Litr benzyny nie zdrożeje do 6 zł

Będzie drożej, ale bez przesady. Polska z pewnością nie wyłamie się z amerykańskich sankcji i nie zacznie kupować więcej ropy z Iranu.

 

Stopniowo przybywa krajów zapowiadających, że mogą przestać kupować irańską ropę. Spowoduje to załamanie eksportu Islamskiej Republiki oraz globalny wzrost cen tego surowca.
Dłuższe trwanie takich negatywnych trendów przełoży się na rosnące ryzyko wzrostu cen paliw, również na polskich stacjach.

 

Klienci USA rezygnują

Nie jest oczywiście zaskoczeniem, że sankcje nałożone na Iran spowodowały zmniejszenie wydobycia ropy przez Teheran, a tym samym ograniczenie eksportu. Niewielu obserwatorów jednak oczekiwało, że skala spadku będzie tak głęboka – i to jeszcze przed rzeczywistym wprowadzeniem tych sankcji zaplanowanych na początek listopada.
Coraz mniej krajów kupuje irańską ropę. Już od lipca Korea Południowa nie importuje ropy z tego kraju. W pierwszej połowie roku Seul kupował od Teheranu ok. 300 tys. baryłek ropy dziennie. To duży klient, ale jego utrata jeszcze nie była poważnym ciosem dla Islamskiej Republiki, przy zagranicznej sprzedaży swego płynnego złota na poziomie ok. 2,5 mln baryłek dziennie.
Na początku września także Japonia zapowiedziała, że prawdopodobnie nie będzie importować irańskiej ropy. Wcześniej kupowała ok. 200 tys baryłek dziennie , chociaż już we wrześniu poziom importu spadł poniżej 100 tys. baryłek dziennie (według agencji Bloomberg monitorującej ruch tankowców).
Również Indie nie planują od listopada w ogóle kupować irańskiej ropy. To już bardzo poważny problem dla Teheranu. W sierpniu indyjskie zakupy spadły o połowę, a przez pierwsze dwa tygodnie września wynosiły jedynie 250 tys baryłek dziennie. Tymczasem jeszcze w lipcu Indie importowały prawie 800 tys. baryłek dziennie.

 

Czy UE się ugnie przed Trumpem?

Nadal do końca nie wiadomo jak będzie wyglądała kwestia sprowadzania ropy z Iranu przez Unię Europejską (głównie przez Włochy, które dotąd importowały około 250 tys baryłek dziennie – i oczywiście przez Chiny (ich import mieści się w przedziale 700-800 tys. baryłek dziennie).
Wydaje się jednak, że tegoroczne sankcje będą znacznie bardziej restrykcyjne niż te nałożone przez Europę i administrację prezydenta Obamy jeszcze przed 2015 r. Większych problemów prawdopodobnie Iran nie odczuje w eksporcie ropy do Syrii, Birmy czy Turcji, ale to są to stosunkowo mali nabywcy.
Kilka miesięcy temu szacowano, że irański eksport i produkcja prawdopodobnie nie obniżą się o więcej niż 800 tys. baryłek dziennie.
Teraz, patrząc na rynkowe wydarzenia, niewykluczone, że sprzedaż przez Iran ropy za granicę spadnie nawet o półtora miliona baryłek, czyli wyniesie zaledwie 1 mln baryłek dziennie w połowie 2019 r. (dane za Facts Global Energy).
Będzie to olbrzymi ubytek dla światowego rynku, zwłaszcza, że zagrożone jest jeszcze 200-300 tys. baryłek dziennie z Wenezueli (nie wyklucza się spadku wydobycia przez Caracas do 1 mln baryłek dziennie do końca roku).
Nadal także mamy do czynienia z niestabilną sytuacją w Libii (produkcja potrafi nagle spadać o 300-400 tys. baryłek dziennie).

