Rządy PiS drenują kieszenie Polaków

Wywóz śmieci jest o ponad połowę droższy niż przed rokiem, ceny usług bankowych są o prawie 43 proc. wyższe, opieka społeczna zdrożała o 12,4 proc. Tę listę ciągnąć można długo, a tempo wzrostu cen przyśpiesza z roku na rok.
Główny Urząd Statystyczny zaprezentował dane o inflacji w sierpniu 2020. W miesiącu tym ceny okazały się przeciętnie o 0,1 proc. niższe w lipcu i jednocześnie wyższe niż przed rokiem o 2,9 proc. (w lipcu ten wzrost wynosił 3,0 proc.).
Ceny towarów okazały się o 0,3 proc. niższe niż w ubiegłym miesiącu i były o 1,5 proc. wyższe niż w sierpniu przed rokiem. Natomiast w przypadku usług ceny w sierpniu wzrosły o 0,2 proc., zaś w skali roku zwiększyły się aż o 6,6 proc.
Generalnie, ceny w sierpniu 2020 tak w ujęciu miesięcznym, jak i rocznym okazały się zbliżone do prognozowanych wcześniej oraz publikowanych jako wstępny szacunek inflacji w sierpniu. Szczególnie zwracają uwagę głębsze sezonowe spadki cen żywności, odzieży i obuwia, a także obserwowane w grupie rekreacja i kultura – wskazuje raport Krajowej Izby Gospodarczej
Jak wynika z szczegółowej analizy przygotowanej przez KIG, wzrosty cen w obszarze usług, to połączenie wprowadzania nowych cenników po otwarciu części działalności, uwzględniające konieczność sprostania dodatkowym kosztom (choćby związanym z wymaganiami sanitarnymi) – ale również próba choć częściowego odrobienia strat z okresu zamknięcia. W usługach wciąż też odczuwalny jest efekt wzrostu płacy minimalnej z początku roku (w większości usług udział kosztu pracownika w ogółach kosztów jest znaczący).
W ujęciu miesięcznym najbardziej odczuwalny był wzrost cen w transporcie (o 1,9 proc od lipca 2020). Rosły też ceny w grupach: użytkowanie mieszkania (0,3 proc.), restauracje i hotele (0,2 proc.), łączność (0,2 proc.), zdrowie (0,2 proc.), edukacja (0,1 proc.). W przypadku alkoholu i tytoniu oraz innych towarów i usług ceny w sierpniu pozostały na tym samym poziomie co miesiąc wcześniej.
Spadki cen miały miejsce w grupach: odzież i obuwie (minus 1,5 proc.), żywność i napoje bezalkoholowe (- 1,1 proc.) oraz rekreacja i kultura (- 0,4 proc.). We wszystkich trzech przypadkach spadki miały charakter typowo sezonowy. Do tego taniały też artykuły z grupy wyposażenie mieszkania i prowadzenie gospodarstwa domowego (- 0,3 proc.).
Inaczej już wygląda porównanie z sierpniem 2019 r. Istotnie wyższe niż przed rokiem były ceny towarów oraz usługi w następujących grupach: użytkowanie mieszkania (7,2 proc.), edukacja (5,8 proc.), restauracje i hotele (5,7 proc.), zdrowie (5,4 proc.), alkohol i tytoń (4,8 proc.), inne towary i usługi (4,4 proc.), łączność (3,4 proc.).
Umiarkowany wzrost zanotowano w grupach: żywność i napoje bezalkoholowe (3,0 proc.), rekreacja i kultura (2,2 proc.), wyposażenie mieszkania i prowadzenie gospodarstwa domowego (0,9 proc.). Skalę inflacji spłycały zaś spadki cen w grupach transport ( – 7,1 proc.) oraz odzież i obuwie ( – 1,9 proc.).
Spośród towarów i usług, które szczególnie mocno podrożały od ubiegłego roku, wypada wymienić: wywóz śmieci (aż 50,5 proc.), usługi finansowe (42,9 proc.), owoce (18,5 proc.).
Wzrost cen ma też swoje źródła w zmianach notowanych w innych grupach towarów i usług. Wystarczy wspomnieć kategorię zdrowie, gdzie największe wzrosty odnotowano w grupie usługi lekarskie (o 9,3 proc.) i stomatologiczne (14,5 proc.), albo rekreację i kulturę, gdzie przykładowo w ujęciu rocznym ceny usług związanych z rekreacją i sportem wrosły o 6,5 proc., a turystyka zorganizowana w kraju o 6,6 proc. Sporo drożały też usługi fryzjerskie: o 13,5 proc., czy opieka społeczna (12,4 proc.).
Kolejne miesiące roku powinny przynieść nieznaczny wzrost rocznego wskaźnika inflacji, do około 3,3 proc. − 3,4 proc., a później wyraźniejszy jego spadek w grudniu do około 2,8 proc.
Średnioroczny wskaźnik inflacji w roku 2020 wyniesie około 3,5 proc. – wobec 2,3 proc. z roku 2019 i 1,7 proc. z roku 2018.
Czynnikami ryzyka są tu kurs walutowy (w sytuacji silnego osłabienia się złotego inflacja może wzrosnąć, umocnienie złotego zaś może zbijać inflację), sytuacja na rynkach surowców (obecnie inflację coraz słabiej zbijają niskie ceny paliw) – ale również skala recesji spowodowanej wpływem na gospodarkę koronawirusa wraz z mogącymi nastąpić silnymi zmianami w strukturze popytu, tak konsumentów jak i klientów biznesowych oraz instytucjonalnych.

