Gospodarka 48 godzin

Cisi i układni
W ostatni piątek nastąpiło oficjalne ukończenie budowy gazociągu Nord Stream 2, co stanowiło, jak piszą niemieckie media, pożegnalny prezent odchodzącej kanclerz dla Władimira Putina. A także dowód woli utrzymywania jak najlepszych stosunków między Niemcami i Rosją. Z tej okazji kanclerz Angela Merkel, która gościła w Polsce, oświadczyła jednoznacznie, iż popiera budowę Nord Stream 2. Co na to strona polska? Oczywiście nic. Warto w tym momencie poprosić, by Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów pochwalił się wynikami swych ciężkich i obszernie reklamowanych prac, które miały wstrzymać budowę Nord Stream 2. Panie prezesie Tomaszu Chróstny – teraz jest właśnie idealny moment, żeby poinformować o tym, co w tej sprawie zrobił UOKiK! Może wyręczy Pan premiera Mateusza Morawieckiego, który jak zwykle w podobnych sytuacjach wykazuje olbrzymią wstrzemięźliwość w słowach. Ów brak reakcji premiera jest jednak zrozumiały, bo przecież, jak oświadczył on po rozmowie z Angelą Merkel, polskie firmy rosną razem z niemieckim partnerami, a Niemcy są naszym głównym partnerem handlowym. Tak więc, PiS-owscy propagandyści mogą ujadać na Niemcy, ale przedstawiciele polskiego rządu na pewno nie powiedzą niczego, co mogłoby wywołać zmarszczenie brwi u pani kanclerz.

Badają ceny, ale nie te
W tym roku, ze względu na wysoką podaż świeżych jabłek oraz poziom zapasów po zeszłorocznych zbiorach, ceny jabłek w skupach są bardzo niskie. Według danych Światowego Stowarzyszenia Producentów Jabłek i Gruszek w lipcu 2021 r. zapasy jabłek w Polsce wynosiły 133 tys. ton, czyli 11 razy więcej niż w lipcu 2020 r. Były one również wyższe niż w lipcu 2019 r., a zatem w rok po rekordowych zbiorach z 2018 r. Dlatego Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów polecił inspektorom Inspekcji Handlowej przeprowadzenie kontroli w punktach skupu. „Mają oni zbadać, czy trudnego położenia sadowników nie próbują wykorzystywać podmioty skupujące oraz przetwarzające jabłka, w szczególności poprzez zawarcie zmów cenowych czy nieuczciwe wykorzystanie przewagi kontraktowej. Chcemy zweryfikować, czy punkty skupu i przetwórcy nie wykorzystują niezgodnie z prawem sytuacji rynkowej do dodatkowego zaniżania cen skupu jabłek” – stwierdził prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Prezesowi Chróstnemu warto zasugerować, aby zbadał raczej ceny detaliczne jabłek, które mimo rekordowych zbiorów i zapasów, są w obecnym szczycie sezonu owocowego na zbójecko wysokim poziomie.

Podatek wzrośnie
W przyszłym roku zwiększą się i obowiązki przedsiębiorców, i faktyczne podatki płacone przez firmy. Od 1 stycznia 2022 r. przedsiębiorcy każdego miesiąca będą musieli wskazywać podstawę do składki zdrowotnej. Jednocześnie, w związku z tym, że składka zdrowotna liczona ma być od dochodu i nie może być mniejsza niż 9 proc. minimalnego wynagrodzenia, wzrośnie ona z minimum 53 zł miesięcznie do co najmniej 213 zł miesięcznie od każdego zatrudnionego na umowie o pracę. W ten sposób rząd PiS promuje zatrudnianie ludzi na umowach śmieciowych. Podwyżka składki spowoduje, że przedsiębiorstwa już nie będą płacić podatku wynoszącego 19 proc. dochodów lecz, jak obliczają eksperci, będzie to prawie 24 proc.

