Ceny idą w górę

Inflacja, „zainfekowana” koronawirusem, straszy coraz bardziej.

Lutowe dane o dynamice inflacji wskazują na kontynuację wzrostu cen w polskiej gospodarce. Wskaźnik CPI (indeks zmiany cen towarów i usług konsumpcyjnych) osiągnął wartość 4,7 proc., ceny usług rosną już o 6,4 proc. w ujęciu rok do roku, natomiast ceny towarów o 4,1 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Drożejąca żywność oraz niektóre rodzaje usług (wywóz śmieci, usługi transportowe) od początku roku są wyraźnie wyższe niż w ubiegłym roku. Spadające ceny paliw oraz odzieży nie są w stanie zamortyzować wzrostu cen w innych kategoriach wskaźnika CPI.
Efekt koronawirusa będzie widoczny w marcowych danych o inflacji. Z jednej strony będą to potencjalne wzrosty cen produktów, na które zgłaszany jest największy popyt, z drugiej strony ceny usług oraz paliw będą sprzyjały mniejszej presji cenowej przynajmniej w najbliższym okresie. Maksymalną wartość w tym roku dynamika inflacji osiągnie zapewne w marcu. Nie można wykluczyć, że będzie to dynamika zbliżona lub przewyższająca 5 proc. w skali roku.
Wzrost inflacji do 4,7 proc. w lutym jest najwyższy od listopada 2011 roku. Jest to zarazem kolejny miesiąc kontynuacji wzrostowej tendencji zarówno cen usług, jak i towarów. Tylko w lutym ceny usług wzrosły o 1,1 proc. w stosunku do stycznia br., a ceny towarów o 0,5 proc. Jak zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, po wzroście miesięcznej dynamiki inflacji w styczniu o 0,9 proc., w lutym miesięczna dynamika wzrostu cen nadal był wysoka i wyniosła 0,7 proc.
Wpływ na to miały wzrosty cen nośników energii i w konsekwencji wyższe ceny użytkowania mieszkania (0,28 pkt. proc. wkładu do lutowego wzrostu cen), żywności (0,21 pkt. proc.) oraz napojów alkoholowych i wyrobów tytoniowych (0,10 pkt. proc.). W lutym spadały ceny odzieży i obuwia, co nieznacznie amortyzowało inne wzrosty cen (obniżyło do wskaźnik CPI o 0,06 pkt. proc.). W lutym spadały ceny paliw do prywatnych środków transportu (o 1,5 proc.). Fakt ten przyczynił się do niższych cen transportu (0,04 pkt. proc. wkładu do wskaźnika CPI).
Jak jednak widać, niższe ceny paliw nie są w stanie w sposób znaczący wpłynąć na zahamowanie wzrostowych cen usług i towarów w innych kategoriach. Przy okazji, na uwagę zasługuje również fakt wzrostu cen usług transportowych, które są niezależne od cen paliw, w lutym wzrosły one o 4,0 proc. w stosunku do stycznia bieżącego roku.
Ceny żywności w ujęciu rocznym rosną już o 8,1 proc. r/r. Tylko w lutym ceny warzyw wzrosły o 2,3 proc. w stosunku do stycznia bieżącego roku, a pieczywa o 2 proc. Zmiana cen w tych kategoriach przekłada się na odczucie drożyzny przez konsumentów. Ponadto, wzrost akcyzy wpłynął w lutym na wzrost cen wyrobów tytoniowych (miesięczny wzrost o 2,4 proc.) oraz cen wyrobów alkoholowych (wzrost o 1,4 proc.).
Należy również zauważyć, że ceny wywozu śmieci nadal rosną, w lutym był to wzrost o 5,4 proc., w ujęciu rocznym o 50,6 proc. a w stosunku do grudnia 2019 r. o 21,9 proc.
W kolejnych miesiącach wzrosty cen w niektórych kategoriach towarów będą kontynuowane z uwagi na gwałtowny wzrost popytu na żywność. Ceny żywności (najważniejsza składowa wskaźnika CPI), pozostają dużą niewiadomą, trudno jednak w aktualnej sytuacji oczekiwać spowolnienia dynamiki wzrostu cen w tej kategorii. Efekty wyższej akcyzy powinny mieć charakter gasnący, ustabilizować się powinny również ceny wywozu śmieci. Niższe ceny paliw wyraźniej niż w lutym będą hamowały wzrostową dynamikę CPI.
Ponadto w marcowych danych powinniśmy zaobserwować już efekt obniżek cen w sektorze usługowym (kina, restauracje, hotele). Nie możemy jednak wykluczyć, że inflacja w ujęciu rok do roku w kolejnym miesiącu przekroczy 5 proc., co jednocześnie powinno być najwyższą wartością w tym roku – uważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W kolejnych miesiącach dynamika inflacji powinna się utrzymywać wyraźnie powyżej 4 proc.
Zauważmy również, że opublikowane przez GUS dane o inflacji za styczeń i luty bazują na nowym, weryfikowanym corocznie, koszyku zakupowym konsumentów – podkreśla TEP. Z tego też powodu dane CPI nieznacznie różnią się od tych, które były publikowane w lutym.
Coroczna zmiana systemu wag przyniosła nieco zaskakujące zmiany w strukturze konsumpcji. Kolejny już rok rośnie udział żywności i napojów bezalkoholowych w łącznych wydatkach konsumpcyjnych gospodarstw domowych (z 24,89 proc. do 25,24 proc.). W odniesieniu do tej kategorii wydatków, wraz z rosnącym dochodem do dyspozycji, należałoby oczekiwać malejącego udziały wydatków na żywność. Dynamika cen żywności jest jednak na tyle wysoka, że nie pozwala na wyraźniejsze zmiany w strukturze wydatków konsumpcyjnych. Rośnie jednak udział wydatków na rekreacje i kulturę, a ponadto na łączność i zdrowie.