Gospodarka 48 godzin

Budżet bez reguły

Od czasu przygotowywania ustawy budżetowej na 2015 r. głównym czynnikiem, który określa dopuszczalną wysokość wydatków budżetu państwa jest stabilizująca reguła wydatkowa, która, mówiąc w uproszczeniu, określa jakie maksymalnie mogą być wydatki budżetu, by nie spowodowały nadmiernego zadłużenia. Rząd PiS nie chce jednak być krępowany przepisami ograniczającymi swobodę jego wydatków. Dlatego, pod pretekstem pandemii COVID-19 wprowadzono przepisy, które rozszerzają katalog zdarzeń wyłączających przestrzeganie stabilizującej reguły wydatkowej. „Rozwiązanie to umożliwia wsparcie gospodarki dodatkowymi środkami i skuteczne przeciwdziałanie epidemii oraz jej skutkom gospodarczym” – stwierdza Rada Ministrów. Tak więc, stabilizującej reguły wydatkowej nie będzie już trzeba stosować w stanie epidemii. Natomiast po oficjalnym zakończeniu stanu epidemii, nastąpiłby automatyczny powrót do stosowania reguły wydatkowej. Należy więc przypuszczać, że epidemia koronawirusa potrwa w Polsce bardzo długo, bo rząd woli nie być krępowany jakimikolwiek regułami. Rada Ministrów już teraz zapowiedziała, że można założyć, iż powrót do stosowania stabilizującej reguły wydatkowej nastąpi najwcześniej za dwa lata.

Ci upadają, ci powstają

Koronawirus coraz mocniej dławi polską gospodarkę. W drugim kwartale 2020 r. (kwiecień – czerwiec) Główny Urząd Statystyczny odnotował, że liczba rejestracji nowych firm spadła o 31,8 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku. Liczba upadłości zwiększyła się zaś o 19,8 proc. W liczbach bezwzględnych wygląda to tak, że liczba rejestracji podmiotów gospodarczych w II kwartale 2020 r. wyniosła 64 410 – wobec 94 385 w II kwartale ubiegłego roku. Natomiast liczba upadłości w tym samym czasie wzrosła z 129 do 157.
Ten wzrost upadłości nie ma nadmiernego znaczenia – choć nigdy nie jest dobrze, jesli liczba plajt rośnie (największy wzrost liczby upadłości odnotowano w przemyśle: 40 wobec 26). Coraz mniej rejestracji nowych firm stanowi jednak poważny sygnał ostrzegawczy, wskazujący na nieuniknione pogarszanie się koniunktury w polskiej gospodarce.
W II kwartale 2020 r. było mniej rejestracji niż rok wcześniej we wszystkich rodzajach działalności. I tak, w budownictwie nastąpił spadek o 35,0 proc., w usługach o 34,3 proc., w informacji i komunikacji o 32,5 proc., w zakwaterowaniu i gastronomii o 31,8 proc., w sekcji transport i gospodarka magazynowa o 31,0 proc., w przemyśle o 30,4 proc, w handlu o 17,9 proc. Warto jeszcze dodać, że w Polsce osoby fizyczne prowadzące jednoosobową działalność stanowią 83 proc. wszystkich podmiotów gospodarczych. Wśród upadających firm zdecydowaną większość stanowią jednak spółki – ponad 70 proc. Plajtują więc głównie raczej te większe podmioty gospodarcze, co będzie mieć rosnący, ujemny wpływ na kondycję polskiej gospodarki.

Więcej płacimy

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych w lipcu 2020 r. w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 3,0 proc. (z czego usługi zdrożały o 7,3 proc., a towary o 1,5 proc.). Pandemia spowodowała więc wprawdzie kryzys w Polsce, ale nie zahamowała inflacji. W porównaniu z lipcem poprzedniego roku najbardziej poszły w górę ceny związane z mieszkaniem (o 5,8 proc.), ceny żywności (o 4,1 proc.) oraz usług restauracyjnych i hotelowych (o 6,0 proc. ).

Biedronka oberwała po skrzydełkach

Przez kilka lat z kilku złotych zawyżania cen towarów można uzbierać niemało.

Cena w kasie wyższa niż umieszczona na półce lub brak informacji o cenie produktu – w ten sposób przez kilka lat Biedronka naruszała prawa konsumentów – zauważa Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
W rezultacie, prezes UOKiK Tomasz Chróstny nałożył na właściciela sieci Biedronka – spółkę Jeronimo Martins Polska – karę w wysokości aż 115 milionów złotych.

Do UOKiK nie od dziś napływały liczne skargi klientów oraz informacje z wojewódzkich placówek Inspekcji Handlowej, dotyczące nieprawidłowego uwidaczniania cen w sklepach sieci Biedronka. Setki sygnałów dotyczyły wyższych cen w kasie, niż na sklepowych półkach, lub braku cen przy towarze.
Skargi dały podstawę do wszczęcia postępowania przeciwko Jeronimo Martins Polska. W jego trakcie prezes Urzędu zlecił kontrole Inspekcji Handlowej, które potwierdziły skalę nieprawidłowego informowania o cenach w sklepach należących do JMP. Z ustaleń UOKiK wynika, że praktyka trwa co najmniej od 2016 r.
Dopiero wszczęcie postępowania pod koniec ubiegłego roku przyczyniło się do podjęcia przez właścicieli Biedronki działań, których celem ma być naprawa stwierdzonych nieprawidłowości. UOKiK zapowiada, że będzie monitorował skutki wdrażanych zmian, mających usunąć naruszenia zbiorowych interesów konsumentów. – Cena jest jednym z najważniejszych kryteriów jakimi kierują się konsumenci przy wyborze produktów. Niedopuszczalne jest wprowadzanie konsumentów w błąd co do właściwej ceny towarów. W przypadku Biedronki klienci przez długi czas płacili najczęściej więcej niż wynikało to z ceny na sklepowych półkach. Nie zawsze mieli nawet tego świadomość – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Tu należy poprawić szefa UOKiK: raczej bardzo rzadko mieli tego świadomość.
Ci co ją mieli, próbowali protestować. Oto przykładowe skargi konsumentów (pisownia oryginalna):

Cena umieszczona na lodówce w sklepie informowała o tym, że do dnia 31.08.19 r. cena za lody Carte D’Or wynosi 10,99 PLN. Lody te były objęte promocją do tego dnia i też tego dnia dokonałem ich zakupu (…). Niestety po płatności okazało się, że na paragonie została naliczona cena w wysokości 15,99 PLN.