Jest drogo, ale taniej nie będzie

Tylko w styczniu bieżącego roku ceny żywności wzrosły ponad dwukrotnie szybciej niż w ciągu całego 2020 r.
Nie ma co liczyć na spadek cen żywności i napojów alkoholowych w drugim półroczu 2021 r. – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Ceny żywności i napojów bezalkoholowych w pierwszym półroczu tego roku rosły niespotykanie szybko. Po wzrostach cen w tej kategorii produktów w 2020 r., w okresie styczeń – czerwiec bieżącego roku gwałtownie rosły ceny mięsa drobiowego, warzyw, wody mineralnej lub źródlanej, owoców i wieprzowiny. W drugim półroczu 2021 r. ceny większości produktów żywnościowych nie będą spadały. Wyjątek mogą stanowić owoce i warzywa.
Ewolucja cen żywności i napojów bezalkoholowych w znaczącym stopniu przebiega w rytmie sezonowej produkcji roślinnej (w Polsce to okres od lipca do czerwca następnego roku). Z tego właśnie powodu analiza roku 2021, powinna uwzględniać ewolucję cen w 2020 r. Zmiany cen na rynkach żywności i napojów bezalkoholowych, mierzone tzw. wskaźnikiem ŻiNB (żywność i napoje bezalkoholowe – średnia ważona zmian cen detalicznych 62 grup artykułów spożywczych) przebiegały w 2020 r. w sposób nietypowy. W okresie pomiędzy grudniem 2020 i 2019 wskaźnik ten wzrósł jedynie o 0,8 proc. i jego wysokość była trzykrotnie niższa niż wskaźnik inflacji CPI (czyli wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych).
Tymczasem, w okresie 2005 – 2020 wskaźnik cen żywności i napojów bezalkoholowych tylko cztery razy był niższy od wskaźnika CPI. Długookresowy wskaźnik cen żywności i napojów bezalkoholowych w 2020 r. wyniósł 151,7 a wskaźnik CPI 136,9 (2004 = 100,0). Niemal 15 punktów procentowych różnicy świadczy o tym, że ceny żywności i napojów bezalkoholowych w okresie 2004 – 2020 wyraźnie „nakręcały” inflację – zauważa TEP.
O niewielkim rocznym (grudzień 2020 do grudnia 2019) wzroście wskaźnika cen żywności i napojów bezalkoholowych zadecydował spadek cen detalicznych czterech grup produktów: mięsa wieprzowego (- 11,7 proc.), mięsa drobiowego (- 8,5 proc.), warzyw (- 4,7 proc.) i tłuszczy zwierzęcych (- 0,7 proc.). Równocześnie ze spadkiem cen detalicznych następowały systematyczne obniżki cen płaconych producentom trzody chlewnej i drobiu mięsnego, znacznie wyższe niż obniżki cen detalicznych.
Sytuacja uległa radykalnej zmianie w 2021 roku. W styczniu ceny żywności w ciągu jednego miesiąca wzrosły ponad dwukrotnie szybciej niż w ciągu całego 2020 roku. W pierwszym półroczu 2021 r. wskaźnik cen żywności i napojów bezalkoholowych wyniósł aż 5,0 proc. . Najwyższy wzrost cen wystąpił w tym okresie w przypadku: mięsa drobiowego (+ 28,8 proc.), a następnie kolejno: warzyw (+ 9,2 proc.), wody mineralnej (+ 8,0 proc.), owoców (+ 7,6 proc.) i wieprzowiny (+ 5,9 proc.). – zwraca uwagę TEP.
Jeśli chodzi o ceny detaliczne owoców, to po ich dużym wzroście w pierwszych pięciu miesiącach bieżącego roku, w czerwcu nastąpił ich spadek (aż o 3,7 proc. w porównaniu z majem). Skala spadku cen owoców w kolejnych miesiącach zależeć będzie od możliwości eksportu jabłek do tych państw europejskich, między innymi Francji, Włoch i Hiszpanii, w których zbiory jabłek będą znacznie niższe niż zwykle (w Polsce według prognoz będą bardzo wysokie – 3,6 mln ton).
Styczeń 2021 r. okazał się miesiącem przełomowym na rynkach wieprzowiny i mięsa drobiowego. Po ośmiu miesiącach spadku cen detalicznych wieprzowiny nastąpił w styczniu ich wzrost o 0,9 proc. W czerwcu były o 6 proc. wyższe niż w grudniu, lecz o 3,2 proc. niższe niż w czerwcu 2020 roku. W okresie styczeń – czerwiec, znacznie szybszy (37 proc.) był wzrost cen skupu. Nastąpił więc powrót do opłacalności chowu trzody chlewnej, natomiast zmniejszyły się zyski przemysłu mięsnego i być może również handlu.
Ceny detaliczne mięsa drobiowego po systematycznym spadku od kwietnia 2020 r. wzrosły w styczniu 2021 r. aż o 8,2 proc. w porównaniu z grudniem 2020 roku. Tempo wzrostu cen nieco spadło w następnych miesiącach, ale nadal było bardzo wysokie. W rezultacie ceny detaliczne mięsa drobiowego były w czerwcu 2021 r. aż o 28,8 proc. wyższe niż w grudniu 2020 r. i o 21,1 proc. w porównaniu z czerwcem 2020 roku. Jeszcze szybszy w pierwszym półroczu 2021 r. był wzrost cen skupu (o 33,2 proc.). Zatem – i podobnie jak w przypadku trzody chlewnej – również chów drobiu mięsnego stał się dochodową gałęzią produkcji zwierzęcej mimo że wzrosły również koszty chowu. Ceny pasz, które stanowią około 70 proc. kosztów ogółem, wzrosły bowiem w porównaniu z majem i czerwcem 2020 roku o co najmniej 15 proc..
Prognozując poziom wskaźnika cen w drugim półroczu 2021 r. nie można ograniczyć się do charakterystyki rynków tych produktów, których ceny w pierwszym półroczu wzrosły ponadprzeciętnie. Należy uwzględnić również pozostałe grupy (jest ich 19), objęte przez Główny Urząd Statystyczny badaniem miesięcznych cen produktów żywnościowych. Ze względu na oczekiwany wzrost cen zbóż w drugim półroczu 2021 r. możliwy jest dalszy, stosunkowo wysoki wzrost cen produktów zbożowych – pieczywa, mąki, makaronów. Wprawdzie na północnej półkuli nie skończyły się jeszcze zbiory i nowe ceny dopiero się „ścierają”, ale notowania lipcowe świadczą, że ceny mogą być o kilkanaście procent wyższe niż w poprzednim roku. Nie jest zatem wykluczony wzrost cen produktów zbożowych w drugim półroczu bieżącego roku. Wobec wzrostu o 15 proc. cen skupu mleka w okresie czerwiec 2020 – czerwiec 2021, możliwy jest również „wyrównujący” wzrost cen detalicznych mleka i artykułów mleczarskich.
Poza owocami i warzywami, nie ma prawdopodobnie ani jednej grupy produktów żywnościowych, której ceny detaliczne w drugim półroczu będą niższe niż w pierwszym półroczu tego roku. Sytuacja nie jest do końca jasna, gdyż nie wiadomo, czy wyrównawcze korekty cen skupu drobiu mięsnego, trzody chlewnej oraz będące ich konsekwencją ceny detaliczne wieprzowiny i mięsa drobiu zakończyły się w pierwszym półroczu. Jeśli będą kontynuowane w drugim półroczu, to należy spodziewać się umiarkowanego wzrostu cen miesięcznych, który może spowodować, że ceny w grudniu 2021 r. będą wyższe od czerwcowych o 1,0 – 2,0 punkty procentowe, a roczny wskaźnik (grudzień 2021 – grudzień 2020) osiągnie poziom 106,0 – 107,0.

Jak się buduje, to ceny są z sufitu

Lawinowo drożejące materiały budowlane powodują oczywiście, że i mieszkania stają się nieprzyzwoicie drogie.

Drewno i stal drożeją w ekspresowym tempie, ale podwyżki dotyczą także pozostałych materiałów budowlanych. Wzrost cen materiałów może przynieść rekordowe ceny mieszkań w przyszłości, czego już teraz nie wykluczają sami deweloperzy. Winna jest hossa na rynkach surowców, za którą stoi pandemia koronawirusa.
Jak wynika z analiz, do których dotarli dziennikarze Bankier.pl, najmocniej w ostatnich miesiącach podrożało właśnie drewno i stal. Zgodnie z badaniem koniunktury prowadzonym przez Główny Urząd Statystyczny, problem drożejących materiałów budowlanych jest jedną z największych uciążliwości dla firm budowlanych w Polsce.
Bariera rynkowa związana z wysokim kosztem materiałów budowlanych wyniosła w lipcu 2021 r. 58,2 pkt, co było najwyższym wynikiem w historii. Poprzedni najwyższy wynik (49,4 pkt.) został zanotowany przed czternastoma laty – w lipcu 2007 r. – u progu światowego kryzysu finansowego.
Inwestorzy indywidualni oraz deweloperzy mierzą się nie tylko z rosnącymi cennymi materiałów budowlanych, ale także z ich dostępnością. Tak odczuwalny wzrost cen wywołuje presję na wyższe ceny mieszkań. Stąd też zmiany cenowe materiałów mogą przełożyć się na cenniki deweloperskie – podkreśla Bankier.pl.
– Dostajemy coraz więcej sygnałów od naszych firm członkowskich o stale rosnących cenach materiałów z sektora budowlanego. Mamy również problem z dostępnością styropianu – mówi Sebastian Juszczak, prawnik Polskiego Związku Firm Deweloperskich. – Oczywiście wpłynie to na wzrost cen mieszkań w niedalekiej przyszłości – kontynuuje.
Możliwe podwyżki cen mieszkań, nieśmiało zapowiadane przez deweloperów, oznaczałyby kolejne rekordy średnich stawek ofertowych w największych polskich miastach. Pomimo chwilowego spowolnienia wzrostów cen na początku pierwszej i drugiej fali pandemii koronawirusa kolejne miesiące przyniosły wzrosty oczekiwań deweloperów.
Jak wynika z danych Bankier.pl udostępnionych przez serwis nieruchomości Otodom, średnie ceny ofertowe notowane w czerwcu 2021 r. w największych polskich miastach były wyższe o kilkanaście procent względem czerwca 2020 r. Najmocniej – średnio o 17,6 proc. wzrosła w tym czasie średnia wycena mieszkań oferowanych przez deweloperów w Warszawie. Nominalnie wzrost na przestrzeni 12 miesięcy wyniósł ponad 1700 zł/mkw. O więcej niż 10 proc. w skali roku wzrosły także średnie ceny ofertowe notowane w Krakowie, Łodzi, Szczecinie, Katowicach i Lublinie.