 

Zostanie na tankowcach

Kolejnym elementem niepewności na rynku jest fakt, że przez jakiś czas nie będzie dokładnie wiadomo, ile ropy popłynie z Iranu. Tankowce zapewne będą wypełnione, ale ropa nie trafi na rynek.
Produkcja może pozostawać względnie duża, lecz surowiec zamiast dotrzeć do odbiorców, zostanie zmagazynowany w tankowcach (kilkadziesiąt irańskich zbiornikowców może pomieścić ponad 100 mln baryłek ropy).
Dodatkowo Teheran już rozpoczął działania mające na celu utrudnienie śledzenia przepływu ropy, gdyż stopniowo wyłącza transpondery (urządzenia lokalizacyjne) swoich tankowców.
Wyłączanie transponderów może mieć na celu ominięcie sankcji. „Financial Times” przypominał niedawno, że w 2012 r. „niektórzy dobrze powiązani biznesmeni i organizacje dyskretnie sprzedawali ropę by pomóc rządowi omijać sankcje”.
Z drugiej jednak strony, obecnie może to być znacznie trudniejsze, chociażby ze względu na bardziej restrykcyjne podejście USA, niż w przypadku poprzednich sankcji.

 

Na stacjach zapłacimy więcej

Mniej ropy w sprzedaży to wyższe ceny na stacjach paliw. Zagrożenie znacznie poważniejszym niż oczekiwano zmniejszeniem eksportu ropy z Iranu zwiększa ryzyko niezbilansowanego rynku.
Będzie to szczególnie dotkliwe, gdyby pojawiły się jakieś dodatkowe problemy z podażą wśród głównych producentów (OPEC czy Rosja). Wtedy scenariusz wzrostu ceny ropy Brent powyżej granicy 100 dolarów za baryłkę stałby się bardzo prawdopodobny.
Jak ocenia Cinkciarz.pl, to również oznaczałoby, że ceny paliw na polskich stacjach zaczęłyby rosnąć nawet do 5,5-6 zł za litr.
Jednak nawet w przypadku braku dramatycznych wydarzeń – i przyjmując scenariusz zakładający jedynie wcześniej oczekiwane ograniczenie podaży ropy z Iranu – podstawowe paliwa na polskich stacjach będą prawdopodobnie osiągały ceny na poziomie 4-letnich szczytów. To zaś oznaczałoby cenę 5,15 zł za litr benzyny bezołowiowej 95 i 5,10 zł za litr oleju napędowego.

Czy te ceny mogą kłamać

Z niezrozumiałych powodów od pewnego czasu mamy ponoć w Polsce niespotykanie tanie ciuchy.

 

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że przez ostatnie 13 lat detaliczne ceny odzieży i obuwia spadły w Polsce o połowę. Jednak biorąc pod uwagę trendy w innych krajach czy rosnące koszty importu, tak silne obniżki byłyby praktycznie niemożliwe.
Niewielki spadek cen odzieży czy obuwia w Unii Europejskiej od 2005 r. może być efektem mniejszych obostrzeń celnych, rosnącej konkurencji i przenoszenia produkcji tam, gdzie jej koszty są najmniejsze. W większych krajach może także wynikać z efektu skali, gdzie jednostkowe koszty pracy, transportu czy wynajmu powierzchni handlowej mogą być niższe ze względu na dużą ilość sprzedanego towaru.

 

Spadki, których nie było

W rezultacie, patrząc na dane Eurostatu, nie jest poważnym zaskoczeniem, że średnie ceny obuwia i odzieży od 2005 r. spadły w Unii o ok. 7 proc. Zaskakiwać może natomiast fakt, że wśród unijnych krajów największą obniżką w tej kategorii wyróżnia się Polska. Jeszcze większe zaskoczenie wywołuje skala zjawiska. Nad Wisłą ceny odzieży i obuwia wyrażone w złotych zmniejszyły się o 49,1 proc. w ciągu 13 lat.
Wiele wskazuje jednak na to, że faktyczne spadki cen dla konsumentów były wielokrotnie mniejsze niż podaje Eurostat na podstawie badań GUS – ocenia Cinkciarz.pl. Możliwe nawet, że w ogóle ich nie było.
Ponieważ gospodarka polska ma znacznie krótszą historię wolnego rynku niż większość państw rozwiniętych, problemy pojawiające się u nas wystąpiły już zwykle w innych krajach. Nie inaczej jest w kontekście cen.
W 2010 r. brytyjskie Biuro Statystyki Narodowej (ONS) zmieniło metodologię zbierania danych statystycznych z kategorii: odzież i obuwie. Była to reakcja na fakt, że w latach 1997-2009 średnie ceny tych produktów spadły o 50 proc. (czyli dokładnie tyle, ile w Polsce) – chociaż ceny importu odzieży i obuwia utrzymywały się na mniej więcej stałym poziomie przez badane 12 lat, a inflacja w strefie euro, bliskiej geograficznie i rozwojowo Wielkiej Brytanii, w tej kategorii produktów nawet była powyżej zera.
Całe zagadnienie dość trafnie przedstawia raport o inflacji z 2011 r. , przygotowany przez Bank Anglii (BoE). Odzież i obuwie to silnie sezonowe produkty, co powoduje, że detaliści stosunkowo szybko chcą się ich pozbyć i obniżają mocno ceny, w porównaniu do debiutu kolekcji. To powoduje, że po upływie zaledwie kilku miesięcy para butów czy też sukienka mogą kosztować o kilkadziesiąt procent mniej, niż na początku sezonu. Spadki cen oczywiście powodują niższą lub nawet ujemną inflację w tym samym segmencie towarów.
Efekt wyprzedaży powinien jednak po roku ustąpić, gdyby sukienka z przyszłorocznej kolekcji była traktowana jako analogiczna do tej z wyprzedaży. Jeżeli jednak jest ona uznana jako całkowicie nowy produkt ze względu na inny krój, długość, materiał itp., wtedy okres wzrostu ceny nie występuje, a jedynie powtarza się sekwencja sezonowego spadku.