Życie na niskiej stopie

Nasza gospodarka potrzebuje w tej chwili płynności, przewidywalności i zapanowania nad rosnącymi cenami żywności, a nie obniżania stóp procentowych.
Prezes Narodowego Banku Polskiego i jednocześnie przewodniczący Rady Polityki Pieniężnej prof. Adam Glapiński, uważa, że obniżenie stóp procentowych nie zwiększy popytu, ani nie wpłynie na podaż – lecz zmniejszy obciążenia przedsiębiorstw i gospodarstw domowych.
Ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 r. o NBP mówi: Podstawowym celem działalności NBP jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej rządu (o ile nie ogranicza to podstawowego celu NBP).
Popatrzmy zatem na inflację w ostatnich trzech miesiącach (tabelka). Bez wątpienia RPP i NBP mają co robić, ale na pewno nie jest to obniżanie stóp procentowych. Gdy Główny Urząd Statystyczny poda dane o zmianach cen w marcu, to będą to wartości jeszcze wyższe, szczególnie w grupie „żywność”, ale także w grupie „zdrowie” (tak usługi, jak i wyroby farmaceutyczne) oraz w grupie „użytkowanie mieszkania”.
Zgodnie z nowym systemem wag, udział tych grup towarów i usług w przeciętnych wydatkach gospodarstw domowych to ok. 36 proc. A w wydatkach gospodarstw domowych o niskich dochodach rozporządzalnych to zdecydowanie więcej, co najmniej 70-80 proc. – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Jeżeli NBP ma realizować swój ustawowy cel – utrzymanie stabilnego poziomu cen, to na pewno obniżaniem stóp procentowych nie uda mu się tego zrobić. Jeżeli natomiast NBP chce wspierać politykę gospodarczą rządu, nie ograniczając możliwości realizacji swojego podstawowego celu (utrzymanie stabilnego poziomu cen), to obniżenie stóp procentowych i w tym przypadku nie pomoże.
NBP i RPP znalazły się w tej chwili w sytuacji, w której żadna ich decyzja nie pozwala na realizację ustawowego, nawet szeroko ujętego, celu. Nie są w stanie utrzymać stabilnego poziomu cen (określonego przez cel inflacyjny i możliwe odchylenia od niego). Nie są także w stanie pomóc gospodarce, przedsiębiorstwom i gospodarstwom domowym.
To co jest dzisiaj potrzebne przedsiębiorstwom, to zapewnienie gotówkowej płynności finansowej. Nawet jeżeli banki komercyjne obniżą firmom koszt kredytu, to będzie to „dużo za mało” w stosunku do ich płynnościowych potrzeb. Szczególnie w grupie firm mniejszych. Tu potrzebne jest zawieszanie i odsuwanie spłat kredytów i odsetek w czasie, uwalnianie środków trzymanych na kontach VAT-owskich, odsuwanie w czasie płatności zobowiązań wobec Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i urzędów skarbowych, wsparcie z Funduszu Pracy przedsiębiorstw w wypłatach wynagrodzeń – i wiele, wiele innych działań z obszaru polityki gospodarczej.
Poza tym, obniżenie stóp procentowych wcale nie oznacza obniżenia kosztów kredytu. Rośnie bowiem ryzyko niespłacalności kredytów i banki, będące dysponentami depozytów swoich klientów, muszą ten wzrost ryzyka wziąć pod uwagę w wycenie kosztu pieniądza dla przedsiębiorstw, szczególnie tych mniejszych. Tym bardziej, że ryzyko niewypłacalności części firm, które są kredytobiorcami, będzie się niestety materializowało. A to oznacza zmniejszenie zdolności banków do dostarczania kapitału gospodarce. Obniżenie stóp procentowych może zatem zadziałać na gospodarkę przeciw skutecznie.
Z punktu widzenia gospodarstw domowych, obniżenie stóp procentowych też nie będzie miało oczekiwanej przez Prezesa NBP skuteczności – czyli zmniejszenia ich obciążeń finansowych. Koszt kredytu to nie tylko bowiem oprocentowanie, ale także opłaty, prowizje, czy ubezpieczenie, którego cena może silnie wzrosnąć w wyniku wzrostu ryzyka niespłacalności kredytów.
W efekcie koszt kredytu będzie wyższy, mimo obniżenia przez RPP stóp procentowych. Poza tym wiele gospodarstw domowych, szczególnie tych o niższych dochodach, zadłuża się nie w systemie bankowym, a w firmach pożyczkowych, gdzie rzeczywista roczna stopa oprocentowania jest znacznie wyższa niż w bankach komercyjnych.
Obniżenie stóp procentowych nie zmniejszy zatem w sposób istotny obciążeń tych gospodarstw domowych, które tego najbardziej potrzebują. Tu także, podobnie jak w przypadku przedsiębiorstw, potrzebna jest możliwość przesuwania spłat zobowiązań pożyczkowych i kredytowych w czasie.
Ale najważniejsze z punktu widzenia gospodarstw domowych jest utrzymanie zatrudnienia, a tym samym utrzymanie dochodów. A tu sytuacja zaczyna być coraz trudniejsza. To na tym trzeba skupić uwagę – i uruchomić w ramach polityki gospodarczej, działania zapewniające utrzymanie jak najwyższego poziomu zatrudnienia, oraz zapewnić możliwość otrzymywania przez pracowników wynagrodzeń. Obniżenie stóp procentowych przez RPP o 0,25 pp, 0,5 pp, czy nawet 1 pp. tego nie zapewni.
Zapanowanie nad sytuacją na rynku pracy jest szczególnie ważne z punktu widzenia rosnących w bardzo szybki sposób kosztów życia. W styczniu i lutym 2020 r. ceny żywności wzrosły o ponad 8 proc. rok do roku. W marcu ten wzrost był co najmniej na tym samym poziomie, bo wszyscy w panice rzucili się do robienia zakupów.
Zresztą, już w 2019 r. (a także wcześniej) ceny żywności rosły dużo szybciej niż inflacja ogółem (w 2019 r. inflacja wyniosła 2,3 proc., podczas gdy ceny żywności wzrosły o 5,3 proc.) – przypomina Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Gdzie była Rada Polityki Pieniężnej, gdy jej decyzje mogły ograniczyć rosnącą inflację, i chociaż w jakiejś części ograniczyć dynamikę cen żywności – bowiem jej wzrost to nie tylko efekt czynników zewnętrznych, niezależnych od decyzji RPP?.
Za przeciętny koszyk zakupów musimy płacić o 4,7 proc. więcej niż rok wcześniej w lutym. A gospodarstwa domowe o najniższych dochodach rozporządzalnych, nawet o 7-8 proc. więcej.
Tak, wiem, wiem, Bank Anglii i amerykański FED obniżyły już stopy procentowe, a FED dodatkowo zapowiedział uruchomienie kolejnej fazy luzowania ilościowego, mając zamiar wprowadzić do systemu finansowego ok. 700 mld dolarów. Ale ustawowym celem FED jest nie tylko zapewnienie stabilności cen, ale także zapewnienie wysokiego poziomu zatrudnienia i dążenie do stabilnego wzrostu gospodarczego.
W Polsce, powtórzę to raz jeszcze, podstawowym celem działalności NBP jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej rządu – o ile nie ogranicza to wspomnianego, podstawowego celu NBP. Obniżenie stóp procentowych przez RPP nie jest realizacją ani celu głównego, ani wspieraniem polityki rządu. Może dać wręcz odwrotne efekty od oczekiwanych.

Czy wskaźniki będą prawdziwsze?

Główny Urząd Statystyczny poprawia metody zbierania informacji o cenach artykułów konsumpcyjnych.

