lipca 2019 r. były na poziomie powyżej 6 proc., a w styczniu i lutym 2020 r. przekroczyły 7 proc. Ponieważ żywność i napoje bezalkoholowe stanowią aż 25 proc. wartości koszyka wskaźnika CPI, wzrost ich był w 2019 roku najważniejszym czynnikiem powodującym wzrost inflacji.
Ośmioprocentowy roczny wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych w marcu bieżącego roku i również roczny ponad siedmioprocentowy w kwietniu, był więc kontynuacją wyraźnie widocznej przez cały poprzedni rok tendencji. Wynikała ona zarówno ze wzrostu cen płaconych producentom rolnym, jak i ich podniesienia w przemyśle rolno–spożywczym i handlu detalicznym żywnością – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
W okresie styczeń 2019 – marzec 2020 nastąpił wzrost cen skupu podstawowych produktów rolnych: pszenicy, żyta, żywca wołowego, żywca wieprzowego, drobiu i mleka o 8,2 proc. proc., co częściowo wyjaśnia wzrost cen detalicznych żywności. Jednakże z tych sześciu produktów ceny jednego – żywca wieprzowego – wzrosły aż o 55 proc., natomiast z pozostałych pięciu uległy niewielkim zmianom, ale zbóż poważnie spadły – pszenicy o około 10 proc., a żyta aż o 20 proc.
Tak wysoki wzrost cen trzody chlewnej jest pozornie niezwykły, ale pierwsze miesiące 2019 roku to okres dna cyklu świńskiego i w konsekwencji bardzo niskich cen. Ich wzrost w kolejnej fazie cyklu jest więc normalną reakcją. Ceny płacone rolnikom w Polsce za trzodę chlewną były w tym okresie niemal identyczne jak przeciętne ceny na rynku unijnym.
Wzrost cen unijnych musiał silnie wpływać na ceny detaliczne wieprzowiny w Polsce, ponieważ byliśmy w 2019 r. jej wielkim importerem netto (import netto około 220 tys. ton, ujemne saldo obrotów około 650 mln USD).
W okresie styczeń 2019 – marzec 2020 wzrosły również płacone producentom ceny produktów rolnych nieznajdujących się w GUS-owskim koszyku sześciu podstawowych produktów. Największy był wzrost cen owoców, w tym przede wszystkim jabłek (wzrost cen hurtowych niektórych odmian nawet dwukrotny), wynikający zarówno z „klęski urodzaju” w 2018 roku i w konsekwencji niezwykle niskich cen jabłek płaconych producentom, jak i ze znacznie niższych zbiorów w 2019 r. Wzrosły również ceny warzyw.
Na wzrost wskaźnika ŻINB w okresie styczeń 2019 – marzec 2020 miały wpływ również artykuły żywnościowe wyprodukowane z surowców, których ceny w tym okresie nie wzrosły. Wzrost cen mógł zatem nastąpić w procesie przetwórstwa przemysłowego lub na etapie handlu detalicznego, a jego źródłem mógł być wzrost kosztów wytworzenia i/lub sprzedaży – albo próby zwiększenia opłacalności za pomocą zwiększenia marży brutto.
Odpowiedź wymagałaby szczegółowych informacji, które stanowią tajemnicę handlową producentów. Można jednak przypuszczać, że o wzroście cen zadecydował wzrost kosztów – wskazuje TEP.
W handlu żywnością trwa jednakże nieustannie ostra walka konkurencyjna między wielkimi sieciami, której efektem są niskie marże handlowe, mające niewątpliwy wpływ na wysokość cen w całym detalicznym handlu żywnością. Ich podniesienie na konkurencyjnym rynku jest często niemożliwe.
Walka konkurencyjna między sieciami handlowymi przenosi się również na negocjacje cenowe z producentami żywności. W negocjacjach tych sieci handlowe mają bardzo silną pozycję, której efektem są m.in. niskie marże w przemyśle rolno-spożywczym. W rezultacie, proces kształtowania cen we wszystkich segmentach rynku żywnościowego jest wysoce konkurencyjny i sprzyja relatywnie niskim cenom detalicznym żywności, zwłaszcza że przeciętny klient w Polsce zwraca szczególną uwagę na ceny – produkty o najniższych cenach na ogół najszybciej „schodzą z półek”.
System organizacji polskiego rynku żywności jest zatem ważnym, wymuszającym stabilizację cenową czynnikiem, znacznie skuteczniejszym niż groźby Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi, który straszy kontrolą cen żywności.

Pandemia mniej groźna na polu

Rolnictwo i rynek rolno-spożywczy w naszym kraju uniknęły zarażenia koronawirusem, ale brak rąk do pracy może spowodować utratę części zbiorów.