Wsiąść do samolotu byle jakiego

Polacy należą do europejskich nacji najbardziej spragnionych wakacyjnych podróży zagranicznych.
Jak wynika z najnowszego badania Europejskiej Komisji Podróży (European Travel Commision – ETC), pomimo ciągle panującej pandemii i ograniczonej możliwości przekraczania granic kraju, wielu Polaków zdecyduje się w tym roku na wznowienie dalszych podróży. Będą to przede wszystkim zagraniczne wycieczki turystyczne, zarówno z biurem podróży, jak i organizowane na własną rękę. Aż ponad trzy czwarte respondentów pochodzących z Polski planuje właśnie takie wyjazdy w najbliższym czasie, zostawiając pozostałych Europejczyków daleko w tyle. Ale także i oni chcą wyjeżdżać za granicę.
Zainteresowanie wyjazdami zagranicznymi jest dosyć zrozumiałe, bo trudno byłoby przypuścić, że powszechne obostrzenia czy utrudniona komunikacja między państwami skutecznie zniechęci Europejczyków do planowania zagranicznych wojaży. Nic bardziej mylnego. Wspomniane badanie ETC, przeprowadzone w lipcu bieżącego roku, wykazało, że 56 proc. mieszkańców naszego kontynentu ma pozytywne nastawienie do wakacji zagranicznych i twierdzi, że do końca sierpnia 2021 roku wyjedzie na urlop do innych krajów, w tym przede wszystkim właśnie europejskich. Natomiast pozostali respondenci podkreślają, że nie mają w planach podróży zagranicznych do końca tego roku kalendarzowego.
Spośród mieszkańców wszystkich przebadanych krajów Europy to właśnie Polacy wyrażają szczególnie duże zainteresowanie, jeżeli chodzi o planowanie wyjazdów urlopowych. Aż 79 proc. ankietowanych z Polski w przygotowanej przez ETC ankiecie zapowiedziało, że w ciągu najbliższych sześciu miesięcy weźmie udział w obejmującym nocleg wyjeździe zagranicznym. Oczywiście byłyby to przede wszystkim wyjazdy w sierpniu. Jest to największy odsetek w badaniu – na drugim miejscu pod tym względem uplasowali się Włosi (63,7 proc.) a na trzecim – Austriacy (56,6 proc.). Czwartym w kolejności krajem okazały się natomiast Niemcy (56,3 proc.), piątym Holendrzy (55,8 proc.).
Trudno pojąć, dlaczego akurat Polacy są na pierwszym miejscu. Poza zrozumiałym pragnieniem wyjazdu do ciepłych krajów, istotnym powodem mogły być tu chyba względy cenowe. Krajowa branża turystyczna tak wywindowała ceny w tym roku (co poniekąd zrozumiałe – chcą odrobić pandemiczne straty), że nawet biorąc pod uwagę koszt biletów lotniczych, wakacje zagraniczne mogą okazać się tańsze – no i z zagwarantowaną pogodą.
Jednak chyba jeszcze bardziej może dziwić tak duża chęć odbywania podróży zagranicznych u Włochów, którzy przecież i u siebie mogą znaleźć wszystkie interesujące krajobrazy czy atrakcje turystyczne. Włochy jako pierwsze w Europie padły jednak ofiarą pandemii, odczuły ją wyjątkowo boleśnie, a pragnienie wyjazdu jest naturalnym odreagowaniem ciężkich chwil – bo to, że wreszcie można wyjeżdżać świadczy o stopniowym powrocie do normalności. Znaczenie ma także i to, że nie tylko Włosi, lecz również obywatele innych państw europejskich, nie wiedzą, czy kolejny, oczekiwany atak pandemii, znowu nie spowoduje zamknięcia granic. Biorą więc pod uwagę skorzystanie z możliwości wyjazdowych, dopóki jeszcze jest to możliwe.
Mimo pozytywnego nastawienia Polaków do wakacyjnych podróży zagranicznych, wielu z nich ma jednak wątpliwości dotyczące nie tylko ogólnego bezpieczeństwa związanego z wyjazdem, ale także i niewygód transportu lotniczego (17 proc.) oraz coraz to nowszych obostrzeń administracyjnych spowodowanych pandemią (16 proc.). Niemałą część osób martwią również utrudnione wizyty w restauracjach (13 proc.) czy ograniczone ilości aktywności, jakie będzie można podjąć w miejscu pobytu (11 proc.). W efekcie jednak jedynie 9 proc. ankietowanych zmieniło swoje plany urlopowe przez te niedogodności.
W także lipcowym badaniu American Express Travel, dotyczących globalnych trendów w podróżowaniu, aż 87 proc. ankietowanych stwierdziło, że planowanie podróży zagranicznych pozwala im na oderwanie się od trosk życia codziennego i na bardziej radosne spojrzenie na przyszłość. Natomiast 78 proc. z nich dopowiada, że podróżują także celem poprawy zdrowia i dobrego samopoczucia.
Jak widać, podróże – co oczywiste – dają nam zastrzyk pozytywnej energii, szczególnie w ciężkich, pandemicznych czasach i niewiele czynników jest w stanie odwieść nas od decyzji o wyjazdach do innych krajów.