Trudno może uważać to za sukces, do którego doszło wyłącznie na skutek działań lewicowej prasy, ale nie ulega wątpliwości, że to właśnie „Trybuna” oraz „Przegląd”, jako chyba jedyne pisma w Polsce, za sprawą wyżej podpisanego opublikowały parokrotnie artykuły, poddające w wątpliwość wiarygodność obliczania cen przez Główny Urząd Statystyczny.
Wskaźniki cen prezentowane przez GUS wydawały się bowiem zaniżone w porównaniu z tym, co pokazywały doświadczenia Polaków i stan ich portfeli. Podstawowy powód zgłaszanych obiekcji, to zbyt mała próba i nie do końca właściwy wybór placówek, w których GUS badał ceny.
Aby lepiej pokazywać rzeczywistość
I oto, kilka miesięcy po wspomnianych publikacjach, nastąpił efekt: GUS oficjalnie poinformował, że zmienił (zaktualizował) założenia służące do obliczeń wskaźników cen artykułów konsumpcyjnych w 2020 r. Zmienił je w ten sposób, by zwiększyć ich reprezentatywność, czyli stopień odzwierciedlenia faktycznych zmian cen. Jak słusznie tłumaczy GUS, jednym z kluczowych kryteriów jakości badania cen konsumpcyjnych jest zachowanie reprezentatywności próby, czyli dostosowanie badania do zmieniających się uwarunkowań zewnętrznych i wewnętrznych. Konieczne jest stałe uwzględnianie wielu czynników, które warunkują kształt próby stosowanej w badaniu”.
No właśnie. A problemem, poruszonym w „Trybunie” i „Przeglądzie” było to, iż zbyt mało jest tych czynników, uwzględnianych przez GUS w badaniu cen. Dziś GUS podkreśla, że określając wskaźniki wzrostu cen trzeba brać pod uwagę m. in. zmiany zachowań konsumentów, struktury sprzedaży detalicznej, dostępności nowych źródeł danych, zalecenia Eurostatu (urzędu statystycznego Unii Europejskiej) – a także nowelizowanie wymogów prawnych oraz „proces redukcji obciążeń ankieterów”.
Przekładając te ostatnie słowa z języka GUS-owskiego na ludzki, oznacza to, iż nadmiernie obciążeni ankieterzy, badający zbyt wiele placówek handlowych w ciągu dnia, mają skłonność do pobieżnego wykonywania swej pracy i niezbyt rzetelnego sprawdzania cen. GUS wskazuje też, że działaniem, które ma zapewnić odpowiednią reprezentatywność zmiennych podlegających badaniu, jest coroczna weryfikacja próby.
Badania na szerszej próbie
Sieć ankieterów, podobnie jak w 2019 r., gromadzi ceny i informacje o wybranych towarach i usługach w 207 rejonach badania, obejmujących teren całego kraju. W sposobie obliczania cen przez GUS wprowadzono jednak szereg zmian. Przede wszystkim, następuje aktualizacja listy badanych punktów handlowych, co jak podaje GUS, powinno lepiej niż dotychczas odzwierciedlać ofertę rynkową artykułów konsumpcyjnych. Chodzi zwłaszcza o odzież, alkohole, sprzęt RTV i AGD. Można oczekiwać, że z listy ostatecznie wypadną punkty o marginalnym znaczeniu, coraz rzadziej odwiedzane przez klientów. Zwiększono także zakres obserwowanych taryf cen gazu ziemnego i gazu miejskiego.
Nieco zmienia się sposób zbierania danych o cenach nowych samochodów osobowych. Uzupełnieniem informacji gromadzonych przez sieć ankieterów stają się dane pozyskiwane ze stron internetowych.
Bardzo ważne jest to, że wreszcie następuje zwiększenie badanej bazy sprzedaży wielu produktów. Oznacza to, że wskaźniki wzrostu cen będą ustalane na podstawie danych zbieranych w liczniejszej niż dotychczas grupie punktów sprzedaży. GUS podaje, że zwiększenie próby badawczej obejmuje między innymi ceny dań gotowych, artykułów użytku domowego, usług związanych z prowadzeniem gospodarstwa domowego, jednośladów silnikowych, opłat za przejazdy, telefonów komórkowych, usług fryzjerskich.
GUS nie ujawnia natomiast, o ile konkretnie większa stała się liczba badanych placówek handlowych. Oczywiste jest jednak, że nie można mówić o wiarygodnym odzwierciedlaniu skali wzrostu cen, jeśli ankieterzy zatrudnieni przez wojewódzkie urzędy statystyczne, tak jak dotychczas zbierają co miesiąc dane tylko z niespełna 35 tys. miejsc w całym kraju (sklepy duże i małe, bary i restauracje, placówki usługowe, bazary itp.), podczas gdy w Polsce jest prawie 360 tys. sklepów, nie mówiąc o innych miejscach sprzedaży towarów i usług (jak np. internet). Ceny są więc badane tylko w bardzo niewielkiej części punktów handlowych na terenie kraju.
Pytanie natomiast, czy na większą dokładność wskaźników wpłynie to, że ankieterzy nie będą już zbierać danych o zmianach cen paliw prywatnych środków transportu na wybranych stacjach benzynowych, tak jak dotychczas?. Teraz do obliczania cen tych paliw mają służyć wyłącznie dane pochodzące od zarządców i dysponentów stacji. A przecież, wydaje się, że najdokładniejszych informacji o ruchu cen dostarczają liczby na ekranach świetlnych, stojących przy prawie każdej stacji. No, chyba, że pokazywane tam cyfry mają się nijak do cen pokazywanych na dystrybutorach…
Także i w przypadku wskaźników cen usług ubezpieczeniowych oraz cen mieszkań i domów mieszkalnych, dane pozyskiwane przez ankieterów mają być uzupełniane danymi pochodzącymi od firm sprzedających ubezpieczenia, domy i mieszkania.
Wiarygodność musi kosztować
Każde rozszerzenie próby badawczej jest oczywiście poważnym i kosztownym wyzwaniem logistycznym. Z drugiej jednak strony, należy dążyć do tego, by wskaźniki podawane przez GUS można było uznawać za w miarę wiarygodne źródło wiedzy o ruchu cen – choć oczywiście stuprocentowej pewności nie uzyska się nigdy. Tak jak i wiary polskiego społeczeństwa w to, że dane podawane przez GUS są zawsze zgodne z rzeczywistością.
Szefowie GUS nie od dziś zauważają niezbyt wielkie zaufanie Polaków do wyliczeń cen podawanych przez urząd. Stwierdzają więc: „Wynik pomiaru wzrostu cen konsumpcyjnych wyrażony wskaźnikiem nigdy nie będzie odpowiadał społecznemu odczuciu. Składa się na to wiele przyczyn, zarówno obiektywnych, jak i subiektywnych. Najważniejszą z nich jest przeciętny charakter wskaźnika, pomiar odnoszący się do dużych zbiorowości, różniący się od sytuacji poszczególnych gospodarstw domowych czy rodzin”.
Inną przyczyną rozmijania się wskaźników z rzeczywistością mogą być niezbyt dogłębne badania budżetów gospodarstw domowych – tym bardziej, że tam wynik zależy tylko od tego, co zechcą powiedzieć osoby prowadzące te gospodarstwa. „Jakość zebranych danych od gospodarstw domowych w tym badaniu ma istotny wpływ na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych” – zauważa więc słusznie GUS. Główny Urząd Statystyczny informuje także, że: „Prowadzone są intensywne prace o charakterze badawczo-rozwojowym, np. dotyczące analizy możliwości zastosowania nowej metodyki dla alternatywnych formuł indeksów cen, które w połączeniu z toczącą się aktualizacją wytycznych międzynarodowych, mogą przełożyć się na zmiany w sposobie prowadzenia badań cen w GUS”.
Wprawdzie dość trudno to zrozumieć, ale można odnieść wrażenie, iż GUS deklaruje, że chce badać ceny rzetelniej niż dotychczas. Z czego należy się tylko cieszyć.

Wzrost cen zjada nasze dochody

Styczniowej inflacji nie można bagatelizować. Rośnie ona najszybciej od grudnia 2011 r.

Po grudniowym, nieoczekiwanie wysokim wzroście inflacji (do 3,4 proc.), dane ze stycznia potwierdzają kontynuację wzrostu cen. Jest to głównie efekt wyższych cen żywności oraz cen związanych z utrzymywaniem mieszkań. Wysoki wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych w ujęciu miesięcznym (o 0,9 proc.) w połączeniu ze spadkiem cen przed rokiem, spowodował wyjątkowo wysoki wzrost cen, bo o 4,4 proc. w ujęciu rocznym.
Członkowie Rady Polityki Pieniężnej są w coraz trudniejszej sytuacji. Wysoka dynamika cen produktów i usług konsumpcyjnych może utrwalić wysokie oczekiwania inflacyjne i przyczynić się do dłuższego utrzymywania się inflacji powyżej celu banku centralnego – ocenia Towarzystwo Ekonomistów Polskich. W takiej sytuacji konieczne jest odpowiednie dostosowanie komunikatów RPP oraz branie pod uwagę możliwości podwyżek stóp procentowych w przypadku braku spadku dynamiki inflacji po pierwszym kwartale tego roku. Styczniowej inflacji nie można bagatelizować!
Przed publikacją danych o grudniowej inflacji można było się spodziewać silniejszego impulsu inflacyjnego z uwagi na możliwość kontynuacji wzrostu cen żywności oraz wzrost cen administracyjnych. W ubiegłym roku tego rodzaju zjawiska występowały w ograniczonej formie, a inflacja w ujęciu miesięcznym spadała. Niemniej jednak, mając na uwadze skalę miesięcznego wzrostu cen w grudniu ubiegłego roku, styczniowy, miesięczny wzrost cen jest wyjątkowo duży, najwyższy od 2011 roku.
Początek roku zazwyczaj obfituje w podwyżki cen administracyjnych, w tym energii, wywozu śmieci itp. Tak było i w tym roku.
Wzrost cen z tytułu użytkowania mieszkań (głównie efekt wzrostu cen energii) wyniósł w ujęciu miesięcznym 2,3 proc.
Oprócz tego kontynuowany jest oczekiwany wcześniej wzrost cen w kategorii żywność, napoje oraz wyroby tytoniowe (wzrost o 1,7 proc.).
Czynnikiem powstrzymującym silniejszy wzrost wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych były ceny transportu, co jest efektem stabilizacji cen paliw w pierwszych tygodniach tego roku.
Miesięczne wzrosty cen przy jednoczesnym spadku cen w ubiegłym roku dały w efekcie bardzo wysoki wzrost inflacji w ujęciu rok do roku, aż o 4,4 proc., co jest najwyższym wynikiem od grudnia 2011 roku.
Należy podkreślić, że dane podane przez Główny Urząd Statystyczny nie obejmują wszystkich komponentów wzrostu cen z uwagi na to, że w przyszłym miesiącu podane zostaną szczegółowe dane w oparciu o zrewidowany „koszyk konsumpcyjny”. Ostateczne dane o dynamice cen towarów i usług konsumpcyjnych w styczniu mogą zatem nieznacznie się różnić od tych, którymi aktualnie dysponujemy. Wstępne wyniki styczniowej dynamiki tych cen mogą również świadczyć o możliwości kontynuowania wzrostowej tendencji inflacji bazowej, kluczowego dla RPP wskaźnika, w kontekście prowadzenia polityki pieniężnej.
Wysokość styczniowej inflacji stwarza spory problem członkom RPP. Jak już wielokrotnie wspominaliśmy w komentarzach dotyczących inflacji i działań RPP, w sytuacji rosnącej inflacji członkowie RPP powinni w odpowiedni sposób dostosowywać swoją strategię informacyjną do nowej sytuacji – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Można zrozumieć, że część członków RPP jest przekonana do tymczasowości wyższej inflacji oraz braku konieczności zmiany stóp procentowych. W sytuacji z jaką jednak mamy do czynienia konieczne jest odejście od aktualnego stylu komunikowania, na rzecz bardziej restrykcyjnej retoryki. Tylko w ten sposób można wpływać na zakotwiczenie oczekiwań inflacyjnych (o czym pisaliśmy w styczniowym komentarzu dotyczącym inflacji w grudniu 2019 r.).
Utrzymywanie neutralności lub wręcz zapowiadanie możliwości obniżek stóp procentowych jest niebezpieczne, w kontekście możliwości utraty wiarygodności przez władze monetarne.

