Gospodarka 48 godzin

Sezon z bonem
Ponad 170 tys. płatności i 124 miliony złotych trafią na konta przedsiębiorców turystycznych po długim czerwcowym weekendzie. To wynik korzystania przez spragnionych odpoczynku Polaków z Polskiego Bonu Turystycznego. Liczba aktywowanych bonów na dzień 7 czerwca wyniosła już około 1,6 mln, a tylko w czasie tegorocznego maja, wliczając w to długi czerwcowy weekend, zapłacono nimi ponad 170 tys. razy. Natomiast z puli wszystkich aktywowanych dotychczas bonów turystycznych Polacy wykorzystali już około 440 milionów złotych. Z tego wsparcia skorzystało dotychczas około 18 tys. podmiotów turystycznych. Najwięcej oczywiście z województw, do których chętnie wyjeżdżamy na odpoczynek – czyli z małopolskiego, pomorskiego, zachodniopomorskiego i dolnośląskiego. Tam zarejestrowało się najwięcej podmiotów obsługujących płatności Polskim Bonem Turystycznym. Przedsiębiorcy, którzy zdecydowali się na przystąpienie do programu bonowego, mogli w tym czasie liczyć na realne wsparcie i zyski. Płatność zrealizowana za pomocą Polskiego Bonu Turystycznego jest wypłacana przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych w ciągu 14 dni od dnia realizacji na rachunek podany podczas rejestracji podmiotu. Bardzo wiele polskich rodzin planuje spędzenie wakacji w kraju i skorzystanie z Polskiego Bonu Turystycznego. Jest to szansa dla przedsiębiorców na uszczknięcie jakiejś kwoty z ponad 3,5 mld zł złotych dostępnych wciąż w ramach tego programu. Tym bardziej, że bony na około 900 mln zł już zostały aktywowane ale jeszcze nie wykorzystane przez beneficjentów programu. Bon może służyć do opłacania usług turystycznych aż do czasu wyczerpania jego wartości. Jeśli kwota danej usługi jest wyższa niż przysługująca w ramach bonu, klient może sam dopłacić różnicę. Obiekty, które zachęcają turystów możliwością płacenia bonem turystycznym, mogą też teoretycznie liczyć na dodatkowe wpływy, wynikające z tytułu dłuższych pobytów czy korzystania przez turystów z dodatkowych atrakcji, na które bez bonu może nie mieliby pieniędzy. – Obserwujemy systematyczny wzrost liczby aktywowanych bonów. Polacy planują już wakacyjne wyjazdy, wielu z nich zdecydowało się na wyjazd jeszcze w maju i na długi czerwcowy weekend. Poziom wykorzystania bonów podczas tego weekendu pokazuje, że zainteresowanie wypoczynkiem w Polsce i wykorzystaniem bonu nie słabnie. Nadchodzące lato może zatem być czasem rodzinnych podróży z Polskim Bonem Turystycznym – mówi Anna Salamończyk-Mochel, wiceprezes Polskiej Organizacji Turystycznej. Firmy mogą zgłaszać się do programu Polskiego Bonu Turystycznego przez cały okres jego trwania. W tym celu trzeba wpisać się na listę prowadzoną przez POT, za pośrednictwem Platformy Usług Elektronicznych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Obecnie w tej bazie jest ponad 23 tys. firm.

Truskawkowe pola
Zbiory truskawek w Polsce w tym roku powinny wynieść 170 – 180 tys. ton, czyli ukształtują się na poziomie zbliżonym do osiąganego w poprzednich latach – ocenia Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Truskawkom nie zaszkodziła długa i śnieżna zima, uprawy są nawodnione, a wysokie temperatury przyspieszą wysyp owoców i mogą dodać im słodyczy. Również ceny skupu są na przyzwoitym poziomie i w zależności od przeznaczenia i rodzaju owocu wahają się od 2,1 do nawet 7 zł za kilogram. Mimo to nasi rolnicy tradycyjnie narzekają na nieopłacalność i mówią o zaoraniu plantacji. Polska jest ósmym producentem truskawek na świecie.