Pandemia nie wywołała rewolucji handlowej

Spowodowała jednak zakłócenia. Gdy pod koniec 2020 r. zabrakło mikroprocesorów na potrzeby motoryzacji, to w pierwszym półroczu tego roku produkcja aut spadła o ok. 1 mln sztuk.
W ubiegłym roku wielkość światowego handlu towarami wprawdzie zmniejszyła się o 5,5 proc. w porównaniu z 2019 r., odnotowano jednak duży wzrost zapotrzebowania na elektronikę, a dostawy komputerów zwiększyły się o 13,1 proc.
Rewolucji handlowej nie było, zaś pandemia COVID-19 nie okazała się, jak dotychczas, czynnikiem fundamentalnie zmieniającym światowy ład ekonomiczny. Globalne łańcuchy dostaw zostały zakłócone, ale nie trwale zerwane – podkreśla Polski Instytut Ekonomiczny.
Co istotne, udział Chin w światowym eksporcie zwiększył się w tym samym czasie o 1,6 pkt. proc, a z kolei udział Polski wzrósł o 0,14 pkt. proc. Jednocześnie, spośród badanych przez PIE polskich przedsiębiorstw tylko 6 proc. zadeklarowało Głównemu Urzędowi Statystycznemu, że już bierze udział w przenoszeniu łańcuchów dostaw z Chin do innych państw – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Globalizacja w czasie pandemii”. Bo nie bardzo jest dokąd je przenosić.
Oprócz tych 6 proc. polskich firm informujących, że uczestniczy w procesie przenoszenia łańcuchów dostaw z Państwa Środka, są też przedsiębiorstwa nie uczestniczące ale prezentujące pozytywne nastawienie do tego zjawiska (7,7 proc.). 3,9 proc. respondentów stwierdziło, że zamierza się w nie włączyć, 2,3 proc. rozważa swój udział, zaś 1,5 proc. deklaruje, że włączyłoby się w przenoszenie dostaw, ale przy dofinansowaniu ze środków publicznych. 41 proc. respondentów uważa, iż zjawisko relokacji produkcji z Chin przez korporacje międzynarodowe ich nie dotyczy.
Chińska gospodarka dzięki sprawnemu ograniczeniu pandemii COVID-19 szybko zaczęła odbudowywać produkcję. W trzecim kwartale 2020 r. z recesji zaczęła wychodzić też reszta świata. Pod koniec 2020 r. zabrakło mikroprocesorów na potrzeby motoryzacji. Według różnych szacunków niedobory mikroprocesorów mogły spowodować w pierwszym półroczu 2021 r. mniejszą produkcję samochodów nawet o ponad 1 mln sztuk.
Restrykcje mające ograniczyć rozprzestrzenianie pandemii sprawiły, że pojawił się problem z rozładunkiem kontenerowców, w efekcie czego ceny frachtu morskiego wzrosły między początkiem 2020 a początkiem 2021 r. aż o 309 proc. Zakłócenia łańcuchów dostaw spowodowane pandemią COVID-19 skłoniły szereg krajów na świecie do ingerencji w handel międzynarodowy. Najczęstszą formą były subsydia eksportowe. Wiele napięć dotyczyło handlu sprzętem medycznym, lekami i szczepionkami.
„Przeprowadzona przez nas analiza potwierdza, że na kierunki zmian w światowej gospodarce mają wpływ nie tylko czynniki ekonomiczne spowodowane pandemią. Bardzo istotna jest bowiem przybierająca na sile rywalizacja systemowo-polityczna” – podkreśla PIE. – Konsekwencje pandemii mogą zmienić kalkulacje koncernów dotyczące ryzyka i kosztów w obrębie łańcuchów dostaw, gdyż krótkim okresie wciąż będą zauważalne wyższe koszty transportu oraz odczuwalne niedobory niektórych komponentów. Jednak istotniejszym czynnikiem modelującym sytuację długoterminową będą działania USA i Unii Europejskiej nakierowane na zmniejszenie zależności od Chin. Mowa tu przede wszystkim o wywieraniu długookresowej presji na przenoszenie produkcji z Chin oraz o aktywnej polityce przemysłowej mającej na celu wzmocnienie konkurencyjności Ameryki i Europy – mówi Marek Wąsiński, kierownik zespołu handlu zagranicznego Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
W rzeczywistości jednak Chiny pozostają największym gospodarczym beneficjentem pandemii COVID-19 w zakresie handlu towarami. Udział Państwa Środka w światowym eksporcie na koniec 2020 r. osiągnął 14,7 proc. Było to możliwe dzięki sprawnemu opanowaniu pandemii oraz szybkiemu dostosowaniu produkcji do rosnącego światowego popytu na niektóre wyroby, przede wszystkim produkty związane ze zwalczaniem pandemii oraz urządzenia elektroniczne i elektryczne.
Wbrew licznym zapowiedziom przeniesienia produkcji z Chin, składanych przez firmy wiosną 2020 r., niewiele jest przykładów takiej faktycznie przeprowadzonej relokacji. Nie dało się tego zrobić zwłaszcza w obliczu pandemicznych zakłóceń po stronie popytu i podaży oraz narastających problemów związanych z transportem morskim. Szczególnie było to widoczne w sektorze motoryzacyjnym, który opierał się na systemie produkcji just-in-time (czyli praktycznie bez składów i magazynów), więc nie był przygotowany ani na braki komponentów w pierwszej fazie pandemii, ani na wspomniane opóźnienia w dostawach mikroprocesorów pod koniec 2020 r. Brakuje także przesłanek wskazujących, że rozpoczął się proces masowego przenoszenia produkcji do nowych państw członkowskich UE, w tym do naszego kraju.
Od początku pandemii koronawirusa Polska na tle innych państw radziła sobie stosunkowo dobrze w eksporcie. W całym 2020 r. wartość polskiego eksportu (wyrażona w euro) była niższa, ale zaledwie o 0,3 proc. niż rok wcześniej. Był to trzeci najlepszy wynik w całej Unii Europejskiej. Wolniejsze nadrabianie zaległości w imporcie, niż w eksporcie spowodowało blisko pięcioprocentowy spadek jego wartości w 2020 r. W efekcie ubiegłoroczna nadwyżka w polskim handlu towarami była rekordowo wysoka – jej wartość osiągnęła 12 mld euro.
Na relatywnie dobre wyniki polskiego eksportu wpłynęło kilka czynników. Po pierwsze, zadecydował o tym większy stopień zróżnicowania krajowego eksportu w porównaniu z większością państw UE. Przykładem mogą być wyroby przemysłu motoryzacyjnego, które w strukturze polskiego eksportu miały wyraźnie mniejszy udział niż w wielu państwach UE, a to właśnie ta branża najmocniej ucierpiała podczas wiosennego lockdownu.
Po drugie, do złagodzenia spadku polskiego eksportu przyczyniło się dość duże znaczenie sprzedaży produktów, na które popyt zagraniczny zmalał mniej niż na samochody bądź nawet wzrósł. W okresie marzec – maj 2020 r. wyraźnie wzrósł na przykład polski eksport leków i produktów farmaceutycznych (o 23 proc.), wyrobów tytoniowych (o 14 proc.) oraz odzieży, napojów i artykułów spożywczych. Wzrost dotyczył zatem blisko 18 proc. polskich dostaw za granicę. – Polscy eksporterzy stali się beneficjentami zwiększonego światowego popytu na dobra konsumpcyjne trwałego użytku, które miały relatywnie duże znaczenie w polskim eksporcie. Można tu wymienić sprzęt AGD, RTV, elektronikę oraz meble. Ponadto Polska aktywnie włączyła się w globalne łańcuchy dostaw związane z elektromobilnością, która podczas pandemii zyskała na znaczeniu, umacniając swoją pozycję nie tylko jako producent i eksporter autobusów elektrycznych, ale również stała się największym eksporterem baterii litowo-jonowych – wskazuje Łukasz Ambroziak, analityk zespołu handlu zagranicznego PIE. Czas pokaże, czy uda się utrzymać te pozytywne tendencje.