Polskie rolnictwo jest odporne na pandemię koronawirusa, gorzej może być z przemysłem rolno-spożywczym i handlem żywnością. Ale ograniczenia spowodowane pandemią nie doprowadziły dotychczas do zakłóceń na rynku artykułów rolno–spożywczych.
Polskie rolnictwo jest z punktu widzenia organizacji pracy tym działem gospodarki, który jest odporny na pandemię koronawirusa. Jak wiadomo skutecznych lekarstw i szczepionki nie ma, a najskuteczniejszym zabezpieczeniem przed zakażeniem jest izolacja.
W gospodarstwach rolnych niekorzystających z najemnej siły roboczej lub korzystających z niej tylko sporadycznie, możliwe jest niemal pełne odizolowanie pracującego lub ograniczenie kontaktów zawodowych do mieszkającej z nim rodziny. Gospodarstw takich jest w Polsce blisko 1,3 mln (90 proc. gospodarstw ogółem). Jednakże również w gospodarstwach osiągających produkcję standardową w wysokości co najmniej 400 tys. złotych rocznie (jest ich około 130 tys.) zarówno prace polowe, jak i obsługa zwierząt w zmechanizowanych oborach i chlewniach nie wymagają dużych zespołów; swoista „izolacja” jest zatem sytuacją normalną – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Trudności przestrzegania zasady izolacji mogą występować przede wszystkim w wyspecjalizowanych pracochłonnych gospodarstwach, prowadzących uprawy „pod szkłem”, ale i w tym przypadku możliwe jest – przy właściwej organizacji pracy – zachowanie niezbędnego minimum ochrony.
Podstawowym niebezpieczeństwem z punktu widzenia organizacji produkcji rolnej jest brak pracowników sezonowych w tych gałęziach produkcji roślinnej, w których występuje spiętrzenie robót w bardzo krótkim okresie (przede wszystkim zbiór owoców, zwłaszcza jagodowych i niektórych warzyw). Co najmniej od kilku lat znaczną część tych prac wykonują pracownicy sezonowi z zagranicy. Ukraińcy, ale także Białorusini, Mołdawianie i Kazachowie. Szacuje się, że ich liczba wynosiła około 100 tys. rocznie. Są potrzebni w gospodarstwach różnej wielkości ekonomicznej, ale najprawdopodobniej przede wszystkim średniej (produkcja standardowa w granicach 100 – 400 tys. złotych). Formalności związane z ich zatrudnieniem nie są skomplikowane, zwłaszcza jeśli są obywatelami Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji lub Ukrainy. Powszechnie stosowana jest procedura oświadczenia. W tym trybie cudzoziemiec otrzymuje zezwolenie na pracę przez okres nie dłuższy niż 9 miesięcy w roku kalendarzowym.
Ten dobrze funkcjonujący system został zawieszony w związku z epidemią. Konsulaty od 16 marca nie przyjmują wniosków o wydanie wiz. Wprawdzie do Polski mogą nadal wjechać m.in. cudzoziemcy posiadający prawo stałego lub czasowego pobytu na terytorium Polski, ale po przekroczeniu granicy muszą odbyć 14-dniową domową kwarantannę. Procedura ta miała obowiązywać do 3 maja, ale została 26 kwietnia bezterminowo przedłużona. Gospodarstwa zatrudniające sezonowo cudzoziemców, mogą zatem pozostawić w maju na polu przynajmniej część zbiorów niektórych warzyw i owoców jagodowych, przede wszystkim truskawek i szparagów.
Znacznie mniej odporna na pandemię jest organizacja pracy w przemyśle rolno–spożywczym. Przedsiębiorstwa te otrzymały, tak jak wszystkie przedsiębiorstwa przemysłowe, szczegółowe zalecenia Głównego Inspektora Sanitarnego, na które składają się procedury zapobiegawcze, wdrażane w przypadku podejrzenia, że pracownik jest zakażony koronawirusem, oraz ograniczające rozpowszechnianie się wirusa, wdrażane w przypadku jego zdiagnozowania u jednego z pracowników.
Wszystkie te procedury wpływają na funkcjonowanie przedsiębiorstwa. Niewątpliwie najpoważniejsze są konsekwencje po stwierdzeniu zakażenia. Obowiązkowa jest dezynfekcja pomieszczeń w których przebywał zakażony pracownik i ustalenie, czy nie powinno nastąpić wyłączenie części budynku. Możliwe jest również zamknięcie zakładu decyzją administracyjną. Pracownicy, którzy mieli bezpośrednią styczność z zakażonym, powinni wstrzymać się od pracy w ciągu dwóch tygodni. Groźba zamknięcia choćby na kilka dni jest niezwykle poważnym zagrożeniem organizacyjnym i finansowym.
Świadomość, że izolacja jest najskuteczniejszym zabezpieczeniem przed zakażeniem, spowodowała liczne ograniczenia i zakazy w sferze handlu i usług. Jednakże równocześnie było oczywiste, że handel żywnością, zwłaszcza detaliczny, musi nadal funkcjonować w taki sposób, aby klienci mogli swobodnie dokonywać zakupów. Placówki handlu żywnością zostały więc zobowiązane do skrupulatnego przestrzegania przepisów sanitarnych i higienicznych, zapewnienia klientom rękawiczek jednorazowych oraz do ograniczenia liczby kupujących, znajdujących się równocześnie w sklepie (lub przy straganie!).
Wprowadzone ograniczenia nie doprowadziły do trwałych zakłóceń na rynku artykułów rolno–spożywczych, a paniczne zakupy trwały tylko kilka dni. Nie dopuszczenie do pustych półek świadczy o dobrej organizacji polskiego handlu żywnością, zarówno hurtowego, jak i detalicznego oraz przemysłu rolno–spożywczego. W opanowaniu paniki niemały wpływ mieli również pracownicy, narażeni na zakażenie ze względu na nieuniknione kontakty z klientami.
Najbardziej przestraszeni koronawirusem byli chyba sprzedawcy na lokalnych bazarach; w pierwszych dniach po ogłoszeniu zagrożenia epidemicznego na niektórych większość stoisk była zamknięta.
Obecnie większość ważnych kanałów zbytu funkcjonuje jak przed okresem pandemii. Skup zwierząt rzeźnych i mleka odbywa się normalnie (niskie ceny skupu mleka są przede wszystkim wynikiem wzrostu dostaw do mleczarni). Również rynki hurtowe (Bronisze, Franowo i inne), które są najważniejszymi pośrednikami między rolnikami a detalicznym handlem owocami i warzywami, funkcjonują bez większych zakłóceń, choć w pierwszych dniach zagrożenia epidemicznego kolportowano następnie dementowane plotki o ich zamknięciu.
Podstawowe branże przemysłu rolno – spożywczego, w tym mleczarski i mięsny zapewniają regularne dostawy, choć niewątpliwie mają różne kłopoty organizacyjne. Najsłabszym ogniwem handlu okazały się nie tylko ze względów sanitarnych lokalne targowiska, stanowiące zarówno w dużych jak i mniejszych miastach ważną część handlu. Jednakże na ogół dość sprawnie usunięto najważniejsze mankamenty i nie nastąpiło ich zamknięcie.