Ciemne chmury nad bałtycką rurą

Rząd Leszka Millera wstrzymał budowę nieopłacalnego gazociągu Baltic Pipe. Po latach powrócono do projektu, który dziś byłby może opłacalny, ale nie ma szans, by jak planowano, uruchomić Baltic Pipe w 2022 r, gdy wygasa długoterminowa umowa gazowa Polski z Rosją. Stracimy więc ważny atut negocjacyjny, sprzyjający obniżce cen gazu.
Baltic Pipe przedstawiany jest jako projekt o strategicznym znaczeniu dla polskiego rynku gazu, gwarantujący niezależne od obecnych źródło jego dostaw. Inwestycja miała rozpocząć działanie w 2022 roku, w którym to wygasa podpisany w 1996 r. kontrakt na dostawy z Gazpromem. Rząd deklarował, że długoterminowy kontrakt nie będzie przedłużony, a w przypadku niezrealizowania inwestycji ma także plan alternatywny (np. drugi gazoport w Gdańsku). Warto zastanowić się jednak, czy rzeczywiście istnieje jakiś plan uniezależnienia się od dostaw gazu ze wschodu. Strona duńska, która od początku była głównym partnerem inwestycji, jest znaczenie bardziej oszczędna w słowach i wykazuje dużo bardziej pragmatyczne podejście do projektu.
Temat wywołuje też gwałtowniejsze reakcje: w lutym 2017 r. przeprowadzone zostały ataki hakerskie na instytucje państwowe w Czechach, Polsce i Norwegii – państwach wspólnie zaangażowanych w plany realizacji projektów gazowych (Baltic Pipe oraz Korytarz Północ-Południe). Ponieważ sprawców nie udało się zidentyfikować, można wyłącznie spekulować kto i w jakim celu próbował włamać się do rządowych serwerów.
Obecnie trwająca próba realizacji inwestycji gazociągu nie jest pierwsza,a historia projektu sięga lat 2001 i 2007, kiedy projekt był dwukrotnie rozpatrywany i odrzucany, by zostać podjęty po raz trzeci w 2013 r. Czy tym razem Baltic Pipe dostanie zielone światło? Projekt Baltic Pipe jest gazociągiem o zakładanej przepustowości 10 mld m3. Inwestycja w liczący 230 kilometrów gazociąg ma zostać zrealizowana przez konsorcjum firm prowadzonych przez polski GAZ-System oraz duński Energinet.dk. GAZ-System jest jedynym polskim Operatorem Systemu Przesyłowego gazu, natomiast ten drugi partner odpowiada również za przesył energii elektrycznej.
Wstępne szacunki dotyczące kosztu inwestycji wynosiły 4 – 5,5 mld PLN, przy realizacji trwającej około 6 lat. Gazociąg Baltic Pipe wpisuje się w projekt tzw. Korytarza Północnego, łączącego złoża znajdujące się na szelfie norweskim (w których udziały ma częściowo strona polska) z infrastrukturą przesyłową Danii oraz Polski i składającego się z następujących komponentów: gazociągu złożowego, łączącego system norweski (Morze Północne) z punktem odbioru w systemie duńskim; rozbudowy zdolności przesyłowej systemu duńskiego; budowy tłoczni gazu w Zealand w Danii; budowy podmorskiego gazociągu międzysystemowego, łączącego Polskę z Danią oraz terminala odbiorczego po stronie polskiej; rozbudowypolskiego systemu przesyłowego.
Po stronie polskiej, Baltic Pipe ma stanowić jeden z elementów tzw. „Bramy Północnej”, na który składa się również planowana inwestycja rozbudowy przepustowości istniejącego w Świnoujściu terminala LNG o 2,5 mld m3, do poziomu 7,5 mld m3. Ponieważ projekt Baltic Pipe realizowany jest na terenie Unii Europejskiej, jest silnie wpisany w ramy projektów infrastrukturalnych w zakresie energetyki i paliw.
Sam projekt gazociągu znajduje się na liście projektów o znaczeniu wspólnotowym (PCI – Projects of Common Interest), który osadzony jest w ramach Baltic Energy Market Interconnection Plan. Celem BEMIP jest sprzyjanie dalszej integracji rynków krajów bałtyckich, poprzez inwestycje w połączenia międzynarodowe w zakresie elektroenergetyki i gazownictwa, takie jak np. NordBalt -połączenie elektroenergetyczne łączące Szwecję z Litwą czy LitPol łączące Litwę z Polską.
Próby realizacji Baltic Pipe próbowano już podejmować dwukrotnie: w 2001 oraz w 2007 r. Na początku wieku inwestycja miała być realizowana przez DONG Energy (duński koncern energetyczny) oraz PGNiG SA. Rozważano także dopuszczenie norweskiego Statoil jako udziałowca projektu. Ponieważ jednak wstępne studium wykonalności wykazało nieopłacalność inwestycji, Baltic Pipe został porzucony.
Kilka lat temu Leszek Miler odnosząc się do zarzutów o niezrealizowanie projektu w jego pierwszej formie skomentował, że projekt miał wymiar „propagandowy”. Ilość gazu zamawianego po stronie polskiej, która gwarantowałaby opłacalność projektu wynosiła 8 mld m3. Była to stanowczo za dużo, zwłaszcza, że gaz miał być dostarczany po cenie około 30 proc. wyżej od kontraktu jamalskiego i cen gazu na rynku lokalnym. Dodatkowo za niewykorzystaną przepustowość także trzeba było płacić (kontrakt typu take or pay).
Polska strona zagwarantowała odbiór w wysokości 5 mld m3, niestety Norwegowie, pomimo wstępnych deklaracji, nie byli w stanie znaleźć odbiorców na pozostałe 3 mld m3. W obliczu tak dużych braków zapotrzebowania na przesył projekt został zawieszony.
W 2007 r. na realizatora projektu po stronie duńskiej wybrano Energinet.dk oraz PGNiG SA. Na realizację Baltic Pipe wraz z gazociągiem Skanled (był to projekt gazociągu, który miał przesyłać gaz z Norweskiego Szelfu Kontynentalnego do punktu, w którym transport surowca przejęty byłby właśnie przez Baltic Pipe) Komisja Europejska zaproponowała wydzielenie 150 mln EUR.
W międzyczasie GAZ-System zastąpił PGNiG po stronie koordynatora inwestycji. Potrzebę chociaż częściowego uniezależnienia się od rosyjskiego gazu unaocznił rosyjsko – ukraiński kryzys gazowy w styczniu 2009 r. Poza inwestycją w Baltic Pipe, polski rząd zadeklarował wtedy przyspieszenie realizacji inwestycji w terminal skroplonego gazu LNG w Świnoujściu.
Pod koniec kwietnia 2009 r. PGNiG SA poinformowało o zawieszeniu realizacji projektu Skanled, co bardzo negatywnie wpłynęło na opłacalność Baltic Pipe. Konkluzją procedury przeprowadzonej przez GAZ-System był brak zainteresowania rezerwacją przepustowości i, w konsekwencji, ponowne zaniechanie realizacji projektu.
Po raz trzeci koncepcja Baltic Pipe została przywołana w 2013 r., przy okazji opracowywania listy Projects of Common Interest dla krajów Unii Europejskiej, która została opublikowana 18 listopada 2015 r. Na wstępną ocenę opłacalności projektu Komisja Europejska przeznaczyła 0,4 mln EUR. Studium wykonalności zostało ukończone pod koniec 2016 r. przez firmy EY, Ramboll, PGNiG i Energinet.dk i – zgodnie z komunikatami prasowymi – wykazało opłacalność projektu przy wypełnieniu oczekiwanych założeń.
Głównym celem tej inwestycji jest poprawa dywersyfikacji dostaw. Większość gazu zużywanego w Polsce pochodzi z importu: około 10 z 15,4 mld m3. Natomiast większość importu sprowadzana jest z Rosji: bezpośrednio (przez gazociąg Jamalski) lub pośrednio (poprzez dostawy z Niemiec i Czech). Od 2015 r. funkcjonowanie terminala LNG w Świnoujściu pozwoliło także na import gazu drogą morską.
Importowanie gazu z szelfu norweskiego nie musi koniecznie oznaczać bezpośredniego obniżenia cen (koszty przesyłu w przypadku nowej inwestycji mogą być dosyć wysokie i uwzględniać dodatkowe taryfy przesyłowe po stronie Danii), znacznym atutem będzie jednak niezależność dostaw. Im więcej bowiem będzie źródeł importu surowca, tym bardziej kraj importujący jest niezależny od zachwiania pewności dostaw jednego ze źródeł. I tak, w tym przypadku niedopłynięcie pojedynczego statku nie będzie groźne dla bezpieczeństwa całości zapasów gazu w kraju. Również w przypadku ograniczenia podaży gazu z Rosji w przypadku ciężkiej zimy lub problemów technicznych (jak miało to miejsce we wrześniu 2014 r.) będzie to mniej odczuwalne niż było dotychczas. Ceny gazu drastycznie wzrosną i może istnieć konieczność wykorzystania zapasów, jednak bezpośrednie zagrożenie niedoboru znacząco spadnie.
Przy założeniu konsekwentnego rozwoju źródeł dostaw oraz ukończeniu inwestycji w 2022 roku, polski rząd będzie miał najsilniejszy dotychczas atut w negocjacjach cenowych z Gazpromem. Prawdopodobnie zniknie już konieczność zawierania ponad dziesięcioletnich kontraktów na dostawy, a i ceny dostaw gazu będą bliższe cenom, proponowanym krajom Europy Zachodniej.
Kolejnym z pozytywnych aspektów tej inwestycji będzie integracja rynków skandynawskich (norweskiego i duńskiego) z rynkiem polskim, a w dalszej kolejności z rynkami ościennymi (Niemcy, Czechy, Słowacja). W praktyce oznacza to, że standard wymiany zostanie całkowicie ujednolicony, a różnice w cenie będą malały (ze względu na łatwość wymiany pomiędzy poszczególnymi krajami). Wpłynie to również na stabilizację cen w regionie – tańszy gaz może być transportowany na większe odległości niż np. energia elektryczna.
W przypadku rosnącego wolumenu obrotu gazem maleć będą również opłaty przesyłowe, co prawdopodobnie znajdzie swoje odzwierciedlenie w finalnej cenie dla odbiorcy końcowego. Malejące ceny wraz z rosnącym potencjałem podaży gazu (na rynek lokalny oraz rynki krajów ościennych) mogą pozytywnie przełożyć się na wzrost popytu na gaz w obszarze oddziaływania inwestycji. Prognozuje się, że zapotrzebowanie na gaz w Polsce wzrośnie. Więcej przedsiębiorstw może wprowadzić gaz obok energii jako surowiec służący do ogrzewania lub wspierania produkcji, natomiast konsument indywidualny może wykorzystać gaz do ogrzewania lub gotowania zamiast energii elektrycznej.
Wydawać by się mogło, że realizacja projektu Baltic Pipe może przynieść nam znaczne korzyści cenowe, strategiczne oraz rozwojowe, a wszystko to – realizowane na zasadach rynkowych, pomiędzy krajami o stabilnej sytuacji politycznej i świetnych kontaktach dyplomatycznych. Należy jednak pamiętać, że od pierwszej próby realizacji inwestycji minęło ponad 16 lat, a projekt w dalszym ciągu nie dostał zielonego światła. Z drugiej strony, nigdy jeszcze nie zaszliśmy tak daleko w realizacji tego gazociągu.