Życie z drogim prądem

Za energię Polacy płacą coraz więcej, więc zrozumiałe, że są niezadowoleni. Rząd PiS, postępując tak, jak robiła władza „za komuny” zaczął więc obiecywać rekompensaty (oczywiście nie wszystkim).

W bieżącym roku płacimy drożej za prąd. Jaka jest rzeczywista skala podwyżek cen dla obywateli, tego dokładnie nie wiadomo.
Informują o tym same firmy energetyczne i naturalnie starają się podawać jak najmniejsze wysokości nowych stawek. O ile już zdrożał prąd naprawdę? Trudno powiedzieć.
Samodzielnie też nie da się obliczyć, jaka powinna być wysokość naszego rachunku. Firmy energetyczne rozmyślnie bowiem prezentują tak zawiłe wzory obliczania należności za prąd, aby nikt nie był w stanie ich zrozumieć.
Również i Urząd Regulacji Energetyki chyba dokładnie nie wie jakie są tegoroczne podwyżki, bo nie podaje ich średniej skali procentowej.
12 procent czy więcej?
W każdym razie, w obiegu publicznym funkcjonuje informacja, że prąd dla osób fizycznych zdrożał w tym roku średnio o ok. 12 proc. Firmy energetyczne podają więc liczby zbliżone do dwunastki.
Podobnie czyni i niemiecka firma Innogy, która również mówiła o 12-procentowej podwyżce cen energii. W jej przypadku Urząd Regulacji Energetyki nawet nie bardzo ma szanse, by przymierzyć się do zbadania wysokości podwyżek wprowadzanych przez tę firmę.
Niemiecka prywatna Innogy jest traktowana przez polskie władze w uprzywilejowany sposób. Nie musi przedstawiać swoich cenników do zatwierdzenia Urzędowi Regulacji Energetyki, w odróżnieniu od czterech państwowych firm energetycznych (Enei, Energi, Polskiej Grupy Energetycznej i Taurona). I oczywiście Innogy korzysta ze swej uprzywilejowanej pozycji.
Tak więc, wspomniane cztery polskie firmy państwowe muszą uzyskać zgodę URE na wprowadzenie nowych, wyższych stawek, do czego są zobowiązane przepisami prawa energetycznego. Niemiecka prywatna Innogy jest zaś zwolniona z obowiązku uzyskiwania zgody URE.
Innymi słowy, Innogy, w przeciwieństwie do naszych firm państwowych może wprowadzać u nas takie podwyżki cen energii, jakie sobie życzy – a polskiemu urzędowi nic do tego.
Grosze i miliony
Swoboda w ustalaniu cenników ma oczywiście konkretny wymiar finansowy. Ceny prądu dostarczanego przez różnych dostawców trudno porównywać.
Każda firma energetyczna stosuje wiele odmiennych stawek, w zależności od tego, do jakiego rejonu dostarcza prąd, na jakich zasadach go kupuje, ile nabywa energii odnawialnej, jakie ma składniki zmienne opłaty dystrybucyjnej, jak oblicza sobie koszty obsługi klienta itp.
Już w 2012 r. Urząd Regulacji Energetyki obliczył, że cena kilowatogodziny energii wynosiła (bez rozmaitych opłat dodatkowych) w Polskiej Grupie Energetycznej 0,2838 zł, w Enei 0,2845, w Tauronie 0,2758, a w RWE Polska (tak wtedy nazywała się dzisiejsza Innogy) 0,2878 zł – czyli najdrożej. Opłacało się więc samodzielne ustalanie cenników.
Różnica na kilowatogodzinie wynosząca drobną część grosza, przekłada się na miliony złotych dodatkowego czystego zysku rocznie. Oznacza to, że warto stosować własne ceny, do których URE nie ma prawa się wtrącać.
Gospodarstwa domowe są dziś jedyną grupą odbiorców w Polsce kupującą energię elektryczną po cenach teoretycznie regulowanych.
Ceny prądu dla przedsiębiorstw uwolniono, wychodząc z słusznego założenia, że producenci czegokolwiek mogą przerzucać koszty energii na klientów.
Gospodarstwa domowe już nie mają na kogo przerzucać, powinny więc być chronione przed dużymi podwyżkami cen prądu. Jak widać, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości są chronione w coraz mniejszym stopniu.
Trzeba wierzyć
Przedstawiciele Innogy, jak wspomniano, oświadczyli, że ich podwyżka cen energii wynosi 12 proc. od początku lutego 2020 r.
Nie da się zweryfikować prawdziwości tej informacji o wysokości podwyżki. Wątpliwości co do jej rzetelności może natomiast budzić to, iż w Innogy skala podwyżek dla osób korzystających z taryfy tzw. nocnej (tańszy prąd od 13 do 15 oraz od 22 do 6) i dziennej (droższy prąd w pozostałych godzinach), jest wyższa niż wspomniane 12 proc.
Innogy w komunikacie o podwyżkach nie używa oczywiście słowa „podwyżka”. Firma informuje jedynie o „zmianach” w taryfie i podaje tylko nowe stawki. O tym, jakie były stare, nie mówi się, aby klient nie mógł dokonać porównań.
Wiele osób przechowuje jednak ubiegłoroczne rachunki za prąd od Innogy – i może dość łatwo obliczyć różnicę.
We wspomnianej taryfie nocno-dziennej, cena tzw. energii czynnej netto w ubiegłym roku wynosiła w Innogy 0,2592 zł za kilowatogodzinę. Od 1 lutego 2020 r cena wynosi 0,2998 zł/ kwh, co oznacza wzrost o około 13,5 proc. Dotyczy to godzin 13 – 15 i 22 – 6.
Natomiast w pozostałych godzinach, cena energii czynnej wzrosła z 0,2928 zł/kWh do 0,3387 zł/kwh – czyli także o ok. 13,5 proc.
Jeśli zaś chodzi o tzw. opłatę handlową (rozliczaną raz na pół roku), to dla tej taryfy nocno-dziennej cena zwiększyła się z 4,84 zł do 6,80 zł miesięcznie – czyli aż o prawie 29 proc.
Jak widać, te nowe stawki zwiększyły się bardziej niż o 12 procent, zapowiedziane przez Innogy.
W przypadku taryfy obejmującej jednakową cenę energii przez cała dobę, także mamy do czynienia ze wzrostem o ok. 13,5 proc.
Przy okazji trzeba zauważyć, że w taryfie obejmującej jednakową cenę przez całą dobę opłata handlowa jest znacznie mniejsza niż w taryfie nocno-dziennej. Nie 6,80 zł miesięcznie lecz 6,25 zł miesięcznie.
To zasadzka na łatwowiernych klientów, którzy decydują się na wybór taryfy nocno-dziennej i mają nadzieję, że jak w tańszych godzinach skomasują korzystanie z urządzeń elektrycznych, to zapłacą mniej za prąd. Owszem, za sam prąd zapłacą mniej – ale oddadzą to w postaci wyższej opłaty handlowej.
Firma Innogy zapowiadała tylko 12 proc. wzrost cen energii, ale jednocześnie, ustami swej rzeczniczki Aleksandry Smyczyńskiej oznajmiła: „Oczywiście, zawsze to jaka jest konkretna podwyżka, konkretna kwota, zależy od stopnia zużycia”.
Warto wyjaśnić, że ów „stopień zużycia” nie ma tu nic do rzeczy. Procentowo skala podwyżek jest taka sama, zarówno dla osoby zużywającej dużo prądu, jak i mało. No chyba, żeby ktoś, przerażony wysokością podwyżek w Innogy w ogóle przestał korzystać z prądu.
Wtedy podwyżka (a i cała kwota płacona za energię) będzie dlań równa zeru, zarówno w złotówkach jak i procentach.
Rząd PiS: winni są inni
Prąd jest coraz droższy, natomiast rząd, z typowym dla Prawa i Sprawiedliwości zrzucaniem odpowiedzialności na innych, oświadczył, że wzrost cen energii jest wzrostem obiektywnym, nie wynikającym oczywiście z działań rządu. Jakby to nie kosztowne inwestycje rządowe w rozwój energetyki węglowej zwiększały ceny prądu.
Ponieważ jednak wkurzenie społeczeństwa na podwyżki cen prądu jest zauważalne, rząd zaczął mówić o rekompensatach za droższe rachunki.
Jest to więc ewidentny powrót do polityki prowadzonej „za komuny”, kiedy to także, gdy zwiększano ceny, zaczynano opowiadać bajki o rekompensatach.
Wedle dość enigmatycznych zapowiedzi rządu, o rekompensaty będą się mogły ubiegać wyłącznie osoby, których dochód roczny w tym roku nie przekroczy pierwszego progu podatkowego (czyli ok. 85 tys zł brutto, co daje ok. 7 tys. brutto miesięcznie. Dla całego gospodarstwa domowego będzie brany pod uwagę dochód osoby, której podpis widnieje na umowie z firmą energetyczną.
W celu otrzymania rekompensaty, trzeba będzie do końca tego roku złożyć pisemny wniosek do firmy, która dostarcza prąd.
Rekompensaty mają się wahać od około 30 do ok. 300 złotych rocznie, w zależności od wielkości zużycia prądu w gospodarstwie.
Najważniejsze zaś, że to na pewno nie będzie rekompensata wypłacana w żywym pieniądzu – lecz w postaci pomniejszonych rachunków za prąd w przyszłości. W jak dalekiej przyszłości? Otóż, to pomniejszanie zacznie się najwcześniej w drugiej połowie przyszłego roku.
Na razie wciąż mowa jest jedynie o projekcie ustawy. Nie wiadomo, czy ustawa o rekompensatach w ogóle trafi do parlamentu, ale należy jednak oczekiwać, że tak.
Prominenci PiS mają bowiem cichą nadzieję, że Senat, zauważywszy jakieś nielogiczności w tej ustawie, zawetuje ją. Dzięki temu rządowe media „publiczne” będą mogły godzinami ujadać na opozycję oraz oskarżać ją o działalność na szkodę ogółu Polaków.
I biorąc pod uwagę raczej mały rozumek opozycji, taki scenariusz wcale nie jest wykluczony.