Inflacja wymyka się spod kontroli

PiS-owska władza przewiduje, że ceny w Polsce będą szybko rosnąć – i dlatego przezornie, z bardzo dużym zapasem podniosła płace parlamentarzystów i członków administracji centralnej.
Jak podał Główny Urząd Statystyczny, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w lipcu 2021 r. są aż o 5 proc. wyższe, niż w tym samym miesiącu ubiegłego roku. To najwyższy wzrost cen w Polsce od maja 2011 r. – czyli od ponad dziesięciu lat. Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości inflacja systematycznie zżera zarobki Polaków.
Wzrost cen odbija się najbardziej na ludziach mniej zamożnych, więc zwiększa się też zasięg skrajnego ubóstwa w naszym kraju. W 2019 roku 4,2 proc. mieszkańców Polski wegetowało w skrajnej biedzie, a w roku ubiegłym już 5,2 proc. Danych za bieżący rok jeszcze nie ma, ale szybki wzrost cen wskazuje, że grono ludzi skrajnie ubogich najprawdopodobniej wciąż się poszerza.
Ceny w Polsce w tym roku mkną zaś coraz prędzej. W lutym 2021 wzrost cen wyniósł tylko 2,4 proc., a więc był ponad dwukrotnie wolniejszy niż w lipcu (5 proc.). To co się dzieje w bieżącym roku, kompletnie przerasta ekspertów Narodowego Banku Polskiego, którzy nie tylko nie potrafią zdiagnozować obecnej sytuacji, ale nawet nie są w stanie prawidłowo jej opisać.
Komunikat z ostatniego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej (w dniu 8 lipca) wygląda jak ponury, absurdalny żart, obrażający inteligencję Polaków. Czytamy w nim między innymi: „Inflacja bazowa po wyłączeniu cen energii i żywności według wstępnych szacunków obniżyła się do najniższego poziomu od ponad roku”.
No rzeczywiście, jeśli z liczenia inflacji wyłączy się te ceny, które szybko rosną, to będzie można wmawiać ludziom, że nastąpił wręcz spadek cen w Polsce, mimo że wzrosły najszybciej od 10 lat. A tymczasem paliwa do środków transportu, jeden z nośników energii, są w lipcu aż o 30 proc. droższe, niż w lipcu ubiegłego roku. Pozostałe nośniki energii zdrożały o 5,3 proc., zaś żywność, stanowiąca podstawową część wydatków Polaków, jest droższa o 3,1 proc.
Jak widać, wyłączenie cen energii oraz żywności – czyli pozycji mających bardzo duże znaczenie w budżetach polskich gospodarstw domowych – wyraźnie pokazuje, że kreatywna księgowość jest niczym w porównaniu z karkołomnymi zabiegami statystycznymi uprawianymi przez członków RPP.
Najnowszy komunikat RPP informuje też: „Prowadzona przez NBP polityka pieniężna /…/ stabilizuje inflację na poziomie zgodnym z celem inflacyjnym NBP w średnim okresie”.
No rzeczywiście, stabilizację inflacji mamy taką, że hej – ceny rosną „tylko” nieco ponad dwa razy szybciej, niż jeszcze 5 miesięcy temu. Stabilizacja wręcz wymarzona! A co do polskiego celu inflacyjnego, to jest to cel niezwykle ruchomy. Eksperci z NBP ustawiają go sobie tak, żeby mogli w niego trafić – ale jakoś nigdy nie są w stanie tego osiągnąć.
Wyznaczanie celu inflacyjnego przez specjalistów z naszego banku centralnego wygląda wręcz rozbrajająco. Rok temu w lipcu fachowcy z NBP, widząc, że ceny rosną dość wolno, doszli do wniosku, że tak będzie nadal – więc stwierdzili, że cel inflacyjny na trzeci kwartał bieżącego roku to tylko 1,6 proc. Ku zdumieniu naszych bankowych speców, ceny zaczęły jednak szybciej iść w górę. W rezultacie, w listopadzie 2020 r. eksperci z NBP podnieśli cel inflacyjny na trzeci kwartał bieżącego roku do 2,7 proc. Wkrótce i to się okazało za mało, bo wzrost cen jest dla ekspertów z naszego NBP czymś tak zaskakującym, jak dla drogowców niespodziewany atak zimy w styczniu. W marcu 2021 r. eksperci znowu zaczęli więc główkować i zdecydowali, że cel inflacyjny na trzeci kwartał to 3,4 proc.
Niestety, złośliwe ceny, nie doceniając pracy intelektualnej speców z NBP, rosły coraz szybciej, osiągając w lipcu wspomniane 5 proc. Tak więc, nasz bank centralny po raz kolejny zanotował kompletne inflacyjne pudło. Prognozy mówiące o inflacji wynoszącej tylko 3,4 proc., podczas gdy w rzeczywistości po upływie czterech miesięcy od snucia tych przepowiedni podskoczyła ona do 5 proc., wystawiają raczej kiepskie świadectwo kompetencjom naszych „ekspertów” z NBP.
Nic nie wskazuje na to, że ruch cen zostanie wyhamowany – ale kadra naszego banku centralnego zachowuje oczywiście urzędowy optymizm, więc teraz, w lipcu, stwierdziła, że te 5 proc. to jednorazowy wybryk, zaś inflacja w Polsce zacznie zwalniać. Tym razem cel inflacyjny na trzeci kwartał ustalono więc na 4,4 proc.
Jak wiadomo, małpy, które grają na giełdzie i przypadkowo wybierają spółki, osiągają lepsze wyniki, niż profesjonalni analitycy. Wygląda na to, że te pokrewne nam ssaki mogłyby też z powodzeniem zastąpić członków obecnej Rady Polityki Pieniężnej i ekspertów NBP. Mając na uwadze pensje tych specjalistów, z pewnością wyszłoby to dużo taniej.
A co do pensji, to trzeba przyznać, że PiS-owska władza błyskawicznie zareagowała na informacje o szybkim wzroście cen w Polsce – i natychmiast zwiększyła sobie płace. Prezydent Andrzej Duda ochoczo podpisał rozporządzenie podnoszące zarobki parlamentarzystom i członkom administracji centralnej. Wprawdzie nie o 5 proc., bo średnio o około 50 proc., ale przecież lepiej zrobić to raz lecz porządnie, zamiast cykać po kilka procent co jakiś czas.
Jak widać, gdy chodzi o swoje własne dochody, to prominenci ekipy rządzącej spodziewają się nieporównanie szybszego wzrostu cen, niż specjaliści z Narodowego Banku Polskiego przy ustalaniu celu inflacyjnego…

Polacy nie gęsi – i swój tylko znają?

Gdy pandemia niekiedy uniemożliwia nam podróże zagraniczne, część rodaków może dojść do wniosku, że została jak Himilsbach z tym angielskim.
Wydawać by się mogło, że język światowy, czyli angielski, został już w stopniu dość przyzwoitym opanowany przez sporą część mieszkańców kraju. Okazuje się jednak, że nie do końca, zaś pod panowaniem prominentów PiS, dla których niekiedy nawet poprawna polszczyzna jest zupełnie obca, dzieje się coraz gorzej.
Według rankingu EF EPI (English Proficiency Index) – największego na świecie rankingu znajomości angielskiego – Polska obecnie znajduje się na 16. miejscu na 100 badanych krajów, w których mieszkańcy najlepiej posługują się językiem angielskim. Dla porównania, cztery lata temu plasowaliśmy się jeszcze sześć oczek wyżej, zajmując 10 miejsce. Zjazd w czasie rządów PiS jest więc ewidentny i znaczący.
Na czele tej klasyfikacji jest Holandia przed Danią. Nas wyprzedzają bezpośrednio Węgry i Serbia, zaś tuż za Polską plasuje się Rumunia (gdzie jednak dość powszechna jest znajomość francuskiego)
Wszystko może zatem wskazywać na to, że poziom naszej znajomości tego języka znacząco się pogorszył – a przecież w dzisiejszych czasach jest to podstawowa oraz kluczowa umiejętność w zdobywaniu doświadczeń, nie tylko w sferze zawodowej.
To truizm, że znajomość języków obcych ma realny wpływ na nasze życie. Dzięki ich nauce poszerzamy swoje horyzonty – mamy szanse na lepszą, dobrze płatną pracę czy realizowanie ciekawych projektów na obejmowanym już stanowisku. Jednak perspektywa zawodowa to nie jedyna przestrzeń, w której język obcy otwiera nam drzwi do nowych szans. Zagraniczne znajomości i dalekie podróże to kolejny, bardzo ważna potrzeba – i dobry motyw – aby uczyć się języków obcych.
Pomimo trudności językowych i wszechobecnej pandemii, wycieczki za granicę nadal cieszą się bardzo dużą popularnością. Według badania American Express Travel dotyczącego trendów w podróżowaniu, 56 proc. polskich respondentów uważa, że brakuje im podróży tak bardzo, że są skłonni zarezerwować wyjazd, nawet jeśli w przyszłości będą musieli z niego zrezygnować, ponosząc część kosztów. Natomiast aż 87 proc. pytanych w naszym kraju twierdzi, że planowanie podróży pozwala im z radością patrzeć w przyszłość. Te wyniki wskazują, że ludzie czerpią nadzieję i pociechę także z myślenia o podróżach oraz ich planowania. To zaś może ich zachęcać do cierpliwej nauki języka, aby móc jeszcze pełniej korzystać z wyjazdów – choć często, oprócz koronawirusa, barierą w podróżowaniu są rosnące ceny wyjazdów.
Niestety, znajomość języka angielskiego wciąż nie jest taką oczywistą sprawa wśród Polaków. Ustępujemy pod tym względem wielu krajom, będącym kiedyś koloniami brytyjskimi, gdzie posługiwanie się angielszczyzną jest oczywiste.
Jak wynika z raportu English Proficiency Index, najlepiej wykształconą pod kątem języków obcych grupą wiekową są naturalnie głównie osoby młode, w wieku 21-30 lat. Ciekawym wynikiem jest to, jak wiele czasu zajmuje naszym rodakom zgłębienie tajników języka angielskiego? Okazuje się, że trwa to raczej długo, bo potrzebują w tym celu średnio aż do 12 lat nieprzerwanego kształcenia – i dopiero ten okres prowadzi do jego biegłej znajomości.
Powodem tej przewlekłości może być nieprawidłowe podejście do przyswajania wiedzy, które zazwyczaj opiera się na żmudnej nauce zasad gramatycznych, a nie na praktycznej umiejętności swobodnej komunikacji z obcokrajowcem – a także i po prostu nasza wrodzona niechęć do systematycznej nauki oraz brak talentu do języków obcych, co także się zdarza.
Jedno jest pewne – czy to wakacje marzeń na drugim końcu świata, krótka wycieczka last-minute, czy służbowa delegacja – bez względu na powód podróży i jej charakter, oczywiste, że tylko wtedy, gdy jesteśmy w stanie porozumieć się z drugim człowiekiem w prawie każdej sytuacji, możemy w pełni korzystać z takiego wyjazdu oraz czuć się bezpiecznie nawet z daleka od domu. To poniekąd wyjaśnia, dlaczego Jarosław Kaczyński przed objęciem funkcji publicznych, tak unikał podróży zagranicznych.
Rzeczywistość jest jednak taka, że wielu z Polaków decyduje się na wyjazd za granicę bez znajomości chociażby podstawowych wyrażeń w języku danego kraju. Co więcej, nie każdy z nas zna nawet język angielski w stopniu pozwalającym na w miarę podstawową rozmowę z osobą innej narodowości. A podobno do swobodnej komunikacji i dogadania się z obcą osobą z innego państwa wystarczy jedynie 1000 różnych słów w języku angielskim. Oczywiście zasada ta nie zawsze dotyczy osób, które ze względu na charakter swojej pracy muszą biegle porozumiewać się językiem, a dodatkowo znać i używać specjalistycznych słów i zwrotów.
Poza tym zaś – każdy, kto próbował, wie że doskonałe opanowanie tego tysiąca słów i nabranie umiejętności ich używania, to wcale nie jest taka prosta sprawa. Ale próbować trzeba…