 

Z błędnymi założeniami

W Wielkiej Brytanii ONS skorygował nieprawidłowe zbieranie danych. Przykładowa sukienka, nawet jeśli się różni od zeszłorocznej, jest traktowana jako analogiczny, a nie całkowicie nowy produkt. Spowodowało to natychmiastowe zatrzymanie nienaturalnego trendu spadkowego cen butów i ubrań na Wyspach, a od 2010 roku obserwuje się ich niewielkie wzrosty.
Nad Wisła natomiast wiele sugeruje, że GUS trzyma się nieprawidłowych założeń. Przede wszystkim wskazuje na to utrzymujący od kilkunastu lat stały spadek detalicznych cen odzieży i obuwia o ok. 5 proc. każdego roku, który jest praktycznie niewrażliwy na koniunkturę czy kurs walutowy. Po drugie, podobnie jak w przypadku Wielkiej Brytanii ceny importu samej odzieży wcale nie spadają. Przez ostatnie 10 lat wzrosły one u nas o ponad 30 proc. (dane z roczników statystycznych handlu zagranicznego i bazy wiedzy GUS).
Innym zastanawiającym elementem jest też informacja, że Polacy wydają dziś na odzież i obuwie taki sam odsetek swojego domowego budżetu co kilkanaście lat temu – około 5 proc.
Biorąc pod uwagę, że dochody Polaków wzrosły od 2005 r. ponad dwukrotnie, gdyby nastąpiłby raportowany przez GUS tak silny spadek cen z tej kategorii, to udział odzieży i obuwia w koszyku wydatkowym statystycznego Polaka powinien się zmniejszyć (większy udział pojawiłby się prawdopodobnie w “hotelach i restauracjach”, “zdrowiu” czy “rekreacji i kulturze”) – zauważa Cinkciarz.pl. To jednak nie nastąpiło, co utwierdza w przekonaniu, że ceny odzieży i obuwia faktycznie nie spadły.
Kolejnym argumentem jest fakt, że wszystkie z kilkunastu produktów i usług dostępnych w publicznej bazie GUS, które nie mają charakteru sezonowego, wyraźnie zdrożały . Np. koszula męska z elanobawełny w 2005 r. kosztowała 79,26 zł, a teraz już 103 zł. Podobnie jest z płaszczem damskim z tkaniny z udziałem wełny, który podrożał z 600,49 zł w 2005 r. do 682 zł w 2017 r. Z kolei w przypadku spodni dżinsowych dla dziecka w wieku 6-11 lat, cena w analogicznym okresie wzrosła z 60 do 67,18 zł.
Ponadto, od 2005 r. w przedziale 40-50 proc. zdrożało pranie chemiczne, a także męskie, damskie i dziecięce półbuty skórzane, damskie kozaki oraz podzelowanie męskiego obuwia.

 

Brak miejsca na wątpliwości

Inflacja to bardzo ważny wskaźnik w gospodarce. Służy między innymi do waloryzacji rent i emerytur. Zagraniczny kapitał jest niezwykle wrażliwy na jakiekolwiek wątpliwości dotyczące inflacji, gdyż szybszy od raportowanego wzrost cen może zmieniać opłacalność danej inwestycji.
Niedoszacowanie ogólnego poziomu inflacji w Polsce, wynikające z odnotowywanego przez GUS corocznego spadku cen odzieży i obuwia o 5 proc. może wynosić ok. 0,25 pkt proc. każdego roku. Niby niewiele, ale oznacza to, że chodzi o mniej więcej 12 proc. całkowitego wzrostu cen raportowanego przez GUS w ciągu 13 lat. Dodatkowo, kategoria odzież i obuwie wchodzi do ważnej dla polityki monetarnej inflacji bazowej.
Rozwiązanie wątpliwości dotyczących cen tych produktów pozwoli utrzymać nieposzlakowaną opinię GUS w kolejnych latach i zmniejszy ryzyko głębszej wpadki prognostycznej.

Mieszkania będą droższe

Nowe przepisy mają lepiej chronić kupujących przed skutkami upadłości deweloperów. Za skuteczniejszą ochronę trzeba będzie jednak zapłacić.

 

Planowana nowelizacja ustawy o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego powszechnie zwanej ustawą deweloperską budzi spore emocje.
Organizacje zrzeszające deweloperów biją na alarm, że nowe zapisy ograniczą mniejszym firmom możliwość prowadzenia działalności w sektorze mieszkaniowym i wygenerują sztuczny wzrost cen.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów z kolei argumentuje, że konieczne jest zwiększenie ochrony klientów na pierwotnym rynku mieszkaniowym i domaga się zaostrzenia przepisów dotyczących stosowania tzw. otwartych rachunków powierniczych. I o nie właśnie toczy się spór.

 

Budować za cudze

W dyskusji na temat nowelizacji najczęściej podnoszony jest temat rzekomej „likwidacji” otwartych rachunków powierniczych, funkcjonujących od ponad sześciu lat. Zgodnie z obowiązującymi od 29 kwietnia 2012 roku przepisami, przed rozpoczęciem sprzedaży, deweloper ma obowiązek zawarcia z bankiem umowy o prowadzenie otwartego albo zamkniętego rachunku powierniczego dla przedsięwzięcia deweloperskiego.
To właśnie na te rachunki trafiają wpłaty nabywców, którzy decydują się na zakup mieszkania lub domu jeszcze na etapie budowy, a rozliczenia z deweloperem odbywają się za pośrednictwem banku.
Taki instrument miał w zamyśle ustawodawcy zwiększyć bezpieczeństwo kupujących na wypadek problemów finansowych lub upadłości inwestora. Informacja o typie prowadzonego rachunku powierniczego lub o jego braku musi być w widoczny dla nabywcy sposób zamieszczona w prospekcie informacyjnym.
Rachunki otwarte i zamknięte fundamentalnie różnią się częstotliwością wypłat dla deweloperów. Przy zamkniętym rachunku wypłata następuje jednorazowo, po przeniesieniu na nabywcę praw do lokalu lub domu jednorodzinnego. Przez cały czas realizacji inwestycji deweloper nie korzysta ze środków finansowych przekazywanych przez nabywcę, są one zdeponowane na rachunku bankowym.
Natomiast w przypadku rachunku otwartego, wypłata następuje w kilku częściach, odpowiadających etapom inwestycji wskazanym w harmonogramie przedsięwzięcia – po zakończeniu realizacji danego etapu. Deweloper może dysponować środkami przekazanymi przez nabywców na rachunek powierniczy wyłącznie w celu realizacji przedsięwzięcia deweloperskiego, dla którego prowadzony jest rachunek.
Różnica między rachunkiem zamkniętym a otwartym jest więc zasadnicza, a firmy budujące i sprzedające mieszkania oczywiście proponują najchętniej rachunki otwarte, bo wtedy nie muszą budować za swoje bądź zaciągać potężnych kredytów.

 

Mniejsi mogą stracić

Nowelizacja ustawy nie zakłada likwidacji rachunków otwartych, ale wprowadza znaczne obostrzenia w ich stosowaniu. W przypadku wyboru tego rachunku deweloper musi dodatkowo uzyskać gwarancję bankową, co wymaga, by znajdował się on w bardzo dobrej kondycji finansowej.
– Spodziewać się można, że wobec wysokiego kosztu uzyskania takiego zabezpieczenia, rynek zareaguje najpierw wzrostem udziału lokali objętych ochroną rachunkami zamkniętymi, a potem stopniowym wzrostem liczby inwestycji zabezpieczonych w oparciu o rachunki otwarte z gwarancjami bankowymi – komentuje ekspertka Ewa Chmielewska, która specjalizuje się w zagadnieniach związanych z ustawą deweloperską.
Nowelizacja nakłada ponadto na banki szereg dodatkowych obowiązków kontrolnych, co niewątpliwie znajdzie odbicie w dodatkowych opłatach z tytułu prowadzenia rachunku otwartego.
Dla firm realizujących przedsięwzięcia deweloperskie, rachunki zamknięte oznaczają z kolei konieczność albo zapewnienia finansowania bankowego, albo realizacji projektu ze środków własnych. To stawia w uprzywilejowanej pozycji największe przedsiębiorstwa oraz podmioty z kapitałem zagranicznym, które nie muszą wspierać się kredytem.