Zapomnijmy o mieszkaniach dla mniej zamożnych

W polityce mieszkaniowej „Polskiego Ładu” zawarto nietrafione propozycje, pogłębiające negatywne tendencje na tym rynku.
Cele i sposoby ich osiągania, postulowane w „Polskim Ładzie” i obecne w uprawianej od 2016 roku polityce mieszkaniowej rządu, mają wspólną cechę: nietrafiony dobór instrumentów. Nie tylko nie zapewniają realizacji zadanych celów, ale pogłębiają negatywne tendencje na rynku mieszkaniowym.
Program Mieszkanie+ mający udostępnić dach nad głową rodzinom, których nie stać na zakup mieszkania, zakończył się budową mieszkań o czynszach zbliżonych do rynkowych. „Polski Ład’ to odwrót od niezrealizowanego priorytetu polityki mieszkaniowej, aby wspierać mieszkania na wynajem o umiarkowanych czynszach – i powrót celu realizowanego w latach 2007-2015 czyli zwiększenia dostępności do własnego mieszkania – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Zaproponowane w programie rozwiązania mają przede wszystkim charakter popytowy, a ich efektem będzie przede wszystkim wzrost cen budowy mieszkań. Innym negatywnym skutkiem będzie rozlanie się miast i ekstensywna, generująca wysokie koszty realizacja infrastruktury technicznej i społecznej.
Program „Mieszkanie+ zakończył się klęską: mieszkań na wynajem (o wysokich czynszach, nieatrakcyjnych dla rodzin uboższych) powstało niewiele więcej niż 1 tys. Za to radykalnie wzrosła liczba budowanych mieszkań własnościowych (bardzo niska stopa oprocentowania kredytu). Dobrane instrumenty nie uwzględniły potrzeb i możliwości 60 proc. gospodarstw domowych (przede wszystkim młodych). Przeciwnie, zwiększony popyt na mieszkania przełożył się na wzrost cen (pogłębiając przy tym brak wiarygodności kredytowej rodzin niezamożnych), a niedobór mieszkań nie zmniejszył się.
I co w tej sytuacji proponuje nowy program zawarty w „Polskim Ładzie’? Odwrót od deklarowanego (ale i tak przecież nie stosowanego) priorytetu mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach. W zamian wracamy do celu realizowanego w latach 2007-2015 czyli – przede wszystkim – zwiększenia dostępności własnego mieszkania.
Proponowane instrumenty to pomoc w uzyskaniu wiarygodności kredytowej (gwarancja do kredytu na wkład własny) oraz dofinansowanie wkładu własnego dla rodzin wielodzietnych. I dodatkowo, ułatwienie budowy domów o wielkości zabudów do 70 metrów kwadratowych o płaskich dachach – możliwej bez pozwolenia, kierownika i książki budowy, a jedynie na podstawie zgłoszenia. Dodatkowo, przewiduje się dofinansowanie partycypacji do budownictwa TBS – a więc mieszkań na wynajem.
Proponowane w „Polskim Ładzie” rozwiązania mają przede wszystkim charakter popytowy – wspierają wzrost popytu (gwarancje kredytowe, dotacje na wkład własny). Efektem będzie przede wszystkim wzrost cen realizacji mieszkań, tym groźniejszy, że nałoży się na silny od 4 lat trend wzrostowy – wskazuje TEP. Powtórzy się sytuacja z lat 2010 – 2015, kiedy pomoc finansowa w postaci dopłaty do stopy oprocentowania kredytów mieszkaniowych (Rodzina na Swoim, Mieszkanie dla Młodych) w znaczącej części przełożyła się na wyższe ceny materiałów budowlanych czy też ceny mieszkań oferowanych przez deweloperów.
Projektowane rozwiązanie budowy budynków jednorodzinnych o powierzchni zabudowy do 70 m. kw. bez pozwolenia, kierownika i książki budowy, a jedynie na podstawie zgłoszenia nie uruchomi mechanizmu na tyle zwiększającego podaż mieszkań, aby skutecznie wyhamować wzrost cen. Niesie natomiast za sobą inne zagrożenie – rozlania się miast i ekstensywnej, generującej wysokie koszty realizacji infrastruktury technicznej i społecznej – podkreśla TEP. Wymuszony, wynikowy sposób urbanizacji w zestawieniu z kosztami jej ucywilizowania – obowiązujące i postulowane standardy urbanizacji – spowodują znaczący wzrost kosztów rozwoju miast, miasteczek i wsi.
W rezultacie, rozwiązanie uwalniające od konieczności uzyskania pozwolenia na budowę, które miało uradować potencjalny elektorat, prowadzić może do swobodnej budowy swoistych slumsów 70 – metrowych klocków. Budowa infrastruktury towarzyszącej nie nadąży bowiem za podażą nowych mieszkań, a standardy urbanistyczne nie zostaną dotrzymane.
Gwarantowany przez państwo wkład własny biorących kredyt hipoteczny dostępny ma być dla osób od 20 do 40 roku życia, które nie posiadają wiarygodności kredytowej – nie są w stanie wywiązać się z warunku posiadania wkładu własnego w wysokości żądanej przez bank. Zagraża to uruchomieniem kolejnej (obok kredytów frankowych) pułapki popytowej na rynku mieszkaniowym.
Młode osoby bez wiarygodności kredytowej zachęca się do przyjęcia prezentu w postaci dostępności do własności nawet niewielkiego budynku mieszkaniowego (70 m.kw. zabudowy) zlokalizowanego na, siłą rzeczy tanich, nie uzbrojonych w infrastrukturę techniczną i społeczną gruntach. Funduje się im tym samym trudne życie – trudny dostęp do żłobków, przedszkoli, szkół, ośrodków zdrowia, brak kanalizacji, transportu publicznego, ośrodków kultury. A także naraża na potencjalną utratę zdolności do spłaty kredytu, a cały system bankowy – na utratę stabilności.
Wydaje się, że określenie tego, co dzieje się na rynku mieszkaniowym jako „ład mieszkaniowy” to smutny oksymoron, a przymiotnik polski ma tu znaczenie niwelujące. Jest zatem nadzieja, że powyższe czarnowidztwo nie sprawdzi się.
I tak, nie powstanie tyle małych, o płaskich dachach domków, a proces rozlewania się miast będzie przebiegał wolniej – projektowane 150 tys. zł gwarancji dla wkładu własnego okaże się bowiem zbyt małą (w świetle rosnących cen nieruchomości) kwotą, by licząca się grupa gospodarstw domowych mogła skorzystać z tej formy wsparcia wejścia w posiadanie własności nieruchomości. Tym samym dofinansowanie przez państwo budowy mieszkań społecznych stanie się głównym instrumentem dochodzenia do dachu nad głową. Wrócimy zatem do tak potrzebnego priorytetu mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach.