Zapomnijmy o tanim prądzie

Prawo i Sprawiedliwość, chcąc zachować władzę, przyjęło spec-ustawę obowiązującą tylko w 2019 r. Ustawa zamroziła ceny energii w roku wyborów. Potem mogły już one rosnąć bez ograniczeń.
W ostatnich latach znacząco wzrosły ceny prądu w Polsce, a główną odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi rząd Prawa i Sprawiedliwości. „Minister odpowiedzialny za sprawy energii nie zapobiegł skokowemu wzrostowi cen energii elektrycznej” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim najnowszym raporcie.
Nie zapobiegł – choć mógł i powinien. Skokowy wzrost cen nastąpił, mimo dokładnej wiedzy rządu PiS o polityce Unii Europejskiej, polegającej na ograniczaniu emisji dwutlenku węgla, oraz świadomości jej skutków dla polskiej energetyki.
Te skutki były zaś takie, że ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla wciąż rosły, a w konsekwencji musiały też rosnąć ceny energii wytwarzanej z tradycyjnych paliw kopalnych.
W drugiej dekadzie XXI w. Unia Europejska konsekwentnie dążyła do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. W 2015 r. Parlament Europejski przyjął dyrektywę ograniczającą podaż uprawnień do emisji CO2 (weszła w życie w 2018 r.), która spowodowała wzrost cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla, a to doprowadziło z kolei do wzrostu cen energii elektrycznej wytwarzanej z paliw kopalnych.
Minister Energii otrzymywał wiele sygnałów dotyczących wzrostu cen energii m.in. od Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki (URE). Poinformował on też o skali żądań ze strony czterech przedsiębiorców pełniących funkcję tzw. sprzedawców z urzędu. Domagali się oni podniesienia cen energii od 30 do 35 proc.
W urzędach ministra właściwego do spraw energii nie było jednak informacji, świadczących o działaniach, których efektem byłoby gromadzenie wyników analiz, dotyczących zjawisk kształtujących cenę prądu w Polsce. NIK jako nierzetelne oceniła nieprowadzenie w latach 2016 – 2020 cyklicznych analiz rynku energii.
Była wprawdzie ustawa o cenach energii elektrycznej, mająca zapobiec wzrostowi cen prądu, ale działała tylko w 2019 r., miała charakter doraźny, a jej cel był głównie propagandowy i przedwyborczy – chodziło o pokazanie, jak bardzo rząd PiS troszczy się, żeby obywatele nie płacili zbyt dużo za prąd. W rzeczywistości, rząd PiS miał dobro obywateli w…
Wprowadzenie tej ustawy prominenci PiS zaczęli rozważać jesienią 2018 r. W listopadzie 2018 r. rząd zapowiedział, że ceny energii elektrycznej w 2019 r. nie wzrosną. Chodziło o to, by w ten sposób zwiększyć szanse Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych w 2019 r.
Ustawa, która niby to miała miała spełnić obietnice rządu o braku wzrostu cen energii została przygotowana w pośpiechu. W ocenie NIK jej przygotowanie było niezgodne z zasadami legislacji, bez konsultacji z podmiotami podlegającymi regulacji ustawy, z niekompletną oceną skutków ustawy. Nie uzyskano też wymaganych opinii zgodności z unijnymi prawem.
Projekt ustawy nie został upubliczniony w Wykazie Prac Legislacyjnych Rady Ministrów. Za zgodą premiera był procedowany w trybie odrębnym. Oznaczało to, że projekt nie został skierowany do uzgodnień resortowych, nie był też opiniowany przez Radę Legislacyjną przy prezesie Rady Ministrów, Stały Komitet Rady Ministrów, komisję prawniczą, prezesa URE czy jakikolwiek właściwy kompetencyjnie podmiot. Co ważniejsze, nie wskazano też źródeł, z których projektowane zmiany miałyby zostać sfinansowane. NIK zwraca uwagę, że żadna ze spółek obrotu energią nie uczestniczyła w jakiejkolwiek formie w pracach nad pierwotnym projektem ustawy.
28 grudnia 2018 r. Sejm uchwalił tę ustawę, zwaną potocznie ustawą prądową lub ustawą o cenach energii elektrycznej, która weszła w życie 1 stycznia 2019 r. Zmniejszyła ona podatek akcyzowy z 20 zł/MWh do 5 zł/MWh, obniżyła stawki tzw. opłaty przejściowej, wprowadziła mechanizm utrzymania cen energii elektrycznej z pierwszego półrocza 2018 r. do końca 2019 r., przy jednoczesnej wypłacie utraconych przychodów dla przedsiębiorstw obrotu. Wypłatą rekompensat i różnic cen zajmowała się państwowa spółka Zarządca Rozliczeń SA. Pieniądze pochodziły z specjalnego Funduszu Wypłaty Różnicy Ceny. Koszt tych rekompensat wyniósł około 4,5 mld zł.
W ślad za przygotowaniem ustawy nie poszły prace nad rozporządzeniem w sprawie sposobu obliczenia różnicy ceny i rekompensaty finansowej. Zostało ono wydane ponad pół roku później. Prace nad rozporządzeniem rozpoczęły się dopiero po wejściu ustawy w życie a zgodnie z prawem powinno ono zacząć obowiązywać razem z ustawą, na podstawie której jest wydane.
Ustawa obowiązywała niedługo, bo tylko w 2019 r. Mimo to, w tym czasie była czterokrotnie nowelizowana, w tym dwukrotnie ze względu na naruszenie przepisów Unii Europejskiej. Pierwszy raz już po niespełna dwóch miesiącach. Ostatni – w lipcu 2019 r. czyli po pół roku jej obowiązywania. Pierwsze dwie i ostatnia nowelizacje procedowane były jako projekty poselskie. Oznaczało to, że nie przeprowadzono oceny skutków regulacji ani konsultacji z opinią publiczną i zainteresowanymi podmiotami. Trzecia procedowana była przez Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. W ocenie NIK świadczy to nie tylko o nierzetelnym przygotowaniu projektu i kolejnych nowelizacji, ale również o braku przestrzegania zasady stabilności i pewności regulacji prawnych dla podmiotów objętych tymi regulacjami.
Co dała ustawa? W najpopularniejszej taryfie G stosowanej przez gospodarstwa domowe, oszczędności na cenach prądu wyniosły przeciętnie w skali 2019 roku od 109 zł do 305 zł na jedno gospodarstwo. Najwyższa zaoszczędzona kwota przez przedsiębiorcę stosującego tę taryfę wynosiła 127 tys. zł.
Po wygaśnięciu ustawy, czyli po 1 stycznia 2020 r. ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych wzrosły od razu o prawie 20 proc. – czym oczywiście w rządzie PiS nikt się nie przejmował, bo to było już po wyborach parlamentarnych z 2019 r.
Żeby zbadać praktyki podnoszenia cen prądu, NIK skontrolowała Ministerstwo Klimatu i Środowiska, Urząd Regulacji Energetyki, Zarządcę Rozliczeń SA. Kontrola objęła okres od 1 stycznia 2016 r. do 30 czerwca 2020 r.
Strategicznym dokumentem odnoszącym się do spraw energetyki jest u nas Polityka Energetyczna Polski. Po raz pierwszy została ona przyjęta w 2009 r., za rządów Platformy Obywatelskiej. Dziś w naszym kraju na cenę wytwarzania energii elektrycznej główny wpływ mają ceny węgla kamiennego i brunatnego oraz cena uprawnień do emisji CO2.
Uprawnienia do emisji CO2 muszą kupować podmioty, wykorzystujące instalacje emitujące dwutlenek węgla – a więc elektrownie i elektrociepłownie produkujące prąd z węgla i gazu. Do 2018 r. ceny uprawnień nie były zbyt wysokie ze względu na ich dużą podaż. Jednak w kwietniu 2018 r. weszła w życie dyrektywa Parlamentu Europejskiego, która zmieniła system handlu uprawnieniami. Doprowadziło to szybkiego wzrostu cen uprawnień, a w konsekwencji natychmiast zaczęły rosnąć ceny energii na rynku hurtowym.
W I kwartale 2017 r. jedna megawatogodzina kosztowała 160,6 zł, w I kwartale 2020 r. – już 250,9 zł. Za trendami na rynku hurtowym ochoczo podążyły firmy energetyczne, które przygotowały nowe cenniki z taryfami wyższymi nawet o połowę niż w 2018 r.
Warto tu zauważyć, że część tych podwyżek mogła być świadomym nadużyciem i wykorzystywaniem dominującej pozycji rynkowej. Wysokość cen energii na rynku hurtowym i detalicznym próbował monitorować szef Urzędu Regulacji Energetyki. Podejrzewając nielegalne praktyki, przeprowadził dwa postępowania wyjaśniające. W ich wyniku do prokuratury zostały złożone dwa zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa manipulacji na rynku, po których prokuratura wszczęła dochodzenie.
W sumie, w latach 2016 – 2020 do prezesa URE wpłynęło dziewięć zawiadomień o możliwych manipulacjach cenami. Skierowano trzy powiadomienia do prokuratury. Wpłynęło także 21 sygnałów od innych podmiotów. Część z nich też skończyła się powiadomieniami o podejrzeniu przestępstwa. Wszystkie te sprawy utkwiły jednak w martwym punkcie.