Niemiła niespodzianka cenowa

Grudniowy, nieoczekiwanie wysoki skok cen to z jednej strony efekt mniej zaskakujących zmian cen transportu i żywności, a z drugiej strony niespodziewanie wysokich wzrostów cen usług, w tym szczególnie usług transportowych i ubezpieczeń.

Kontynuacja wzrostu wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych w pierwszych miesiącach 2020 roku jest bardzo prawdopodobna, tym bardziej że będziemy mieli do czynieni z efektem niskiej bazy statystycznej z poprzedniego roku.
Inflacja znacząco powyżej celu NBP może wpłynąć na oczekiwania inflacyjne konsumentów i ich zmianę zachowania na rynku. Jest to zatem odpowiedni moment na odpowiednią reakcję ze strony członków Rady Polityki Pieniężnej, w celu zapewnienia stabilności cen w dłuższym okresie.
Publikacja grudniowych wskaźników cen towarów i usług konsumpcyjnych pozwala z jednej strony dokładniej poznać przyczyny nieoczekiwanie wysokiego wzrostu cen na koniec ubiegłego roku, jak również porównać jakie zmiany nastąpiły pomiędzy komponentami wzrostu cen w 2018 i 2019 roku – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w grudniu 2019 r. o 3,4 proc. w porównaniu z analogicznym miesiącem poprzedniego roku oraz aż o 0,8 proc. w porównaniu z listopadem 2019 roku. To właśnie rekordowo wysoki, miesięczny wzrost inflacji wzbudził najwięcej emocji. W ostatnich latach ceny w grudniu zachowywały się względnie stabilnie, tym razem odnotowano jednak miesięczny wzrost cen transportu o 3,8 proc. oraz żywności o 1,3 proc., co podwyższyło wskaźnik inflacji odpowiednio o 0,37 i 0,31 punktów procentowych (przypomnijmy, że rok wcześniej ceny transportu w tym okresie spadały). W kategorii „żywność” najwyższy, miesięczny wzrost cen był obserwowany w przypadku cen warzyw (wzrost o 3,6 proc.), cen mięsa (2,8 proc.) oraz mleka (1,3 proc.).
Podkreślane w przekazach medialnych wzrosty cen wywozu śmieci rzeczywiście miały miejsce, jednak ich skala nie była w samym grudniu 2019 r. tak znacząca, ponieważ wyniosła 0,6 proc. W tej kategorii cen wzrosty nastąpiły we wcześniejszych miesiącach, w ujęciu rocznym ceny wywozu śmieci wzrosły o 32,2 proc. Zatem to nie ta kategoria była odpowiedzialna w największym stopniu za grudniową niespodziankę cenową. Okazuje się, że w ujęciu miesiąc do miesiąca bardzo wyraźnie wzrosły ceny usług (1,5 proc.). Wpływ na to miały drastyczne, bo aż o 29,4 proc. wzrosty cen usług transportowych a także wzrosty cen ubezpieczeń – o 7,8 proc. Towarzystwo Ekonomistów Polskich wskazuje, że mówimy w tym przypadku o wzroście cen w skali miesiąca. Ceny usług wchodzą w skład inflacji bazowej, na którą w sposób szczególny zwraca uwagę Rada Polityki Pieniężnej, ponieważ wpływ polityki stóp procentowych jest najbardziej efektywny właśnie na tą kategorię inflacji.
Patrząc na inflację przez pryzmat relacji średniego wzrostu cen w całym 2019 roku do roku 2018, pozornie nie widać większych powodów do zmartwienia. Roczna inflacja wyniosła bowiem 2,3 proc, czyli nieznacznie poniżej celu banku centralnego. Najwyższe wzrosty cen wystąpiły w przypadku kategorii: żywność i napoje bezalkoholowe (4,9 proc.), restauracje i hotele (4,4 proc.), edukacja (3,6 proc.), zdrowie (3,3 proc.) i rekreacja i kultura (2,6 proc.).
W ubiegłym roku nie zabrakło jednak spektakularnych wzrostów cen, np.: wywozu śmieci o 21,4 proc., warzyw o 19,8 proc., cukru o 16,9 proc., mięsa wieprzowego o 9,6 proc., pieczywa o 8,6 proc., usług lekarskich o 5,3 proc. Wszystkie wymienione kategorie cen dotyczą produktów i usług, z których korzystamy często, ale niekoniecznie muszą stanowić największą część „koszyka” konsumpcyjnego.
Stąd też może pojawiać się zjawisko rozminięcia powszechnej percepcji zmian cen od rzeczywistych zmian jakie zachodzą w gospodarce. Fakt ten w połączeniu z obserwowanym, wyraźnym przyspieszeniem wzrostu cen w ostatnich miesiącach 2019 r. (nie tylko żywności ale i usług) oraz kontynuacją wzrostu rocznego wskaźnika cen w pierwszym kwartale 2020 r., może zwiększyć niepewność konsumentów. W konsekwencji może to spowodować wzrost oczekiwań inflacyjnych oraz spowolnienie konsumpcji.
W takiej sytuacji członkowie Rady Polityki Pieniężnej powinni brać pod uwagę wprowadzenia zmian (korekt) w polityce pieniężnej o czym Towarzystwo Ekonomistów Polskich pisało w styczniowym komentarzu po posiedzeniu RPP.

Biedniejsi żyją coraz gorzej

Pod rządami PiS zwiększa się zasięg skrajnego ubóstwa w Polsce. Ludzi bardzo biednych
wciąż przybywa, a ci, którzy byli niezamożni, stają się coraz ubożsi.

Polityka rządu Prawa i Sprawiedliwości konsekwentnie prowadzi do wzrostu obszaru skrajnej biedy w Polsce. Ci co są mniej zamożni, stają się coraz biedniejsi.
Odwrócony został korzystny trend ograniczania zasięgu ubóstwa, panujący za rządów Platformy Obywatelskiej. Wtedy zasięg biedy w naszym kraju stopniowo się zmniejszał. Antyspołeczne działania Prawa i Sprawiedliwości szybko zaczęły jednak przynosić złowrogie skutki.

Rząd PiS się wyżywi

W 2017 r. r. w skrajnym ubóstwie żyło około 1,5 miliona Polaków. W 2018 r. już ponad 1,9 miliona. W roku ubiegłym grono skrajnie biednych rodaków wzrosło do ok. 2,4 mln.
To, że w ciągu jednego roku, przy dobrze rozwijającej się gospodarce, liczba ludzi skrajnie biednych wzrosła prawie o pół miliona, jest czymś niewyobrażalnym! Czyli, w ciągu tego jednego roku grono osób nie mogących zaspokoić minimalnych potrzeb życiowych zwiększyło się w Polsce aż o ponad jedną czwartą! I to wszystko stało się podczas normalnego funkcjonowania kraju, bez żadnego nagłego kryzysu.
Nie od dziś wiadomo, jak fatalne skutki dla Polski i Polaków mają rządy Prawa i Sprawiedliwości. Ten olbrzymi wzrost zasięgu skrajnego ubóstwa jest najbardziej namacalnym przejawem pogardy dla najbiedniejszych. I nic nie wskazuje na to, że prominenci PiS poniosą kiedykolwiek odpowiedzialność za swoje czyny.