Gospodarka 48 godzin

Nasza droga inflacja
Ceny towarów i usług konsumpcyjnych w maju 2021 r. wzrosły w Polsce o 4,8 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. Natomiast w porównaniu z kwietniem 2021 zwiększyły się o 0,3 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny. To oznacza, że ceny w gospodarce rosły najszybciej od dziesięciu lat, „zjadając” realne dochody Polaków. Ten wynik oznacza, że Narodowy Bank Polski, jak niemal zawsze, nie trafia z celem inflacyjnym. Za aktualny wzrost inflacji w naszym kraju częściowo odpowiada spadek przeciętnych miesięcznych wydatków na osobę w gospodarstwie domowym aż o 6,5 proc. w ubiegłym roku. Gdy obecnie wydatki te zaczynają rosnąć, sprzyja to także wzrostowi inflacji. Inny, także pozytywny czynnik, to wzrost produkcji przemysłowej. W maju wskaźnik koniunktury PMI dla polskiego sektora wytwórczego obliczany przez Markit wyniósł 57,2 punktu. To najlepsze dane od ponad 20 lat, kiedy to zaczęto wyliczać ów wskaźnik. Polacy, jako społeczeństwo niezamożne, tradycyjnie najwięcej pieniędzy przeznaczają na żywność i napoje bezalkoholowe. Produkty te miały najwyższy udział w strukturze wydatków ogółu gospodarstw domowych – 27,7 proc. w ubiegłym roku. Tym samym inflacja najciężej dotyka właśnie uboższe warstwy społeczeństwa polskiego. Statystycznie wprawdzie przybywa nam pieniędzy – przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny na jedną osobę wyniósł w 2020 r. 1919 zł i był realnie o 2 proc. wyższy od dochodu z 2019 r – ale wzrost ten rozkłada się dalece nierównomiernie. Najniższym przeciętnym miesięcznym dochodem rozporządzalnym na jedną osobę w 2020 r. dysponowały gospodarstwa domowe rencistów. Wynosił on 1522 zł i był o 20,7 proc. niższy od średniej ogólnopolskiej. Niestety, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości sytuacja finansowa rencistów, najsłabszej grupy naszego społeczeństwa, staje się coraz gorsza. Spadek ich dochodów w stosunku do średniej ogólnopolskiej pogłębia się, bo w 2019 r. były one o 17,7 proc. niższe. Inflacja przyśpiesza nie tylko w Polsce. Według Eurostatu w strefie euro wyniosła ona w maju 2021 r. równo 2 proc., w porównaniu z 1,6 proc. w kwietniu. Do tego przyrostu przyczynił się szczególnie wzrost cen energii w porównaniu z rokiem ubiegłym. Był to najszybszy wzrost inflacji od listopada 2018 r. Kudy jednak tej anemicznej euroinflacji do rekordowej, jaką odnotowuje się w Polsce.

Pierwszy Polak
Prof. Grzegorz W. Kołodko w uznaniu swego wybitnego wkładu do światowych nauk społecznych (do których zalicza się także ekonomia), jako jedyny Polak został zagranicznym członkiem Narodowej Akademii Nauk Ukrainy, NANU (ukr. Національна Aкадемія Hаук України, НАНУ). Redakcja „Trybuny” składa gratulacje z okazji tego wyróżnienia. Warto podkreślić, że dorobek naukowy profesora, na który składa się 50 książek oraz ponad 400 artykułów i referatów naukowych, zawiera także liczne publikacje w językach ukraińskim oraz rosyjskim. W sumie prace prof. Kołodki zostały opublikowane dotychczas w 26 językach.

Poczta zwalnia
Poczta Polska zapowiedziała zwolnienie 960 osób do końca bieżącego roku. W skali kraju instytucja ta zatrudnia prawie 80 tys. osób.

Gospodarka 48 godzin

Zerwane negocjacje
Jak informuje NSZZ „Solidarność”, reprezentatywne centrale związkowe: Forum Związków Zawodowych, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” i Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych „z oburzeniem” przyjęły wiadomość o jednostronnym zerwaniu negocjacji nad „Umową Społeczną” przez stronę rządową. Takie stwierdzenia zawarte są w stanowisku, jakie przyjęły związki zawodowe w Warszawie 24 maja 2021 r. Za zerwanie negocjacji został uznany fakt, iż zdaniem związków, strona rządowa mimo braku uzgodnienia w jakimkolwiek z tematów w poszczególnych obszarach wspólnie ustalonych w ramach zawieranej „Umowy”, w dniu 19 maja br. skierowała na ścieżkę legislacyjną projekt nowelizacji kodeksu pracy, ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych oraz ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Nowelizacje obejmują swoim zakresem uregulowanie pracy zdalnej. Stanowisko związków zarzuca, że strona rządowa mając świadomość generalnych rozbieżności stanowisk oraz braku uzgodnień, „usiłuje siłą wprowadzić własne uregulowania, nie bacząc na strony dialogu, tworząc jednocześnie bezprecedensowe pole konfliktu”. I właśnie dlatego, strona związkowa uznaje kontynuację negocjacji w ramach „Umowy społecznej” za rzecz bezzasadną i nieuzasadnioną – i stwierdza (z oburzeniem), że to strona rządowa zerwała rozmowy. Pod oświadczeniem podpisali się szefowie związków z Piotrem Dudą (NSZZ „S”) na czele. „Solidarność” i współpracujące z nią związki udają tu pierwszych naiwnych. Jakby nie wiedzieli, jaka jest zdolność PiS-owskiej władzy i Jarosława Kaczyńskiego do ustępstw czy kompromisów. Do tej pory widzieli to w przypadku innych partnerów obecnej ekipy, teraz na sobie doświadczają koncyliacyjności PiS. Nie po raz ostatni.

Za mało wiatraków
Nie całkiem wiadomo, co hutnictwo ma wspólnego z wiatrakami energetycznymi, ale Hutnicza Izba Przemysłowo-Handlowa oraz Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej ogłosiły wspólne stanowisko, w którym apelują o jak najszybsze odblokowanie budowy elektrowni wiatrowych na lądzie, tak aby polski przemysł mógł także jak najszybciej zacząć korzystać z taniej, bezemisyjnej energii. Rosną bowiem ceny uprawnień do emisji CO2, a w ślad za nimi ceny energii w Polsce. To poważne zagrożenie dla konkurencyjności polskiego przemysłu, zwłaszcza w sytuacji awarii trapiących tradycyjną energetykę. I tu właśnie widać, co ma do tego hutnictwo. Jak mówi Stefan Dzienniak, prezes Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, nadchodząca dekarbonizacja hutnictwa będzie wiązać się ze znacznym zwiększeniem zużycia energii elektrycznej sektora. Aby umożliwić „zazielenienie” stali i utrzymać konkurencyjność polskiego hutnictwa na arenie międzynarodowej, konieczne jest zapewnienie dostępu do taniej, niskoemisyjnej energii elektrycznej i to w jak najkrótszym czasie. Największy potencjał by spełnić te wymagania posiada energia z wiatru na lądzie – podkreśla prezes. Obecnie trwają konsultacje publiczne nowelizacji tzw. „ustawy odległościowej”. To ograniczenie lokalizacyjne, wprowadzone przed niemal pięciu laty, utrudniło rozwój energetyki wiatrowej w Polsce.

Spóźnione rozmowy
Premier Mateusz Morawiecki i rząd zaczęli negocjować z Czechami w sprawie wstrzymania pracy Turowa. Rząd PiS miał na to wiele miesięcy przed decyzją unijnego Trybunału Sprawiedliwości, tyle, że wtedy miał swych sąsiadów w nosie. Ciekawe, gdzie oni będą teraz mieć rząd PiS?

Nasze atuty i słabe strony

Jak firmy zagraniczne oceniają sytuację gospodarczą i koniunkturę w Polsce, oraz czego się spodziewają?
Inwestorzy zagraniczni oczekują w tym roku poprawy koniunktury w Polsce, zarówno dla całej gospodarki, jak i dla swoich firm. Jednocześnie wzrosło zadowolenie z czynników decydujących o klimacie biznesowym – tak wynika z najnowszego badania koniunktury przeprowadzonego przez Polsko-Niemiecką Izbę Przemysłowo-Handlową (AHK Polska) wśród firm członkowskich oraz zrzeszonych w innych izbach. Badanie to zostało przeprowadzone w dniach 15 marca – 16 kwietnia tego roku. Dotyczyło przede wszystkim oceny sytuacji gospodarczej i perspektyw Polski, jak również tego, czy i jakie są pozytywy lokalizacji działalności firm zagranicznych właśnie w naszym kraju.
„Mimo, że ogólna sytuacja gospodarcza została oceniona gorzej niż w latach ubiegłych w związku z pandemią koronawirusa, to według własnych deklaracji większość firm znajduje się w stabilnej sytuacji i oczekuje wzrostu sprzedaży, jak również zwiększenia inwestycji” – podkreślił Lars Gutheil, dyrektor AHK Polska.
Według niego, w porównaniu z innymi europejskimi lokalizacjami, nasz kraj zajmuje nadal czołowe miejsce pod względem atrakcyjności dla międzynarodowych firm. Z badania wynika, że znacznie więcej firm planuje zwiększenie zatrudnienia niż jego zmniejszenie. Podobnie, co trzeci inwestor chciałby zwiększyć swoje wydatki inwestycyjne w Polsce.
Spośród czynników wpływających na atrakcyjność prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, badane firmy najwyżej oceniają członkostwo w Unii Europejskiej (93,3 proc. pozytywnych opinii). Przedstawiciele firm wysoko oceniają również kwalifikacje swoich pracowników oraz jakość i dostępność lokalnych dostawców.
W badaniu osobno przeanalizowano również ekonomiczne konsekwencje pandemii koronawirusa. 39,9 proc. badanych przedsiębiorców stwierdziło, że powróciło już do wyników sprzedaży jak „przed koronawirusem”. Jednak prawie 30 proc. nie spodziewa się powrotu do poziomu sprzed kryzysu aż do 2022 roku, a 16 proc. nawet później.
Długofalową konsekwencją kryzysu może być zmiana kształtu globalnych łańcuchów dostaw. Oczekuje się, że będzie to korzystne dla Europy Środkowo-Wschodniej, przy czym istniejące zakłady w Polsce nie będą przenoszone. 60 proc. ankietowanych firm nie rozważa przeniesienia swoich zakładów, a 31 proc. uważa, że przeniesienie jest mało prawdopodobne. Problemem wydają się być jednak stosunkowo wysokie ceny energii i surowców w naszym kraju, które oceniane są jako największe zagrożenie dla rozwoju biznesu w nadchodzącym roku.
Mimo to, generalnie wysoka jest atrakcyjność inwestycyjna Polski jako miejsca prowadzenia działalności gospodarczej. Polska znajduje się w czołówce najbardziej atrakcyjnych lokalizacji inwestycyjnych w regionie, tuż za Estonią i Czechami (3 miejsce na 20 lokalizacji). Zdecydowana większość badanych firm – 96 proc. – ponownie wybrałaby Polskę jako miejsce inwestycji. Jest to najwyższy odsetek, jaki kiedykolwiek Izba odnotowała.
Jeśli chodzi o sytuację gospodarczą i oczekiwania, to na pierwszy rzut oka nie ma tu wielu niespodzianek. Po spowolnieniu gospodarczym w 2020 roku, większość firm w Polsce spodziewa się w tym roku ożywienia, zarówno dla całej gospodarki, jak i dla własnej firmy. Ponad cztery na pięć badanych firm przewiduje, że sprzedaż wzrośnie lub pozostanie na tym samym poziomie. Stan polskiej gospodarki jest oceniany pozytywnie przez 68,8 proc. badanych firm. Jednak jeszcze w ubiegłym roku było to więcej, bo 87,7 proc.
Wzrostu liczby pracowników spodziewa się ponad jedna trzecia badanych firm. W opinii badanych przedsiębiorców niedobór pracowników wpływa przede wszystkim na wzrost kosztów pracy oraz powoduje zakłócenia w bieżącej produkcji.Dostępność wykwalifikowanych pracowników poprawiła się w porównaniu z poprzednimi latami, ale wraz z oczekiwanym ożywieniem gospodarczym, niedobory siły roboczej mogą ponownie wzrosnąć w tym roku.
Do najważniejszych czynników wpływających na atrakcyjność prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce należy zaliczyć członkostwo w Unii Europejskiej. Ponad połowa respondentów opowiada się za wejściem naszego kraju do strefy Euro.
Nie wszystko jednak oceniane jest pozytywnie. Na przykład, respondenci oceniają walkę z korupcją i przestępczością, elastyczność prawa pracy i koszty pracy gorzej jako słabsze, niż w przeszłości. Najgorzej oceniana jest przewidywalność polskiej polityki gospodarczej (66 proc. ocen negatywnych) oraz stabilność polityczna i społeczna kraju (55 proc. negatywnych), a także system podatkowy i obciążenia z nim związane. Czyli te wszystkie sfery, na które decydujący wpływ ma rząd Prawa i Sprawiedliwości.

Podatek reprograficzny coraz bliżej

Rząd mógł zostać zmanipulowany przez potencjalnie największych beneficjentów proponowanych zmian, czyli lobbystów z ZAiKS i innych organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi – stwierdza Federacja Konsumentów.
Nowy podatek od komputerów to groźny precedens – ocenia Federacja Konsumentów. I apeluje do decydentów, aby opierali się na wiedzy ekspertów i faktach, a nie zawierzali lobbystom i celebrytom.
Organizacja ta zaapelowała na swej stronie internetowej do premiera Mateusza Morawieckiego, kierowanego przez niego rządu oraz parlamentarzystów, w sprawie losów ustawy rozszerzającej opłatę reprograficzną, jaką obciążone mają być urządzenia elektroniczne – komputery czy telewizory, a możliwe, że finalnie również smartfony.
Jednocześnie, w swoim aktualnym apelu Federacja Konsumentów nigdzie nie wzywa do rezygnacji z rozszerzenia opłaty reprograficznej. Szefowie FK wskazują natomiast, że w efekcie wprowadzenia „podatku od komputerów” z kieszeni Polaków może być zabierany ponad 1 miliard złotych rocznie, a najbardziej ucierpią na tym uczniowie i studenci z biedniejszych rodzin, seniorzy czy osoby niepełnosprawne. Pieniądze te mają trafić w dużej części do artystów, także tych najbogatszych, także zagranicznych.
Wspomniany podatek ma zostać ściągnięty w wyniku rozszerzenia tzw. opłaty reprograficznej, która zdaniem FK jest już przeżytkiem – w wielu krajach ma toczyć się debata nad jej wycofaniem. Żyjemy bowiem w coraz bardziej cyfrowych czasach, gdzie rola tradycyjnych nośników, jak płyty CD czy DVD, staje się już marginalna – i zapewne mało kto dziś kopiuje muzykę na smartfonie lub laptopie. Jednakże ani organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, ani rząd nie przedstawili jakichkolwiek badań na ten temat. Lansowane są zaś tezy, które były prawdą może 20 lat temu, gdy rządziły pliki mp3. To już się nie dzieje!
Zdaniem FK Polacy mają zapłacić kolejny raz za to, za co płacą już wprost w ramach opłat za serwisy streamingowe lub oglądając reklamy podczas korzystania z serwisów dostarczających treści. I to niemało: w każdym 1 tysiącu złotych ceny komputera czy innego urządzenia ważnego dla pracy i nauki zdalnej, VAT i nowy podatek stanowią w sumie już około 220 zł. To więcej niż w bogatszych od Polski Niemczech. – Nowa opłata to oczywiście podwyżki cen na półkach sklepowych. Dlatego składamy uwagi do opublikowanego przez Rządowe Centrum Legislacyjne projektu ustawy, oraz publikujemy nasz apel do pana premiera i pozostałych decydentów. Z niepokojem obserwujemy determinację do szybkiego uchwalenia szkodliwych przepisów, które otworzą puszkę Pandory – z około połowy tych opłat, ponoszonych finalnie przez konsumentów, mają być wspierane emerytury artystów i twórców, również tych całkiem zamożnych, a pozostała część ma być dystrybuowana do nich za pośrednictwem m.in. ZAIKSu. To stworzy precedens do kolejnych tego typu nielogicznych i niesprawiedliwych rozwiązań podatkowych, a wolna ręka dla ministra kultury w zakresie stawek i urządzeń podlegających opłacie jest tym bardziej niebezpiecznym rozwiązaniem – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, Prezes Rady Krajowej Federacji Konsumentów.
W apelu możemy przeczytać:
Szanowni Państwo, 6 maja opublikowany został projekt ustawy o uprawnieniach artysty zawodowego. Projekt przewiduje obłożenie tzw. opłatą reprograficzną w wysokości 4 proc. od ceny brutto między innymi komputerów stacjonarnych, przenośnych, a nawet telewizorów, czy dekoderów. Jednocześnie Minister Kultury otrzyma możliwość nakładania opłat na kolejne urządzenia, co może oznaczać wprowadzenie podatku również od np. smartfonów. Z kieszeni konsumentów – mimo trudnego czasu pandemii – ma zostać wyciągnięty nawet ponad 1 miliard złotych rocznie.
W opisie projektu powtórzono nieprawdziwe argumenty lobbystów opłaty, mimo iż Federacja Konsumentów od roku ostrzega, edukuje i pokazuje – w oparciu o przepisy prawa, dane i fakty – czym jest ta opłata i jakie będą konsekwencje jej wprowadzenia.
Apelujemy do rządu, aby reprezentował wszystkich obywateli i wczuwał się w ich potrzeby. Rozdysponowanie między celebrytów bardzo znaczących sum z publicznych pieniędzy podczas pandemii wystarczająco wzburzyło społeczeństwo.
Oczekujemy, że rząd poinformuje konsumentów o charakterze i skutkach opłaty. W demokracji obywatele mają prawo oczekiwać rzetelnej informacji o regulacjach, zwłaszcza tych, które będą ich obciążać.
Punktem wyjścia do dyskusji jest dla nas jasna deklaracja, że: jest to kolejny podatek, jego skutkiem będzie dodatkowe obciążenie fiskalne sprzętu elektronicznego, ceny detaliczne elektroniki wzrosną zaś płacona przez konsumentów opłata zostanie w części przekazana dla najlepiej zarabiających artystów, również zagranicznych. To wszystko w sytuacji, gdy w Polsce 1 mln uczniów nie ma własnego komputera, a 4,5 mln Polaków nie korzysta z Internetu.
Apelujemy by rząd nie poddawał się szantażowi moralnemu stosowanemu przez lobbystów opłaty, że chodzi o pomoc dla najuboższych. Opłata reprograficzna jest instrumentem rekompensaty dla najbogatszych, najpopularniejszych artystów, którzy obecnie otrzymują największe benefity z systemu praw autorskich.
Apelujemy również, aby jasno określono, czy i w jakiej części nowy podatek ma być przeznaczony na przywileje emerytalne dla artystów. Oczekujemy, że rząd RP zapyta o zdanie w tej sprawie również zwykłych obywateli, którzy także, na co dzień, mierzą się z konsekwencjami pandemii.
W ocenie Federacji Konsumentów, rząd mógł zostać zmanipulowany przez potencjalnie największych beneficjentów proponowanych zmian, czyli lobbystów z organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, m.in.inicjatora propozycji opłaty -ZAiKS. Tymczasem prawda i fakty są zupełnie inne.
Ponadto, już obecne ceny urządzeń elektronicznych są dla Polaków istotną barierą w korzystaniu z dobrodziejstw cyfryzacji. Badania opinii publicznej wskazują również, iż Polacy uważają proponowaną opłatę za podatek, którego nie akceptują. Proponowany podatek od komputerów stoi też w sprzeczności z rządowymi planami cyfryzacji kraju i zdalnego dostępu do usług administracji państwowej.
Tyle Federacja Konsumentów. Opłata została więc skrytykowana – ale nie powiedziano jej wyraźnie „nie”. To tylko jeden z wielu głosów w sprawie rozszerzenia opłaty reprograficznej, są i opinie bardziej zdecydowane. Ale rząd PiS ogromnie potrzebuje pieniędzy…

Kryzysowy Polski Ład

Jarosław Kaczyński i jego towarzysze postanowili efektownymi przedwyborczymi obietnicami przykryć całą serię przykrych dla nich informacji.
Recesja gospodarcza panująca w Polsce, wraz z szybkim wzrostem cen, to dwa czynniki wpędzające mieszkańców naszego kraju w biedę. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w kwietniu 2021 r. w porównaniu z takim samym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 4,3 proc.
Pod względem drożyzny, nasz kraj pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości pobił już wszelkie unijne rekordy. Od miesięcy inflacja w Polsce jest najwyższa w całej Unii Europejskiej, czym oczywiście nie chwali się PiS-owska propaganda sukcesu, rozwijana przez media „publiczne”. U nas wzrost cen wyniósł wspomniane 4,3 proc., podczas gdy w całej UE w marcu zaledwie 1,7 proc. (i tylko dlatego był tak wysoki, że to Polska zawyżała tę średnią). Czy ktoś mógłby kiedykolwiek przewidzieć, że PiS-owscy prominenci rządzący Polską doprowadzą do tego, że w naszym niezamożnym kraju ceny będą rosnąć ponad dwa razy szybciej, niż w pozostałych państwach UE?.
Bardzo szybki był w Polsce zwłaszcza wzrost cen wszelkich usług, wynoszący średnio 6,8 proc. W tym obszarze, szczególnie drastycznie skoczyły ceny usług transportowych – aż o 16,2 proc. w porównaniu z kwietniem ubiegłego roku. Nieco wolniej wzrosła średnia cena towarów konsumpcyjnych, która zwiększyła się o 3,6 proc.
Ruch cen w górę nabrał już zdecydowanie trwałego charakteru. W stosunku do marca tego roku ceny towarów i usług wzrosły o 0,8 proc. (w tym towarów – o 0,9 proc. oraz usług o 0,3 proc. ). W kwietniu tradycyjnie, największy wpływ na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych ogółem miały wyższe ceny żywności. Ta drożyzna najbardziej uderza w uboższych mieszkańców naszego kraju, którym zakupy żywności pochłaniają dużo większą część zarobków w porównaniu z zamożniejszymi grupami obywateli.
Powszechnej drożyźnie, systematycznie zmniejszającej realne dochody Polaków, towarzyszy też kryzys gospodarczy. Według obliczeń GUS, polski produkt krajowy brutto w pierwszym kwartale 2021 r. zmniejszył się realnie o 1,7 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku. Tego regresu nie wyrównuje to, że nasz PKB zwiększył się o 0,9 proc. w stosunku do czwartego kwartału 2020 r. (trudno zresztą porównywać ostatni kwartał jakiegoś roku z pierwszym kwartałem roku następnego).
Wymowa tych danych gospodarczych jest nader mało optymistyczna. W dodatku w tym samym czasie pojawiły się miażdżące zarzuty Najwyższej Izby Kontroli, mówiące o łamaniu prawa przez PiS-owskich prominentów w związku z przygotowywaniem niedoszłych wyborów prezydenckich, oraz o drastycznej niegospodarności, która doprowadziła do bezsensownego zmarnowania prawie 60 mln zł publicznych pieniędzy.
Nic więc dziwnego, że Jarosław Kaczyński postanowił przykryć wszystkie te ponure konkrety jakimiś efektownymi obietnicami. Dlatego właśnie wystąpił z zapowiedziami tzw. Polskiego Ładu. Ten kolejny zestaw obietnic to czysta propaganda, mająca doprowadzić Prawo i Sprawiedliwość do zwycięstwa w najbliższych wyborach. Aż dziw, że ów koncert życzeń nie nosi nazwy Polski Ład plus – ale z drugiej strony można to zrozumieć, bo w dotychczasowych PIS-owskich obietnicach było już tak wiele plusów, które w istocie stawały się minusami (bądź zupełnymi zerami), że wicepremier Kaczyński postanowił zrezygnować z tego, budzącego już uśmiech politowania, plusowego dodatku.
Szef Prawa i Sprawiedliwości sam wystąpił tym razem w roli głównego bajarza (storytellera). Nie ma sensu merytoryczne odnoszenie się do obietnic zawartych w Polskim Ładzie. Są to bowiem albo bajki pozbawione jakiegokolwiek związku z rzeczywistością – albo propozycje, które także są nierealne ale w dodatku, jeżeli (co wątpliwe) kiedykolwiek zostaną skonkretyzowane, to będą wyglądać zupełnie inaczej niż w wersji opowiadanej przez Jarosława Kaczyńskiego oraz premiera Mateusza Morawieckiego, dotychczas etatowego opowiadacza bajek na użytek polskiej publiczności.
Dlatego nie ma co się na przykład zastanawiać, czy i skąd władza zdobędzie te 650 czy ile tam miliardów złotych na zrealizowanie Polskiego Ładu. Równie dobrze tą wymienioną sumą mogłoby być 650 bilionów, a wśród obietnic mogłoby się np. znaleźć polskie auto elektryczne dla każdego emeryta za darmo. To naprawdę nie ma znaczenia, jakie zapisy znalazły się, czy też może dopiero się znajdą w Polskim Ładzie.
Nie ma też sensu zastanawianie się, jakie będą ewentualne skutki Polskiego Ładu. Tu chodzi tylko o jeden skutek – wyborczy. Jeśli więc bajki zawarte w Polskim Ładzie będą na tyle efektowne dla wyborców, że sprawią, iż PiS mimo wszystkich swoich afer, przekrętów i nepotyzmu zachowa jednak władzę i utrzyma się przy żłobie – to program Polski Ład trzeba będzie ocenić bardzo wysoko i z pokorą uznać jego skuteczność.
Bo taki właśnie ma być ten skutek: sukces wyborczy Prawa i Sprawiedliwości oraz dalsze korzystanie przez prominentów tego ugrupowania i ich sojuszników z uroków „dojnej Polski”. To jedno zawsze wychodzi im bardzo dobrze.

Gospodarka 48 godzin

Ceny i praca
Jak wskazuje Główny Urząd Statystyczny, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w Polsce w kwietniu 2021 r. w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku wzrosły aż o 4,3 proc. (wskaźnik cen 104,3), a w stosunku do poprzedniego miesiąca wzrosły o 0,7 proc. (wskaźnik 100,7). Za wzrost cen w największym stopniu odpowiadają drożejące paliwa, ceny energii oraz żywności i napojów bezalkoholowych. Ponadto GUS podał, iż osoby aktywne zawodowo (do tej grupy wlicza się też ludzi bezrobotnych), wedle stanu na koniec IV kwartału ubiegłego roku stanowią 56,5 proc. ludności Polski w wieku 15 lat i więcej. Wskaźnik ten w odniesieniu do IV kwartału 2019 r. zwiększył się o 0,5 punktu procentowego. Liczba ludności aktywnej zawodowo w wieku 15 lat i więcej wyniosła 17086 tys. osób, z tego 16555 tys. to pracujący i 531 tys. – bezrobotni. W ostatnim kwartale ubiegłego roku odnotowano ponowne nasilenie w stosunku do poprzedniego kwartału zjawisk zaobserwowanych w pierwszym okresie epidemii wśród osób pracujących, takich jak zwiększone absencje i częstsza praca z domu.