Gospodarka 48 godzin

Sezon z bonem
Ponad 170 tys. płatności i 124 miliony złotych trafią na konta przedsiębiorców turystycznych po długim czerwcowym weekendzie. To wynik korzystania przez spragnionych odpoczynku Polaków z Polskiego Bonu Turystycznego. Liczba aktywowanych bonów na dzień 7 czerwca wyniosła już około 1,6 mln, a tylko w czasie tegorocznego maja, wliczając w to długi czerwcowy weekend, zapłacono nimi ponad 170 tys. razy. Natomiast z puli wszystkich aktywowanych dotychczas bonów turystycznych Polacy wykorzystali już około 440 milionów złotych. Z tego wsparcia skorzystało dotychczas około 18 tys. podmiotów turystycznych. Najwięcej oczywiście z województw, do których chętnie wyjeżdżamy na odpoczynek – czyli z małopolskiego, pomorskiego, zachodniopomorskiego i dolnośląskiego. Tam zarejestrowało się najwięcej podmiotów obsługujących płatności Polskim Bonem Turystycznym. Przedsiębiorcy, którzy zdecydowali się na przystąpienie do programu bonowego, mogli w tym czasie liczyć na realne wsparcie i zyski. Płatność zrealizowana za pomocą Polskiego Bonu Turystycznego jest wypłacana przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych w ciągu 14 dni od dnia realizacji na rachunek podany podczas rejestracji podmiotu. Bardzo wiele polskich rodzin planuje spędzenie wakacji w kraju i skorzystanie z Polskiego Bonu Turystycznego. Jest to szansa dla przedsiębiorców na uszczknięcie jakiejś kwoty z ponad 3,5 mld zł złotych dostępnych wciąż w ramach tego programu. Tym bardziej, że bony na około 900 mln zł już zostały aktywowane ale jeszcze nie wykorzystane przez beneficjentów programu. Bon może służyć do opłacania usług turystycznych aż do czasu wyczerpania jego wartości. Jeśli kwota danej usługi jest wyższa niż przysługująca w ramach bonu, klient może sam dopłacić różnicę. Obiekty, które zachęcają turystów możliwością płacenia bonem turystycznym, mogą też teoretycznie liczyć na dodatkowe wpływy, wynikające z tytułu dłuższych pobytów czy korzystania przez turystów z dodatkowych atrakcji, na które bez bonu może nie mieliby pieniędzy. – Obserwujemy systematyczny wzrost liczby aktywowanych bonów. Polacy planują już wakacyjne wyjazdy, wielu z nich zdecydowało się na wyjazd jeszcze w maju i na długi czerwcowy weekend. Poziom wykorzystania bonów podczas tego weekendu pokazuje, że zainteresowanie wypoczynkiem w Polsce i wykorzystaniem bonu nie słabnie. Nadchodzące lato może zatem być czasem rodzinnych podróży z Polskim Bonem Turystycznym – mówi Anna Salamończyk-Mochel, wiceprezes Polskiej Organizacji Turystycznej. Firmy mogą zgłaszać się do programu Polskiego Bonu Turystycznego przez cały okres jego trwania. W tym celu trzeba wpisać się na listę prowadzoną przez POT, za pośrednictwem Platformy Usług Elektronicznych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Obecnie w tej bazie jest ponad 23 tys. firm.