Pożywka dla nędzy

Można niestety się obawiać, że zasięg skrajnej biedy w Polsce będzie rosnąć coraz szybciej. Gospodarka rozwija się wolniej, budżet trzeszczy, a ceny mkną w górę – zwłaszcza ceny tych wyrobów, na które ludzie niezamożni przeznaczają największą część swych zasobów. Inflacja, jak podaje Główny Urząd Statystyczny, wynosi już prawie 3,5 proc. W rzeczywistości, ze względu na nie do końca precyzyjną metodykę badania cen, zapewne jest jeszcze większa.
Fatalne dla biednych Polaków informacje przyniósł listopad ubiegłego roku. Niewykluczone jednak, że kolejne miesiące będą jeszcze gorsze. Na razie po prostu jeszcze nie zostały opisane statystycznie.
Jak podaje GUS, wzrost cen żywności w listopadzie 2019 r. w skali roku wyniósł aż 7 proc. Tymczasem przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w listopadzie było o 5,3 proc. wyższe niż przed rokiem. Różnica wynosi 1,7 punktu procentowego na niekorzyść zarobków, ale to nie wszystko.
Podany wzrost płac ma charakter średni. Jest on ciągnięty do góry przede wszystkim przez szybko rosnące zarobki osób z nomenklatury partyjnej PiS, zajmujące ważne stanowiska w gospodarce. Można przypuszczać, że zarobki ogromnej większości pozostałych pracowników zwiększały się znacznie wolniej. Ale właśnie ci, którzy zarabiają mniej, wydają na żywność największą część swych dochodów. Szybki wzrost cen żywności sprawia więc, że stają się oni coraz biedniejsi.

Jak żyć panie Jarosławie?

Warto zwrócić uwagę, że w listopadzie np. cena cena cukru była wyższa aż o 24,3 proc. niż przed rokiem, warzyw o 16 proc., owoców o 15 proc., wieprzowiny o 16, 1 proc., wędlin o 9,5 proc., mąki o 8 proc., ryżu o 6,9 proc. Tzw. życie staje się więc nieznośnie kosztowne.
Oprócz żywności, w listopadzie odnotowano drastyczny skok opłat za wywóz śmieci (aż o 31,4 proc.). Wywożenie śmieci to także nie jest wydatek, którego najbiedniejsi mogliby uniknąć. Podniesiono też opłaty za usługi kanalizacyjne (o 4,1 proc.) oraz za zaopatrywanie w wodę (o 2,5 proc.). Wkrótce nastąpi, trudno przewidzieć jeszcze jaki, wzrost cen energii. Drożeją papierosy i alkohol (od których to używek uboższa część Polaków niestety nie stroni). Wreszcie, zmiany w VAT które wejdą w życie od 1 kwietnia spowodują generalny wzrost tego podatku – a to właśnie VAT wysysa najwięcej pieniędzy z portfeli niezamożnych Polaków.
Tak więc, co jak co, ale sztukę zabierania pieniędzy biednym, rząd PiS opanował znakomicie.

Rząd PiS opróżnia portfele Polaków

Coraz większy obszar biedy, coraz gorsza jakość życia mieszkańców – takie są ponure efekty działalności ludzi, którzy od czterech lat sprawują władzę w naszym kraju. Zostało to już obliczone.

Okazuje się, że jak najbardziej prawdziwe jest powszechne przeświadczenie Polaków o szybkim i bolesnym wzroście cen.
Wreszcie to się potwierdziło statystycznie, w wyliczeniach GUS – choć wszyscy wolelibyśmy, aby nasza cenowa rzeczywistość nie okazała się aż tak ponura.

Biedniejszym zabierają więcej

Mogliśmy się jednak spodziewać, że liczby potwierdzą nasze odczucia – bo przecież od paru lat czuliśmy wyraźnie, że pod rządami PiS jesteśmy coraz dotkliwiej bici po kieszeni – a pędzące ceny „zjadają” zyski wynikające z programu Rodzina 500 plus. Odczuwają to zwłaszcza rodziny słabiej zarabiające.
Dużego, wyraźnego wzrostu cen przez wiele miesięcy nie potwierdzały badania Głównego Urzędu Statystycznego, oparte niestety na nie całkiem precyzyjnych i wiarygodnych przesłankach.
Władze GUS mają zresztą świadomość, że dokonywane przez nich badania cen mogą być obarczone sporą dozą niedokładności. Dlatego na stronie GUS widnieje oświadczenie, tłumaczące, dlaczego polskie ustalenia statystyczne dotyczące cen, nie pokrywają się z powszechnymi odczuciami o ich wysokości.
„Wynik pomiaru wzrostu cen konsumpcyjnych wyrażony wskaźnikiem nigdy nie będzie odpowiadał społecznemu odczuciu. Składa się na to wiele przyczyn, zarówno obiektywnych, jak i subiektywnych. Najważniejszą z nich jest przeciętny charakter wskaźnika, pomiar odnoszący się do dużych zbiorowości, różniący się od sytuacji poszczególnych gospodarstw domowych czy rodzin” – stwierdza Główny Urząd Statystyczny.
Inną przyczyną tego, że społeczne odczucia mogą się kłócić ze statystyką, jest nasza zróżnicowana wrażliwość na ruch cen.
„Na ogół występuje większa wrażliwość społeczna na zmiany cen artykułów i usług podstawowych, a mniejsza na zmiany cen artykułów i usług zaspokajających mniej istotne potrzeby lub kupowanych rzadziej. To wywołuje skłonność utożsamiania wzrostu cen artykułów podstawowych z ogólnym wzrostem cen. Skłonność ta jest tym wyraźniejsza, im większa część budżetu rodziny przeznaczana jest na artykuły pierwszej potrzeby” – podkreśla GUS.

PiS lawinowo podnosi ceny

Stały ruch cen w górę, który jest efektem rządów PiS zaczął się w 2016 r. Warto przypomnieć, że we wcześniejszych latach mieliśmy nawet lekką deflację (ogólny spadek cen). Niestety, ruch cen dotknął szczególnie właśnie te rodziny, które, jak zaznaczył GUS, większą część swego budżetu przeznaczają na artykuły pierwszej potrzeby – bo te artykuły obecnie drożeją u nas najszybciej.
Inna sprawa, że takie rodziny stanowią około dwie trzecie wszystkich gospodarstw domowych w Polsce. Nie należą one do zamożnych warstw naszego społeczeństwa i są szczególnie dotkliwie bite po kieszeni przez ceny, nabierające coraz większego rozpędu pod rządami obecnej ekipy.
Dziś ceny rosną tak powszechnie i tak szybko, że jest to bardzo dobrze widoczne w statystyce. Gdyby nawet Główny Urząd Statystyczny, przejęty w 2016 r. przez PiS, chciał to ukrywać (o co oczywiście nikt go nie podejrzewa), to nie byłby w stanie.

Najdrożej prawie od ćwierćwiecza

Najnowszy komunikat GUS pokazuje, jak zmieniały się ceny w okresie od stycznia do listopada 2019 r. – i porównuje je z tym samym okresem ubiegłego roku. Wynik jest więcej niż niepokojący. W bieżącym roku były w Polsce miesiące, w których ceny rosły najszybciej od niemal ćwierćwiecza!.
Okazuje się, że w porównaniu z jedenastoma miesiącami ubiegłego roku najbardziej podrożały warzywa – aż o 20,6 proc. To zaprzecza kłamliwej propagandzie, uprawianej w rządowej telewizji, przekonującej, że ceny warzyw przestały rosnąć.
Niewiele ustępuje im skok cen za wywóz śmieci, który wyniósł średnio 20,4 proc. Trzecie miejsce na cenowym podium zajmuje cukier – w porównaniu z 2018 r. zdrożał o 16,5 proc. W ślad za cukrem zdrożały zaś naturalnie wszelkie produkty, które go zawierają. Pokazuje to przykład pieczywa – podrożało o 8,9 proc., co było nieuchronnym wynikiem wzrostu cen mąki o 8,1 proc.
A co oprócz chleba? Na przykład wieprzowina, najpowszechniej konsumowane mięso w Polsce: zdrożała o 8,3 proc. – czyli szybciej niż cała żywność, której ceny zwiększyły się średnio o 5,1 proc.
Jeśli jednak będziemy porównywać ze sobą nie jedenastomiesięczne okresy lat 2018 i 2019, lecz listopad 2018 z listopadem 2019, to wzrost cen żywności wyniósł aż 7 proc.
To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, bo znaczący wzrost cen objął niemal wszystkie dziedziny naszego życia.
Przykładowo, usługi fryzjerskie, kosmetyczne i pielęgnacyjne zdrożały średnio o 5 proc. Usługi lekarskie – o 5,2 proc. Wszelkie usługi związane z prowadzeniem domu – o 5 proc. Czynsze – o 4,9 proc. Gazety i czasopisma – o 5,7 proc. Cała turystyka zorganizowana – o 5,6 proc (ale jeśli ktoś wyjeżdżał w tym roku za granicę z biurem podróży to zapłacił średnio o 7 proc. więcej). Tak wymieniać można długo.