 

Deweloperzy wolą rachunki otwarte

Dotychczas bardzo niewielka liczba przedsięwzięć deweloperskich była realizowana z wykorzystaniem zamkniętych rachunków powierniczych. Według danych gromadzonych przez firmę doradczą REAS, w Warszawie odsetek inwestycji z rachunkami zamkniętymi we wszystkich budynkach sprzedawanych obecnie przez deweloperów nie przekracza 3 proc. W innych dużych miastach jest zapewne podobnie.
Do dziś nie wszystkie inwestycje znajdujące się w sprzedaży posiadają w ogóle rachunki powiernicze.
Zgodnie z obowiązującymi obecnie zapisami ustawy deweloperskiej, dla przedsięwzięć, w których rozpoczęcie sprzedaży miało miejsce przed jej wejściem w życie, deweloper nie jest zobligowany do zapewnienia nabywcy rachunku powierniczego. W tej chwili inwestycje takie stanowią 20 proc. wszystkich znajdujących się w ofercie (czyli 12 proc wszystkich mieszkań w sprzedaży na rynku pierwotnym).
– Okazuje się, że to wybór rachunku otwartego oznacza dla dewelopera wyższe opłaty wynikające z umowy z bankiem, jeśli porównać je z kosztami rachunku zamkniętego. Przy korzystaniu z otwartego rachunku powierniczego dodatkową opłatą obciążającą dewelopera jest bowiem koszt kontroli inwestycji przeprowadzany przed wypłatą środków z rachunku, a po zakończeniu każdego z etapów przedsięwzięcia. Deweloperzy byli jednak gotowi ponosić te koszty, ponieważ umożliwiały im one realizację inwestycji z wpłat nabywców. Większość podmiotów działających na polskim rynku tylko częściowo wspierała się kredytem inwestycyjnym lub w ogóle nie korzystała z zewnętrznego finansowania. To koszt obsługi kredytu, a nie koszt prowadzenia rachunku powierniczego jest dla firmy deweloperskiej największym obciążeniem finansowym – dodaje ekspertka Ewa Chmielewska.

 

Bezpieczeństwo kosztuje

Pytanie, czy banki będą chętne do udzielania kredytów wystarczających, aby utrzymać inwestycje deweloperskie na obecnym poziomie?
Skoro rachunki otwarte będą musiały być uzupełnione gwarancją bankową, to brak finansowania ze strony banków może zablokować część nowych inwestycji. Tak samo stanie się w przypadku znacznego wzrostu liczby powierniczych rachunków zamkniętych.
Jednym z możliwych skutków nowelizacji ustawy okaże się więc zapewne spadek rozmiarów budownictwa mieszkaniowego – a co za tym idzie, wzrost cen w wyniku kurczącej się podaży.
Deweloper niewątpliwie zechce bowiem odzyskać w cenie mieszkania to, co musiał wydać na obsługę rachunku powierniczego. Takie właśnie najprawdopodobniej będą rezultaty obostrzeń w zakładaniu otwartych rachunków powierniczych.
Mieszkania mogą zatem stać się nieco droższe – ale bezpieczeństwo (także bezpieczeństwo nabywcy własnego M) kosztuje.

Za mało pieniędzy i zaufania

Rozwój rolnictwa ekologicznego w naszym kraju jest utrudniony, bo konsumenci są zbyt biedni i nie bardzo wierzą w rzetelność eko-producentów.

 

Rolnictwo i żywność ekologiczna w Polsce zamiast spodziewanego dynamicznego rozwoju, przeżywają od kilku lat okres stagnacji albo regresu.
Podczas gdy liczba producentów zatrzymała się na granicy około 23 tysięcy, powierzchnia upraw skurczyła się z 670 tys. ha w 2013 r. do niespełna 500 tys. ha obecnie, to jest do stanu z 2010 roku.
Część gospodarstw wstrzymuje produkcję ekologiczną wraz z końcem dopłat, bo bez takiego wsparcia staje się ona nieopłacalna. A wszystko to w czasie, gdy zapotrzebowanie na żywność ekologiczną w krajach rozwiniętych rośnie. W samych Niemczech rynek takich produktów jest już wart 10 mld euro

 

Nie wierzymy w to, co jemy

Polska ma potencjał, by stać się dużym producentem na rynku żywności ekologicznej. Tak się jednak nie dzieje, a produkty wytworzone w naszym kraju, wykorzystywane są z zyskiem głównie przez zagraniczne firmy.
Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Po pierwsze Polacy wciąż bardzo mało wydają na produkty ekologiczne. Mało też i zarabiamy, więc po prostu nas na nią nie stać. Przeciętny mieszkaniec naszego kraju przeznacza na żywność ekologiczną rocznie 4 euro. Dla porównania, Niemiec 100 euro, a Duńczyk 200 euro. Średnia europejska to 44 euro. Jesteśmy nawet poniżej średniej światowej, która wynosi 11 euro.
Polacy nie kupują żywności ekologicznej, bo jest ona relatywnie znacznie droższa od tej konwencjonalnej, Dzieje się tak dlatego, że polskich produktów ekologicznych jest w sklepach mało. W ten sposób mamy do czynienia z błędnym kołem, bo skoro żywność ekologiczna jest znacznie droższa od konwencjonalnej, to kupujemy jej mało.
Inna kwestia to brak zaufania. Nie zawsze jesteśmy przekonani o tym, czy żywność reklamowana jako ekologiczna, jest naprawdę ekologiczna. I niestety niejednokrotnie okazuje się, że nasze obawy są uzasadnione. Rozmaite kontrole wykazują bowiem, że produkty rzekomo ekologiczne, często pochodzą z normalnego przemysłu spożywczego.
Specjaliści podkreślają też, że na wyższe ceny wpływają rozciągnięte łańcuchy dystrybucji. Rolnicy narzekają zaś, że nie mogą sprzedać swoich produktów po godziwej cenie, więc w rezultacie albo przestawiają się z powrotem na produkcję konwencjonalną, albo znajdują zagranicznego odbiorcę.
Za granicą z polskiego surowca robi się zaś ekologiczną żywność przetworzoną, na której niemieccy, francuscy, duńscy czy holenderscy producenci zarabiają naprawdę duże pieniądze. I to właśnie głównie te produkty znajdujemy w Polsce na półkach ze zdrową żywnością – naturalnie w cenach zbyt wysokich dla przeciętnego Polaka.

 

Niech państwo pomoże

Oczywiście żywność ekologiczna zawsze musi być droższa od tej wytwarzanej w przemysłowy sposób. Chodzi jednak o to, by jej cena była jakoś powiązana z kosztami produkcji i racjonalnie uzasadniona korzyściami, jakie dla zdrowia konsumentów przynosi jej zakup. Jak więc zwiększyć popyt na polskie produkty ekologiczne w naszym kraju, skoro trudno liczyć na najskuteczniejszy mechanizm, czyli szybki wzrost zamożności rodaków?
Na przykład, strategia Duńczyków, europejskich liderów w konsumpcji takiej żywności, polega na wydzieleniu puli środków na promocję żywności ekologicznej na rynku krajowym. Zwiększana jest ilość produktów ekologicznych w zbiorowym żywieniu, zwłaszcza w szkołach i instytucjach publicznych. Rolnicy ekologiczni korzystają ze szkoleń, mówiących jak mogą produkować taniej.
Polscy producenci żywności ekologicznej zapewne z zadowoleniem przyjęliby takie działania. Wśród największych barier w swej działalności wymieniają bowiem właśnie brak promocji, brak realnego wsparcia państwa w zbycie oraz brak profesjonalnego doradztwa zawodowego.
Polski rolnik, chcący przestawić się na produkcję ekologiczną, pozostawiony jest w praktyce sam sobie. Musi zmierzyć się z gąszczem przepisów, w których ciężko odnaleźć rzetelną wiedzę o tym, jakich nawozów i środków ochrony roślin może używać.
W rezultacie, w obawie przed utratą dopłat, często nie używa żadnych, co przekłada się na zmniejszoną efektywność produkcji. Dla kontrastu we Francji, rolnicy ekologiczni otrzymują na ten temat obszerne publikacje, dzięki którym mogą dostosować odpowiednie środki do prowadzonych upraw.
Wydaje się, że w Polsce nikt nie zajmuje się wspieraniem produkcji żywności ekologicznej. Nie funkcjonuje u nas skuteczna promocja żywności ekologicznej. Nie ma też „zielonych zamówień publicznych” (na przykład dla szkół), które mogłyby szybko i skutecznie podnieść zapotrzebowanie na takie produkty.
Tymczasem rolnictwo ekologiczne to nie tylko żywność, która jest zdrowsza od wytwarzanej metodami przemysłowymi.
Produkcja ekologiczna jest mniej szkodliwa dla środowiska naturalnego, ma walory edukacyjne, uczy odpowiedzialności za dostarczany produkt. Promocja polskiej żywności ekologicznej, przy dużym potencjale naszego rolnictwa, mogłaby przełożyć się na poprawę ogólnego wizerunku polskich produktów spożywczych.

Oszukańcza zielona magma

Coraz częstszym zjawiskiem naszego życia gospodarczego są fikcyjne promocje. Jak to działa, pokazał właśnie Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

 

„Promocja kończy się dzisiaj” – zapewniały od trzech lat reklamy suplementu diety Green Magma, mającego rzekomo sprzyjać odchudzaniu. Promocja też była rzekoma – trwała bowiem przez cały zbadany przez UOKiK czas.
W rezultacie firma Logihub, dystrybutor Green Magmy, odda konsumentom połowę ceny, którą zapłacili za ten środek spożywczy (niezależnie od daty zakupu).
Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał taką decyzję dotyczącą Logihubu, ponieważ zakwestionował reklamy tego suplementu, pojawiające się w prasie, telewizji i internecie od 2015 roku.

 

Wydźwięk moralny

Decyzja nie ma znaczenia praktycznego, bo przecież nikt nie przechowywał przez kilka lat dowodu zakupu Green Magmy, który mógłby pokazać w firmie Logihub w celu odzyskania pieniędzy. Chodzi więc głównie o negatywny rozgłos.
Zastrzeżenia wzbudziła przede wszystkim niekończąca się promocja, której w istocie wcale nie było. Preparat Green Magma był reklamowany hasłami, które sugerowały, że konsument może kupić suplement po atrakcyjnej cenie tylko w danym momencie. Przykładowe hasła brzmiały: „Promocja kończy się dzisiaj”, „Taka okazja więcej się nie powtórzy”, „Normalna cena skutecznej kuracji odchudzającej Green Magma to aż 500 zł”, „Dzisiaj z uwagi na ofertę specjalną producenta zakupisz ją za jedyne 99 zł”.

 

Nie było takiej ceny

Tymczasem, jak ustalił urząd, Green Magma nigdy nie był oferowany po tak wysokich cenach jakie podawano w reklamach, a rzekoma promocja trwała nieprzerwanie od sierpnia 2015.
– Ceny nie mogą być fikcją, a obniżki nie mogą być sztucznie wykreowane. Takie działanie służy tylko zwabieniu konsumenta, żeby szybko kupił produkt. Nieuczciwą praktyką rynkową jest twierdzenie, że coś będzie dostępne w promocji tylko przez pewien czas, jeśli jest to niezgodne z prawdą – mówi Marek Niechciał, prezes UOKiK.

 

Niespotykanie wyjątkowy produkt

W reklamach Green Magmy pojawiały się slogany, które mogą sugerować szczególne właściwości tego suplementu. Jak się okazało, nie są one poparte żadnymi badaniami. Przykładowe hasła brzmiały: „Działa już po 3 dniach”, „Zrzucisz nawet 20 kilogramów”, „W Stanach Zjednoczonych Green Magma stosowana jest przez ponad 50 proc. odchudzających się kobiet”.
– Zapewnienia o działaniu suplementów diety, ich popularności, powinny być rzetelne i prawdziwe. Konsument ufa reklamie i mógłby nie kupić Green Magmy, gdyby przekaz zawierał inne informacje – uważa Marek Niechciał.
Prezes UOKiK zna z pewnością zupełnie inych konsumentów niż pozostali Polacy. W rzeczywistości, w Polsce trudno znaleźć kogokolwiek, kto ufałby reklamie. Nasza łatwowierność powoduje jednak, że ciągle dajemy się nabierać.