Zachęcony gazetka oraz kartką nad produktem postanowiłem zakupić pierś z kurczaka w promocyjnej cenie 9.99 zł. Po zrobieniu zakupów udałem się do kasy, za towar zapłaciłem lecz w chwili zapłaty nie zauważyłem na paragonie że piersi są w cenie regularnej czyli 16.89 za kg (…)Poprosiłem o możliwość zwrotu towaru, lecz usłyszałem że niestety nie, bo z tym towarem opuściłem sklep i pani nie przyjmie go. Więc powiedziałem że to oszustwo, tego tak nie zostawię i zgłoszę to do UOKiK. Inna z pań obsługi powiedziała „i co z tego, co nam zrobią”.

Wieczorna wizyta w Biedronce (…) Widzę lody Marletto 1litr za 3,45 (przecenione z 4,99). W kasie: 10,99zł. Wracam do zamrażarki sprawdzić… nie ma ani innych lodów Marletto 1 L, ani innej ceny dla tych lodów.
Jak widać, różnice w cenie jednego produktu mogły sięgać kilku złotych. Biorąc pod uwagę, że praktyka trwała kilka lat, to konsumenci mogli ponieść przez nią dotkliwe straty, a właściciel sieci Biedronka bezpodstawnie wzbogacił się ich kosztem.
Ze skarg wynika również, że zdarzały się sytuacje, w których sprzedawcy nie chcieli uznać roszczeń klientów, którzy zgodnie z przysługującym im prawem domagali się sprzedaży produktu w korzystniejszej dla nich cenie, którą widzieli na półce:

Chciałem zakupić kwiatek prymulka za 2.89. A przy kasie naliczyło mi 7.99. Poprosiłem kierownika o wyjaśnienie i zwrot nadpłaconej kwoty. Niestety nie wyraził zgody. Poinformowano mnie żebym dzwonił na infolinię sklepu.

Papier toaletowy z wystawioną ceną 9,99 zł sprzedawano po 16,99 zł. Co gorsza, w przypadku zauważenia tego oszustwa, nie było możliwości zakupu papieru po cenie zgodnej z wystawioną.

Na palecie ze zniczami wisiała duża kartka z ceną za znicz. Przy zakupie dwóch zniczy miała być cena 7.99 zł za sztukę. W kasie została naliczona inna cena: 12,99 zł za sztukę. Po zwróceniu uwagi Pani kierowniczce, poinformowała mnie że mogę jedynie zwrócić zakupione znicze.
Każdy sprzedawca ma obowiązek uwidocznienia ceny towaru. Uniemożliwienie konsumentowi zapoznania się z ceną na etapie wyboru produktu jest naruszeniem jego prawa do rzetelnej, prawdziwej i pełnej informacji. Tymczasem kontrole Inspekcji Handlowej wykazały, że w sklepach Biedronka średnio aż 14 proc. towarów nie miało informacji o cenie. Liczba i treść skarg konsumentów, które dotychczas otrzymał UOKiK, a także wyniki kontroli prowadzonych przez Inspekcję Handlową nie wskazywały, żeby podobny problem na tak dużą skalę istniał w innych, dużych sieciach handlowych.

– Długotrwała praktyka spowodowała realne straty w portfelach konsumentów i bezpodstawne wzbogacenie się właściciela sieci ich kosztem. Dlatego zdecydowałem o nałożeniu na Jeronimo Martins Polska kary w wysokości 115 mln zł. Istnienie nieprawidłowości potwierdziła również sama spółka tłumacząc je błędami ludzkimi wynikającymi z dużej skali działalności. Nie wykluczamy, że tak rzeczywiście mogło być, nie usprawiedliwia to jednak w żadnym stopniu działania na niekorzyść klientów, tym bardziej, że przez długi czas przedsiębiorca – pomimo licznych nieprawidłowości wykrywanych przez Inspekcję Handlową – nie starał się systemowo rozwiązać tego problemu. Tak duży podmiot powinien dochować należytej staranności w swojej działalności, aby błędy w oznaczeniu nie dotykały osób kupujących w jego sklepach – dodaje prezes Tomasz Chróstny.
Poza sankcją pieniężną, w sklepach Biedronki będzie musiała znaleźć się również informacja o prawach przysługujących konsumentom w przypadku różnicy w cenie na półce i w kasie.
A prawa są takie, że w przypadku rozbieżności lub wątpliwości co do ceny za oferowany towar konsument ma prawo do żądania sprzedaży towaru po cenie dla niego najkorzystniejszej (ustawa z dnia 9 maja 2014 r. o informowaniu o cenach towarów i usług).
Ceny powinny być umieszczone na towarze lub w jego pobliżu, np. na wywieszce na półce. Sprzedawca musi informować o nich w jednoznaczny sposób i w widocznym miejscu. Jeśli podaje je tylko ustnie albo nie podaje ich wcale, to łamie prawo. Musi też podawać tzw. ceny jednostkowe – za kilogram, litr, 100 gramów, sztukę.
Jeśli cena w kasie jest wyższa od tej na towarze lub na półce, mamy prawo kupić daną rzecz po niższej cenie. Gdy różnicę zauważymy dopiero na paragonie, możemy domagać się zwrotu nadpłaconej kwoty. W takiej sytuacji należy mieć dowody, na przykład zdjęcie wywieszki na sklepowej półce oraz paragon.