Nasza szkodliwa żywność

Rząd Prawa i Sprawiedliwości zapewnia, że artykuły spożywcze sprzedawane w Polsce są zdrowe i bezpieczne – ale rzeczywistość temu przeczy.

W Polsce stwierdza się przypadki wprowadzenia do obrotu produktów spożywczych , które mogą być zagrożeniem dla zdrowia – to podstawowy wniosek z najnowszego raportu Najwyższej Izby Kontroli. Badała ona, dlaczego żywność spożywana w Polsce nie jest w pełni bezpieczna.
NIK skontrolowała Główny Inspektorat Sanitarny, Główny Inspektorat Weterynarii, Główny Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Kontrolą objęto lata 2017 – 2018.
Niestety, rządy Prawa i Sprawiedliwości odbiły się już negatywnie na sprawności służb sanitarnych. NIK stwierdza więc: „Działanie służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo żywności wymaga usprawnienia, by lepiej chronić konsumenta przed spożyciem produktów o niedostatecznej jakości”.
Główną przyczyną tego, że jemy złą żywność, jest zbyt długi czas oczekiwania na wyniki badań laboratoryjnych – to powszechna bolączka, co widać i dziś przy okazji wykonywania testów na koronawirusa. Te opóźnienia sprawiają, że utrudnione jest sprawne wycofanie z rynku szkodliwych produktów. Problemem jest także brak mechanizmów pozwalających na ujawnianie nielegalnej produkcji artykułów mięsnych i wędlin, wytwarzanych poza wszelkimi kontrolami sanitarnymi.
Jeśli nawet badania wykryją obecność szkodliwych substancji w żywności, to wycofywanie jej ze sprzedaży udaje się zwykle tylko częściowo – i niebezpieczne artykuły spożywcze zostają skonsumowane.
Na przykład, w ubiegłym roku, w trybie alarmowym podjęto akcję wycofywania z handlu dziewięciotonowej partii moreli suszonych zakupionych w Turcji. Tryb powiadomienia alarmowego spowodowany był tym, że w morelach stwierdzono znaczne przekroczenie maksymalnego poziomu dwutlenku siarki, który to związek chemiczny, zastosowany w nadmiarze może doprowadzić do zgonu. Silnie bowiem drażni drogi oddechowe i jest trujący dla zwierząt (oraz szkodliwy dla roślin). W mniejszych ilościach jemy i pijemy go prawie wszyscy, gdyż jest stosowany jako konserwant E 220.
Nasze służby sanitarne, przypomnijmy, przejęte już przez PiS, co miało ewidentny wpływ na ich skuteczność, zaczęły „energicznie” działać, by wyeliminować szkodliwe morele. Skutek? Z 9 000 kg szkodliwych moreli odzyskano tylko 90,6 kg, zaś pozostała część (99 proc. ) została sprzedana i zjedzona. Taki to właśnie „tryb alarmowy”.
Także w ramach powiadomienia alarmowego (chodziło o przekroczenia dopuszczalnej liczby szkodliwych bakterii listeria monocytogenes w łososiu solonym), ze 150 opakowań ryby wycofano z obrotu i zutylizowano 64 sztuki. Resztę – pozostałe 86 szt. – sprzedano klientom indywidualnym.
Gdy wykryto, że w składzie suplementu diety znalazła się pankreatyna (wyciąg z trzustek wieprzowych, który szkodzi w przypadku nadwrażliwości na białko mięsne, przy zapaleniu trzustki czy mukowiscydozie i może spowodować uszkodzenie jelit) to „aż” pięć opakowań produktu zostało wycofanych ze sprzedaży, a 241 sztuk (98 proc.) zostało sprzedanych klientom – i skonsumowanych.
W przypadku „Rodzynek sułtanki”, w których stwierdzono przekroczenie najwyższego dopuszczalnego poziomu ochratoksyny47 (związek kancerogenny), wycofano ze sprzedaży 151 sztuk produktów, a klientom w sklepach normalnie sprzedano 2441 szt. (94 proc.).
Podobnych przykładów jest bez liku. Mrożone mięso z kurczaka, które po rozmrożeniu okazało się nieświeże, w produkcji zostało ugotowane i w całości sprzedane klientom indywidualnym. Nieświeże mrożone brokuły: zakwestionowano 5184 kg, wycofano z obrotu i poddano utylizacji 150,3 kg, zaś reszta towaru (97 proc.) została sprzedana klientom. Kapusta włoska – zakwestionowano 13 024 kg towaru, całość sprzedano klientom. W jednej z ferm kurzych ubito 4,9 tys. szt. kur w których miesie stwierdzono potem obecność trującego fipronilu (powoduje u ludzi jedzących takie mięso wymioty, nadpobudliwość i napady padaczkowe). Z uboju tego pozyskano 16,1 tys. kg mięsa, z czego 10,6 tys. kg sprzedano do Liberii, zaś pozostała część trafiła do handlu w kraju. Odbiorca w Liberii został poinformowany o konieczności wycofania skażonej partii produktów, natomiast część mięsa, które pozostało na terenie Polski (0,56 tys. kg) została sprzedana konsumentom bez zbędnego informowania o czymkolwiek. I tak właśnie dziś wygląda troska o bezpieczeństwo żywności w naszym kraju.
Problem w tym, że w Polsce kompetencje w zakresie bezpieczeństwa żywności rozdzielone są między kilka instytucji, co nie sprzyja ich sprawnemu działaniu. Występują także braki kadrowe. Nie ma natomiast jednego urzędu wiodącego, co sprawia, że instytucje zajmujące się bezpieczeństwem żywności działają praktycznie bez żadnego nadzoru, zwłaszcza, że formalnie są podległe trzem organom naczelnym.
Polski model nadzoru nad bezpieczeństwem żywności negatywnie wyróżnia się w skali europejskiej. Wśród krajów Unii Europejskiej dominującym rozwiązaniem jest powołanie na poziomie krajowym jednego organu właściwego do spraw bezpieczeństwa żywności czy mającego charakter naczelny i nadzorczy wobec innych.
U nas, w przypadku potwierdzenia, że dany produkt spożywczy jest niebezpieczny, organy inspekcji same nie wycofują go z rynku. Dysponują jednak – teoretycznie – odpowiednimi narzędziami administracyjnymi. Mogą stosować m.in. ograniczenie lub zakaz wprowadzania żywności do obrotu czy nakazać przedsiębiorcy wycofanie żywności z obrotu. Tymczasem skuteczność tych narzędzi jest ograniczona, zwłaszcza w przypadku towarów z krótką datą przydatności do spożycia. Trafiają one do konsumentów jeszcze przed zakończeniem działań odpowiednich służb.
Kontrola NIK ustaliła np., że jeszcze przed zakończeniem analiz laboratoryjnych sprzedano żywność z bakterią listeria monocytogenes, pomimo pobrania próbek żywności już na etapie produkcji. Bakteria ta może okazać się bardzo groźna dla słabszych organizmów, przede wszystkim dla dzieci i kobiet w ciąży.
Głównymi przyczynami wydłużenia czasu badań były, jak podaje NIK, ograniczenia sprzętowe, awaryjność oraz konieczność wielokrotnego powtarzania analiz. Dlatego właśnie w wielu przypadkach cała lub niemal cała skażona żywność zostaje sprzedana. Poza tym, żadne instytucje w Polsce nie wypracowały skutecznych rozwiązań zapobiegających prowadzeniu nielegalnej produkcji żywności pochodzenia zwierzęcego, bez nadzoru urzędowego lekarza weterynarii.
W okresie od grudnia 2016 r. do stycznia 2019 r. Inspekcja Weterynaryjna ujawniła 290 przypadków takiej nielegalnej produkcji – a to oczywiście wierzchołek góry lodowej.
Za sprawą PiS, we wszystkich instytucjach inspekcyjnych nastąpił w ostatnich latach spadek zatrudnienia lub znaczna fluktuacja kadr. W laboratoriach badających próbki żywności występowały braki kadrowe i sprzętowe, co przekładało się na długi czas wykonywania badań.
Jak stwierdza NIK, najbardziej dotkliwe skutki niedoborów kadrowych stwierdzono w Inspekcji Weterynaryjnej. Zmniejszenie zatrudnienia lekarzy o 6,5 proc. miało negatywny wpływ na pracę większości powiatowych zespołów ds. bezpieczeństwa żywności, uniemożliwiając ich prawidłowe funkcjonowanie.
NIK po kontroli wystąpiła z wnioskiem do Prezesa Rady Ministrów – o zwiększenie finansowania organów inspekcji w celu podniesienia skuteczności ich działania. Można jednak być pewnym, że dziś występowanie do premiera o zwiększenie finansowania czegokolwiek (może z wyjątkiem płac prominentów PiS-owskich, wyborów oraz upamiętniania żołnierzy wyklętych) to głos wołającego na puszczy.

Ceny idą w górę

Inflacja, „zainfekowana” koronawirusem, straszy coraz bardziej.

Lutowe dane o dynamice inflacji wskazują na kontynuację wzrostu cen w polskiej gospodarce. Wskaźnik CPI (indeks zmiany cen towarów i usług konsumpcyjnych) osiągnął wartość 4,7 proc., ceny usług rosną już o 6,4 proc. w ujęciu rok do roku, natomiast ceny towarów o 4,1 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Drożejąca żywność oraz niektóre rodzaje usług (wywóz śmieci, usługi transportowe) od początku roku są wyraźnie wyższe niż w ubiegłym roku. Spadające ceny paliw oraz odzieży nie są w stanie zamortyzować wzrostu cen w innych kategoriach wskaźnika CPI.
Efekt koronawirusa będzie widoczny w marcowych danych o inflacji. Z jednej strony będą to potencjalne wzrosty cen produktów, na które zgłaszany jest największy popyt, z drugiej strony ceny usług oraz paliw będą sprzyjały mniejszej presji cenowej przynajmniej w najbliższym okresie. Maksymalną wartość w tym roku dynamika inflacji osiągnie zapewne w marcu. Nie można wykluczyć, że będzie to dynamika zbliżona lub przewyższająca 5 proc. w skali roku.
Wzrost inflacji do 4,7 proc. w lutym jest najwyższy od listopada 2011 roku. Jest to zarazem kolejny miesiąc kontynuacji wzrostowej tendencji zarówno cen usług, jak i towarów. Tylko w lutym ceny usług wzrosły o 1,1 proc. w stosunku do stycznia br., a ceny towarów o 0,5 proc. Jak zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, po wzroście miesięcznej dynamiki inflacji w styczniu o 0,9 proc., w lutym miesięczna dynamika wzrostu cen nadal był wysoka i wyniosła 0,7 proc.
Wpływ na to miały wzrosty cen nośników energii i w konsekwencji wyższe ceny użytkowania mieszkania (0,28 pkt. proc. wkładu do lutowego wzrostu cen), żywności (0,21 pkt. proc.) oraz napojów alkoholowych i wyrobów tytoniowych (0,10 pkt. proc.). W lutym spadały ceny odzieży i obuwia, co nieznacznie amortyzowało inne wzrosty cen (obniżyło do wskaźnik CPI o 0,06 pkt. proc.). W lutym spadały ceny paliw do prywatnych środków transportu (o 1,5 proc.). Fakt ten przyczynił się do niższych cen transportu (0,04 pkt. proc. wkładu do wskaźnika CPI).
Jak jednak widać, niższe ceny paliw nie są w stanie w sposób znaczący wpłynąć na zahamowanie wzrostowych cen usług i towarów w innych kategoriach. Przy okazji, na uwagę zasługuje również fakt wzrostu cen usług transportowych, które są niezależne od cen paliw, w lutym wzrosły one o 4,0 proc. w stosunku do stycznia bieżącego roku.
Ceny żywności w ujęciu rocznym rosną już o 8,1 proc. r/r. Tylko w lutym ceny warzyw wzrosły o 2,3 proc. w stosunku do stycznia bieżącego roku, a pieczywa o 2 proc. Zmiana cen w tych kategoriach przekłada się na odczucie drożyzny przez konsumentów. Ponadto, wzrost akcyzy wpłynął w lutym na wzrost cen wyrobów tytoniowych (miesięczny wzrost o 2,4 proc.) oraz cen wyrobów alkoholowych (wzrost o 1,4 proc.).
Należy również zauważyć, że ceny wywozu śmieci nadal rosną, w lutym był to wzrost o 5,4 proc., w ujęciu rocznym o 50,6 proc. a w stosunku do grudnia 2019 r. o 21,9 proc.
W kolejnych miesiącach wzrosty cen w niektórych kategoriach towarów będą kontynuowane z uwagi na gwałtowny wzrost popytu na żywność. Ceny żywności (najważniejsza składowa wskaźnika CPI), pozostają dużą niewiadomą, trudno jednak w aktualnej sytuacji oczekiwać spowolnienia dynamiki wzrostu cen w tej kategorii. Efekty wyższej akcyzy powinny mieć charakter gasnący, ustabilizować się powinny również ceny wywozu śmieci. Niższe ceny paliw wyraźniej niż w lutym będą hamowały wzrostową dynamikę CPI.
Ponadto w marcowych danych powinniśmy zaobserwować już efekt obniżek cen w sektorze usługowym (kina, restauracje, hotele). Nie możemy jednak wykluczyć, że inflacja w ujęciu rok do roku w kolejnym miesiącu przekroczy 5 proc., co jednocześnie powinno być najwyższą wartością w tym roku – uważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W kolejnych miesiącach dynamika inflacji powinna się utrzymywać wyraźnie powyżej 4 proc.
Zauważmy również, że opublikowane przez GUS dane o inflacji za styczeń i luty bazują na nowym, weryfikowanym corocznie, koszyku zakupowym konsumentów – podkreśla TEP. Z tego też powodu dane CPI nieznacznie różnią się od tych, które były publikowane w lutym.
Coroczna zmiana systemu wag przyniosła nieco zaskakujące zmiany w strukturze konsumpcji. Kolejny już rok rośnie udział żywności i napojów bezalkoholowych w łącznych wydatkach konsumpcyjnych gospodarstw domowych (z 24,89 proc. do 25,24 proc.). W odniesieniu do tej kategorii wydatków, wraz z rosnącym dochodem do dyspozycji, należałoby oczekiwać malejącego udziały wydatków na żywność. Dynamika cen żywności jest jednak na tyle wysoka, że nie pozwala na wyraźniejsze zmiany w strukturze wydatków konsumpcyjnych. Rośnie jednak udział wydatków na rekreacje i kulturę, a ponadto na łączność i zdrowie.