Oponiarskie interesy
Kierowcy, którzy używają opon całorocznych, wybierają je głównie ze względu na wygodę, ponieważ nie trzeba ich wymieniać dwa razy do roku. Ponadto, zgodnie z wynikami ankiety przeprowadzonej w zeszłym roku przez firmę badawczą YouGov dla Nokian Tyres w czterech krajach: Polsce, Niemczech, Francji i Włoszech, zdaniem kierowców opony całoroczne są wystarczająco bezpieczne, by używać ich przez cały rok. Wielu kierowców nadal jednak preferuje opony sezonowe, zwłaszcza z uwagi na wysokie ceny opon całorocznych. Ponadto, oczekują oni udoskonaleń opon całorocznych. Najważniejsza jest poprawa oszczędności paliwa, a na kolejnych miejscach listy życzeń w ankiecie znalazły się dobra odporność na zużycie i cena. Większość opon całorocznych stosowana jest w małych i średnich samochodach rodzinnych. Rynek tych opon rośnie, choć już teraz jest wysoki i wynosi 20 – 25 proc. Będzie więc zapewne rosnąć i w przyszłości, bo 70 proc. respondentów zdecydowanie kupiłoby ponownie opony całoroczne do swojego samochodu. Warto przypomnieć, że jeszcze kilkanaście lat temu stosowano niemal wyłącznie opony całoroczne. Jednak koncerny gumowe doszły do wniosku, że trzeba coś zrobić, aby skłonić kierowców do częstszego kupowania opon. Wymyślono więc opony letnie, które nie nadają się do jazdy zimą oraz zimowe, na których lepiej nie jeździć latem. Rozpoczęto też intensywny lobbying na rzecz wprowadzenia przepisów nakazujących kierowcom sezonową wymianę opon (u nas na szczęście nie ma takiego obowiązku). Od paru lat koncerny gumowe chcą zwiększać swe zyski za pomocą opon całorocznych, znacznie droższych od tych sezonowych. Gdy opony całoroczne zdominują rynek, ponownie zacznie się wprowadzanie opon letnich i zimowych, ale reklamowanych już jako znacznie doskonalsze od dotychczasowych opon sezonowych. Będą też one oczywiście znacznie droższe.

Bursztynowa lipa
W 2019 r. Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej informowało, że na terenie przekopu Mierzei Wiślanej znajduje się około 1,4 tony bursztynu o szacunkowej wartości 1,4 mln zł (tysiąc złotych za kilogram). Do tej pory wydobyto jednak tylko 17 kg.

Ceny rosną, wartość naszych oszczędności spada

W bieżącym roku zwiększa się prawdopodobieństwo wyższej dynamiki cen w kolejnych miesiącach.

Inflacja w lutym 2021 r. wzrosła o 2,4 proc. w ujęciu rok do roku, i było to nieco mniej (o 0,2 punktu procentowego) niż w styczniu bieżącego roku. Dynamika zmian cen w pierwszych dwóch miesiącach roku także była nieco mniejsza niż w analogicznym okresie 2020 r. Jednak dynamika cen usług wynosi już aż 7 proc., co jest z pewnością odczuwalne przez konsumentów.
W stosunku do stycznia 2021 r. ceny towarów i usług wzrosły w lutym o 0,5 proc. W tym miesiącu w porównaniu ze styczniem, największy wpływ na wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych (CPI) miały wyższe ceny w zakresie transportu oraz żywności, które podwyższyły CPI odpowiednio o 0,16 p.p. i 0,11 p.p. Coroczna zmiana wag wskaźnika CPI spowodowała bardzo wyraźny wzrost udziału cen żywności, co jeszcze bardziej zwiększa znaczenie tych kategorii cen, na którą wpływ ma wiele czynników niezależnych bezpośrednio od banku centralnego.
Zbliżamy się do okresu, kiedy dynamika inflacji będzie przekraczała 3 proc., co z punktu widzenia banku centralnego powinno spowodować prowadzenie polityki pieniężnej, która będzie sprzyjała ograniczaniu nadmiernych oczekiwań inflacyjnych – zwraca uwagę Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Analizy wskaźników inflacji w dłuższym okresie nie ułatwiają dokonywane każdego roku aktualizacje systemu wag stosowanego w obliczeniach wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych. Przypomnijmy, że nowe wagi wynikają z przeprowadzanych badań budżetów gospodarstw domowych i oparte są na strukturze wydatków gospodarstw domowych na zakup towarów i usług konsumpcyjnych z roku poprzedzającego badany rok.
Nowy system wag uwzględnia zmiany w strukturze konsumpcji wywołane pandemią COVID-19. W efekcie, w porównaniu z 2020 r. najwyraźniej, bo aż o 2,53 p.p. wzrósł udział wydatków na żywność i napoje bezalkoholowe oraz o 0,7 p.p. udział wydatków związanych z użytkowaniem mieszkania. Najwyraźniej obniżył się udział wydatków w zakresie restauracji i hoteli (o -1,56 p.p.), transportu (-1,01 p.p.), rekreacji i kultury (-0,84 p.p.). Zastosowanie nowych wag spowodowało, że w styczniu 2021 r. w stosunku do stycznia ubiegłego roku inflacja wzrosła o 2,6 proc., wobec wstępnie szacowanego wzrostu o 2,7 proc.
Najnowsze dane o inflacji powinny skłaniać do zastanowienia się nad przyszłą ścieżką zmian cen. Procesy inflacyjne w okresie pandemii przebiegają inaczej niż w przypadku typowych sytuacji recesyjnych – zauważa TEP.
Wbrew oczekiwaniom, które pojawiły się powszechnie po rozpoczęciu pandemii w ubiegłym roku, w Polsce nie mamy do czynienia z dłuższym okresem deflacyjnym. Inflacja po dwóch pierwszych miesiącach jest o 1,1 p.p. powyżej projekcji Narodowego Banku Polskiego z lipca ubiegłego roku. Pamiętajmy, że w styczniu i lutym 2020 roku mieliśmy wyraźniejsze, miesięczne wzrosty cen, natomiast od marca do maja ubiegłego roku dynamika cen spowalniała.
W 2021 roku zwiększa się prawdopodobieństwo wyższej dynamiki cen w kolejnych miesiącach. W projekcji NBP dynamika inflacji w drugim kwartale ma wynieść 3,4 proc. Mając to na uwadze, wkrótce możemy znaleźć się w strefie dyskomfortu wynikającego z rosnącego ryzyka wzrostu dynamiki inflacji do wartości, które wywołują zaniepokojenie konsumentów i podwyższenie oczekiwań inflacyjnych.
Z punktu widzenia osób oszczędzających, rosnąca inflacja może być coraz większym problemem, skoro ujemne realne stopy procentowe powodują spadek siły nabywczej oszczędności niezabezpieczonych przed inflacją. Natomiast z punktu widzenia banku centralnego dzisiejsza dynamika inflacji nie stanowi problemu, ale wkrótce może to ulec zmianie, gdyż w otoczeniu międzynarodowym pojawiają się coraz wyraźniejsze oczekiwania wzrostu cen (m.in. wzrost oczekiwań inflacyjnych w Stanach Zjednoczonych).
Z tego powodu wymagana jest szczególna ostrożność w formułowaniu przez bank centralny kierunków przyszłych działań. Powinny one być skoncentrowane przede wszystkim na ograniczaniu oczekiwań inflacyjnych oraz odpowiednio wczesnej reakcji w sytuacji ryzyka zbyt wysokiej dynamiki cen w przyszłości.