Pokazowe nabieranie wiecznie żywe

Wciąż wykrywane są kolejne przypadki oszukańczych pokazów handlowych dla seniorów. I wciąż organizowane są następne. To zjawisko nie do zwalczenia.
Tym razem spółka Topmed Plus wprowadzała ludzi w błąd sugerując, że kupują na pokazach zestawy produktów z dużym rabatem. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nakazał natychmiast zaniechać nieuczciwej praktyki. Nałożył też na spółkę karę w wysokości 614 tys. zł.
Topmed Plus sprzedaje na pokazach handlowych zestawy produktów, w skład których wchodzą maty masujące, materace, wyciskarki do soków czy garnki. Jej klientami są głównie seniorzy. Zarzut dotyczył sugerowania konsumentom, że kupują po promocyjnych cenach, podczas gdy była to standardowa oferta Topmed Plus wynikająca ze stosowanego cennika. Przykładowo w umowie jako cenę wyjściową zestawu firma podawała 7990 zł, a jako cenę po uzyskaniu upustu – 2790 zł. Dokładnie tyle samo widniało w cenniku, ale klient wierzył, że „zaoszczędził” 5200 zł. -Sugerowanie konsumentom fikcyjnej korzyści cenowej to nieuczciwa praktyka rynkowa. Z ankiet, które przeprowadziliśmy wśród klientów Topmed Plus wynika, że ponad 90 proc. z nich zdecydowało się na zakup właśnie ze względu na oferowany upust. Ponad 80 proc. klientów potwierdziło, że sprzedawca przekonywał ich, że rabat obowiązuje tylko w dniu pokazu. W ten sposób spółka oszukiwała konsumentów – mówi Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK.
Potwierdzają to opinie indywidualnych klientów. 63-letnia konsumentka: Pokaz to gra psychologiczna Ceny, o których mówił pracownik w czasie pokazu, były mocno zawyżone – wielokrotnie. 82-latek powiedział zaś: Obserwując ceny rynkowe tych produktów, które kupiłem, widzę, że na pokazie nie zastosowano upustów.
Prezes UOKiK nakazał spółce, aby zaprzestała stosowania zakwestionowanej praktyki. Ze względu na ważny interes konsumentów nałożył rygor natychmiastowej wykonalności. Topmed Plus musi się zastosować do nakazu bez względu na to, czy odwoła się od decyzji UOKiK do sądu.
Oprócz tego spółce wymierzono karę finansową – dokładnie 614 548 zł. Ma także zawiadomić listem poleconym o decyzji UOKiK wszystkich, z którymi zawarł na pokazach umowy sprzedaży po 1 lipca 2017 r. Dzięki temu dowiedzą się oni o naruszeniu prawa przez spółkę i mogą zdecydować się na dochodzenie swoich roszczeń.
Wszystkim zaś warto przypomnieć, że trzeba ostrożnie podchodzić do zaproszeń na bezpłatne wykłady czy badania. Z reguły są one połączone ze sprzedażą, a oferta bardzo rzadko bywa atrakcyjna. Dlatego zawsze należy porównać ją z propozycjami innych firm, oferujących podobne wyroby.

Gospodarka 48 godzin

Działki w górę?
Jak informują niektóre portale poświęcone nieruchomościom, w Polsce nastąpił wielki wzrost zainteresowania kupnem działek za miastem. Ma to być związane z epidemią koronawirusa – bo własna działka umożliwia wypoczynek z dala od innych ludzi. Największym zainteresowaniem cieszą się podobno działki na Mazurach oraz Warmii, gdzie w maju ceny miały pójść w górę o ponad jedną czwartą w porównaniu z majem 2019 r., zaś liczba zapytań o możliwość zakupu działki w tym rejonie zwiększyła się ponad dwukrotnie. Nie wiadomo jednak na razie, czy i jaki jest faktyczny wzrost cen transakcyjnych działek – oraz czy nie mamy tu do czynienia tylko z akcją promocyjną, której celem jest “podgrzanie” rynku nieruchomości. Z drugiej strony, liczba zapytań o możliwość zakupu mieszkania miała zmniejszyć się o jedną czwartą, co jednak jak na razie ponoć nie spowodowało zauważalnego spadku cen lokali mieszkalnych. Jak podaje Business Insider, w Zakopanem wystawiono na sprzedaż najdroższą działkę w Polsce, zlokalizowaną pod Gubałówką – właściciel zażądał 985 zł za metr kwadratowy. Oczywiście nie znalazł kupca za taką cenę, tym bardziej, że pod Gubałówką raczej trudno liczyć na możliwość odizolowania się od innych ludzi.

PiS dołuje giełdę
Polska giełda papierów wartościowych zarówno w skali 2019 roku, jak i całego ostatniego dziesięciolecia należała podobno do najgorszych rynków akcji na świecie. “Indeks WIG20 znalazł się wśród najgorszych indeksów giełdowych na świecie. W skali roku bryluje w niechlubnym gronie indeksów afrykańskich czy z krajów Bliskiego Wschodu” – stwierdza Business Insider, dla którego indeksy giełdowe tych państw są symbolem ostatecznego upadku. Ale w rzeczywistości, z warszawską giełdą nie jest źle. Wprawdzie indeks największych spółek WIG20 w ubiegłym roku zjechał o 5,6 proc, bo pod rządami PiS coraz gorzej radzą sobie duże firmy państwowe należące do tego indeksu. Już jednak indeks informatycznych wzrósł aż o 42,3 proc., zaś indeks firm z branzy nieruchomości o 28,7 proc. Główny indeks WIG urósł bardzo nieznacznie – o 0,25 proc. Stołeczna giełda osiągnęła w ubiegłym roku przyzwoity zysk netto wynoszący 119,32 mln zł. Niestety, to mniejszy zysk, niż w 2018 r, gdy GPW zarobiła 183,68 mln zł. Spadek zysku był jednak nie do uniknięcia, gdyż GPW jest także firmą państwową, więc pod rządami PiS musi osiągać coraz gorsze wyniki, na co nic nie można poradzić. Tym niemniej PiS-owski prezes warszawskiej giełdy Marek Dietl był zadowolony z ubiegłorocznych rezultatów i powiedział: “Wprowadzone w ostatnich dwóch latach zmiany w ramach strategii GPW2022 pozwoliły nam obronić poziom obrotów lepiej niż innym giełdom europejskim. Kierunki rozwoju obrane w 2018 roku okazały się właściwe. Innowacyjne rozwiązania zostały docenione. W 2019 r. nastąpił wzrost znaczenia warszawskiego parkietu”. Ponadto, kto miał nosa i dobre informacje, mógł na GPW zarobić prawdziwe kokosy. „Złotym strzałem” okazał się zakup akcji firmy CD Projekt, która stworzyła grę „Wiedźmin”. W dziesięcioleciu 2009 – 2019 r. kurs jej akcji wzrósł aż o ok. 22 tysiące procent, co było rekordem na GPW.

Nadzieja dla kupujących mieszkanie

Cena metra kwadratowego podłogi długo szła w górę, ale koronawirus sprawił, że w kwietniu nastąpiła lekka obniżka.
Pierwszy kwartał 2020 r. to kontynuacja wzrostów cen transakcyjnych mieszkań notowanych w poprzednich kwartałach. Podwyżka w I kw. 2020 r. dotknęła zwłaszcza najmniejszych metraży, choć w relacji kwartał do kwartału nie była tak znaczna jak przed trzema miesiącami.
Więcej nadziei w serca poszukujących własnego „M” wlał jednak kwiecień. To pierwszy od dawna miesiąc spadków cen transakcyjnych mieszkań w Polsce. Zastój na rynku nieruchomości i spadający popyt zaowocował spadkami stawek – pokazują dane Bankier.pl udostępnione przez Cenatorium.
Indeks urban.one dla całego kraju spadł do 102,20 pkt. Kwietniowy odczyt był tym samym o 1,08 pkt. niższy od marcowego i jednocześnie o 0,68 pkt. wyższy od notowanego w kwietniu 2020 r. Jeszcze większy spadek względem marcowego odczytu zaliczył w kwietniu indeks urban.one liczony dla dużych miast. W kwietniu odczyt wyniósł 103,64 pkt. (minus 1,95 proc. w porównaniu z marcem). W skali rocznej wzrósł on jedynie o 0,24 pkt.
W najbliższych miesiącach największy wpływ na ceny transakcyjne nieruchomości i popyt będzie miała sytuacja finansowa Polaków, a zwłaszcza wpływ pandemii koronawirusa na zasobność portfeli. Na pewno stopa bezrobocia wzrośnie. W kwietniu w ujęciu miesięcznym wzrosła o 0,4 p.p. do poziomu 5,8 proc. To jednak nie koniec serii zwolnień, a raczej początek, gdyż do końca lipca przedsiębiorcy korzystają jeszcze z rządowej tarczy antykryzysowej, która na pewien czas zawiesiła decyzje o uszczuplaniu etatów. Dopiero jesienią, a nawet zimą będziemy mogli ocenić realną skalę zmian, która w dużej mierze uzależniona będzie też od tego, czy czeka nas sezonowy nawrót pandemii – mówi Anna Karaś, starszy analityk ds. rynku nieruchomości w Cenatorium.
Rynek mieszkaniowy, zdaniem ekspertów, jest jednak znacznie bardziej odporny na wstrząsy niż inne gałęzie gospodarki. Zapotrzebowanie na nowe mieszkania wciąż będzie znaczne.
– To z uwagi na utrzymujący się wciąż wysoki deficyt mieszkań w przeliczeniu na milion mieszkańców. Przy chwiejnym zainteresowaniu ze strony kupujących deweloperzy będą ograniczać podaż, by utrzymać rozsądne zyski. A prawo popytu i podaży zweryfikuje z pewnością taką strategię – twierdzi Michał Kubicki, prezes zarządu Center Management Polska.
W kwietniu 2020 roku ograniczenia w przemieszczaniu się i niepewna przyszłość przełożyły się na drastyczny spadek liczby zawieranych transakcji. Na portalach ogłoszeniowych wydłużył się średni czas ekspozycji ogłoszeń z kilkunastu do ponad dwudziestu dni. Mniejsze zainteresowanie potencjalnych klientów i spadek popytu zaowocowało obniżeniem średniej ceny transakcyjnej – wskazuje Bankier.pl.
– Na zakupy decydowały się głównie osoby szukające okazji, a także klienci, którzy wiedzieli, że na spadek ceny wybranej nieruchomości raczej nie mogą liczyć bądź nie mogą czekać. Wielu jednak wstrzymało zakupy, oczekując spadków cen mieszkań, szczególnie tych wysoko wycenianych – zauważa Anna Karaś.
Stawki ofertowe utrzymują się na stabilnym poziomie, a średnia cena w niektórych miastach nawet rośnie, co jest jednak wynikiem szybkiego znikania najniżej wycenianych mieszkań.
– Kryzys gospodarczy z poprzedniej dekady zaczął się podobnie. Obniżka w pierwszej kolejności dotyczyła cen transakcyjnych, podczas gdy ceny ofertowe zaczęły dopasowywać się dopiero w kolejnych kwartałach. Nie jest jednak powiedziane, że tym razem będzie podobnie – dodaje Anna Karaś.
Czy w związku z tym możemy oczekiwać powtórki sytuacji z lat 2008-2009? Zdaniem Michała Kubickiego niekoniecznie. – Rynek pierwotny i poziom cen na nim jest regulowany popytem i kosztem wytworzenia. Na ten moment nie spodziewałbym się znaczących obniżek właśnie ze względu na koszty budowy i ceny działek, które nie chcą gwałtownie spadać – podkreśla.
Jak z kolei przewiduje Marcin Krasoń, ekspert obido.pl, choć na rynku pierwotnym możliwe są kilkuprocentowe wahania stawek, regulowane wyłącznie podażą dostosowywaną do potrzeb przez deweloperów, to bardziej podatny na spadki w najbliższych miesiącach będzie rynek wtórny.
W przypadku nowych mieszkań, zdaniem ekspertów, poszukujący własnego „M” mogą liczyć jedynie na nieznaczne rabaty, dotyczące często dodatków – np. miejsca postojowego lub komórki lokatorskiej i ewentualnie zwiększonych nieco możliwości negocjacyjnych. Takiego zdania jest m.in. Barbara Bugaj, główny analityk w SonarHome.
Spośród największych miast odczyt indeksu urban.one w relacji do marca najmocniej spadł w Warszawie. W kwietniu wyniósł on 101,7 pkt. i był o 2,85 pkt. niższy niż w marcu i jednocześnie o 0,4 proc. niższy w porównaniu z kwietniem 2019 r. To m.in. efekt promocji uruchamianych przez deweloperów. Jednak w dłuższej perspektywie zamiast znaczącej obniżki cen należy spodziewać się zmiany struktury sprzedaży.
– Zwiększy się podaż mieszkań w tańszych dzielnicach, np. na Białołęce, w Wawrze czy Ursusie. Dodatkowo większy odsetek będą stanowiły oferty sprzedaży lokali o niższym standardzie. Taki stan rzeczy faktycznie wpłynie wówczas na spadek średniej ceny ofertowej – przewiduje Anna Karaś. – Na wyraźne obniżki cen mieszkań w atrakcyjnych lokalizacjach na rynku pierwotnym raczej nie ma co liczyć.
Ważną kwestią przy prognozowaniu cen mieszkań jest przyszłe zachowanie klientów inwestycyjnych, którzy w dużej mierze nakręcali rynek mieszkań w ostatnich latach. – W obecnych czasach dużej zmienności na rynkach akcji, walut oraz obawy przed nadmierną inflacją spodziewamy się dalszego zainteresowana inwestowaniem środków w nieruchomości. Obniżenie stóp procentowych, które przełożyło się na niskie oprocentowanie lokat i rachunków oszczędnościowych, będzie dodatkową zachętą. Nawet mimo iż stawki najmu w ostatnim czasie również się obniżyły, to zmiana ta nie była tak drastyczna jak spadek oprocentowania lokat – mówi Radosław Okulski z Santander Bank Polska.
Nieruchomości od dawna są zaś postrzegane jako bezpieczna lokata kapitału.

Gospodarka 48 godzin

Oszczędzamy energię
W Polsce w latach 2008-2018 nastąpiła poprawa efektywności energetycznej. W tej dekadzie energochłonność obniżała się średnio o 2,0 proc. rocznie. Najszybsze tempo wzrostu energooszczędności odnotowano w przemyśle, dzięki inwestycjom podjętym za czasów rządów PO-PSL. Całkowite zużycie energii w Polsce wzrosło w latach 2008-2018 z 98,1 Mtoe (milionów ton oleju ekwiwalentnego) do 105,7 Mtoe, czyli w tempie średnio 0,8 proc./rok). Zużycie osiągnęło najwyższą wartość w 2018 r. – podaje Główny Urząd Statystyczny. W stosunku do roku 2008 energochłonność naszego produktu krajowego brutto w 2018 r. obniżyła się o 18,4 proc. Tempo poprawy energochłonności w latach 2014–2018 było niższe niż w pierwszej połowie omawianego okresu, gdy rządziła koalicja PO-PSL. Jedynie w roku 2018 zaobserwowano znaczniejsze zmniejszenie energochłonności naszego PKB wynoszące 3,2 proc.
Udział gospodarstw domowych w finalnym zużyciu energii w 2018 r. wyniósł 28,1 proc. Najważniejsze było tu ogrzewanie pomieszczeń, którego udział wyniósł 65,1 proc. (z tych 28,1 proc.) Na ogrzewanie wody zużyto 16,6 proc. energii, na oświetlenie i wszelkie urządzenia elektryczne tylko 9,8 proc, a na gotowanie posiłków 8,5 proc. Zużycie energii w gospodarstwach domowych w przeliczeniu na metr kwadratowy wykazuje generalnie lekką tendencję spadkową. Wzrost zużycia został tam zaobserwowany w roku 2010, 2012 i 2016, w pozostałych latach odnotowano zmniejszenie. Zużycie na 1 m2 obniżało się średnio o 1,6 proc/rok. Natomiast w przemyśle, spośród lat 2008-2018 zużycie energii osiągnęło najniższą wartość w 2009 r. (13,0 Mtoe). W następnych latach obserwowano niewielkie wahania, a od roku 2016 nastąpił znaczący wzrost zużycia, do poziomu 16,8 Mtoe w 2018 r. Najwyższe tempo spadku energochłonności odnotowano w przemyśle maszynowym (o 5,2 proc./rok) i tekstylnym (o 4,8 proc./rok), a najniższe w przemyśle drzewnym oraz spożywczym (po 0,4 proc./rok). Dla całego przemysłu przetwórczego tempo poprawy energochłonnosci wynosiło srednio 1,5 proc. rocznie.
W latach 2008-2018 w naszym kraju najbardziej wzrosło zużycie energii elektrycznej (o 36,9 proc.), a potem ciepła (o 26,1 proc.) oraz gazu ziemnego (o 16,8 proc.). Największy spadek zużycia nastąpił natomiast w przypadku paliw ciekłych (aż o 41,5 proc.). Niestety, znacznie wolniej zmniejszało sie zużycie węgla (o 12,6 proc.). Jak policzył GUS, w tym dziesięcioleciu poprawa pogody (nieco więcej ciepłych dni) spowodowała zmniejszenie zużycia energii zaledwie o 0,1 Mtoe. Najwolniejsze tempo poprawy efektywności zużycia energii miało miejsce w sektorze gospodarstw domowych, gdzie spadek energochłonności w całej dekadzie 2008–2018 wyniósł tylko 1,2 proc. W przypadku gospodarstw domowych czynnikami wpływającymi na zwiększenie zapotrzebowania na energię były wzrost liczby mieszkań i nieco większe ich metraże.

Pandemia zmniejsza inflację
Ceny towarów i usług konsumpcyjnych w maju 2020 r. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku wzrosły o 2,9 proc. (przy wzroście cen usług aż o 7,1 proc. i towarów – o 1,4 proc. Natomiast w stosunku do poprzedniego miesiąca, ceny towarów i usług obniżyły się o 0,2 proc., co było efektem zamrożenia gospodarki oraz spadku popytu na usługi transportowe (ceny w transporcie spadły w porównaniu z kwietniem o 4,5 proc.).

Walka byka z niedźwiedziem

Gracze giełdowi w Polsce wrócili na parkiet. Czy to jest jednak odpowiedni moment na kupowanie akcji?
Kolejne tygodnie następujące po marcowym dołku były okresem bezprecedensowych wzrostów na rynkach akcyjnych. W szczególności, w przypadku rynku polskiego, stało się to również za sprawą powrotu na rynek inwestorów indywidualnych.
Jak raportują biura maklerskie, ilość rachunków otwieranych w marcu i kwietniu wzrosła nawet kilkunastokrotnie w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku, oraz parokrotnie wobec lutego i stycznia 2020 r. Czy obecnie jest więc dobra pora na inwestowanie w akcje?
Aktywność inwestorów na rynku wzrosła w okresie marzec – kwiecień br. o 100-200 proc. (w zależności od biura maklerskiego), w stosunku do pierwszych dwóch miesięcy tego roku.

-Przypadek Polski jest o tyle szczególny, że w ostatnich kilku latach aktywność giełdowa statystycznego inwestora znacząco spadła, tak naprawdę nigdy nie wracając do poziomu z czasów największych prywatyzacji czy okresu hossy lat 2006-2008 – komentuje ekspert Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami TU Vienna Life.
W kwietniu tego roku obroty na stołecznej giełdzie papierów wartościowych wzrosły o 71 proc. rok do roku. W okresie marzec-kwiecień wzrost ten wyniósł 65 proc. Aktywność inwestorów była w tym czasie o 39 proc. wyższa niż w styczniu i lutym bieżącego roku. Liczby mówią same za siebie, a wzrost zainteresowania GPW jest więcej niż widoczny.
Umiarkowany entuzjazm inwestorów widoczny jest również w przypadku funduszy inwestycyjnych. Przewaga nabyć nad umorzeniami w kwietniu wyniosła (łącznie, dla wszystkich funduszy akcyjnych), ponad 600 mln PLN.
Skąd ta popularność akcji w ostatnim okresie? Jednym z powodów są oczywiście drastyczne obniżki stóp procentowych, które bezpośrednio przełożyły się na duży spadek oprocentowania lokat. Co prawda realne stopy procentowe (to jest po uwzględnieniu inflacji) są w Polsce ujemne od dłuższego czasu, ale ta tendencja była przez długi czas ignorowana, w stuacji gdy można było nominalnie zarobić na lokacie 1,5-2 proc.
Obecnie, pomijając wszelkiego rodzaju promocje, najbardziej atrakcyjne standardowe lokaty są oprocentowane w przedziale 0,6-1,4 proc. a średnio są to wartości dużo niższe. Należy też zauważyć, że już przed kryzysem spowodowanym pandemią koronawirusa na GPW niewiele się działo. Stopa zwrotu z indeksu WIG w miesiącach sierpień – styczeń, czyli w ciągu 6 miesięcy poprzedzających spadki na GPW, wyniosła minus 3 proc.

– Oczywiście nie wszyscy inwestują środki w akcje. Rynek nieruchomości, pomimo pewnych perturbacji, dalej wydaje się atrakcyjny. Detaliczne obligacje skarbowe do końca kwietnia również oferowały w miarę przyzwoite oprocentowanie. Rynek akcji, przynajmniej w okresie podwyższonych obrotów, gwarantuje jednak płynność i pozwala szybko wyjść z inwestycji – dodaje Kamil Hajdamowicz.
Czy obecnie jest więc dobry moment na inwestowanie w akcje? Za tym, że warto inwestować obecnie w akcje przemawia kilka czynników:

  1. Mamy w Polsce niskie oprocentowanie lokat bankowych, przynoszące realne straty wartości posiadanych środków.
  2. Jest duża ilość pieniądza w gospodarce, z uwagi na „dodruk” pieniądza przez banki centralne
  3. Widzimy postępujący powrót do normalnego życia po okresie zamknięcia gospodarek.
  4. Na wielu rynkach, w tym w Polsce, w dalszym ciągu istnieje przestrzeń do wzrostów.
  5. W przyszłym roku możliwe jest odbicie gospodarcze, a rynki akcji dyskontują przyszłość
    Dlaczego zaś nie inwestować obecnie w akcje? Także i po temu jest kilka powodów. 1. Spora część wzrostów już się dokonała, część rynków znajduje się w okresie przesilenia. 2. Nie znamy wszystkich negatywnych skutków zamknięcia gospodarek oraz możliwego dalszego przebiegu pandemii. 3. Rynki akcji, w szczególności w Stanach Zjednoczonych, znajdują się blisko rekordowych poziomów, co w przypadku pojawienia się negatywnych informacji może skłonić inwestorów do realizacji zysków i wyprzedaży akcji. 4. Zyski spółek w najbliższych kwartałach mogą drastycznie spaść, co sprawia, że ich obecne wyceny są już bardzo wywindowane. 5. Koszty dzisiejszego zaangażowania finansowego w walkę z pandemią niestety negatywnie wpłyną na gospodarkę w przyszłości.
  6. W dalszym ciągu prawdopodobna jest druga fala korekty, która stworzy nowe okazje dla inwestorów. – Jak widać, nie ma dobrej podpowiedzi, czy obecnie wchodzić na rozpędzony rynek akcji. Warto też pamiętać, że wbrew klasycznym teoriom inwestorzy często ignorują zarówno pojawiające się negatywne informacje, jak i sygnały ostrzegawcze, że otoczenie się pogarsza. Pamiętajmy również, że zarówno decyzja o inwestowaniu, jak i jej brak wiąże się z określonym kosztem. W przypadku inwestycji jest to koszt ryzyka, w przypadku braku inwestycji jest to koszt utraconych korzyści, gdy rynki rosną – dodaje Kamil Hajdamowicz.
    Najłatwiej z reguły odpowiedzieć na pytanie, kiedy na pewno nie inwestować. Jest to mocno powiązane zarówno z naszą wiedzą i doświadczeniem inwestycyjnym, sytuacją materialną, jak i nastawieniem do ryzyka.
    Najczęstsze błędy, jakie można popełnić przy zakupie akcji wynikają z naszych ograniczeń poznawczych i emocjonalnych, których możemy sobie nie uświadamiać. Tymczasem mogą one zaważyć na naszej porażce, bądź sukcesie.

