Gospodarka 48 godzin

Działki w górę?
Jak informują niektóre portale poświęcone nieruchomościom, w Polsce nastąpił wielki wzrost zainteresowania kupnem działek za miastem. Ma to być związane z epidemią koronawirusa – bo własna działka umożliwia wypoczynek z dala od innych ludzi. Największym zainteresowaniem cieszą się podobno działki na Mazurach oraz Warmii, gdzie w maju ceny miały pójść w górę o ponad jedną czwartą w porównaniu z majem 2019 r., zaś liczba zapytań o możliwość zakupu działki w tym rejonie zwiększyła się ponad dwukrotnie. Nie wiadomo jednak na razie, czy i jaki jest faktyczny wzrost cen transakcyjnych działek – oraz czy nie mamy tu do czynienia tylko z akcją promocyjną, której celem jest “podgrzanie” rynku nieruchomości. Z drugiej strony, liczba zapytań o możliwość zakupu mieszkania miała zmniejszyć się o jedną czwartą, co jednak jak na razie ponoć nie spowodowało zauważalnego spadku cen lokali mieszkalnych. Jak podaje Business Insider, w Zakopanem wystawiono na sprzedaż najdroższą działkę w Polsce, zlokalizowaną pod Gubałówką – właściciel zażądał 985 zł za metr kwadratowy. Oczywiście nie znalazł kupca za taką cenę, tym bardziej, że pod Gubałówką raczej trudno liczyć na możliwość odizolowania się od innych ludzi.

PiS dołuje giełdę
Polska giełda papierów wartościowych zarówno w skali 2019 roku, jak i całego ostatniego dziesięciolecia należała podobno do najgorszych rynków akcji na świecie. “Indeks WIG20 znalazł się wśród najgorszych indeksów giełdowych na świecie. W skali roku bryluje w niechlubnym gronie indeksów afrykańskich czy z krajów Bliskiego Wschodu” – stwierdza Business Insider, dla którego indeksy giełdowe tych państw są symbolem ostatecznego upadku. Ale w rzeczywistości, z warszawską giełdą nie jest źle. Wprawdzie indeks największych spółek WIG20 w ubiegłym roku zjechał o 5,6 proc, bo pod rządami PiS coraz gorzej radzą sobie duże firmy państwowe należące do tego indeksu. Już jednak indeks informatycznych wzrósł aż o 42,3 proc., zaś indeks firm z branzy nieruchomości o 28,7 proc. Główny indeks WIG urósł bardzo nieznacznie – o 0,25 proc. Stołeczna giełda osiągnęła w ubiegłym roku przyzwoity zysk netto wynoszący 119,32 mln zł. Niestety, to mniejszy zysk, niż w 2018 r, gdy GPW zarobiła 183,68 mln zł. Spadek zysku był jednak nie do uniknięcia, gdyż GPW jest także firmą państwową, więc pod rządami PiS musi osiągać coraz gorsze wyniki, na co nic nie można poradzić. Tym niemniej PiS-owski prezes warszawskiej giełdy Marek Dietl był zadowolony z ubiegłorocznych rezultatów i powiedział: “Wprowadzone w ostatnich dwóch latach zmiany w ramach strategii GPW2022 pozwoliły nam obronić poziom obrotów lepiej niż innym giełdom europejskim. Kierunki rozwoju obrane w 2018 roku okazały się właściwe. Innowacyjne rozwiązania zostały docenione. W 2019 r. nastąpił wzrost znaczenia warszawskiego parkietu”. Ponadto, kto miał nosa i dobre informacje, mógł na GPW zarobić prawdziwe kokosy. „Złotym strzałem” okazał się zakup akcji firmy CD Projekt, która stworzyła grę „Wiedźmin”. W dziesięcioleciu 2009 – 2019 r. kurs jej akcji wzrósł aż o ok. 22 tysiące procent, co było rekordem na GPW.

Nadzieja dla kupujących mieszkanie

Cena metra kwadratowego podłogi długo szła w górę, ale koronawirus sprawił, że w kwietniu nastąpiła lekka obniżka.
Pierwszy kwartał 2020 r. to kontynuacja wzrostów cen transakcyjnych mieszkań notowanych w poprzednich kwartałach. Podwyżka w I kw. 2020 r. dotknęła zwłaszcza najmniejszych metraży, choć w relacji kwartał do kwartału nie była tak znaczna jak przed trzema miesiącami.
Więcej nadziei w serca poszukujących własnego „M” wlał jednak kwiecień. To pierwszy od dawna miesiąc spadków cen transakcyjnych mieszkań w Polsce. Zastój na rynku nieruchomości i spadający popyt zaowocował spadkami stawek – pokazują dane Bankier.pl udostępnione przez Cenatorium.
Indeks urban.one dla całego kraju spadł do 102,20 pkt. Kwietniowy odczyt był tym samym o 1,08 pkt. niższy od marcowego i jednocześnie o 0,68 pkt. wyższy od notowanego w kwietniu 2020 r. Jeszcze większy spadek względem marcowego odczytu zaliczył w kwietniu indeks urban.one liczony dla dużych miast. W kwietniu odczyt wyniósł 103,64 pkt. (minus 1,95 proc. w porównaniu z marcem). W skali rocznej wzrósł on jedynie o 0,24 pkt.
W najbliższych miesiącach największy wpływ na ceny transakcyjne nieruchomości i popyt będzie miała sytuacja finansowa Polaków, a zwłaszcza wpływ pandemii koronawirusa na zasobność portfeli. Na pewno stopa bezrobocia wzrośnie. W kwietniu w ujęciu miesięcznym wzrosła o 0,4 p.p. do poziomu 5,8 proc. To jednak nie koniec serii zwolnień, a raczej początek, gdyż do końca lipca przedsiębiorcy korzystają jeszcze z rządowej tarczy antykryzysowej, która na pewien czas zawiesiła decyzje o uszczuplaniu etatów. Dopiero jesienią, a nawet zimą będziemy mogli ocenić realną skalę zmian, która w dużej mierze uzależniona będzie też od tego, czy czeka nas sezonowy nawrót pandemii – mówi Anna Karaś, starszy analityk ds. rynku nieruchomości w Cenatorium.
Rynek mieszkaniowy, zdaniem ekspertów, jest jednak znacznie bardziej odporny na wstrząsy niż inne gałęzie gospodarki. Zapotrzebowanie na nowe mieszkania wciąż będzie znaczne.
– To z uwagi na utrzymujący się wciąż wysoki deficyt mieszkań w przeliczeniu na milion mieszkańców. Przy chwiejnym zainteresowaniu ze strony kupujących deweloperzy będą ograniczać podaż, by utrzymać rozsądne zyski. A prawo popytu i podaży zweryfikuje z pewnością taką strategię – twierdzi Michał Kubicki, prezes zarządu Center Management Polska.
W kwietniu 2020 roku ograniczenia w przemieszczaniu się i niepewna przyszłość przełożyły się na drastyczny spadek liczby zawieranych transakcji. Na portalach ogłoszeniowych wydłużył się średni czas ekspozycji ogłoszeń z kilkunastu do ponad dwudziestu dni. Mniejsze zainteresowanie potencjalnych klientów i spadek popytu zaowocowało obniżeniem średniej ceny transakcyjnej – wskazuje Bankier.pl.
– Na zakupy decydowały się głównie osoby szukające okazji, a także klienci, którzy wiedzieli, że na spadek ceny wybranej nieruchomości raczej nie mogą liczyć bądź nie mogą czekać. Wielu jednak wstrzymało zakupy, oczekując spadków cen mieszkań, szczególnie tych wysoko wycenianych – zauważa Anna Karaś.
Stawki ofertowe utrzymują się na stabilnym poziomie, a średnia cena w niektórych miastach nawet rośnie, co jest jednak wynikiem szybkiego znikania najniżej wycenianych mieszkań.
– Kryzys gospodarczy z poprzedniej dekady zaczął się podobnie. Obniżka w pierwszej kolejności dotyczyła cen transakcyjnych, podczas gdy ceny ofertowe zaczęły dopasowywać się dopiero w kolejnych kwartałach. Nie jest jednak powiedziane, że tym razem będzie podobnie – dodaje Anna Karaś.
Czy w związku z tym możemy oczekiwać powtórki sytuacji z lat 2008-2009? Zdaniem Michała Kubickiego niekoniecznie. – Rynek pierwotny i poziom cen na nim jest regulowany popytem i kosztem wytworzenia. Na ten moment nie spodziewałbym się znaczących obniżek właśnie ze względu na koszty budowy i ceny działek, które nie chcą gwałtownie spadać – podkreśla.
Jak z kolei przewiduje Marcin Krasoń, ekspert obido.pl, choć na rynku pierwotnym możliwe są kilkuprocentowe wahania stawek, regulowane wyłącznie podażą dostosowywaną do potrzeb przez deweloperów, to bardziej podatny na spadki w najbliższych miesiącach będzie rynek wtórny.
W przypadku nowych mieszkań, zdaniem ekspertów, poszukujący własnego „M” mogą liczyć jedynie na nieznaczne rabaty, dotyczące często dodatków – np. miejsca postojowego lub komórki lokatorskiej i ewentualnie zwiększonych nieco możliwości negocjacyjnych. Takiego zdania jest m.in. Barbara Bugaj, główny analityk w SonarHome.
Spośród największych miast odczyt indeksu urban.one w relacji do marca najmocniej spadł w Warszawie. W kwietniu wyniósł on 101,7 pkt. i był o 2,85 pkt. niższy niż w marcu i jednocześnie o 0,4 proc. niższy w porównaniu z kwietniem 2019 r. To m.in. efekt promocji uruchamianych przez deweloperów. Jednak w dłuższej perspektywie zamiast znaczącej obniżki cen należy spodziewać się zmiany struktury sprzedaży.
– Zwiększy się podaż mieszkań w tańszych dzielnicach, np. na Białołęce, w Wawrze czy Ursusie. Dodatkowo większy odsetek będą stanowiły oferty sprzedaży lokali o niższym standardzie. Taki stan rzeczy faktycznie wpłynie wówczas na spadek średniej ceny ofertowej – przewiduje Anna Karaś. – Na wyraźne obniżki cen mieszkań w atrakcyjnych lokalizacjach na rynku pierwotnym raczej nie ma co liczyć.
Ważną kwestią przy prognozowaniu cen mieszkań jest przyszłe zachowanie klientów inwestycyjnych, którzy w dużej mierze nakręcali rynek mieszkań w ostatnich latach. – W obecnych czasach dużej zmienności na rynkach akcji, walut oraz obawy przed nadmierną inflacją spodziewamy się dalszego zainteresowana inwestowaniem środków w nieruchomości. Obniżenie stóp procentowych, które przełożyło się na niskie oprocentowanie lokat i rachunków oszczędnościowych, będzie dodatkową zachętą. Nawet mimo iż stawki najmu w ostatnim czasie również się obniżyły, to zmiana ta nie była tak drastyczna jak spadek oprocentowania lokat – mówi Radosław Okulski z Santander Bank Polska.
Nieruchomości od dawna są zaś postrzegane jako bezpieczna lokata kapitału.

Gospodarka 48 godzin

Oszczędzamy energię
W Polsce w latach 2008-2018 nastąpiła poprawa efektywności energetycznej. W tej dekadzie energochłonność obniżała się średnio o 2,0 proc. rocznie. Najszybsze tempo wzrostu energooszczędności odnotowano w przemyśle, dzięki inwestycjom podjętym za czasów rządów PO-PSL. Całkowite zużycie energii w Polsce wzrosło w latach 2008-2018 z 98,1 Mtoe (milionów ton oleju ekwiwalentnego) do 105,7 Mtoe, czyli w tempie średnio 0,8 proc./rok). Zużycie osiągnęło najwyższą wartość w 2018 r. – podaje Główny Urząd Statystyczny. W stosunku do roku 2008 energochłonność naszego produktu krajowego brutto w 2018 r. obniżyła się o 18,4 proc. Tempo poprawy energochłonności w latach 2014–2018 było niższe niż w pierwszej połowie omawianego okresu, gdy rządziła koalicja PO-PSL. Jedynie w roku 2018 zaobserwowano znaczniejsze zmniejszenie energochłonności naszego PKB wynoszące 3,2 proc.
Udział gospodarstw domowych w finalnym zużyciu energii w 2018 r. wyniósł 28,1 proc. Najważniejsze było tu ogrzewanie pomieszczeń, którego udział wyniósł 65,1 proc. (z tych 28,1 proc.) Na ogrzewanie wody zużyto 16,6 proc. energii, na oświetlenie i wszelkie urządzenia elektryczne tylko 9,8 proc, a na gotowanie posiłków 8,5 proc. Zużycie energii w gospodarstwach domowych w przeliczeniu na metr kwadratowy wykazuje generalnie lekką tendencję spadkową. Wzrost zużycia został tam zaobserwowany w roku 2010, 2012 i 2016, w pozostałych latach odnotowano zmniejszenie. Zużycie na 1 m2 obniżało się średnio o 1,6 proc/rok. Natomiast w przemyśle, spośród lat 2008-2018 zużycie energii osiągnęło najniższą wartość w 2009 r. (13,0 Mtoe). W następnych latach obserwowano niewielkie wahania, a od roku 2016 nastąpił znaczący wzrost zużycia, do poziomu 16,8 Mtoe w 2018 r. Najwyższe tempo spadku energochłonności odnotowano w przemyśle maszynowym (o 5,2 proc./rok) i tekstylnym (o 4,8 proc./rok), a najniższe w przemyśle drzewnym oraz spożywczym (po 0,4 proc./rok). Dla całego przemysłu przetwórczego tempo poprawy energochłonnosci wynosiło srednio 1,5 proc. rocznie.
W latach 2008-2018 w naszym kraju najbardziej wzrosło zużycie energii elektrycznej (o 36,9 proc.), a potem ciepła (o 26,1 proc.) oraz gazu ziemnego (o 16,8 proc.). Największy spadek zużycia nastąpił natomiast w przypadku paliw ciekłych (aż o 41,5 proc.). Niestety, znacznie wolniej zmniejszało sie zużycie węgla (o 12,6 proc.). Jak policzył GUS, w tym dziesięcioleciu poprawa pogody (nieco więcej ciepłych dni) spowodowała zmniejszenie zużycia energii zaledwie o 0,1 Mtoe. Najwolniejsze tempo poprawy efektywności zużycia energii miało miejsce w sektorze gospodarstw domowych, gdzie spadek energochłonności w całej dekadzie 2008–2018 wyniósł tylko 1,2 proc. W przypadku gospodarstw domowych czynnikami wpływającymi na zwiększenie zapotrzebowania na energię były wzrost liczby mieszkań i nieco większe ich metraże.

Pandemia zmniejsza inflację
Ceny towarów i usług konsumpcyjnych w maju 2020 r. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 2,9 proc. (przy wzroście cen usług aż o 7,1 proc. i towarów – o 1,4 proc. Natomiast w stosunku do poprzedniego miesiąca, ceny towarów i usług obniżyły się o 0,2 proc., co było efektem zamrożenia gospodarki oraz spadku popytu na usługi transportowe (ceny w transporcie spadły w porównaniu z kwietniem o 4,5 proc.).

Walka byka z niedźwiedziem

Gracze giełdowi w Polsce wrócili na parkiet. Czy to jest jednak odpowiedni moment na kupowanie akcji?
Kolejne tygodnie następujące po marcowym dołku były okresem bezprecedensowych wzrostów na rynkach akcyjnych. W szczególności, w przypadku rynku polskiego, stało się to również za sprawą powrotu na rynek inwestorów indywidualnych.
Jak raportują biura maklerskie, ilość rachunków otwieranych w marcu i kwietniu wzrosła nawet kilkunastokrotnie w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku, oraz parokrotnie wobec lutego i stycznia 2020 r. Czy obecnie jest więc dobra pora na inwestowanie w akcje?
Aktywność inwestorów na rynku wzrosła w okresie marzec – kwiecień br. o 100-200 proc. (w zależności od biura maklerskiego), w stosunku do pierwszych dwóch miesięcy tego roku.

-Przypadek Polski jest o tyle szczególny, że w ostatnich kilku latach aktywność giełdowa statystycznego inwestora znacząco spadła, tak naprawdę nigdy nie wracając do poziomu z czasów największych prywatyzacji czy okresu hossy lat 2006-2008 – komentuje ekspert Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami TU Vienna Life.
W kwietniu tego roku obroty na stołecznej giełdzie papierów wartościowych wzrosły o 71 proc. rok do roku. W okresie marzec-kwiecień wzrost ten wyniósł 65 proc. Aktywność inwestorów była w tym czasie o 39 proc. wyższa niż w styczniu i lutym bieżącego roku. Liczby mówią same za siebie, a wzrost zainteresowania GPW jest więcej niż widoczny.
Umiarkowany entuzjazm inwestorów widoczny jest również w przypadku funduszy inwestycyjnych. Przewaga nabyć nad umorzeniami w kwietniu wyniosła (łącznie, dla wszystkich funduszy akcyjnych), ponad 600 mln PLN.
Skąd ta popularność akcji w ostatnim okresie? Jednym z powodów są oczywiście drastyczne obniżki stóp procentowych, które bezpośrednio przełożyły się na duży spadek oprocentowania lokat. Co prawda realne stopy procentowe (to jest po uwzględnieniu inflacji) są w Polsce ujemne od dłuższego czasu, ale ta tendencja była przez długi czas ignorowana, w stuacji gdy można było nominalnie zarobić na lokacie 1,5-2 proc.
Obecnie, pomijając wszelkiego rodzaju promocje, najbardziej atrakcyjne standardowe lokaty są oprocentowane w przedziale 0,6-1,4 proc. a średnio są to wartości dużo niższe. Należy też zauważyć, że już przed kryzysem spowodowanym pandemią koronawirusa na GPW niewiele się działo. Stopa zwrotu z indeksu WIG w miesiącach sierpień – styczeń, czyli w ciągu 6 miesięcy poprzedzających spadki na GPW, wyniosła minus 3 proc.

– Oczywiście nie wszyscy inwestują środki w akcje. Rynek nieruchomości, pomimo pewnych perturbacji, dalej wydaje się atrakcyjny. Detaliczne obligacje skarbowe do końca kwietnia również oferowały w miarę przyzwoite oprocentowanie. Rynek akcji, przynajmniej w okresie podwyższonych obrotów, gwarantuje jednak płynność i pozwala szybko wyjść z inwestycji – dodaje Kamil Hajdamowicz.
Czy obecnie jest więc dobry moment na inwestowanie w akcje? Za tym, że warto inwestować obecnie w akcje przemawia kilka czynników:

  1. Mamy w Polsce niskie oprocentowanie lokat bankowych, przynoszące realne straty wartości posiadanych środków.
  2. Jest duża ilość pieniądza w gospodarce, z uwagi na „dodruk” pieniądza przez banki centralne
  3. Widzimy postępujący powrót do normalnego życia po okresie zamknięcia gospodarek.
  4. Na wielu rynkach, w tym w Polsce, w dalszym ciągu istnieje przestrzeń do wzrostów.
  5. W przyszłym roku możliwe jest odbicie gospodarcze, a rynki akcji dyskontują przyszłość
    Dlaczego zaś nie inwestować obecnie w akcje? Także i po temu jest kilka powodów. 1. Spora część wzrostów już się dokonała, część rynków znajduje się w okresie przesilenia. 2. Nie znamy wszystkich negatywnych skutków zamknięcia gospodarek oraz możliwego dalszego przebiegu pandemii. 3. Rynki akcji, w szczególności w Stanach Zjednoczonych, znajdują się blisko rekordowych poziomów, co w przypadku pojawienia się negatywnych informacji może skłonić inwestorów do realizacji zysków i wyprzedaży akcji. 4. Zyski spółek w najbliższych kwartałach mogą drastycznie spaść, co sprawia, że ich obecne wyceny są już bardzo wywindowane. 5. Koszty dzisiejszego zaangażowania finansowego w walkę z pandemią niestety negatywnie wpłyną na gospodarkę w przyszłości.
  6. W dalszym ciągu prawdopodobna jest druga fala korekty, która stworzy nowe okazje dla inwestorów. – Jak widać, nie ma dobrej podpowiedzi, czy obecnie wchodzić na rozpędzony rynek akcji. Warto też pamiętać, że wbrew klasycznym teoriom inwestorzy często ignorują zarówno pojawiające się negatywne informacje, jak i sygnały ostrzegawcze, że otoczenie się pogarsza. Pamiętajmy również, że zarówno decyzja o inwestowaniu, jak i jej brak wiąże się z określonym kosztem. W przypadku inwestycji jest to koszt ryzyka, w przypadku braku inwestycji jest to koszt utraconych korzyści, gdy rynki rosną – dodaje Kamil Hajdamowicz.
    Najłatwiej z reguły odpowiedzieć na pytanie, kiedy na pewno nie inwestować. Jest to mocno powiązane zarówno z naszą wiedzą i doświadczeniem inwestycyjnym, sytuacją materialną, jak i nastawieniem do ryzyka.
    Najczęstsze błędy, jakie można popełnić przy zakupie akcji wynikają z naszych ograniczeń poznawczych i emocjonalnych, których możemy sobie nie uświadamiać. Tymczasem mogą one zaważyć na naszej porażce, bądź sukcesie.

Duża liczba ofiar to cena walki z kryzysem?

Wyniki gospodarki brytyjskiej okazały się lepsze od oczekiwań, a spadek aktywności gospodarczej jest tam mniejszy niż w innych krajach.

Pomimo że to kraje południowej Europy – przede wszystkim Włochy i Hiszpania – skupiły na sobie większość uwagi w kontekście pandemii, to właśnie Wielka Brytania jest „antybohaterem” ostatnich tygodni, z największą liczbą śmierci spowodowanych przez koronawirusa na Starym Kontynencie.
Najnowsze dane wskazują na mniejszy niż w innych krajach spadek aktywności gospodarczej w pierwszym kwartale 2020 r., jak również na to, że gospodarka na Wyspach najprawdopodobniej ma już swój „dołek” za sobą. Ale tak drugi kwartał, jak i cały rok Wielka Brytania zakończy na minusie. Nie dziwią więc zdecydowane działania władz, jak również zapowiedzi kolejnych, tak w sferze fiskalnej, jak i monetarnej.
Opublikowane dane dotyczące brytyjskiej gospodarki w pierwszym kwartale 2020 roku okazały się lepsze od oczekiwań: spadek produktu krajowego brutto o około 2 proc. w stosunku do poprzedniego kwartału blednie w porównaniu z 5-6 proc. recesji we Francji czy Hiszpanii. Niewielka skala spadku była w dużej mierze konsekwencją relatywnie długiego zwlekania przez rząd Borisa Johnsona z wprowadzeniem lockdownu (zamknięcia gospodarki), który został ogłoszony dopiero 20 marca, czyli niemal dwa miesiące po zdiagnozowaniu pierwszego pacjenta na Wyspach zarażonego koronawirusem. Tym samym lockdown obowiązywał jedynie przez niecałe dwa ostatnie tygodnie pierwszego kwartału. Zdołał spowodować w marcu spadek PKB o 5,8 proc. w stosunku do lutego).
Drugi kwartał tego roku będzie dla gospodarki Wielkiej Brytanii znacznie gorszy. Jak zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, ostatnie prognozy wskazują na możliwy spadek rzędu 15-25 proc. kwartał do kwartału i 10-procentową recesję w całym 2020 roku.
Choć najnowsze odczyty wskaźnika koniunktury PMI dla przemysłu i usług wzrosły odpowiednio do 27,8 i 40,6 (z 13,4 i 32,6 w kwietniu), co wskazuje na poprawę sytuacji związaną głównie z niewielkim poluzowaniem restrykcji, to główny indeks PMI wciąż pozostaje ponad 20 punktów poniżej granicznej wartości 50 – wskazuje TEP.
Utrzymująca się wysoka liczba zarażonych i zmarłych z powodu koronawirusa sprawia, że rząd nie spieszy się z „odmrażaniem” gospodarki: zapowiedział, że rozpocznie otwieranie sklepów z początkiem czerwca (wtedy też część dzieci ma wrócić do szkół), choć puby i restauracje pozostaną zamknięte co najmniej do lipca.
Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią spotkał się ze zdecydowaną odpowiedzią rządu już w marcu, kiedy to kanclerz skarbu Rishi Sunak zapowiedział pakiet fiskalny o wartości 175 miliardów funtów na lata 2020-25 (ok. 8 proc. PKB, co czyni z programu największe luzowanie fiskalne na Wyspach od 1992 roku), z czego 32 mld funtów (1,5 proc. PKB) ma zostać wydane w bieżącym roku. Oprócz dodatkowych wydatków fiskalnych, pakiet zawierał gwarancje pożyczkowe dla przedsiębiorstw opiewające na 300 miliardów funtów (15 proc. PKB) i został później uzupełniony o odroczenia płatności VAT i program nieoprocentowanych rządowych pożyczek dla firm.
Co więcej, ogłoszono powstanie programu grantów ukierunkowanych na utrzymanie miejsc pracy, w którym rząd zobowiązał się do pokrywania 80 proc. wynagrodzenia „zawieszonych” (furloughed) pracowników i 80 proc. dochodów samozatrudnionych do wysokości 2.500 funtów miesięcznie. Bank Anglii również zareagował zdecydowanie, ścinając główną stopę procentową do 0,1 proc. i restartując program luzowania ilościowego, zamierzając skupić aktywa o wartości 200 mld funtów. Stworzył również nowy program (Term Funding Scheme), który miał na celu obniżenie kosztów uzyskiwania finansowania przez małe i średnie firmy.
W związku z przedłużającym się okresem lockdownu podejmowane są kolejne działania mające na celu ograniczenie negatywnych skutków kryzysu. Ze strony fiskalnej, rządowy program utrzymywania miejsc pracy został przedłużony do lipca, a najnowsze szacunki dotyczące potrzeb pożyczkowych netto rządu mówią o 290 miliardach funtów (14 proc. PKB) w 2020 roku – z czego za 170 miliardów odpowiadać będą programy rządowe (za resztę tzw. automatyczne stabilizatory).
Inflacja natomiast znaczne wyhamowała (do 0,9 proc. rok do roku w kwietniu), co skłoniło Bank Anglii do pierwszej w historii dyskusji o możliwości obniżenia stóp procentowych poniżej zera. Spodziewane jest też rozszerzenie skupu aktywów o kolejne 100 mld. funtów, co będzie utrzymywać długookresowe stopy procentowe na niskich poziomach (obecnie oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji nie przekracza 0,175 proc.).
Radykalne działania fiskalne rządu (przede wszystkim nakierowane na utrzymanie miejsc pracy i zapewnienie płynności firmom) są uzasadnione – ocenia się, że ograniczą one spadek bezrobocia o co najmniej 2-3 punkty procentowe w najbliższych kwartałach. Więcej wątpliwości budzą zapowiedzi Banku Anglii dotyczące wprowadzenia ujemnych stóp procentowych. Obecna na Wyspach „dezinflacja”: to w dużej mierze pokłosie spadku cen ropy naftowej i nie jest jasne, jak dalsza obniżka stóp miałaby w tej sytuacji w znaczący sposób pobudzić wzrost cen. Ujemne stopy procentowe mogłyby okazać się per saldo kosztownym posunięciem, ponieważ oznaczałyby negatywne konsekwencje dla sektora bankowego.

Gospodarka 48 godzin

Biedni bici bardziej
Ceny towarów i usług konsumpcyjnych, według Głównego Urzędu Statystycznego wzrosły w kwietniu bieżącego roku o 3,4 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem 2019 r. W stosunku do marca bieżacego roku nie wzrosły zaś w ogóle, na co wpłynęło to, że bardzo duża liczba punktów sprzedaży w Polsce była zamknięta z powodu pandemii lub funkcjonowała w ograniczonym zakresie. W kwietniu tego roku najbardziej podrożała żywność – o 7,4 proc. w porównaniu z kwietniem 2019. Znacznie zdrożała także energia, o 5,2 proc. rok do roku. Wzrosty cen żywności i energii pod rządami PiS najbardziej biją po kieszeni mniej zamożnych Polaków, bo są to dobra podstawowe, stanowiące dużą część ich koszyka wydatków. Faktyczny wzrost cen jest zapewne wyższy niż podaje GUS, gdyż liczba placówek handlowych, w których sprawdzane są ceny, jest stosunkowo niewielka, co nie sprzyja precyzji szacunków.

Tuż przed szczytem?
Prawie połowa lekarzy (największa grupa respondentów) uważa, że Polska nie osiągnęła jeszcze najwyższego poziomu zachorowań na COVID 19 – wynika z sondażu przeprowadzonego przez serwis dla lekarzy Konsylium24.pl. Ich zdaniem, nastąpi on w ciągu najbliższego tygodnia – bo już w pierwszej dekadzie maja. Natomiast według prognoz Institute for Health Metrics and Evaluation, szczyt zachorowań w Polsce powinien nastąpić kilka dni później, około połowy maja. Teoretycznie oznaczałoby to, że jeszcze w końcówce maja liczba chorych na koronawirusa powinna zacząć spadać. Niewykluczone jednak, że ów szczyt zachorowań okaże się bardzo płaski i rozległy, co może oznaczać, że liczba zakażeń i zgonów nieco spadnie dopiero w lipcu – i nie wiadomo, na jak długo. Temu niekorzystnemu scenariuszowi sprzyja to, że jak podaje unijne Europejskie Centrum Zapobiegania i Kontroli Chorób, Polska jest jednym z pięciu krajów Unii Europejskiej, gdzie nie słabnie epidemia. Jest to wynik bezczynności rządu Prawa i Sprawiedliwości, który nie zadbał o przygotowanie kraju na uderzenie epidemii, choć miał pieniądze i czas.

Niezależny inaczej
Kamil Zaradkiewicz, pełniący obowiązki I Prezesa Sądu Najwyższego, nakazał usunięcie z hollu głównego sądu portretów sześciu prezesów, kierujących SN w latach 1945-1990, gdyż uznał, że za ich czasów Sąd Najwyższy nie był niezależny i nie zapewniał sędziom gwarancji niezawisłości. Zabawne, że usunięcia portretów byłych prezesów dokonał człowiek, który sam stał się symbolem zależności władzy sądowniczej od Prawa i Sprawiedliwości. Warto zauważyć, że obecny pełniący obowiązki I Prezesa Sądu Najwyższego w ogóle nie jest sędzią. Zanim zaś został skierowany na obecne stanowisko, wyróżnił się m.in. stwierdzeniem, że orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego nie zawsze są ważne i ostateczne, co dotyczyło oczywiście Trybunału jeszcze nie przejętego przez PiS. Tak się złożyło, naturalnie zupełnie przypadkowo, że zaraz potem Kamil Zaradkiewicz został powołany do rady nadzorczej państwowej firmy Naftoport. Ciekawe, czy usunięcie portretów byłych prezesów SN było realizacją polecenia PiS, czy też może wyrazem niezachwianej niezależności obecnego pełniącego obowiązki szefa SN?

Ceny idą w górę

Inflacja, „zainfekowana” koronawirusem, straszy coraz bardziej.

Lutowe dane o dynamice inflacji wskazują na kontynuację wzrostu cen w polskiej gospodarce. Wskaźnik CPI (indeks zmiany cen towarów i usług konsumpcyjnych) osiągnął wartość 4,7 proc., ceny usług rosną już o 6,4 proc. w ujęciu rok do roku, natomiast ceny towarów o 4,1 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Drożejąca żywność oraz niektóre rodzaje usług (wywóz śmieci, usługi transportowe) od początku roku są wyraźnie wyższe niż w ubiegłym roku. Spadające ceny paliw oraz odzieży nie są w stanie zamortyzować wzrostu cen w innych kategoriach wskaźnika CPI.
Efekt koronawirusa będzie widoczny w marcowych danych o inflacji. Z jednej strony będą to potencjalne wzrosty cen produktów, na które zgłaszany jest największy popyt, z drugiej strony ceny usług oraz paliw będą sprzyjały mniejszej presji cenowej przynajmniej w najbliższym okresie. Maksymalną wartość w tym roku dynamika inflacji osiągnie zapewne w marcu. Nie można wykluczyć, że będzie to dynamika zbliżona lub przewyższająca 5 proc. w skali roku.
Wzrost inflacji do 4,7 proc. w lutym jest najwyższy od listopada 2011 roku. Jest to zarazem kolejny miesiąc kontynuacji wzrostowej tendencji zarówno cen usług, jak i towarów. Tylko w lutym ceny usług wzrosły o 1,1 proc. w stosunku do stycznia br., a ceny towarów o 0,5 proc. Jak zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, po wzroście miesięcznej dynamiki inflacji w styczniu o 0,9 proc., w lutym miesięczna dynamika wzrostu cen nadal był wysoka i wyniosła 0,7 proc.
Wpływ na to miały wzrosty cen nośników energii i w konsekwencji wyższe ceny użytkowania mieszkania (0,28 pkt. proc. wkładu do lutowego wzrostu cen), żywności (0,21 pkt. proc.) oraz napojów alkoholowych i wyrobów tytoniowych (0,10 pkt. proc.). W lutym spadały ceny odzieży i obuwia, co nieznacznie amortyzowało inne wzrosty cen (obniżyło do wskaźnik CPI o 0,06 pkt. proc.). W lutym spadały ceny paliw do prywatnych środków transportu (o 1,5 proc.). Fakt ten przyczynił się do niższych cen transportu (0,04 pkt. proc. wkładu do wskaźnika CPI).
Jak jednak widać, niższe ceny paliw nie są w stanie w sposób znaczący wpłynąć na zahamowanie wzrostowych cen usług i towarów w innych kategoriach. Przy okazji, na uwagę zasługuje również fakt wzrostu cen usług transportowych, które są niezależne od cen paliw, w lutym wzrosły one o 4,0 proc. w stosunku do stycznia bieżącego roku.
Ceny żywności w ujęciu rocznym rosną już o 8,1 proc. r/r. Tylko w lutym ceny warzyw wzrosły o 2,3 proc. w stosunku do stycznia bieżącego roku, a pieczywa o 2 proc. Zmiana cen w tych kategoriach przekłada się na odczucie drożyzny przez konsumentów. Ponadto, wzrost akcyzy wpłynął w lutym na wzrost cen wyrobów tytoniowych (miesięczny wzrost o 2,4 proc.) oraz cen wyrobów alkoholowych (wzrost o 1,4 proc.).
Należy również zauważyć, że ceny wywozu śmieci nadal rosną, w lutym był to wzrost o 5,4 proc., w ujęciu rocznym o 50,6 proc. a w stosunku do grudnia 2019 r. o 21,9 proc.
W kolejnych miesiącach wzrosty cen w niektórych kategoriach towarów będą kontynuowane z uwagi na gwałtowny wzrost popytu na żywność. Ceny żywności (najważniejsza składowa wskaźnika CPI), pozostają dużą niewiadomą, trudno jednak w aktualnej sytuacji oczekiwać spowolnienia dynamiki wzrostu cen w tej kategorii. Efekty wyższej akcyzy powinny mieć charakter gasnący, ustabilizować się powinny również ceny wywozu śmieci. Niższe ceny paliw wyraźniej niż w lutym będą hamowały wzrostową dynamikę CPI.
Ponadto w marcowych danych powinniśmy zaobserwować już efekt obniżek cen w sektorze usługowym (kina, restauracje, hotele). Nie możemy jednak wykluczyć, że inflacja w ujęciu rok do roku w kolejnym miesiącu przekroczy 5 proc., co jednocześnie powinno być najwyższą wartością w tym roku – uważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W kolejnych miesiącach dynamika inflacji powinna się utrzymywać wyraźnie powyżej 4 proc.
Zauważmy również, że opublikowane przez GUS dane o inflacji za styczeń i luty bazują na nowym, weryfikowanym corocznie, koszyku zakupowym konsumentów – podkreśla TEP. Z tego też powodu dane CPI nieznacznie różnią się od tych, które były publikowane w lutym.
Coroczna zmiana systemu wag przyniosła nieco zaskakujące zmiany w strukturze konsumpcji. Kolejny już rok rośnie udział żywności i napojów bezalkoholowych w łącznych wydatkach konsumpcyjnych gospodarstw domowych (z 24,89 proc. do 25,24 proc.). W odniesieniu do tej kategorii wydatków, wraz z rosnącym dochodem do dyspozycji, należałoby oczekiwać malejącego udziały wydatków na żywność. Dynamika cen żywności jest jednak na tyle wysoka, że nie pozwala na wyraźniejsze zmiany w strukturze wydatków konsumpcyjnych. Rośnie jednak udział wydatków na rekreacje i kulturę, a ponadto na łączność i zdrowie.

Życie na niskiej stopie

Nasza gospodarka potrzebuje w tej chwili płynności, przewidywalności i zapanowania nad rosnącymi cenami żywności, a nie obniżania stóp procentowych.
Prezes Narodowego Banku Polskiego i jednocześnie przewodniczący Rady Polityki Pieniężnej prof. Adam Glapiński, uważa, że obniżenie stóp procentowych nie zwiększy popytu, ani nie wpłynie na podaż – lecz zmniejszy obciążenia przedsiębiorstw i gospodarstw domowych.
Ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 r. o NBP mówi: Podstawowym celem działalności NBP jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej rządu (o ile nie ogranicza to podstawowego celu NBP).
Popatrzmy zatem na inflację w ostatnich trzech miesiącach (tabelka). Bez wątpienia RPP i NBP mają co robić, ale na pewno nie jest to obniżanie stóp procentowych. Gdy Główny Urząd Statystyczny poda dane o zmianach cen w marcu, to będą to wartości jeszcze wyższe, szczególnie w grupie „żywność”, ale także w grupie „zdrowie” (tak usługi, jak i wyroby farmaceutyczne) oraz w grupie „użytkowanie mieszkania”.
Zgodnie z nowym systemem wag, udział tych grup towarów i usług w przeciętnych wydatkach gospodarstw domowych to ok. 36 proc. A w wydatkach gospodarstw domowych o niskich dochodach rozporządzalnych to zdecydowanie więcej, co najmniej 70-80 proc. – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Jeżeli NBP ma realizować swój ustawowy cel – utrzymanie stabilnego poziomu cen, to na pewno obniżaniem stóp procentowych nie uda mu się tego zrobić. Jeżeli natomiast NBP chce wspierać politykę gospodarczą rządu, nie ograniczając możliwości realizacji swojego podstawowego celu (utrzymanie stabilnego poziomu cen), to obniżenie stóp procentowych i w tym przypadku nie pomoże.
NBP i RPP znalazły się w tej chwili w sytuacji, w której żadna ich decyzja nie pozwala na realizację ustawowego, nawet szeroko ujętego, celu. Nie są w stanie utrzymać stabilnego poziomu cen (określonego przez cel inflacyjny i możliwe odchylenia od niego). Nie są także w stanie pomóc gospodarce, przedsiębiorstwom i gospodarstwom domowym.
To co jest dzisiaj potrzebne przedsiębiorstwom, to zapewnienie gotówkowej płynności finansowej. Nawet jeżeli banki komercyjne obniżą firmom koszt kredytu, to będzie to „dużo za mało” w stosunku do ich płynnościowych potrzeb. Szczególnie w grupie firm mniejszych. Tu potrzebne jest zawieszanie i odsuwanie spłat kredytów i odsetek w czasie, uwalnianie środków trzymanych na kontach VAT-owskich, odsuwanie w czasie płatności zobowiązań wobec Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i urzędów skarbowych, wsparcie z Funduszu Pracy przedsiębiorstw w wypłatach wynagrodzeń – i wiele, wiele innych działań z obszaru polityki gospodarczej.
Poza tym, obniżenie stóp procentowych wcale nie oznacza obniżenia kosztów kredytu. Rośnie bowiem ryzyko niespłacalności kredytów i banki, będące dysponentami depozytów swoich klientów, muszą ten wzrost ryzyka wziąć pod uwagę w wycenie kosztu pieniądza dla przedsiębiorstw, szczególnie tych mniejszych. Tym bardziej, że ryzyko niewypłacalności części firm, które są kredytobiorcami, będzie się niestety materializowało. A to oznacza zmniejszenie zdolności banków do dostarczania kapitału gospodarce. Obniżenie stóp procentowych może zatem zadziałać na gospodarkę przeciw skutecznie.
Z punktu widzenia gospodarstw domowych, obniżenie stóp procentowych też nie będzie miało oczekiwanej przez Prezesa NBP skuteczności – czyli zmniejszenia ich obciążeń finansowych. Koszt kredytu to nie tylko bowiem oprocentowanie, ale także opłaty, prowizje, czy ubezpieczenie, którego cena może silnie wzrosnąć w wyniku wzrostu ryzyka niespłacalności kredytów.
W efekcie koszt kredytu będzie wyższy, mimo obniżenia przez RPP stóp procentowych. Poza tym wiele gospodarstw domowych, szczególnie tych o niższych dochodach, zadłuża się nie w systemie bankowym, a w firmach pożyczkowych, gdzie rzeczywista roczna stopa oprocentowania jest znacznie wyższa niż w bankach komercyjnych.
Obniżenie stóp procentowych nie zmniejszy zatem w sposób istotny obciążeń tych gospodarstw domowych, które tego najbardziej potrzebują. Tu także, podobnie jak w przypadku przedsiębiorstw, potrzebna jest możliwość przesuwania spłat zobowiązań pożyczkowych i kredytowych w czasie.
Ale najważniejsze z punktu widzenia gospodarstw domowych jest utrzymanie zatrudnienia, a tym samym utrzymanie dochodów. A tu sytuacja zaczyna być coraz trudniejsza. To na tym trzeba skupić uwagę – i uruchomić w ramach polityki gospodarczej, działania zapewniające utrzymanie jak najwyższego poziomu zatrudnienia, oraz zapewnić możliwość otrzymywania przez pracowników wynagrodzeń. Obniżenie stóp procentowych przez RPP o 0,25 pp, 0,5 pp, czy nawet 1 pp. tego nie zapewni.
Zapanowanie nad sytuacją na rynku pracy jest szczególnie ważne z punktu widzenia rosnących w bardzo szybki sposób kosztów życia. W styczniu i lutym 2020 r. ceny żywności wzrosły o ponad 8 proc. rok do roku. W marcu ten wzrost był co najmniej na tym samym poziomie, bo wszyscy w panice rzucili się do robienia zakupów.
Zresztą, już w 2019 r. (a także wcześniej) ceny żywności rosły dużo szybciej niż inflacja ogółem (w 2019 r. inflacja wyniosła 2,3 proc., podczas gdy ceny żywności wzrosły o 5,3 proc.) – przypomina Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Gdzie była Rada Polityki Pieniężnej, gdy jej decyzje mogły ograniczyć rosnącą inflację, i chociaż w jakiejś części ograniczyć dynamikę cen żywności – bowiem jej wzrost to nie tylko efekt czynników zewnętrznych, niezależnych od decyzji RPP?.
Za przeciętny koszyk zakupów musimy płacić o 4,7 proc. więcej niż rok wcześniej w lutym. A gospodarstwa domowe o najniższych dochodach rozporządzalnych, nawet o 7-8 proc. więcej.
Tak, wiem, wiem, Bank Anglii i amerykański FED obniżyły już stopy procentowe, a FED dodatkowo zapowiedział uruchomienie kolejnej fazy luzowania ilościowego, mając zamiar wprowadzić do systemu finansowego ok. 700 mld dolarów. Ale ustawowym celem FED jest nie tylko zapewnienie stabilności cen, ale także zapewnienie wysokiego poziomu zatrudnienia i dążenie do stabilnego wzrostu gospodarczego.
W Polsce, powtórzę to raz jeszcze, podstawowym celem działalności NBP jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej rządu – o ile nie ogranicza to wspomnianego, podstawowego celu NBP. Obniżenie stóp procentowych przez RPP nie jest realizacją ani celu głównego, ani wspieraniem polityki rządu. Może dać wręcz odwrotne efekty od oczekiwanych.

Czy wskaźniki będą prawdziwsze?

Główny Urząd Statystyczny poprawia metody zbierania informacji o cenach artykułów konsumpcyjnych.

Trudno może uważać to za sukces, do którego doszło wyłącznie na skutek działań lewicowej prasy, ale nie ulega wątpliwości, że to właśnie „Trybuna” oraz „Przegląd”, jako chyba jedyne pisma w Polsce, za sprawą wyżej podpisanego opublikowały parokrotnie artykuły, poddające w wątpliwość wiarygodność obliczania cen przez Główny Urząd Statystyczny.
Wskaźniki cen prezentowane przez GUS wydawały się bowiem zaniżone w porównaniu z tym, co pokazywały doświadczenia Polaków i stan ich portfeli. Podstawowy powód zgłaszanych obiekcji, to zbyt mała próba i nie do końca właściwy wybór placówek, w których GUS badał ceny.
Aby lepiej pokazywać rzeczywistość
I oto, kilka miesięcy po wspomnianych publikacjach, nastąpił efekt: GUS oficjalnie poinformował, że zmienił (zaktualizował) założenia służące do obliczeń wskaźników cen artykułów konsumpcyjnych w 2020 r. Zmienił je w ten sposób, by zwiększyć ich reprezentatywność, czyli stopień odzwierciedlenia faktycznych zmian cen. Jak słusznie tłumaczy GUS, jednym z kluczowych kryteriów jakości badania cen konsumpcyjnych jest zachowanie reprezentatywności próby, czyli dostosowanie badania do zmieniających się uwarunkowań zewnętrznych i wewnętrznych. Konieczne jest stałe uwzględnianie wielu czynników, które warunkują kształt próby stosowanej w badaniu”.
No właśnie. A problemem, poruszonym w „Trybunie” i „Przeglądzie” było to, iż zbyt mało jest tych czynników, uwzględnianych przez GUS w badaniu cen. Dziś GUS podkreśla, że określając wskaźniki wzrostu cen trzeba brać pod uwagę m. in. zmiany zachowań konsumentów, struktury sprzedaży detalicznej, dostępności nowych źródeł danych, zalecenia Eurostatu (urzędu statystycznego Unii Europejskiej) – a także nowelizowanie wymogów prawnych oraz „proces redukcji obciążeń ankieterów”.
Przekładając te ostatnie słowa z języka GUS-owskiego na ludzki, oznacza to, iż nadmiernie obciążeni ankieterzy, badający zbyt wiele placówek handlowych w ciągu dnia, mają skłonność do pobieżnego wykonywania swej pracy i niezbyt rzetelnego sprawdzania cen. GUS wskazuje też, że działaniem, które ma zapewnić odpowiednią reprezentatywność zmiennych podlegających badaniu, jest coroczna weryfikacja próby.
Badania na szerszej próbie
Sieć ankieterów, podobnie jak w 2019 r., gromadzi ceny i informacje o wybranych towarach i usługach w 207 rejonach badania, obejmujących teren całego kraju. W sposobie obliczania cen przez GUS wprowadzono jednak szereg zmian. Przede wszystkim, następuje aktualizacja listy badanych punktów handlowych, co jak podaje GUS, powinno lepiej niż dotychczas odzwierciedlać ofertę rynkową artykułów konsumpcyjnych. Chodzi zwłaszcza o odzież, alkohole, sprzęt RTV i AGD. Można oczekiwać, że z listy ostatecznie wypadną punkty o marginalnym znaczeniu, coraz rzadziej odwiedzane przez klientów. Zwiększono także zakres obserwowanych taryf cen gazu ziemnego i gazu miejskiego.
Nieco zmienia się sposób zbierania danych o cenach nowych samochodów osobowych. Uzupełnieniem informacji gromadzonych przez sieć ankieterów stają się dane pozyskiwane ze stron internetowych.
Bardzo ważne jest to, że wreszcie następuje zwiększenie badanej bazy sprzedaży wielu produktów. Oznacza to, że wskaźniki wzrostu cen będą ustalane na podstawie danych zbieranych w liczniejszej niż dotychczas grupie punktów sprzedaży. GUS podaje, że zwiększenie próby badawczej obejmuje między innymi ceny dań gotowych, artykułów użytku domowego, usług związanych z prowadzeniem gospodarstwa domowego, jednośladów silnikowych, opłat za przejazdy, telefonów komórkowych, usług fryzjerskich.
GUS nie ujawnia natomiast, o ile konkretnie większa stała się liczba badanych placówek handlowych. Oczywiste jest jednak, że nie można mówić o wiarygodnym odzwierciedlaniu skali wzrostu cen, jeśli ankieterzy zatrudnieni przez wojewódzkie urzędy statystyczne, tak jak dotychczas zbierają co miesiąc dane tylko z niespełna 35 tys. miejsc w całym kraju (sklepy duże i małe, bary i restauracje, placówki usługowe, bazary itp.), podczas gdy w Polsce jest prawie 360 tys. sklepów, nie mówiąc o innych miejscach sprzedaży towarów i usług (jak np. internet). Ceny są więc badane tylko w bardzo niewielkiej części punktów handlowych na terenie kraju.
Pytanie natomiast, czy na większą dokładność wskaźników wpłynie to, że ankieterzy nie będą już zbierać danych o zmianach cen paliw prywatnych środków transportu na wybranych stacjach benzynowych, tak jak dotychczas?. Teraz do obliczania cen tych paliw mają służyć wyłącznie dane pochodzące od zarządców i dysponentów stacji. A przecież, wydaje się, że najdokładniejszych informacji o ruchu cen dostarczają liczby na ekranach świetlnych, stojących przy prawie każdej stacji. No, chyba, że pokazywane tam cyfry mają się nijak do cen pokazywanych na dystrybutorach…
Także i w przypadku wskaźników cen usług ubezpieczeniowych oraz cen mieszkań i domów mieszkalnych, dane pozyskiwane przez ankieterów mają być uzupełniane danymi pochodzącymi od firm sprzedających ubezpieczenia, domy i mieszkania.
Wiarygodność musi kosztować
Każde rozszerzenie próby badawczej jest oczywiście poważnym i kosztownym wyzwaniem logistycznym. Z drugiej jednak strony, należy dążyć do tego, by wskaźniki podawane przez GUS można było uznawać za w miarę wiarygodne źródło wiedzy o ruchu cen – choć oczywiście stuprocentowej pewności nie uzyska się nigdy. Tak jak i wiary polskiego społeczeństwa w to, że dane podawane przez GUS są zawsze zgodne z rzeczywistością.
Szefowie GUS nie od dziś zauważają niezbyt wielkie zaufanie Polaków do wyliczeń cen podawanych przez urząd. Stwierdzają więc: „Wynik pomiaru wzrostu cen konsumpcyjnych wyrażony wskaźnikiem nigdy nie będzie odpowiadał społecznemu odczuciu. Składa się na to wiele przyczyn, zarówno obiektywnych, jak i subiektywnych. Najważniejszą z nich jest przeciętny charakter wskaźnika, pomiar odnoszący się do dużych zbiorowości, różniący się od sytuacji poszczególnych gospodarstw domowych czy rodzin”.
Inną przyczyną rozmijania się wskaźników z rzeczywistością mogą być niezbyt dogłębne badania budżetów gospodarstw domowych – tym bardziej, że tam wynik zależy tylko od tego, co zechcą powiedzieć osoby prowadzące te gospodarstwa. „Jakość zebranych danych od gospodarstw domowych w tym badaniu ma istotny wpływ na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych” – zauważa więc słusznie GUS. Główny Urząd Statystyczny informuje także, że: „Prowadzone są intensywne prace o charakterze badawczo-rozwojowym, np. dotyczące analizy możliwości zastosowania nowej metodyki dla alternatywnych formuł indeksów cen, które w połączeniu z toczącą się aktualizacją wytycznych międzynarodowych, mogą przełożyć się na zmiany w sposobie prowadzenia badań cen w GUS”.
Wprawdzie dość trudno to zrozumieć, ale można odnieść wrażenie, iż GUS deklaruje, że chce badać ceny rzetelniej niż dotychczas. Z czego należy się tylko cieszyć.

Wzrost cen zjada nasze dochody

Styczniowej inflacji nie można bagatelizować. Rośnie ona najszybciej od grudnia 2011 r.

Po grudniowym, nieoczekiwanie wysokim wzroście inflacji (do 3,4 proc.), dane ze stycznia potwierdzają kontynuację wzrostu cen. Jest to głównie efekt wyższych cen żywności oraz cen związanych z utrzymywaniem mieszkań. Wysoki wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych w ujęciu miesięcznym (o 0,9 proc.) w połączeniu ze spadkiem cen przed rokiem, spowodował wyjątkowo wysoki wzrost cen, bo o 4,4 proc. w ujęciu rocznym.
Członkowie Rady Polityki Pieniężnej są w coraz trudniejszej sytuacji. Wysoka dynamika cen produktów i usług konsumpcyjnych może utrwalić wysokie oczekiwania inflacyjne i przyczynić się do dłuższego utrzymywania się inflacji powyżej celu banku centralnego – ocenia Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W takiej sytuacji konieczne jest odpowiednie dostosowanie komunikatów RPP oraz branie pod uwagę możliwości podwyżek stóp procentowych w przypadku braku spadku dynamiki inflacji po pierwszym kwartale tego roku. Styczniowej inflacji nie można bagatelizować!
Przed publikacją danych o grudniowej inflacji można było się spodziewać silniejszego impulsu inflacyjnego z uwagi na możliwość kontynuacji wzrostu cen żywności oraz wzrost cen administracyjnych. W ubiegłym roku tego rodzaju zjawiska występowały w ograniczonej formie, a inflacja w ujęciu miesięcznym spadała. Niemniej jednak, mając na uwadze skalę miesięcznego wzrostu cen w grudniu ubiegłego roku, styczniowy, miesięczny wzrost cen jest wyjątkowo duży, najwyższy od 2011 roku.
Początek roku zazwyczaj obfituje w podwyżki cen administracyjnych, w tym energii, wywozu śmieci itp. Tak było i w tym roku.
Wzrost cen z tytułu użytkowania mieszkań (głównie efekt wzrostu cen energii) wyniósł w ujęciu miesięcznym 2,3 proc.
Oprócz tego kontynuowany jest oczekiwany wcześniej wzrost cen w kategorii żywność, napoje oraz wyroby tytoniowe (wzrost o 1,7 proc.).
Czynnikiem powstrzymującym silniejszy wzrost wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych były ceny transportu, co jest efektem stabilizacji cen paliw w pierwszych tygodniach tego roku.
Miesięczne wzrosty cen przy jednoczesnym spadku cen w ubiegłym roku dały w efekcie bardzo wysoki wzrost inflacji w ujęciu rok do roku, aż o 4,4 proc., co jest najwyższym wynikiem od grudnia 2011 roku.
Należy podkreślić, że dane podane przez Główny Urząd Statystyczny nie obejmują wszystkich komponentów wzrostu cen z uwagi na to, że w przyszłym miesiącu podane zostaną szczegółowe dane w oparciu o zrewidowany „koszyk konsumpcyjny”. Ostateczne dane o dynamice cen towarów i usług konsumpcyjnych w styczniu mogą zatem nieznacznie się różnić od tych, którymi aktualnie dysponujemy. Wstępne wyniki styczniowej dynamiki tych cen mogą również świadczyć o możliwości kontynuowania wzrostowej tendencji inflacji bazowej, kluczowego dla RPP wskaźnika, w kontekście prowadzenia polityki pieniężnej.
Wysokość styczniowej inflacji stwarza spory problem członkom RPP. Jak już wielokrotnie wspominaliśmy w komentarzach dotyczących inflacji i działań RPP, w sytuacji rosnącej inflacji członkowie RPP powinni w odpowiedni sposób dostosowywać swoją strategię informacyjną do nowej sytuacji – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Można zrozumieć, że część członków RPP jest przekonana do tymczasowości wyższej inflacji oraz braku konieczności zmiany stóp procentowych. W sytuacji z jaką jednak mamy do czynienia konieczne jest odejście od aktualnego stylu komunikowania, na rzecz bardziej restrykcyjnej retoryki. Tylko w ten sposób można wpływać na zakotwiczenie oczekiwań inflacyjnych (o czym pisaliśmy w styczniowym komentarzu dotyczącym inflacji w grudniu 2019 r.).
Utrzymywanie neutralności lub wręcz zapowiadanie możliwości obniżek stóp procentowych jest niebezpieczne, w kontekście możliwości utraty wiarygodności przez władze monetarne.