Dyskretny obiektywizm statystyk?

Ten szybki wzrost niemal wszystkich cen bardzo dobrze widać w sporządzanych przez GUS notowaniach, dotyczących konkretnych produktów i usług.
Trudniej go natomiast uchwycić w jednolitym, ogólnym wskaźniku wzrostu cen wszelkich towarów i usług. Zdaniem GUS, od listopada 2018 r. wszystkie te ceny zwiększyły się średnio zaledwie o 2,6 proc.
Nie wątpiąc w obiektywizm statystyk, wydaje się, że widocznie uwzględniane są tu również takie towary i usługi, które dość trudno zauważyć w codziennym koszyku dóbr, najczęściej konsumowanych przez Polaków.
Jak podaje GUS, w samym listopadzie bieżącego roku, w porównaniu z październikiem, największy wpływ na ogólny wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych miały wyższe ceny żywności, rekreacji i kultury oraz napojów alkoholowych i wyrobów tytoniowych. Wszystkie te dobra zdrożały w ciągu miesiąca o 0,4 proc.

Rząd się wyżywi

Niestety, przyszły rok będzie wyraźnie droższy od upływającego. I tradycyjnie, tak jak dotychczas pod rządami PiS, najbardziej stracą mniej zamożni Polacy.
W kolejce czekają już podwyżki cen energii elektrycznej. W tym roku zostały wstrzymane przez rządzących, aby nie zmniejszać szans wyborczych Prawa i Sprawiedliwości. W 2020 ceny prądu wzrosną co najmniej o 20 proc., zarówno dla przedsiębiorstw jak i dla gospodarstw domowych (choć dokładne ceny energii poznamy po Nowym Roku). Prąd jest używany do wszystkiego, więc mówiąc najkrócej, wszystko podrożeje.
Rząd chce ratować trzeszczący budżet, więc o 10 proc. zwiększy się akcyza na alkohol i papierosy. Od połowy 2020 r. podrożeją również papierosy elektroniczne, na razie jeszcze objęte zerową akcyzą.
Innym podatkiem, który wzrośnie w przyszłym roku, będzie opłata paliwowa, nakładana na benzynę, olej napędowy i gaz. Uiszczają ją producenci i importerzy paliw, ale oczywiście jest ona przenoszona na ceny płacone na stacjach benzynowych. Stawka opłaty paliwowej za 1000 litrów benzyn zwiększy się o 5,28 zł, a za 1000 l oleju napędowego o 8,73 zł.
Rosnące ceny paliw oznaczają naturalnie wyższe koszty transportu i wszelkich przewozów, co spowoduje wzrost cen ogromnej większości towarów i usług.
W ślad za paliwami podrożeją też i samochody, na co wpływ będą mieć nowe, zaostrzone normy bezpieczeństwa pojazdów oraz kolejne ograniczenia emisji dwutlenku węgla.
Ściśle biorąc, wszystkie te nowe obostrzenia nie zaczną obowiązywać już w przyszłym roku, ale producenci aut muszą się przygotować do ich spełnienia. To zaś będzie wymagać wielu skomplikowanych działań w przemyśle samochodowym. Ich koszt z pewnością zostanie już z wyprzedzeniem doliczony do cen pojazdów i części.
Tak więc, po trudnym dla naszych kieszeniu roku 2019, czeka nas zapewne jeszcze trudniejszy 2020. Strefa skrajnego ubóstwa w Polsce, która pod rządami PiS rozszerzyła się po wieloletnim spadku, prawdopodobnie wzrośnie jeszcze bardziej.
Wszystko to jednak nie spędza snu z oczu prominentom obozu rządzącego Oni się wyżywią, a propagandyści sukcesu w rządowych mediach (tzw. „publicznych”) będą dzień w dzień wmawiać, że wszystkim nam żyje im się coraz lepiej.

Ceny energii idą w górę

Korzystanie z węgla sprawia, że polskie firmy muszą ponosić coraz wyższe opłaty z tytułu emisji CO2. W rezultacie będzie spadać konkurencyjność naszych przedsiębiorstw, co przełoży się na wolniejsze tempo rozwoju gospodarki.

Realne ceny energii w Polsce są dziś o wiele wyższe niż kilka lat temu – a to dopiero początek ich ostrego marszu w górę. Rząd PiS, walcząc o zwycięstwo w wyborach w tym roku dotował ceny energii, przeznaczając na ten cel dodatkowe środki z zaległych praw do emisji. Ceny są dotowane: dla odbiorcy indywidualnego w 100 proc., dla przedsiębiorców przynajmniej w połowie (Za pierwsze półrocze bieżącego roku firmom przysługują ceny energii z czerwca 2018. Nadpłaty mają być wyrównywane poprzez korekty w fakturach za kolejne miesiące).
Nie ma jednak środków na dotacje do cen energii w przyszłym roku. Jest już po wyborach, a napięty budżet pęka w szwach.
Znaczące podwyżki odczują zatem wszyscy, a Polska będzie miała jedne z najwyższych cen energii w regionie – ocenia Polskie Towarzystwo Gospodarcze.
Na wysokie ceny wpływają właśnie opłaty emisyjne. Stanowią one aktualnie 45-50 proc. kosztów energii w Polsce. W ciągu kilku lat cena opłat emisyjnych za tonę dwutlenku węgla wzrosła z 5 do 25 EUR. W lipcu tego roku został zaś dotychczasowy szczyt – uprawnienia kosztowały prawie 30 EUR. To nie koniec, bo Komisja Europejska postuluje, aby 30 EUR za tonę dwutlenku węgla było minimalną opłatą emisyjną. W związku z tym musimy być przygotowani na jeszcze wyższe ceny energii.
Inna ważna przyczyna wzrostu cen to polskie zapóźnienie energetyczne, pogłębiające się w ciągu ostatnich czterech lat. Mamy przestarzałe bloki energetyczne, których wydajność spada szczególnie w czasie upałów oraz niemodernizowaną infrastrukturę przesyłową. Tymczasem państwowe firmy energetyczne, zamiast inwestować w nowoczesność, angażują się w różne nierentowne przedsięwzięcia Skarbu Państwa.
Rosnące ceny energii to pożądany moment aby dokonać przeglądu energetycznego naszego przemysłu.
Różne maszyny mogą generować wyższe zużycie prądu, nawet nieużywane. Aby to sprawdzić trzeba zainstalować czujniki, które będą raportować zużycie energii przez poszczególne maszyny w danym czasie – proponuje Polskie Towarzystwo Gospodarcze,.
Jak szacuje PTG, dzięki wyeliminowaniu miejsc utraty energii można czasem zmniejszyć jej zużycie nawet o 30 proc. Warto też wyeliminować wszelkie miejsca utraty ciepła. Dotąd niewykorzystywane ciepło można zamienić na energię. Efektywność systemu skojarzonego w ten sposób także może być nawet o 30 proc. wyższa.
Może być – ale najpierw trzeba mieć pieniądze na takie działania, a rząd ani ich nie ma, ani nie spróbuje ich znaleźć. Będzie wiec tak jak u Kuby Sienkiewicza: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie dalej tak jak jest”. Przecież o nadmiernej energochłonności polskiej gospodarki mówi się od prawie pół wieku i zawsze z tak samo marnym skutkiem.
Tym niemniej, technologia idzie do przodu. Panele fotowoltaiczne są dziś o wiele bardziej wydajne niż dziesięć lat temu. Gwałtowny wzrost cen energii wywołany opłatami emisyjnymi CO2 spowodował, że produkowanie energii z odnawialnych źródeł zaczęło być bardziej konkurencyjne nawet bez rządowych dopłat. Cena energii z OZE kształtuje się dziś na poziomie 240-250 zł za megawatogodzinę. Gdy zważyć, że w przyszłym roku średnie ceny energii mogą osiągnąć 300-330 zł/MWh, ta różnica staje się interesująca.
Problem z OZE jest jednak taki, że nie są one pewnym źródłem energii. Najmniej stabilne są oczywiście farmy wiatrowe. Bardziej – ogniwa fotowoltaiczne, w których intensywność produkcji prądu można projektować poprzez ekspozycję na słońce. Generalnie, w związku z niestabilnością OZE, mogą one tylko częściowo pokrywać zapotrzebowanie na prąd.
Na razie jesteśmy skazani na proste spalanie węgla, bo rząd nie inwestuje w inne możliwości. Produkcja energii w Polsce będzie więc nadal w dużym stopniu zależeć od kosztów emisji CO2. Spowoduje to, że ceny prądu zapewne będziemy mieć najwyższe w regionie.
Przełoży się to oczywiście na niską konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Znalezienie rozwiązań, które zminimalizują negatywne efekty tej sytuacji jest naglącym wyzwaniem strategicznym państwa polskiego – ale obecna ekipa z pewnością nie podejmie takiego wyzwania.

Mimo wrzenia, Chile pokona kryzys

Wystarczyło ledwie kilka dni, by najstabilniejsze i najsprawniej zarządzane państwo Ameryki Łacińskiej pogrążyło się w chaosie. Co się stało w Chile – i dlaczego ten kraj mimo problemów prawdopodobnie szybko upora się z bieżącymi kłopotami?

„Spójrzcie na Amerykę Łacińską. Argentyna i Paragwaj są w recesji, Meksyk i Brazylia w stagnacji, Peru oraz Ekwador w głębokim kryzysie politycznym. W tym kontekście Chile wygląda jak oaza, ponieważ mamy stabilną demokrację, gospodarka się rozwija, tworzymy miejsca pracy, rosną wynagrodzenia, a kondycja makroekonomiczna jest zrównoważona”.
Jeszcze tydzień temu, kiedy w wywiadzie dla „Financial Times” z ust prezydenta Chile Sebastiana Pinera padały takie stwierdzenia, można było się pod nimi podpisać.
Niestety, dla tego bogatego w surowce andyjskiego kraju, wypowiedziane one zostały w złą godzinę.

To nie przez podwyżkę cen biletów

Dosłownie dwa dni po publikacji wywiadu w „FT”, 19 października Pinera musiał ogłosić stan wyjątkowy w stolicy kraju Santiago, ze względu na olbrzymie protesty społeczne, dewastację obiektów użyteczności publicznej czy podpalenia i grabieże sklepów.
W kolejnych dniach dowiedzieliśmy się o kilkunastu ofiarach śmiertelnych tych protestów, a obrazy przedstawiane przez zagraniczne media pokazywały tak dużą skalę zniszczeń, że automatycznie nasuwały się porównania do wydarzeń w Wenezueli czy w Argentynie z przełomu wieku.
Co więc spowodowało tak nagłą zmianę sytuacji w tym uporządkowanym i często podawanym jako przykład stabilności kraju?
W skróconym przekazie medialnym można było usłyszeć, że katalizatorem niezadowolenia Chilijczyków były podwyżki cen biletów metra. Czy jednak możliwe, by wzrost kosztów komunikacji miejskiej o ok. 15 groszy (30 peso) mógł spowodować tak olbrzymie niepokoje i straty związane ze zniszczeniami samego metra w wysokości 300 mln USD? Oczywiście, że nie.
Kwestie związane z transportem publicznym nawet nie były zapalnikiem dla protestów, a stołeczna młodzież przeskakiwała przez bramki metra raczej dla zgrywu niż ze względu na droższe bilety.

Niezadowolenie trwało od lat

Zdecydowanie bliżej prawdy jest koncepcja, że niezadowolenie tliło się w społeczeństwie miesiącami, a nawet latami.
Kilka tygodni temu w Chile doszło do podwyżek cen energii elektrycznej (o ok. 10 proc.). Prezydent Pinera realizował politykę reform i podkreślał, że Chile jest wyjątkowe, gdyż na pewno nie wpadnie w szpony populizmu.
Zmiany w systemie emerytalnym (poprzez wzrost składek) czy na rynku pracy (bardziej elastycznym dla pracodawców), połączone z rosnącymi cenami, zaczęły jednak negatywnie wpływać na nastroje gorzej sytuowanych obywateli.

Latynoskie nierówności

Nagły wzrost niezadowolenia społecznego połączony z wizerunkowymi wpadkami prezydenta-miliardera (świętował urodziny syna w luksusowej restauracji, gdy rozpoczęły się zamieszki) doprowadziły do szerokiego kryzysu. Warto zwrócić uwagę, że niezadowolenie części ludności ma uzasadnienie również ekonomiczne – podkreśla Cinkciarz.pl.
W Chile podobnie jak w wielu krajach Ameryki Łacińskiej panują silne nierówności społeczne. Według Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) indeks nierówności GNI w Chile znajduje się na poziomie 0,45 i należy do najwyższych w grupie państw należących do Organizacji (w Polsce jest to 0,28 według danych za 2016 r.). Dochody 20 proc. najlepiej zarabiających obywateli Chile są dziesięciokrotnie wyższe niż tych 20 proc. mających najniższe wynagrodzenia. W Europie te różnice są mniej więcej o połowę mniejsze (dla Polski są one 4,4 raza wyższe, a dla Niemiec 4,6 raza wyższe).
Niezadowolenie młodej części społeczeństwa wynika także z faktu, że bezpośrednie koszty studiów są wysokie. Według danych OECD za 2015 r. wynoszą one według parytetu siły nabywczej (PPP) ok. 10 tys. dolarów. Polak, Niemiec czy Czech musi wydać z własnej kieszeni średnio około 3-4 tys dol., czyli mniej więcej jedną trzecią tej kwoty. Z kolei w następnych latach wykształcenie Chilijczyka wyraźnie procentuje (najbardziej wśród wszystkich krajów OECD oprócz USA), co dalej pogłębia nierówności społeczne pomiędzy gorzej sytuowaną, a zamożniejszą częścią ludności, którą stać na takie wydatki.

Lepiej żyć w Polsce

Warto natomiast zauważyć, że mimo rozwarstwienia dochodowego Chile na koncie ma wiele sukcesów. Ocena kredytowa kraju wynosi silne „A” i według trzech głównych agencji ratingowych kształtuje się ona przynajmniej o szczebel wyżej niż dla Polski. Niskie ryzyko niewypłacalności to rezultat długu publicznego, utrzymującego się od lat na poziomie poniżej 30 proc. produktu krajowego brutto (w Polsce jest on większy).
Mimo poważnego uzależnienia gospodarki od cen metali przemysłowych i koniunktury zewnętrznej (połowa eksportu to miedź lub jej produkty, tylko trzy państwa – Chiny, USA, Japonia – generują połowę zagranicznego popytu na chilijskie towary), sytuacja kraju jest względnie stabilna, gdy dochodzi do fluktuacji na rynku surowców. Chile nie ma także problemów z inflacją, a także, w opinii np. agencji S&P Global Ratings, jest to państwo „silnej demokracji i rządów prawa”.
Ciekawostką może być fakt, że PKB na mieszkańca Chile w ujęciu nominalnym wynosi dokładnie tyle samo, ile w Polsce – według Fitch Ratings około 15,5 tys. USD. W parytecie siły nabywczej jest to natomiast dużo mniej. Dla Polski Fitch szacuje ją na prawie 28 tys. dol, podczas gdy w Chile o ponad 4 tys. dol mniej.
Możliwość zakupu przez Polaka większej ilości dóbr oraz usług za te same pieniądze oraz zdecydowanie mniejsze nierówności społeczne sprawiają, że nad Wisłą standard życia jest wyższy niż w tym kraju Ameryki Łacińskiej.

Chile przezwycięży problemy?

Chile prawdopodobnie poradzi sobie z obecnym kryzysem. Prezydent Pinera poprosił społeczeństwo o wybaczenie. Obiecał zamrożenie cen energii elektrycznej, podwyższenie emerytur, darmowe leki dla gorzej sytuowanej części społeczeństwa oraz gwarantowane minimalne wynagrodzenie na poziomie 480 dolarów.
To jednak nie ustępstwa ze strony władzy spowodują powrót do stabilizacji. Chile, mimo nierówności społecznych, od lat jest dobrze zarządzanym państwem w niesprzyjającym otoczeniu gospodarczym Ameryki Łacińskiej. Lepsze zaadresowanie programów społecznych i większa dostępność do edukacji mogą tylko wzmocnić tę pozycję – a wtedy obecny kryzys szybko pójdzie w zapomnienie.