Truskawkowe pola
Zbiory truskawek w Polsce w tym roku powinny wynieść 170 – 180 tys. ton, czyli ukształtują się na poziomie zbliżonym do osiąganego w poprzednich latach – ocenia Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Truskawkom nie zaszkodziła długa i śnieżna zima, uprawy są nawodnione, a wysokie temperatury przyspieszą wysyp owoców i mogą dodać im słodyczy. Również ceny skupu są na przyzwoitym poziomie i w zależności od przeznaczenia i rodzaju owocu wahają się od 2,1 do nawet 7 zł za kilogram. Mimo to nasi rolnicy tradycyjnie narzekają na nieopłacalność i mówią o zaoraniu plantacji. Polska jest ósmym producentem truskawek na świecie.

Zapomnijmy o mieszkaniach dla mniej zamożnych

W polityce mieszkaniowej „Polskiego Ładu” zawarto nietrafione propozycje, pogłębiające negatywne tendencje na tym rynku.
Cele i sposoby ich osiągania, postulowane w „Polskim Ładzie” i obecne w uprawianej od 2016 roku polityce mieszkaniowej rządu, mają wspólną cechę: nietrafiony dobór instrumentów. Nie tylko nie zapewniają realizacji zadanych celów, ale pogłębiają negatywne tendencje na rynku mieszkaniowym.
Program Mieszkanie+ mający udostępnić dach nad głową rodzinom, których nie stać na zakup mieszkania, zakończył się budową mieszkań o czynszach zbliżonych do rynkowych. „Polski Ład’ to odwrót od niezrealizowanego priorytetu polityki mieszkaniowej, aby wspierać mieszkania na wynajem o umiarkowanych czynszach – i powrót celu realizowanego w latach 2007-2015 czyli zwiększenia dostępności do własnego mieszkania – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Zaproponowane w programie rozwiązania mają przede wszystkim charakter popytowy, a ich efektem będzie przede wszystkim wzrost cen budowy mieszkań. Innym negatywnym skutkiem będzie rozlanie się miast i ekstensywna, generująca wysokie koszty realizacja infrastruktury technicznej i społecznej.
Program „Mieszkanie+ zakończył się klęską: mieszkań na wynajem (o wysokich czynszach, nieatrakcyjnych dla rodzin uboższych) powstało niewiele więcej niż 1 tys. Za to radykalnie wzrosła liczba budowanych mieszkań własnościowych (bardzo niska stopa oprocentowania kredytu). Dobrane instrumenty nie uwzględniły potrzeb i możliwości 60 proc. gospodarstw domowych (przede wszystkim młodych). Przeciwnie, zwiększony popyt na mieszkania przełożył się na wzrost cen (pogłębiając przy tym brak wiarygodności kredytowej rodzin niezamożnych), a niedobór mieszkań nie zmniejszył się.
I co w tej sytuacji proponuje nowy program zawarty w „Polskim Ładzie’? Odwrót od deklarowanego (ale i tak przecież nie stosowanego) priorytetu mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach. W zamian wracamy do celu realizowanego w latach 2007-2015 czyli – przede wszystkim – zwiększenia dostępności własnego mieszkania.
Proponowane instrumenty to pomoc w uzyskaniu wiarygodności kredytowej (gwarancja do kredytu na wkład własny) oraz dofinansowanie wkładu własnego dla rodzin wielodzietnych. I dodatkowo, ułatwienie budowy domów o wielkości zabudów do 70 metrów kwadratowych o płaskich dachach – możliwej bez pozwolenia, kierownika i książki budowy, a jedynie na podstawie zgłoszenia. Dodatkowo, przewiduje się dofinansowanie partycypacji do budownictwa TBS – a więc mieszkań na wynajem.
Proponowane w „Polskim Ładzie” rozwiązania mają przede wszystkim charakter popytowy – wspierają wzrost popytu (gwarancje kredytowe, dotacje na wkład własny). Efektem będzie przede wszystkim wzrost cen realizacji mieszkań, tym groźniejszy, że nałoży się na silny od 4 lat trend wzrostowy – wskazuje TEP. Powtórzy się sytuacja z lat 2010 – 2015, kiedy pomoc finansowa w postaci dopłaty do stopy oprocentowania kredytów mieszkaniowych (Rodzina na Swoim, Mieszkanie dla Młodych) w znaczącej części przełożyła się na wyższe ceny materiałów budowlanych czy też ceny mieszkań oferowanych przez deweloperów.
Projektowane rozwiązanie budowy budynków jednorodzinnych o powierzchni zabudowy do 70 m. kw. bez pozwolenia, kierownika i książki budowy, a jedynie na podstawie zgłoszenia nie uruchomi mechanizmu na tyle zwiększającego podaż mieszkań, aby skutecznie wyhamować wzrost cen. Niesie natomiast za sobą inne zagrożenie – rozlania się miast i ekstensywnej, generującej wysokie koszty realizacji infrastruktury technicznej i społecznej – podkreśla TEP. Wymuszony, wynikowy sposób urbanizacji w zestawieniu z kosztami jej ucywilizowania – obowiązujące i postulowane standardy urbanizacji – spowodują znaczący wzrost kosztów rozwoju miast, miasteczek i wsi.
W rezultacie, rozwiązanie uwalniające od konieczności uzyskania pozwolenia na budowę, które miało uradować potencjalny elektorat, prowadzić może do swobodnej budowy swoistych slumsów 70 – metrowych klocków. Budowa infrastruktury towarzyszącej nie nadąży bowiem za podażą nowych mieszkań, a standardy urbanistyczne nie zostaną dotrzymane.
Gwarantowany przez państwo wkład własny biorących kredyt hipoteczny dostępny ma być dla osób od 20 do 40 roku życia, które nie posiadają wiarygodności kredytowej – nie są w stanie wywiązać się z warunku posiadania wkładu własnego w wysokości żądanej przez bank. Zagraża to uruchomieniem kolejnej (obok kredytów frankowych) pułapki popytowej na rynku mieszkaniowym.
Młode osoby bez wiarygodności kredytowej zachęca się do przyjęcia prezentu w postaci dostępności do własności nawet niewielkiego budynku mieszkaniowego (70 m.kw. zabudowy) zlokalizowanego na, siłą rzeczy tanich, nie uzbrojonych w infrastrukturę techniczną i społeczną gruntach. Funduje się im tym samym trudne życie – trudny dostęp do żłobków, przedszkoli, szkół, ośrodków zdrowia, brak kanalizacji, transportu publicznego, ośrodków kultury. A także naraża na potencjalną utratę zdolności do spłaty kredytu, a cały system bankowy – na utratę stabilności.
Wydaje się, że określenie tego, co dzieje się na rynku mieszkaniowym jako „ład mieszkaniowy” to smutny oksymoron, a przymiotnik polski ma tu znaczenie niwelujące. Jest zatem nadzieja, że powyższe czarnowidztwo nie sprawdzi się.
I tak, nie powstanie tyle małych, o płaskich dachach domków, a proces rozlewania się miast będzie przebiegał wolniej – projektowane 150 tys. zł gwarancji dla wkładu własnego okaże się bowiem zbyt małą (w świetle rosnących cen nieruchomości) kwotą, by licząca się grupa gospodarstw domowych mogła skorzystać z tej formy wsparcia wejścia w posiadanie własności nieruchomości. Tym samym dofinansowanie przez państwo budowy mieszkań społecznych stanie się głównym instrumentem dochodzenia do dachu nad głową. Wrócimy zatem do tak potrzebnego priorytetu mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach.