Ceny energii idą w górę

Korzystanie z węgla sprawia, że polskie firmy muszą ponosić coraz wyższe opłaty z tytułu emisji CO2. W rezultacie będzie spadać konkurencyjność naszych przedsiębiorstw, co przełoży się na wolniejsze tempo rozwoju gospodarki.

Realne ceny energii w Polsce są dziś o wiele wyższe niż kilka lat temu – a to dopiero początek ich ostrego marszu w górę. Rząd PiS, walcząc o zwycięstwo w wyborach w tym roku dotował ceny energii, przeznaczając na ten cel dodatkowe środki z zaległych praw do emisji. Ceny są dotowane: dla odbiorcy indywidualnego w 100 proc., dla przedsiębiorców przynajmniej w połowie (Za pierwsze półrocze bieżącego roku firmom przysługują ceny energii z czerwca 2018. Nadpłaty mają być wyrównywane poprzez korekty w fakturach za kolejne miesiące).
Nie ma jednak środków na dotacje do cen energii w przyszłym roku. Jest już po wyborach, a napięty budżet pęka w szwach.
Znaczące podwyżki odczują zatem wszyscy, a Polska będzie miała jedne z najwyższych cen energii w regionie – ocenia Polskie Towarzystwo Gospodarcze.
Na wysokie ceny wpływają właśnie opłaty emisyjne. Stanowią one aktualnie 45-50 proc. kosztów energii w Polsce. W ciągu kilku lat cena opłat emisyjnych za tonę dwutlenku węgla wzrosła z 5 do 25 EUR. W lipcu tego roku został zaś dotychczasowy szczyt – uprawnienia kosztowały prawie 30 EUR. To nie koniec, bo Komisja Europejska postuluje, aby 30 EUR za tonę dwutlenku węgla było minimalną opłatą emisyjną. W związku z tym musimy być przygotowani na jeszcze wyższe ceny energii.
Inna ważna przyczyna wzrostu cen to polskie zapóźnienie energetyczne, pogłębiające się w ciągu ostatnich czterech lat. Mamy przestarzałe bloki energetyczne, których wydajność spada szczególnie w czasie upałów oraz niemodernizowaną infrastrukturę przesyłową. Tymczasem państwowe firmy energetyczne, zamiast inwestować w nowoczesność, angażują się w różne nierentowne przedsięwzięcia Skarbu Państwa.
Rosnące ceny energii to pożądany moment aby dokonać przeglądu energetycznego naszego przemysłu.
Różne maszyny mogą generować wyższe zużycie prądu, nawet nieużywane. Aby to sprawdzić trzeba zainstalować czujniki, które będą raportować zużycie energii przez poszczególne maszyny w danym czasie – proponuje Polskie Towarzystwo Gospodarcze,.
Jak szacuje PTG, dzięki wyeliminowaniu miejsc utraty energii można czasem zmniejszyć jej zużycie nawet o 30 proc. Warto też wyeliminować wszelkie miejsca utraty ciepła. Dotąd niewykorzystywane ciepło można zamienić na energię. Efektywność systemu skojarzonego w ten sposób także może być nawet o 30 proc. wyższa.
Może być – ale najpierw trzeba mieć pieniądze na takie działania, a rząd ani ich nie ma, ani nie spróbuje ich znaleźć. Będzie wiec tak jak u Kuby Sienkiewicza: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie dalej tak jak jest”. Przecież o nadmiernej energochłonności polskiej gospodarki mówi się od prawie pół wieku i zawsze z tak samo marnym skutkiem.
Tym niemniej, technologia idzie do przodu. Panele fotowoltaiczne są dziś o wiele bardziej wydajne niż dziesięć lat temu. Gwałtowny wzrost cen energii wywołany opłatami emisyjnymi CO2 spowodował, że produkowanie energii z odnawialnych źródeł zaczęło być bardziej konkurencyjne nawet bez rządowych dopłat. Cena energii z OZE kształtuje się dziś na poziomie 240-250 zł za megawatogodzinę. Gdy zważyć, że w przyszłym roku średnie ceny energii mogą osiągnąć 300-330 zł/MWh, ta różnica staje się interesująca.
Problem z OZE jest jednak taki, że nie są one pewnym źródłem energii. Najmniej stabilne są oczywiście farmy wiatrowe. Bardziej – ogniwa fotowoltaiczne, w których intensywność produkcji prądu można projektować poprzez ekspozycję na słońce. Generalnie, w związku z niestabilnością OZE, mogą one tylko częściowo pokrywać zapotrzebowanie na prąd.
Na razie jesteśmy skazani na proste spalanie węgla, bo rząd nie inwestuje w inne możliwości. Produkcja energii w Polsce będzie więc nadal w dużym stopniu zależeć od kosztów emisji CO2. Spowoduje to, że ceny prądu zapewne będziemy mieć najwyższe w regionie.
Przełoży się to oczywiście na niską konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Znalezienie rozwiązań, które zminimalizują negatywne efekty tej sytuacji jest naglącym wyzwaniem strategicznym państwa polskiego – ale obecna ekipa z pewnością nie podejmie takiego wyzwania.

Mimo wrzenia, Chile pokona kryzys

Wystarczyło ledwie kilka dni, by najstabilniejsze i najsprawniej zarządzane państwo Ameryki Łacińskiej pogrążyło się w chaosie. Co się stało w Chile – i dlaczego ten kraj mimo problemów prawdopodobnie szybko upora się z bieżącymi kłopotami?

„Spójrzcie na Amerykę Łacińską. Argentyna i Paragwaj są w recesji, Meksyk i Brazylia w stagnacji, Peru oraz Ekwador w głębokim kryzysie politycznym. W tym kontekście Chile wygląda jak oaza, ponieważ mamy stabilną demokrację, gospodarka się rozwija, tworzymy miejsca pracy, rosną wynagrodzenia, a kondycja makroekonomiczna jest zrównoważona”.
Jeszcze tydzień temu, kiedy w wywiadzie dla „Financial Times” z ust prezydenta Chile Sebastiana Pinera padały takie stwierdzenia, można było się pod nimi podpisać.
Niestety, dla tego bogatego w surowce andyjskiego kraju, wypowiedziane one zostały w złą godzinę.

To nie przez podwyżkę cen biletów

Dosłownie dwa dni po publikacji wywiadu w „FT”, 19 października Pinera musiał ogłosić stan wyjątkowy w stolicy kraju Santiago, ze względu na olbrzymie protesty społeczne, dewastację obiektów użyteczności publicznej czy podpalenia i grabieże sklepów.
W kolejnych dniach dowiedzieliśmy się o kilkunastu ofiarach śmiertelnych tych protestów, a obrazy przedstawiane przez zagraniczne media pokazywały tak dużą skalę zniszczeń, że automatycznie nasuwały się porównania do wydarzeń w Wenezueli czy w Argentynie z przełomu wieku.
Co więc spowodowało tak nagłą zmianę sytuacji w tym uporządkowanym i często podawanym jako przykład stabilności kraju?
W skróconym przekazie medialnym można było usłyszeć, że katalizatorem niezadowolenia Chilijczyków były podwyżki cen biletów metra. Czy jednak możliwe, by wzrost kosztów komunikacji miejskiej o ok. 15 groszy (30 peso) mógł spowodować tak olbrzymie niepokoje i straty związane ze zniszczeniami samego metra w wysokości 300 mln USD? Oczywiście, że nie.
Kwestie związane z transportem publicznym nawet nie były zapalnikiem dla protestów, a stołeczna młodzież przeskakiwała przez bramki metra raczej dla zgrywu niż ze względu na droższe bilety.

Niezadowolenie trwało od lat

Zdecydowanie bliżej prawdy jest koncepcja, że niezadowolenie tliło się w społeczeństwie miesiącami, a nawet latami.
Kilka tygodni temu w Chile doszło do podwyżek cen energii elektrycznej (o ok. 10 proc.). Prezydent Pinera realizował politykę reform i podkreślał, że Chile jest wyjątkowe, gdyż na pewno nie wpadnie w szpony populizmu.
Zmiany w systemie emerytalnym (poprzez wzrost składek) czy na rynku pracy (bardziej elastycznym dla pracodawców), połączone z rosnącymi cenami, zaczęły jednak negatywnie wpływać na nastroje gorzej sytuowanych obywateli.

Latynoskie nierówności

Nagły wzrost niezadowolenia społecznego połączony z wizerunkowymi wpadkami prezydenta-miliardera (świętował urodziny syna w luksusowej restauracji, gdy rozpoczęły się zamieszki) doprowadziły do szerokiego kryzysu. Warto zwrócić uwagę, że niezadowolenie części ludności ma uzasadnienie również ekonomiczne – podkreśla Cinkciarz.pl.
W Chile podobnie jak w wielu krajach Ameryki Łacińskiej panują silne nierówności społeczne. Według Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) indeks nierówności GNI w Chile znajduje się na poziomie 0,45 i należy do najwyższych w grupie państw należących do Organizacji (w Polsce jest to 0,28 według danych za 2016 r.). Dochody 20 proc. najlepiej zarabiających obywateli Chile są dziesięciokrotnie wyższe niż tych 20 proc. mających najniższe wynagrodzenia. W Europie te różnice są mniej więcej o połowę mniejsze (dla Polski są one 4,4 raza wyższe, a dla Niemiec 4,6 raza wyższe).
Niezadowolenie młodej części społeczeństwa wynika także z faktu, że bezpośrednie koszty studiów są wysokie. Według danych OECD za 2015 r. wynoszą one według parytetu siły nabywczej (PPP) ok. 10 tys. dolarów. Polak, Niemiec czy Czech musi wydać z własnej kieszeni średnio około 3-4 tys dol., czyli mniej więcej jedną trzecią tej kwoty. Z kolei w następnych latach wykształcenie Chilijczyka wyraźnie procentuje (najbardziej wśród wszystkich krajów OECD oprócz USA), co dalej pogłębia nierówności społeczne pomiędzy gorzej sytuowaną, a zamożniejszą częścią ludności, którą stać na takie wydatki.

Lepiej żyć w Polsce

Warto natomiast zauważyć, że mimo rozwarstwienia dochodowego Chile na koncie ma wiele sukcesów. Ocena kredytowa kraju wynosi silne „A” i według trzech głównych agencji ratingowych kształtuje się ona przynajmniej o szczebel wyżej niż dla Polski. Niskie ryzyko niewypłacalności to rezultat długu publicznego, utrzymującego się od lat na poziomie poniżej 30 proc. produktu krajowego brutto (w Polsce jest on większy).
Mimo poważnego uzależnienia gospodarki od cen metali przemysłowych i koniunktury zewnętrznej (połowa eksportu to miedź lub jej produkty, tylko trzy państwa – Chiny, USA, Japonia – generują połowę zagranicznego popytu na chilijskie towary), sytuacja kraju jest względnie stabilna, gdy dochodzi do fluktuacji na rynku surowców. Chile nie ma także problemów z inflacją, a także, w opinii np. agencji S&P Global Ratings, jest to państwo „silnej demokracji i rządów prawa”.
Ciekawostką może być fakt, że PKB na mieszkańca Chile w ujęciu nominalnym wynosi dokładnie tyle samo, ile w Polsce – według Fitch Ratings około 15,5 tys. USD. W parytecie siły nabywczej jest to natomiast dużo mniej. Dla Polski Fitch szacuje ją na prawie 28 tys. dol, podczas gdy w Chile o ponad 4 tys. dol mniej.
Możliwość zakupu przez Polaka większej ilości dóbr oraz usług za te same pieniądze oraz zdecydowanie mniejsze nierówności społeczne sprawiają, że nad Wisłą standard życia jest wyższy niż w tym kraju Ameryki Łacińskiej.

Chile przezwycięży problemy?

Chile prawdopodobnie poradzi sobie z obecnym kryzysem. Prezydent Pinera poprosił społeczeństwo o wybaczenie. Obiecał zamrożenie cen energii elektrycznej, podwyższenie emerytur, darmowe leki dla gorzej sytuowanej części społeczeństwa oraz gwarantowane minimalne wynagrodzenie na poziomie 480 dolarów.
To jednak nie ustępstwa ze strony władzy spowodują powrót do stabilizacji. Chile, mimo nierówności społecznych, od lat jest dobrze zarządzanym państwem w niesprzyjającym otoczeniu gospodarczym Ameryki Łacińskiej. Lepsze zaadresowanie programów społecznych i większa dostępność do edukacji mogą tylko wzmocnić tę pozycję – a wtedy obecny kryzys szybko pójdzie w zapomnienie.

Więcej zarabiamy, bardziej się zadłużamy

Pomimo stopniowego wzrostu średniego poziomu dochodów Polaków, prywatne oszczędności obywateli rosną powoli.

Rosnące ceny żywności, mieszkań i paliw to największe zmartwienie Europejczyków. Nasz kraj nie jest niestety zieloną wyspą cenową.
W Polsce ​wywóz śmieci jest już o 27 proc. droższy niż przed rokiem, za wycieczki turystyczne płacimy już o 6,8 proc. więcej, usługi transportowe, lekarskie oraz fryzjerskie i kosmetyczne to średnio wzrost o 5,7 proc. (przy inflacji na poziomie 2,9 proc.) – wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego.
Jak więc oszczędzać więcej w czasach, gdzie galopująca drożyzna zjada portfele Polaków?
Stopa oszczędności w Polsce w ostatnich latach wahała się w okolicach 2 proc., podczas gdy średnia dla całej Unii Europejskiej wynosiła ok. 5-6 proc., a najbogatsze kraje UE osiągają nawet więcej niż 10 proc.
Z badanych przez Europejski Urząd Statystyczny państw, tylko Łotwa, Litwa i Cypr mają ten wskaźnik na niższym niż Polska poziomie. Co ciekawe, niewiele więcej oszczędności (w stosunku do swoich zarobków) od Polaków mają Brytyjczycy (5,16 proc.) i Finowie (6,16 proc.).
Jednak w latach 2009-2019 blisko trzykrotnie wzrosła liczba naszych rodaków, którym udaje się regularnie odkładać przynajmniej niewielkie kwoty. Towarzyszy temu jednoczesny spadek odsetka osób popadających w poważne długi (choć sama wartość naszego zadłużenia nieco rośnie). Jest to związane ze wzrostem średniego wynagrodzenia brutto, które w 2019 r. przekroczyło 5 tys. zł – i tylko w ciągu ostatnich 10 lat wzrosło ono o ok. 60 proc., choć trzeba pamiętać, że ponad dwie trzecie Polaków zarabia mniej niż owa średnia.
Z badania „Nawyki finansowe Polaków, czyli na czym lubimy oszczędzać” zrealizowanego dla BIG InfoMonitor przez Quality Watch wynika, że ponad 50 proc. mieszkańców Polski w ramach oszczędności kupuje głównie na promocjach. Bezpłatne parkowanie to sposób na oszczędzanie dla 40 proc. Polaków (choć oczywiście każdy, kto tylko może, stara się parkować bezpłatnie), a powstrzymywanie się od zostawiania napiwków deklaruje 35 proc. (naturalnie tylko z tej niewielkiej grupy, która chodzi do rozmaitych lokali). Około 63 proc. Polaków deklaruje, że posiada oszczędności, a ich wysokość jest zwykle mniejsza niż półroczne dochody.
41 proc. respondentów odpowiedziało, że pieniądze odkłada „na wszelki wypadek/na zapas”. Okazuje się, że dla ponad połowy z nas główną zaletą oszczędzania jest większe poczucie bezpieczeństwa.
Znacznie mniej osób wskazywało na inne cele. Warto zauważyć, że udział składki ubezpieczeń na życie w wydatkach polskich konsumentów zanotował spadek, szczególnie gdy porówna się to z kilkudziesięcioprocentowym wzrostem średniego poziomu wynagrodzeń.
Zapewne wynika to z tego, że polskie społeczeństwo coraz bardziej się starzeje, zaś towarzystwa ubezpieczeniowe nie chcą ubezpieczać ludzi starszych od następstw chorób i nieszczęśliwych wypadków. Ci natomiast nie są specjalnie zainteresowani ubezpieczaniem się tylko na wypadek własnej śmierci, rozumiejąc, że żaden z tego dla nich pożytek.

Budujemy – i wciąż brakuje

W polskim sektorze budowlanym mamy z jednej strony fazę silnego ożywienia, a z drugiej ograniczone zasoby, zwiększającą się konkurencję oraz rosnące koszty – no i ceny.

Ożywienie w branży budowlanej wynika z kumulacji wysokiego popytu w budownictwie ogólnym i sektorze nieruchomości komercyjnych. Główne przyczyny wysokiego popytu to unijne projekty w sferze infrastruktury, a także stały, strukturalny niedobór mieszkań w dużych miastach – takie wnioski płyną z raportu Narodowego Banku Polskiego.
Do tych czynników, sprzyjających koniunkturze, dochodzą niskie stopy procentowe w naszym kraju i w strefie euro, co zachęca do poszukiwania innych, alternatywnych form inwestycji środków finansowych, takich jak właśnie nieruchomości komercyjne, służące do zarabiania pieniędzy (biura, apartamentowce, parkingi itp.).

Drogo, coraz drożej

Skutkiem wszystkich tych tendencji jest to, że w Polsce rosną koszty budownictwa, ceny obiektów, jak również stawki czynszów oraz średnie ceny ofertowe i transakcyjne metra kwadratowego mieszkań na rynkach pierwotnych i wtórnych rosły. Ceny w Warszawie i 9 największych miastach przekroczyły najwyższe poziomy notowane w okresie napięć na rynku (2006-2008). Jednakże dochody gospodarstw domowych rosły szybciej od cen nieruchomości. Oznacza to, że, jak stwierdza NBP: „indeksy cen mieszkań deflowanych wynagrodzeniami nadal wskazywały ujemne wartości”.
Najwyższe nominalne ceny metra kwadratowego mieszkań jak zwykle notowano w Warszawie oraz w Gdańsku, Gdyni, Krakowie, Wrocławiu i Poznaniu. Tam na ogół wyższe ceny dotyczyły mieszkań małych o powierzchni do 40 mkw. oraz największych, powyżej 80 mkw. Natomiast na rynkach pozostałych większych miast, najwyższe ceny metra notowano tylko dla mieszkań małych.
Średnie stawki najmu (zarówno ofertowe i transakcyjne) w ubiegłym roku wrosły w porównaniu z 2017 r. Ofertowe o 4 proc., a transakcyjne aż o 10,4 proc., co stanowiło czynnik skłaniający zamożniejsze gospodarstwa domowe do inwestycyjnego zakupu mieszkań na wynajem.
Przy obecnym poziomie stawek czynszów, podmioty inwestujące w mieszkania na wynajem osiągały wyższe nominalne stopy zwrotu (liczone jako różnice w poziomach stóp procentowych) niż osiągane z obligacji skarbowych lub depozytów bankowych (oraz podobne do zyskiwanych z inwestycji w nieruchomości komercyjne).
W rezultacie, ludzie bogaci, których stać na takie inwestycje, robią się w Polsce szybko coraz bogatsi – co widać, po dużej liczbie prominentów Prawa i Sprawiedliwości posiadających kamienice i liczne mieszkania.
W przypadku nieruchomości komercyjnych stopa zysku jest o tyle wyższa, że często są one finansowane bardzo nisko oprocentowanymi kredytami w euro. Należy jednak zwrócić też uwagę na nieporównanie wyższy poziom ryzyka inwestycji w takie obiekty, w porównaniu z lokatami bankowymi czy obligacjami państwowymi.
Na rynku nieruchomości biurowych mamy stały wzrost popytu, przy także wysokiej podaży. Jednakże rosnąca podaż powierzchni biurowych może wywołać spadki czynszów, zwłaszcza w budynkach starszych lub niekorzystnie położonych, co wpłynie na dochody właścicieli oraz może utrudnić im spłaty zobowiązań – prognozuje NBP.
Natomiast na rynku powierzchni handlowych kolejny rok z rzędu zmniejsza się udział nowo oddanej powierzchni. Może to oznaczać, że zaspokojony jest popyt na takie obiekty.

Państwo nie pomaga

W polskich miastach cięgle rośnie popyt na mieszkania. Jest to związane z brakiem jakiegokolwiek rządowego wsparcia dla zakupu pierwszego własnego M, oraz z niepowodzeniem PiS-owskiego programu budowy tanich mieszkań na wynajem.
Narodowy Bank Polski oględnie mówi o „nieco mniejszej podaży na pierwotnym rynku mieszkaniowym”, nie chcąc oczywiście rozwijać tematu nieskuteczności działań mieszkaniowych obecnej ekipy.
Ponadto, wysoki popyt na mieszkania jest konsekwencją silnego wzrostu wynagrodzeń gospodarstw domowych, utrzymywania przez banki drastycznie niskich stóp procentowych (zarówno depozytów, jak i kredytów), a także wyczerpywania się środków na dopłaty do nabywania mieszkań w ramach rządowego programu Mieszkanie dla Młodych.
Program ten, stworzony przez rząd Platformy Obywatelskiej, z powodzeniem funkcjonował od 2014 r, ale PiS go wstrzymał, uznając, że dzieło wrogów nie może być dłużej kontynuowane. Zastąpiono go propagandowym programem Mieszkanie Plus, czyli w rzeczywistości niczym. Warto też zwrócić uwagę na to, że w 2018 r. zwiększyła się akcja kredytowa banków (aż o 11,8 proc.). Saldo złotowych kredytów mieszkaniowych wzrosło o 30,3 mld zł, do 287,7 mld zł.
NBP podkreśla, iż kredyty walutowe są regularnie spłacane, a dodatkowo poprzez wzrost ceny złotego, wartość zadłużenia walutowego wyrażonego w złotych zmniejszyła się w porównaniu z 2017 r. o 2,4 proc. czyli o 3,1 mld zł (do 127,9 mld zł). Oznacza to, że pogłoski o dramatycznej sytuacji frankowiczów są generalnie, według naszego banku centralnego, nieco przesadzone.
Mieszkania nie rozchodzą się jak ciepłe bułeczki, ale są sprzedawane dość szybko, średnio w czasie (na koniec 2018 r.) około 3,1 kwartału. „Nadal oznacza to szybką sprzedaż pojawiających się ofert i ograniczenie możliwości wyboru mieszkań dla nabywców” – zauważa NBP.
Natomiast czas sprzedaży mieszkań na rynkach wtórnych (używanych), uwzględniający tylko transakcje zakończone sprzedażą, na koniec 2018 r. na wszystkich rynkach oscylował wokół czterech miesięcy, czyli zmniejszył się względem poprzedniego roku o ok. 0,5 – 1 miesiąc.
Mimo braku wsparcia ze strony rządu, popyt w Polsce na mieszkania jest tak duży, że powoduje też stopniowy wzrost liczby budowanych budynków – oczywiście kosztem ogromnych wyrzeczeń finansowych polskich rodzin.
W 2018 r. oddano do użytkowania ponad 184,8 tys. nowych mieszkań, (wzrost rok do roku o 2,0 proc.). Rozpoczęto budowę ok. 222 tys. nowych obiektów (wzrost r/r o 7,7 proc.) oraz wydano ok. 257 tys. pozwoleń na budowę (wzrost o 2,7 proc.). „Aktywność budownictwa mieszkaniowego kształtowała się na rekordowym poziomie, jednak ze względu na wysoki popyt i sprzedaż nie zaobserwowano nadwyżki podaży mieszkań na rynku” – stwierdza NBP.

Deweloperzy łupią skórę

Ogromny głód mieszkań i utrzymujący się wysoki popyt wpływał bardzo pozytywnie na sytuację ekonomiczną firm deweloperskich, zwłaszcza tych największych.
Udział ich zysku w cenie nowych mieszkań nadal utrzymywał się na bardzo wysokim poziomie. „Oznacza to, że firmom deweloperskim udało się w znaczącym stopniu przerzucić na nabywców szybko rosnące koszty budowy mieszkań” – podkreśla NBP.
Tak więc, rosnące ceny robót budowlano-montażowych oraz braki kadrowe są odczuwane głównie przez nabywców mieszkań. Podobnie jak i rosnące ceny ziemi pod budownictwo wielorodzinne, które szczególnie w największych miastach znacząco wzrosły w 2018 r.
Jak zauważa w swym raporcie NBP, mimo tego skoku cen ziemi, deweloperzy nie przewidują, aby w okresie najbliższych lat miało zabraknąć ziemi pod budownictwo mieszkaniowe. „Oznacza to, że deweloperzy zakładają akceptację coraz wyższych cen przez kupujących” – wskazuje raport.
Firmom deweloperskim pieniędzy nie brakuje, finansują się kapitałem własnym, przedpłatami klientów, obligacjami i kredytami, a także tym, że… z opóźnieniem regulują swoje zobowiązania. Nie muszą więc brać kredytów (ich udział w finansowaniu budów jest niewielki i nie przekracza ok. 10 proc.).
Zgodnie z zasadą, że nawet dziadowski handelek jest lepszy niż złoty szpadelek, korzystna koniunktura na rynku mieszkaniowym sprawia, że deweloperzy zarabiają krocie, ale firmom budowlanym nie przyniosła jak dotąd znaczących korzyści ekonomicznych. Ponoszą one straty w wyniku wzrostu kosztów materiałów budowlanych i kosztów pracy. Nowe kontrakty są podpisywane na krótsze etapy prac, co lepiej uwzględnia rosnące ryzyko kosztów budowy.
W Polsce zwiększa się liczba mieszkańców największych miast, natomiast w mniejszych ośrodkach następuje wyludnienie, co jest zgodne z obserwowanymi trendami światowymi. Występuje też ciągle przenoszenie się mieszkańców poza granice administracyjne miast (szczególnie widoczne w Poznaniu), mimo coraz większych kłopotów z dojazdami.

Przerwa w boomie?

Po bardzo dobrym drugim kwartale bieżącego roku, w budownictwie ponownie nastąpił wzrost liczby firm mających problemy. Wśród nich są zarówno przedsiębiorstwa infrastruktury drogowej (zajmujące się np. kanalizacją czy pracami elektrycznymi), jak i budownictwa ogólnego (co jest pewną niespodzianką zważywszy na popyt na rynku mieszkaniowym), a także stawiające biura czy magazyny.
W sierpniu – czyli w środku sezonu budowlanego – łącznie 13 firm budowlanych ogłosiło swoją niewypłacalność – informuje Euler Hermes. Niewypłacalność oznacza niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, czego skutkiem jest upadłość bądź któraś z form postępowania restrukturyzacyjnego.
Wygląda na to, że budownictwo notuje przerwę w boomie. Pytanie, czy krótkotrwałą? Na rynku budowlanym kontraktów i pieniędzy jest i będzie w najbliższych miesiącach trochę mniej. Obecnie rozpisywane przetargi zaczną wchodzić w fazę realizacji najwcześniej pod koniec przyszłego roku. Zmniejszyła się więc pula zleceń i firmy zaczęły ponownie o nie mocno konkurować. Tymczasem zaś, koszty pracy i materiałów utrzymują się na wysokim poziomie, co jest dla wykonawców coraz większym problemem.

 

Niższe tempo wzrostu

Jeszcze jest czas na podwyżki stóp. Na razie mogą zostać na poziomie 1,5 proc.

Rada Polityki Pieniężnej stwierdza, iż napływające dane wskazują, że tempo wzrostu w gospodarce światowej pozostaje relatywnie niskie, a perspektywy globalnej koniunktury nadal się pogarszają.W strefie euro tempo wzrostu aktywności gospodarczej – wobec trwającej dekoniunktury w przemyśle – utrzymuje się na niskim poziomie. Czynnikiem ograniczającym skalę spowolnienia wzrostu w tej strefie jest nadal dobra sytuacja w sektorze usług.
W Stanach Zjednoczonych koniunktura pozostaje dobra, choć odczyty jej wskaźników także sygnalizują osłabienie aktywności w III kwartale. W Chinach napływające dane wskazują na dalsze obniżanie się tempa wzrostu gospodarczego.
We wrześniu nastąpił wzrost cen ropy naftowej na rynkach światowych, jednak ich poziom jest nadal niższy niż przed rokiem. Jednocześnie inflacja w wielu krajach utrzymuje się na umiarkowanym poziomie. W Polsce panuje dobra koniunktura, chociaż napływające dane wskazują na prawdopodobne obniżenie się tempa wzrostu gospodarczego w III kw., do czego przyczynia się głównie osłabienie koniunktury za granicą. Stabilizująco na dynamikę PKB oddziałuje natomiast rosnąca konsumpcja krajowa, wspierana przez zwiększające się zatrudnienie i płace, dobre nastroje konsumentów oraz wypłaty świadczeń społecznych. Nadal rosną także inwestycje w gospodarce. Inflacja w e wrześniu br. – według szybkiego szacunku GUS – wyniosła 2,6 proc. W kierunku wyższej dynamiki cen oddziałuje głównie wcześniejszy istotny wzrost cen żywności. Ograniczająco na dynamikę cen wpływają natomiast niższe niż przed rokiem ceny energii.

Ceny żywności spadają?

W sierpniu koszyk podstawowych produktów w marketach był tańszy niż w lipcu. To pierwszy spadek od kwietnia – można przeczytać we wtorkowym wydaniu Pulsu Biznesu i na portalu RMF24. Czy szalejąca drożyzna przestanie nam w końcu dokuczać?

Inflacja i rosnące ceny żywności są jednym z centralnych tematów trwającej kampanii wyborczej. Politycy opozycji, głównie tej prawicowej, chętnie demonstrują zdjęcia paragonów, mające ilustrować rosnące w szybkim tempie ceny. Tymczasem badanie wykonywane co miesiąc przez ASM Sales Force Agency dowodzi, że trend ten został zatrzymany. Przynajmniej w sierpniu podstawowe produkty były tańsze niż w lipcu i najtańsze od kwietnia, gdy przy okazji świąt wielkanocnych sklepy obniżały ceny i stosowały rozliczne promocje.
Badanie, na które powołują się media polega na porównaniu cen 40 najczęściej nabywanych w detalicznej sprzedaży spożywczych produktów.
„Podczas gdy lipiec był dla Polaków miesiącem drogich zakupów, druga połowa wakacji była nieco łaskawsza dla ich portfeli. Sierpniowe badanie koszyka zakupowego pokazuje, że najdroższe zakupy robiliśmy nie wychodząc z domu (kanał e-commerce), zaś najtańsze w stacjonarnym Kauflandzie – za ten sam koszyk zapłaciliśmy tu 220,16 zł zaś przez internet 246,54 zł” – podaje ASM SFA, cytowana przez Polską Agencję Prasową.
Według danych zebranych przez koszyk zakupowy ASM SFA, największe obniżki w ciągu miesiąca były w sieci E.Leclerc (spadek o 6,59 proc.), Kaufland (2,73 proc. w dół) oraz Carrefour (w dół o 2,27 proc.). Z kolei podwyżki zanotowano w sklepach Biedronki (wzrost o 1,87 proc.) oraz Selgros (0,23 proc. w górę).

Niepewność szkodzi wzrostowi

Rada Polityki Pieniężnej widzi zagrożenia dla naszej gospodarki, ale usiłuje zachować urzędowy optymizm.

W gospodarczym świecie stopniowo dzieje się coraz gorzej. Napływające dane wskazują, że tempo wzrostu w gospodarce światowej pozostaje relatywnie niskie, a perspektywy globalnej koniunktury znowu się pogorszyły – wskazuje Rada Polityki Pieniężnej.

Choć burza huczy wokół nas

W strefie euro w II kw. wzrost produktu krajowego brutto nadal jest na bardzo niskim poziomie wynoszącym zaledwie 0,2 proc.).
Mimo nadal dobrej sytuacji w sektorze usług w eurostrefie, aktywność w sektorze przemysłowym pozostaje słaba. A bez rozwoju przemysłu nie będzie rozwoju Europy. W Stanach Zjednoczonych koniunktura pozostaje dobra, choć i tam dynamika PKB w drugim kwartale się obniżyła, a odczyty wskaźników koniunktury sygnalizują możliwe osłabienie aktywności w kolejnych kwartałach. W Chinach wzrost PKB także spowolnił w II kwartale tego roku.
Europejski Bank Centralny utrzymuje stopy procentowe na poziomie bliskim zera, w tym stopę depozytową poniżej zera, oraz reinwestuje papiery wartościowe zakupione w ramach programu skupu aktywów. EBC sygnalizuje także możliwość poluzowania polityki pieniężnej w najbliższym czasie. Wszystko to ma pobudzić europejską gospodarkę.
W tym samym celu Rezerwa Federalna Stanów Zjednoczonych obniżyła stopy procentowe oraz zaprzestała zmniejszania swojej sumy bilansowej.
Jednocześnie inflacja w wielu krajach utrzymuje się na umiarkowanym poziomie. Także i dlatego, że w ostatnim okresie obniżyły się ceny ropy naftowej na rynkach światowych. Ale te obniżki stanowi już przeszłość. Zbombardowanie rafinerii w Arabii Saudyjskiej grozi zakłóceniami na rynku paliw, których skutki odczuje cały rozwinięty świat, a w tym oczywiście i Polska.

Wyspa wciąż lekko zielona

Na razie jednak, w Polsce – mimo osłabienia wzrostu gospodarczego za granicą – nadal utrzymuje się dobra koniunktura, a tempo wzrostu PKB w II kwartale tego roku wyniosło 4,5 proc. (rok do roku). Wzrostowi aktywności gospodarczej w naszym kraju sprzyja rosnąca konsumpcja, wspierana przez wciąż zwiększające się zatrudnienie i płace, dobre nastroje konsumentów oraz wypłaty świadczeń społecznych.
W II kwartale nadal rosły także – mimo zauważalnego już pewnego obniżenia dynamiki – inwestycje w Polsce. Pytanie, jak długo jeszcze będą rosnąć?
Trzeba też zauważyć, że obniżyło się zarówno tempo wzrostu eksportu i importu, co wskazuje na zwalnianie obrotów naszej gospodarki.
Jednocześnie, rośnie inflacja, która w sierpniu tego roku – według szybkiego szacunku GUS – wyniosła 2,8 proc. Na koniec roku prawdopodobnie osiągnie 3 proc., co oznacza systematyczne zmniejszanie siły nabywczej zarobków Polaków. Na rzecz coraz wyższej dynamiki cen oddziałuje głównie istotny i dotkliwy wzrost cen żywności. Ograniczająco na przyrost cen wpływają natomiast niższe niż przed rokiem ceny energii, w tym paliw (co się wkrótce zmieni).

Niby dobrze, ale z obawami

W ocenie Rady Polityki Pieniężnej perspektywy krajowej koniunktury pozostają korzystne, a dynamika PKB utrzyma się w najbliższych latach na relatywnie wysokim poziomie – choć trudno liczyć na utrzymanie tempa wzrostu wynoszącego dziś 4,5 proc. W Polsce rośnie bowiem niepewność dotycząca skali i trwałości osłabienia koniunktury za granicą – i jego negatywnego wpływu na krajową aktywność gospodarczą.
Nie wiadomo też, co będzie z inflacją, która z pewnością wzrośnie w pierwszym kwartale przyszłego roku – ale RPP ma nadzieję, iż to tylko przejściowy wzrost.
Reasumując, Rada ocenia, że nasza gospodarka nadal utrzymuje się na ścieżce zrównoważonego wzrostu oraz zachowuje równowagę makroekonomiczną. Jak widać, zdaniem RPP, tej równowagi z pewnością nie zakłócą liczne obietnice przedwyborcze, mnożące się w ustach liderów PiS jak króliki Lejzorka.

Czy euro podnosi ceny?

W krajach przechodzących na euro zastosowano szereg środków mających zapewniać rzetelne przeliczenia z waluty narodowej.

Wszystkie 19 krajów, które już wprowadziły euro, skutecznie zastosowało instrumenty chroniące konsumentów przed praktyką ukrytych podwyżek.
Wprowadzając nową walutę przelicza się ceny krajowe na euro według ustalonego kursu z dokładnością do sześciu cyfr. Powstaje obawa, że przedsiębiorstwa i handlowcy mogą zawyżać ceny. Konsumenci nie są w stanie przeliczać starych cen na nowe według sześciocyfrowego przelicznika i handlowcy mogliby to wykorzystać. Aby zapobiec takim praktykom w krajach przechodzących na euro zastosowano cały arsenał środków gwarantujących rzetelność przeliczeń.
We wszystkich państwach wprowadzono obowiązek publikowania starej ceny oraz jej przeliczenia na euro według obowiązującego przelicznika. Każdy mógł sobie porównać, czy nowa cena w euro odpowiada cenie wynikającej z oficjalnego przelicznika. Sklepy były zobowiązane podawać takie informacje co najmniej przez pół roku od przejścia na euro. W Słowenii każde gospodarstwo domowe otrzymało kalkulatorek, który przeliczał ceny. Urzędy statystyczne zwiększyły częstotliwość i zakres badania cen przed i po przejściu na euro. Do monitorowania cen zmobilizowały się również ruchy obywatelskie: rozmaite stowarzyszenia konsumenckie, zrzeszenia emerytów, organizacje młodzieżowe.
Doniesienia o zmianach cen były sprawdzane i jeśli się potwierdziły, a nie były uzasadnione, to sprzedawca trafiał na publiczną czarną listę. Na Słowacji przyjęto ustawę, która umożliwiała administracyjną kontrolę cen, choć minister finansów zastrzegał, że będzie to broń ostateczna, której władze wolałyby nie używać. Metody chroniące konsumentów przed ukrytymi podwyżkami cen okazały się w pełni skuteczne, na co wskazuje doświadczenie krajów, które przyjęły euro.
Wśród pierwszych 12 państw, które wprowadziły euro od 1 stycznia 2002 roku, w 10 z nich tempo wzrostu cen spadło, a jedynie w Grecji i Francji było nieco szybsze niż w roku 2001. Okazało się też, że najtrudniej kontrolować ceny w restauracjach i kawiarniach. W sumie według badań Eurostatu wpływ wprowadzenia euro na tempo wzrostu cen wyniósł ok. 0,3 punktu procentowego. Niektóre sklepy w celu przyciągnięcia klientów przekonywały, że nowe ceny są niższe, niż by to wynikało z mechanicznego przeliczenia.
W niektórych krajach sieci sklepowe podpisały publiczne zobowiązania, że będą uczciwie przeliczać ceny. W wielu krajach zaobserwowano zaś rozbieżność między danymi statystycznymi dotyczącymi wzrostu cen a percepcją konsumentów, według których ceny po przejściu na euro znacznie wzrosły. W innych latach takich rozbieżności między statystyką a odczuciami konsumentów nie odnotowano.
Na przykład we Włoszech po pierwszym roku używania euro (2002) Eurostat podał, że przeciętny wzrost cen wszystkich wyrobów konsumpcyjnych wyniósł 2,5 proc., czyli był wolniejszy niż w ostatnim roku funkcjonowania lira (2001), kiedy inflacja wyniosła 2,8 proc. Przeciętny Włoch nie chciał w to wierzyć, bo z jego codziennego doświadczenia wynikało, że ceny wzrosły dużo bardziej. Koronnym dowodem była podwyżka cen filiżanki cappuccino, która przed zmianą waluty kosztowała 1500 lirów (czyli 0,77 euro), a po zmianie 1 euro, czyli o 30 proc. więcej. Czy jest możliwe, żeby i Eurostat i przeciętny Włoch mieli rację? Psychologowie i ekonomiści zwrócili uwagę na pewne zjawisko – otóż Włosi wypijają po dwie lub więcej filiżanek cappuccino dziennie, ale nie prowadzą rachunków wskazujących, że ma to dla ich domowego budżetu marginalne znaczenie. Drobny wydatek o dużej częstotliwości zaważył na percepcji wpływu euro na inflację. Psychologowie nazwali to „efektem cappuccino”.

Widmo inflacji

Rosnące z dnia na dzień ceny stały się faktem. Komu sprzyja, a komu szkodzi inflacja?

Trudno jest zrozumieć destrukcyjny charakter deflacji, czyli ujemnej inflacji. Systematycznie spadających cen. Wydawać by się mogło, że im taniej, tym lepiej. Nie do końca tak jest. Rozwój gospodarczy państwa związany jest z rosnącym popytem wewnętrznym, czyli chęcią nabywców do kupowania towarów i usług. Tymczasem deflacja do kupowania zniechęca. Po co kupować w tym roku nowy samochód (lodówkę, meble, buty), po co zabierać się za remont mieszkania – skoro za rok będzie taniej. Klasycznym przykładem, jeśli chodzi o problemy z deflacją, jest oczywiście Japonia. Deflacja jest zmorą gospodarki Japonii od dziesięcioleci. To między innymi za sprawą deflacji wzrost PKB tego kraju, również od dziesięcioleci, oscyluje w granicach od -1 proc. do +1 proc.

Po 1989 roku deflacja w rocznym wymiarze pojawiła się w Polsce dwukrotnie: w roku 2015 odnotowano ujemną inflację wynoszącą -0,9 proc., a w 2016 -0,6 proc. Ale to już głęboka historia. Po rzuceniu przez rząd PiS na rynek dodatkowych kilkudziesięciu miliardów złotych, głównie za sprawą programu 500+, wzrost inflacji był tylko kwestią czasu. Żeby była jasność, pomijam aspekt społeczny transferów. Potem było dodatkowe 9 mld zł z trzynastej emerytury. A na dniach rusza kolejna wielomiliardowa transza wypłat 500+ na pierwsze dziecko.
Inflacja będzie rosła. Nie ukrywa tego nawet premier Morawiecki. A my widzimy to przy każdych zakupach, szczególnie na straganie z warzywami i owocami. Komu ta rosnąca inflacja jest na rękę? A dla kogo stanowi zagrożenie?

Więcej podatków

W krótkim horyzoncie czasowym z rosnącej inflacji najbardziej cieszy się minister finansów. Wyjaśnijmy to na przykładzie zwykłej pietruszki. Gdy jej cena wahała się w okolicach 2 złotych za kilogram (Tesco, październik 2011r.: pietruszka korzeń luz – 1,79 zł/kg), z 5-procentowego VAT-u do budżetu wpływało zaledwie 10 groszy. Przy aktualnej cenie 15 złotych, każdy kilogram sprzedanej pietruszki zasila budżet państwa 75 groszami z VAT-u.
W 2018 roku wpływy z podatku VAT wyniosły 174 mld zł. Narodowy Bank Polski w swoich „Założeniach polityki pieniężnej na rok 2019” określił cel inflacyjny na poziomie 2,5 proc. z możliwym odchyleniem +/- 1 pkt proc. A więc inflacja na koniec tego roku może wynieść nawet 3,5 proc. To oczywiście pewne uproszczenie, ale gdy przeliczmy te 3,5 proc. na zwiększone wpływy z VAT-u, to otrzymamy kwotę ponad 6 mld zł.

Rosną też wpływy z innych podatków. A więc akcyza, na przykład od paliw, których cena (oprócz gazu) chyba już na stałe przekroczyła barierę 5 zł. Wraz ze wzrostem inflacji z reguły rosną płace, a więc i podatki od dochodów osobistych. W przyszłym roku rekordowy będzie wzrost składek ZUS dla przedsiębiorców. I tak dalej…
Ale inflacyjne eldorado budżetu państwa ma bardzo krótkie nóżki.

1000000000000

Jak podało niedawno ministerstwo finansów, na koniec I kwartału 2019 roku dług sektora rządowego i samorządowego przekroczył 1 bilion złotych (jedynka i dwanaście zer). A w ciągu dwóch lat rządów PiS 2016-2018 wzrósł o 110 mld zł. Takie duże liczby niekoniecznie działają na wyobraźnię. Więc powiedzmy inaczej: gdy po 15 minutach skończycie Państwo czytać ten tekst, zadłużenie naszego kraju wzrośnie w tym czasie o 1 milion złotych!
Bilion bilionem, ale ci co pożyczyli takie pieniądze muszą zarabiać. W obecnej chwili koszty obsługi długu publicznego są na rekordowo niskim poziomie. Budżet państwa przeznacza na ten cel około 30 mld zł. Niski poziom kosztów obsługi długu ma oczywisty związek z niską inflacją lub wręcz deflacją w latach ubiegłych i tym samym rekordowo niskimi stopami procentowymi. Gdyby inflacja przekraczająca 3 proc. stała się w najbliższych latach regułą, koszty obsługi długu muszą wzrosnąć. A jeśli wzrost inflacji zbiegnie się w czasie z okresem ogólnej dekoniunktury, budżet może mieć dodatkowe kłopoty z obsługą wszystkich zobowiązań. I będzie musiał pożyczać więcej. Zawsze znajdą się tacy co pożyczą. Tylko więcej ryzykując, będą żądać większej zapłaty. I okaże się, że wzrost wpływów do budżetu spowodowany inflacją zostanie w całości skonsumowany zwiększonymi kosztami obsługi długu publicznego.
Koniec o problemach rządzących. Teraz my. Co rosnąca inflacja oznacza dla pracowników, emerytów, rodzin z dziećmi?

Na etacie

Najmniej mogą się obawiać rosnącej inflacji pracujący w sektorze gospodarki prywatnej. Dramatyczny brak rąk do pracy powoduje, że mamy dzisiaj klasyczny rynek pracownika. Można się spodziewać, że wywalczenie podwyżek przynajmniej rekompensującej wzrastające koszty życia będzie w zasięgu niemal wszystkich grup pracowniczych.
Tak łatwo nie przyjdzie to już pracownikom sfery budżetowej. Przez lata rządów koalicji PO-PSL jednym z ważnych elementów łatania dziury budżetowej było zamrożenie płac w budżetówce. Dramatyczny protest nauczycieli wiosną tego roku był w dużej mierze skutkiem tamtej „zamrażarki”, Ale rządzący PiS pokazał, że wcale nie jest skory do zaspokajania słusznych postulatów płacowych sfery budżetowej. Obawiam się, że już od jesieni protesty płacowe i strajki różnych grup pracowników budżetówki mogą stać się codziennością. Pomoc tym pracownikom, to moim zdaniem, najważniejsze zadanie związków zawodowych w najbliższym czasie.

Emeryci i renciści

Co do zasady, emeryci i renciści mają zapewnioną waloryzację swoich świadczeń wraz z rosnącą inflacją. Problem w tym, że przysłowiową pietruszkę po 15 złotych za kilogram trzeba kupić dziś, a wyższa emerytura trafi na konto dopiero w marcu 2020 roku. Drugi problem, to skala tych podwyżek.

W jednej z gazet przeczytałem tytuł: „Rekordowe podwyżki emerytur w 2020 roku”. Ileż ten „rekord” wyniesie? Najniższa emerytura i renta, najniższa renta rodzinna oraz renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy oraz renta rolnicza wzrosną o 35,64 zł. Super. Ponad 1 złoty na codzienne wydatki. Obawiam się, że taki „rekordowy” wzrost świadczeń nie pokryje nawet rosnących kosztów mediów: prądu, gazu, wody.

Gdy byłem posłem, opowiadała mi jedna z mieszkanek małego miasta. Panie Pośle, ja nigdy nie wylewam wody z wanny po kąpieli. Trzymam wiaderko wypełniane wodą z kąpieli w toalecie. Oszczędzam dzięki temu miesięcznie 15 złotych. Żadne sztuczki z przedwyborczą trzynastą emeryturą tej chorej sytuacji najgorzej sytuowanych emerytów i rencistów nie uzdrowią. Konieczna jest systemowa radykalna podwyżka takich świadczeń. Na którą rząd nie ma pieniędzy. Dlatego pobierający niskie świadczenia społeczne będą pierwszymi ofiarami wysokiej inflacji.

Dzieci

Rząd PiS najhojniej obdarował rodziny z dziećmi. Ale, ale. Któraś z gazet policzyła, że wypłacane od 2016 roku 500 zł na drugie i następne dzieci ma już realną wartość tylko 270 zł. Mocno pan redaktor przesadził, bo nie samą pietruszką po 15 złotych człowiek żyje. Ale rosnące koszty żywności (mający dzieci wiedzą, ile dziecko potrafi zjeść) uderzają w budżety rodzin z dziećmi szczególnie dotkliwie. Bez bawienia się w szczegółowe wyliczenia szacowałbym, że pierwotne 500+ to dzisiaj tak naprawdę 400+.
Być może jest to celowy zabieg Jarosława Kaczyńskiego – brak mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Dzięki temu programowi zamierza wygrać drugie z kolei wybory. A po kilku kolejnych latach wysokiej inflacji (inflację liczy się wg zasad procentu składanego) zostanie realnie z tego tylko połowa. Albo i mniej.
Adrian Zandberg apelował w tym tygodniu o wprowadzenie mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Przyłączam się do tego apelu. Tylko w ten sposób zapewnić możemy trwałą realną wartość wypłacanych kwot. Inaczej program 500+ przejdzie do historii jako trick służący wygrywaniu wyborów.

Kredytobiorcy

Historia pokazała, że kredyty frankowe były metodą na obniżenie comiesięcznych rat tylko przez krótki czas. Dzisiaj kilkaset tysięcy rodzin boryka się z horrendalnie wysokimi ratami tych kredytów. A nowi kredytobiorcy kupujący mieszkania biorą kredyty w złotówkach. Mając przy tym nadzieję, że nie spotka ich los frankowiczów. Tylko czy na pewno? Z pewnością nie zmieni się kurs złotówki do złotówki, tak jak to miało miejsce w przypadku kursu złotego do franka. Ale jeśli wzrosną stopy procentowe?

Z cennika banku Millenium: oprocentowanie kredytu hipotecznego sięga 4,52 proc. rocznie. Składa się na to 2,8 proc. marży banku plus aktualna stopa referencyjna WIBOR3M wynosząca 1,72 proc. Bardzo niska! Ale jeszcze nie tak dawno, do końca roku 2012 WIBOR przekraczał 4 proc. Przy wzroście inflacji ówczesne poziomy stóp referencyjnych mogą powrócić. Co to oznacza? Wzrost oprocentowania kredytu hipotecznego do poziomu 7-8 proc. w skali roku. I wzrost miesięcznej raty z na przykład 2000 złotych do blisko 3000 złotych.

Kongres PiS

Na odbywającym się w ubiegłą sobotę w Katowicach kongresie programowym Prawa i Sprawiedliwości wiele mówiono o świetlanej przyszłości czekającej Polki i Polaków pod rządami Jarosława Kaczyńskiego. Nie odnotowałem, by ktoś z uczestników krytykował galopujące w górę ceny – szczególnie żywności. By ktoś martwił się rosnącą inflacją.
Tymczasem wysoka inflacja jest ogromnym zagrożeniem dla gorzej sytuowanych ludzi starszych. Rencistów i emerytów. Ale również dla ludzi młodych. Tych mających dzieci. I cieszących się z nowego mieszkania. Kupionego na kredyt. Rządzący nie mówią nic o tych zagrożeniach w przedwyborczej debacie. Ale opozycja, a szczególnie lewica – powinny!

Złe prognozy się nie sprawdziły

Rozmaici analitycy jak zwykle specjalizują się w straszeniu. I z reguły nie mają racji w swoich ponurych przewidywaniach.

Opisując pierwsze półrocze bieżącego roku, można zaryzykować twierdzenie, że był to jeden z ciekawszych okresów na rynkach finansowych od lat.
Cofając się do prognoz tworzonych pod koniec ubiegłego roku, większość kasandrycznych wizji, jak dotąd, się nie sprawdziła.
Jedyną sprawdzoną prognozą było utrzymanie słabej koniunktury w strefie euro, chociaż w części prognoz wskazywano na możliwe odbicie w drugim półroczu.

Zmienność jest stała 

Zdaniem najczęściej odmienianym na wszystkie przypadki przez rynkowych analityków w 2018 roku było – „Silny wzrost rynkowej zmienności”. Powszechnie oczekiwano, że 2019 przyniesie dalszą eskalację tej zmienności. Pierwsze cztery miesiące bieżącego roku zdawały się przeczyć tej tezie. Po silnych spadkach w IV kwartale rynki niemal nieustająco rosły, zaś skala wahań kursów akcji znacząco spadła.
Zmienność jednak przypomniała o sobie w maju ubiegłego roku, gdzie splot kilku zdarzeń, związanych z ryzykiem intensyfikacji konfliktów handlowych zachwiał optymizmem inwestorów. Wydarzenia z maja tylko na chwilę przypomniały inwestorom, że przynajmniej amerykański rynek akcji znajduje się w zaawansowanej fazie hossy i takie nagłe powroty zmienności mogą wracać na rynki w dość nieoczekiwany sposób

Rola Trumpa

Powodami do optymizmu na początku roku były nadzieje inwestorów na szybkie zakończenie tematu wojen handlowych. Ten scenariusz wydawał się być realny do końca kwietnia, gdy Donald Trump w znaczący sposób zaostrzył retorykę Stanów Zjednoczonych – czego konsekwencją było wpisanie na czarną listę kilku chińskich korporacji, w tym Huawei, jak również groźba nałożenia kolejnych wysokich ceł na chińskie produkty.
Te wydarzenia zachwiały na moment optymizmem inwestorów giełdowych, jednak ostatecznie na szczycie G20 pod koniec czerwca udało się uzyskać zawieszenie broni.
Biorąc jednak pod uwagę pewną nieprzewidywalność działań amerykańskiego prezydenta i otwarcie konfliktu na kilku frontach, każdy scenariusz na drugą połowę roku jest równie możliwy. Zagrożona wydaje się być również Europa Zachodnia, gdzie „nawis” wojen handlowych zdaje się hamować optymizm przedsiębiorców.
Na szczególną uwagę zasługuje zmiana retoryki amerykańskiego banku centralnego. Jeszcze na początku 2019 roku, pomimo nacisków amerykańskiego prezydenta, powszechnie obowiązującym scenariuszem była kontynuacja cyklu podwyżek stóp procentowych.
Oczekiwania te zostały silnie złagodzone, gdy FED (amerykańska rezerwa federalna) przeszedł w fazę „czekaj i patrz”. Następnym krokiem była deklaracja Jerome’a Powella, szefa FED, mówiąca o gotowości wsparcia amerykańskiej gospodarki przez bank centralny.
Zostało to przez uczestników rynku zinterpretowane jako preludium do rozpoczęcia cyklu łagodzenia polityki pieniężnej przez bank centralny USA.

Absurdalna wiara w słowo

Kolejnym krokiem było usunięcie z komunikatu po czerwcowym posiedzeniu FED słowa „cierpliwość”, co rynek przyjął jako wstęp przed obniżkami stóp. Prawdopodobieństwo lipcowej obniżki stóp sięgnęło 100 proc.
Patrząc na obecne wyceny długu, kilka obniżek stóp procentowych jest już w cenach amerykańskich obligacji. Trudno jednak w protokole z posiedzenia FED szukać twardego potwierdzenia takiego scenariusza.
Pod koniec I półrocza również Europejski Bank Centralny zadeklarował chęć wsparcia dla europejskiej gospodarki. Zgodnie z głównym komunikatem z ostatniego posiedzenia, wszystkie opcje pozostają na stole, w tym obniżki stóp procentowych.
Warto tutaj pamiętać, że kończy się kadencja obecnego prezesa EBC i trudno powiedzieć, jakie zapatrywania odnośnie dalszej polityki Europejskiego Banku Centralnego będzie miał jego następca.

Złoto idzie do góry

Z rynkowych wydarzeń należy podkreślić również silne wzrosty cen złota. Były one powodowane przede wszystkim niepewnością związaną z dalszym przebiegiem konfliktów handlowych oraz wzrostem napięcia w zatoce Ormuz. Ceny złota rosły konsekwentnie od końca maja, przekraczając dawno nieobserwowany poziom 1400 dolarów za uncję.
Końcówka I półrocza przyniosła również silne spadki cen rentowności krajowych obligacji. Było to dość spójne ze zmianami wycen globalnego długu. Rentowności krajowych 10-latek znalazły się na poziomach obserwowanych ostatnio na przełomie 2014 i 2015 roku, co biorąc pod uwagę niezmienną od kilku lat politykę Rady Polityki Pieniężnej, może nieco dziwić.
Ale do największych zaskoczeń należy zaliczyć dość nieoczekiwany przebieg wojny handlowej i przede wszystkim ostry zwrot w polityce banków centralnych.
Paradoksalnie, najbardziej niepokoić może silna zmienność nastrojów i optymizm inwestorów, których zachowanie w ostatnich paru miesiącach mogło się wydawać, w pewnych momentach, mocno nieracjonalne.

Trzeba trochę postraszyć

Odczyty gospodarcze, w szczególności w Europie Zachodniej, mogą w ostatnich miesiącach niepokoić. Indeksy optymizmu PMI utrzymują się trwale poniżej poziomu 50 punktów. Co ciekawe, pozostaje to praktycznie bez wpływu na zachowanie się rynkowych indeksów.
Do interesujących wniosków można dojść obserwując odczyty wskaźnika PMI dla krajowego indeksu, który jak dotąd nie znalazł odzwierciedlenia w danych realnych, wskazujących na kontynuację zdrowego wzrostu naszej gospodarki.
Część rozbieżności można tłumaczyć pewnym zapóźnieniem w realizacji zamówień krajowych wytwórców. Jednak przy silnym wsparciu fiskalnym nikt obecnie nie prognozuje znaczącego spowolnienia wzrostu polskiego produktu krajowego brutto w 2019 roku, jak wskazywałyby na to odczyty wskaźników wyprzedzających.

Polskie akcje średnio stoją

Ostatnie sześć miesięcy było bardzo udane dla inwestorów lokujących środki na rynkach rozwiniętych. Po spadkach w IV kwartale ubiegłego roku, indeksy z końcem grudnia silnie odbiły i ten trend trwał praktycznie do końca I półrocza.
Amerykański indeks S&P 500 zyskał w tym czasie 17,3 proc, dwa razy ustanawiając nowe historyczne szczyty. Jeszcze lepiej wypadły amerykańskie spółki technologiczne skupione w indeksie Nasdaq, zyskując nieco ponad 20 proc.
Hossa nie ominęła Europy Zachodniej, niemiecki DAX wzrósł o 18,9 proc., zaś francuski CAC40 o 18 proc.
Dużo słabiej na tym tle wypadł polski rynek, który przez długi czas był odporny na globalny optymizm. WIG20 zyskał od początku roku około 3 proc., zaś szeroki indeks WIG 5,3 proc.. Było to zasługą lepszego „zachowania się” małych i średnich spółek. Indeks WIG80 zyskał 12,2 proc., zaś WIG40 odpowiednio 5 proc.
Jak już wcześniej wspomniałem, krajowe akcje nie uczestniczyły w obserwowanej na globalnych rynkach hossie. Takie zapóźnienie giełdy papierów wartościowych, patrząc z perspektywy historii, nie jest niczym szczególnym.
Można więc oczekiwać dobrego drugiego półrocza dla krajowych spółek, biorąc pod uwagę wejście pracowniczych programów kapitałowych, wspierających gospodarkę i hossę na naszym wschodzącym rynku.
Największa przestrzeń wzrostu istnieje w segmencie małych spółek – tutaj jednak każdy inwestor powinien mieć z tyłu głowy kwestię płynności, która boleśnie przypomniała o sobie w II połowie 2018 roku.

Zbytni optymizm inwestorów

Obserwując dotychczasowe zachowanie rynków w 2019 roku, można było dojść do jednego wniosku. Zmiany cen rynkowych aktywów silnie odcięły się od fundamentów gospodarczych. Rynki potrafiły najpierw rosnąć, potem spadać i z kolei ponownie rosnąć bez zmiany istotnych parametrów rynkowych i gospodarczych.
Ten optymizm jest w mojej ocenie niepokojący, gdyż każdy drobny komunikat rynkowy, czy też tweet Donalda Trumpa jest w stanie zmienić krótkoterminowy trend na rynkach. W takim otoczeniu, biorąc również pod uwagę obecny poziom rynkowych indeksów, w każdym racjonalnym inwestorze powinien zbudzić się pewien zdrowy poziom ostrożności. Trudno jednak dyskutować z faktami, gdy rynki konsekwentnie rosną.