Niemiła niespodzianka cenowa

Grudniowy, nieoczekiwanie wysoki skok cen to z jednej strony efekt mniej zaskakujących zmian cen transportu i żywności, a z drugiej strony niespodziewanie wysokich wzrostów cen usług, w tym szczególnie usług transportowych i ubezpieczeń.

Kontynuacja wzrostu wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych w pierwszych miesiącach 2020 roku jest bardzo prawdopodobna, tym bardziej że będziemy mieli do czynieni z efektem niskiej bazy statystycznej z poprzedniego roku.
Inflacja znacząco powyżej celu NBP może wpłynąć na oczekiwania inflacyjne konsumentów i ich zmianę zachowania na rynku. Jest to zatem odpowiedni moment na odpowiednią reakcję ze strony członków Rady Polityki Pieniężnej, w celu zapewnienia stabilności cen w dłuższym okresie.
Publikacja grudniowych wskaźników cen towarów i usług konsumpcyjnych pozwala z jednej strony dokładniej poznać przyczyny nieoczekiwanie wysokiego wzrostu cen na koniec ubiegłego roku, jak również porównać jakie zmiany nastąpiły pomiędzy komponentami wzrostu cen w 2018 i 2019 roku – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w grudniu 2019 r. o 3,4 proc. w porównaniu z analogicznym miesiącem poprzedniego roku oraz aż o 0,8 proc. w porównaniu z listopadem 2019 roku. To właśnie rekordowo wysoki, miesięczny wzrost inflacji wzbudził najwięcej emocji. W ostatnich latach ceny w grudniu zachowywały się względnie stabilnie, tym razem odnotowano jednak miesięczny wzrost cen transportu o 3,8 proc. oraz żywności o 1,3 proc., co podwyższyło wskaźnik inflacji odpowiednio o 0,37 i 0,31 punktów procentowych (przypomnijmy, że rok wcześniej ceny transportu w tym okresie spadały). W kategorii „żywność” najwyższy, miesięczny wzrost cen był obserwowany w przypadku cen warzyw (wzrost o 3,6 proc.), cen mięsa (2,8 proc.) oraz mleka (1,3 proc.).
Podkreślane w przekazach medialnych wzrosty cen wywozu śmieci rzeczywiście miały miejsce, jednak ich skala nie była w samym grudniu 2019 r. tak znacząca, ponieważ wyniosła 0,6 proc. W tej kategorii cen wzrosty nastąpiły we wcześniejszych miesiącach, w ujęciu rocznym ceny wywozu śmieci wzrosły o 32,2 proc. Zatem to nie ta kategoria była odpowiedzialna w największym stopniu za grudniową niespodziankę cenową. Okazuje się, że w ujęciu miesiąc do miesiąca bardzo wyraźnie wzrosły ceny usług (1,5 proc.). Wpływ na to miały drastyczne, bo aż o 29,4 proc. wzrosty cen usług transportowych a także wzrosty cen ubezpieczeń – o 7,8 proc. Towarzystwo Ekonomistów Polskich wskazuje, że mówimy w tym przypadku o wzroście cen w skali miesiąca. Ceny usług wchodzą w skład inflacji bazowej, na którą w sposób szczególny zwraca uwagę Rada Polityki Pieniężnej, ponieważ wpływ polityki stóp procentowych jest najbardziej efektywny właśnie na tą kategorię inflacji.
Patrząc na inflację przez pryzmat relacji średniego wzrostu cen w całym 2019 roku do roku 2018, pozornie nie widać większych powodów do zmartwienia. Roczna inflacja wyniosła bowiem 2,3 proc, czyli nieznacznie poniżej celu banku centralnego. Najwyższe wzrosty cen wystąpiły w przypadku kategorii: żywność i napoje bezalkoholowe (4,9 proc.), restauracje i hotele (4,4 proc.), edukacja (3,6 proc.), zdrowie (3,3 proc.) i rekreacja i kultura (2,6 proc.).
W ubiegłym roku nie zabrakło jednak spektakularnych wzrostów cen, np.: wywozu śmieci o 21,4 proc., warzyw o 19,8 proc., cukru o 16,9 proc., mięsa wieprzowego o 9,6 proc., pieczywa o 8,6 proc., usług lekarskich o 5,3 proc. Wszystkie wymienione kategorie cen dotyczą produktów i usług, z których korzystamy często, ale niekoniecznie muszą stanowić największą część „koszyka” konsumpcyjnego.
Stąd też może pojawiać się zjawisko rozminięcia powszechnej percepcji zmian cen od rzeczywistych zmian jakie zachodzą w gospodarce. Fakt ten w połączeniu z obserwowanym, wyraźnym przyspieszeniem wzrostu cen w ostatnich miesiącach 2019 r. (nie tylko żywności ale i usług) oraz kontynuacją wzrostu rocznego wskaźnika cen w pierwszym kwartale 2020 r., może zwiększyć niepewność konsumentów. W konsekwencji może to spowodować wzrost oczekiwań inflacyjnych oraz spowolnienie konsumpcji.
W takiej sytuacji członkowie Rady Polityki Pieniężnej powinni brać pod uwagę wprowadzenia zmian (korekt) w polityce pieniężnej o czym Towarzystwo Ekonomistów Polskich pisało w styczniowym komentarzu po posiedzeniu RPP.

Żywność coraz droższa, Polacy coraz biedniejsi

Odczuwamy ją wszyscy. Inflacja idzie w górę. W grudniu była najwyższa od 2012 roku. W jej rezultacie w górę poszybowały też praktycznie wszystkie ceny. I to przede wszystkim produktów podstawowych.

Drożeją towary, które niezbędne są wszystkim. Żywność i napoje bezalkoholowe przez rok podrożały o prawie 7 proc. Cena mięsa wzrosła o 12,8 proc., cena warzyw to kolejne 12 proc. podwyżki, a cukru -20 proc. Do góry poszły także ceny ubezpieczeń, biletów lotniczych czy towarów bardziej luksusowych. Bez tych ostatnich da się przeżyć. Bez jedzenia – nie.

Najubożsi cierpią najbardziej

W tej sytuacji najbardziej tracą osoby biedne i cierpiące ubóstwo. Zdaniem ekspertów z Banków Żywności w Polsce ponad 2 mln ludzi żyje dziś w skrajnym ubóstwie i musi walczyć o przetrwanie za kwotę mniejszą niż 600 złotych. Jeśli ktoś zarabia tak mało, to podwyżka cen żywności o 10 proc. w skali roku grozi mu niedożywieniem lub nawet śmiercią. Oodwyżki te są w stanie pochłonąć nawet dodatkowe kilkanaście procent z miesięcznego budżetu osoby niezamożnej – szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że w praktycznie każdym mieście do góry idą też podstawowe opłaty. Najdrożej żyje się obecnie w miastach o populacji liczącej od 100 do 200 tys. mieszkańców. W takich miastach mało jest dobrych miejsc pracy, relatywnie niskie są zarobki. Warszawskie stawki to marzenie.

Rząd bez wizji

Obecny rząd nie posiada żadnej strategii zmierzającej do wyrównywania różnic w poziomie życia i zarobków: czeka nas przyszłość z coraz biedniejszymi i droższymi do życia mniejszymi miasteczkami oraz miastami i zaledwie kilkoma bogatymi metropoliami, do których do pracy wyjeżdżać będzie coraz więcej ludzi.

Samo zmniejszenie inflacji nie jest oczywiście najważniejsze. Najistotniejsze jest podniesienie poziomu życia i płac, a następnie ich utrzymanie. W systemie kapitalistycznym rosnąca inflacja to rezultat działań przedsiębiorstw, które podnoszą ceny, by przez coraz wyższe płace pracowników nie malały ich zyski. Prawdą jest, że większa podaż pieniądza w postaci wyższych płac czy świadczeń socjalnych może prowadzić do inflacji i następnie ukrytej obniżki płac (przez wzrost kosztów utrzymania). Na tym jednak polega rola odpowiedzialnego państwa, by takiej sytuacji zapobiec: przez państwową politykę, gospodarcze planowanie i kluczowe inwestycje w rozwojowe sektory.

Państwo nie może być bierne

Wszyscy pamiętają obietnice obecnego premiera, który obiecywał wręcz stworzenie nowych okręgów przemysłowych, odtworzenie strategii publicznych inwestycji czy pobudzenie działalności państwa w gospodarce przy wykorzystaniu tzw. Funduszu Inwestycji Kapitałowych. Tyle, że fundusz umarł krótko po tym, jak neoliberałowie z Forum Obywatelskiego Rozwoju uznali go za atak na prywatną własność.

Bez państwowych inwestycji i odpowiedniego planowania nie da się utrwalić pozytywnych zmian. Płace i świadczenia są coraz niższe, ponieważ tego chce rynek. Nie może być inaczej, dopóki dominują na nim przedsiębiorstwa, których głównym źródłem zysku cały czas pozostaje tania siła robocza. Zamiast strategii narodowego rozwoju mamy specjalną strefę ekonomiczną w całym kraju i jeszcze niższe podatki, w tym prezenty dla obcych firm na zlecenie amerykańskiego wiceprezydenta. Premier stosuje się dokładnie do tych samych neoliberalnych recept, które panowały w czasach PO i wcześniej. Tyle, że PiS próbuje skłonić do siebie niezamożnych wyborców, więc usiłuje zafałszować obraz gospodarki przy pomocy finansowych manipulacji. Ale bez stabilizacji ze strony państwowego planowania, inwestycji i odpowiedniego wspierania innowacyjności, nauki taki system musi się załamać. Liczenie na to, że biedakapitalizm sam z siebie (czy np. po samej zmianie wysokości płacy minimalnej) ewoluuje w kierunku gospodarki opartej na wiedzy to fantazja. Taka zmiana absolutnie nie jest też możliwa przy obecnym budżecie. Skandalicznie niskie są nakłady na naukę – w 2020 roku będzie to zaledwie 1,24 proc. PKB. Dla porównania: na zbrojenia przeznaczamy już ponad 2 proc. PKB.

Jeśli nie państwowe inwestycje, rozwój nauki czy innowacyjności to może z inflacją i biedą zwycięży polska armia?

Śmieciowe jedzenie z polskich półek

Sklepy sprzedają nam jedzenie, którego skład nie zgadza się z tym, co napisano na etykiecie, zdarza się, że jest przeterminowane czy wręcz zepsute. Eksperci mają na to sposób, chcą powołania „policji” ds. żywności.

Dziennik Fakt przynosi zatrważające informacje dotyczące pożywienia sprzedawanego polskim konsumentom. Wyniki kontroli Inspekcji Handlowej ujawniają, że wcale nierzadko dochodzi do jawnych oszustw. Przykładem podanym przez Fakt jest „mielona wołowina”, która składa się z mięsa wieprzowego w całości lub w większej części. . Kolejnym przykładem jest „kebab z baraniny”, w którym baraniny nie ma nic-a-nic. Inspektorzy przeprowadzili w zeszłym roku blisko 2,2 tys. kontroli w hurtowniach, sklepach, na targowiskach i w lokalach gastronomicznych. Ponad połowa skontrolowanych obiektów (54 proc.) oferowała oszukane produkty.
„Najwięcej produktów o niewłaściwej jakości, w tym zafałszowanych, stwierdzono w przypadku ryby i przetworów rybnych (35,1 proc. nie odpowiadało przepisom), wyrobów garmażeryjnych (25,3 proc.), miodu (23,7 proc.)” – podaje Fakt za raportem Inspekcji Handlowej. Eksperci są zgodni. Nie ma możliwości zaradzenia temu problemowi bez wzmożonej kontroli, silnego inspektoratu i wysokich kar. Niezbędne jest więc poważne wzmocnienie służby kontrolującej żywność.
„Trwają prace nad połączniem Inspekcji Handlowej i Inspektoratu Jakości Handlowych Artykułów Rolno-Spożywczych. Dobrze, by nowa inspekcja uzyskała parapolicyjne uprawnienia” – powiedział dziennikowi dyrektor Polskiej Federacji Producentów Żywności Andrzej Gantner.
Wyjaśnił, że wtedy mogłyby np. kontrolować samochody przewożące żywność. „Przeciętny Polak nie ma narzędzi, by sprawdzić, czy sprzedawana żywność jest takiej jakości jak deklaruje producent” – powiedział gazecie Gantner.
Warto przypomnieć, że fatalna jakość polskiej żywności nie jest problemem nowym. Już w 2015 r. głośno było o drastycznym pogorszeniu w tym obszarze. Wówczas na alarm bił Główny Inspektorat Sanitarny. Aż 2,7 tys. próbek żywności nie spełniało kryteriów w 2014 r. (w stosunku do 1,9 tys. w 2013 r.).
Najwięcej zastrzeżeń inspektorów budziła wówczas żywność wytwarzana w kraju, której jakość ustawicznie się pogarszała i wciąż pogarsza. Żywność importowana zaś jest z roku na rok coraz bardziej bezpieczna.
Inspektorzy zauważają, że zwiększenie odsetka zakwestionowanych próbek nastąpiło zwłaszcza w przypadku wyrobów cukierniczych i ciastkarskich, grzybów, wód mineralnych, napojów bezalkoholowych, tłuszczów roślinnych, majonezów, musztard oraz suplementów diety. Ekspertów nie dziwi taka sytuacja. Jak twierdzą, rynek spożywczy należy do najszybciej rozwijających się. Jego wartość sięga już 3,5 mld zł i rośnie o ok. 10 proc. w skali roku. Możliwość zarobienia dużych pieniędzy przyciąga przedsiębiorstwa, które nie zawsze postępują uczciwie.
– Niektóre z dostępnych w kraju suplementów diety to nic innego jak sfałszowane leki. Największe zagrożenie stanowią produkty na odchudzanie i potencję. Do produkcji tych pierwszych wykorzystuje się sibutraminę będącą pochodną amfetaminy – cytował prof. Zbigniewa Fijałeka z Narodowego Instytutu Leków portal InnPoland.
O tym, że oferowana w Polsce żywność jest bardzo słabej jakośi, świadczą też zawiadomienia polskich inspektorów do Systemu Wczesnego Ostrzegania o Niebezpiecznej Żywności i Paszach. Mechanizm ten działa we wspólnotach europejskich od 1979 r. Jego istotą jest natychmiastowe powiadomienie Komisji Europejskiej w ramach systemu wczesnego ostrzegania o bezpośrednim lub pośrednim niebezpieczeństwie grożącym zdrowiu ludzkiemu w żywności.