Duża liczba ofiar to cena walki z kryzysem?

Wyniki gospodarki brytyjskiej okazały się lepsze od oczekiwań, a spadek aktywności gospodarczej jest tam mniejszy niż w innych krajach.

Pomimo że to kraje południowej Europy – przede wszystkim Włochy i Hiszpania – skupiły na sobie większość uwagi w kontekście pandemii, to właśnie Wielka Brytania jest „antybohaterem” ostatnich tygodni, z największą liczbą śmierci spowodowanych przez koronawirusa na Starym Kontynencie.
Najnowsze dane wskazują na mniejszy niż w innych krajach spadek aktywności gospodarczej w pierwszym kwartale 2020 r., jak również na to, że gospodarka na Wyspach najprawdopodobniej ma już swój „dołek” za sobą. Ale tak drugi kwartał, jak i cały rok Wielka Brytania zakończy na minusie. Nie dziwią więc zdecydowane działania władz, jak również zapowiedzi kolejnych, tak w sferze fiskalnej, jak i monetarnej.
Opublikowane dane dotyczące brytyjskiej gospodarki w pierwszym kwartale 2020 roku okazały się lepsze od oczekiwań: spadek produktu krajowego brutto o około 2 proc. w stosunku do poprzedniego kwartału blednie w porównaniu z 5-6 proc. recesji we Francji czy Hiszpanii. Niewielka skala spadku była w dużej mierze konsekwencją relatywnie długiego zwlekania przez rząd Borisa Johnsona z wprowadzeniem lockdownu (zamknięcia gospodarki), który został ogłoszony dopiero 20 marca, czyli niemal dwa miesiące po zdiagnozowaniu pierwszego pacjenta na Wyspach zarażonego koronawirusem. Tym samym lockdown obowiązywał jedynie przez niecałe dwa ostatnie tygodnie pierwszego kwartału. Zdołał spowodować w marcu spadek PKB o 5,8 proc. w stosunku do lutego).
Drugi kwartał tego roku będzie dla gospodarki Wielkiej Brytanii znacznie gorszy. Jak zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich, ostatnie prognozy wskazują na możliwy spadek rzędu 15-25 proc. kwartał do kwartału i 10-procentową recesję w całym 2020 roku.
Choć najnowsze odczyty wskaźnika koniunktury PMI dla przemysłu i usług wzrosły odpowiednio do 27,8 i 40,6 (z 13,4 i 32,6 w kwietniu), co wskazuje na poprawę sytuacji związaną głównie z niewielkim poluzowaniem restrykcji, to główny indeks PMI wciąż pozostaje ponad 20 punktów poniżej granicznej wartości 50 – wskazuje TEP.
Utrzymująca się wysoka liczba zarażonych i zmarłych z powodu koronawirusa sprawia, że rząd nie spieszy się z „odmrażaniem” gospodarki: zapowiedział, że rozpocznie otwieranie sklepów z początkiem czerwca (wtedy też część dzieci ma wrócić do szkół), choć puby i restauracje pozostaną zamknięte co najmniej do lipca.
Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią spotkał się ze zdecydowaną odpowiedzią rządu już w marcu, kiedy to kanclerz skarbu Rishi Sunak zapowiedział pakiet fiskalny o wartości 175 miliardów funtów na lata 2020-25 (ok. 8 proc. PKB, co czyni z programu największe luzowanie fiskalne na Wyspach od 1992 roku), z czego 32 mld funtów (1,5 proc. PKB) ma zostać wydane w bieżącym roku. Oprócz dodatkowych wydatków fiskalnych, pakiet zawierał gwarancje pożyczkowe dla przedsiębiorstw opiewające na 300 miliardów funtów (15 proc. PKB) i został później uzupełniony o odroczenia płatności VAT i program nieoprocentowanych rządowych pożyczek dla firm.
Co więcej, ogłoszono powstanie programu grantów ukierunkowanych na utrzymanie miejsc pracy, w którym rząd zobowiązał się do pokrywania 80 proc. wynagrodzenia „zawieszonych” (furloughed) pracowników i 80 proc. dochodów samozatrudnionych do wysokości 2.500 funtów miesięcznie. Bank Anglii również zareagował zdecydowanie, ścinając główną stopę procentową do 0,1 proc. i restartując program luzowania ilościowego, zamierzając skupić aktywa o wartości 200 mld funtów. Stworzył również nowy program (Term Funding Scheme), który miał na celu obniżenie kosztów uzyskiwania finansowania przez małe i średnie firmy.
W związku z przedłużającym się okresem lockdownu podejmowane są kolejne działania mające na celu ograniczenie negatywnych skutków kryzysu. Ze strony fiskalnej, rządowy program utrzymywania miejsc pracy został przedłużony do lipca, a najnowsze szacunki dotyczące potrzeb pożyczkowych netto rządu mówią o 290 miliardach funtów (14 proc. PKB) w 2020 roku – z czego za 170 miliardów odpowiadać będą programy rządowe (za resztę tzw. automatyczne stabilizatory).
Inflacja natomiast znaczne wyhamowała (do 0,9 proc. rok do roku w kwietniu), co skłoniło Bank Anglii do pierwszej w historii dyskusji o możliwości obniżenia stóp procentowych poniżej zera. Spodziewane jest też rozszerzenie skupu aktywów o kolejne 100 mld. funtów, co będzie utrzymywać długookresowe stopy procentowe na niskich poziomach (obecnie oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji nie przekracza 0,175 proc.).
Radykalne działania fiskalne rządu (przede wszystkim nakierowane na utrzymanie miejsc pracy i zapewnienie płynności firmom) są uzasadnione – ocenia się, że ograniczą one spadek bezrobocia o co najmniej 2-3 punkty procentowe w najbliższych kwartałach. Więcej wątpliwości budzą zapowiedzi Banku Anglii dotyczące wprowadzenia ujemnych stóp procentowych. Obecna na Wyspach „dezinflacja”: to w dużej mierze pokłosie spadku cen ropy naftowej i nie jest jasne, jak dalsza obniżka stóp miałaby w tej sytuacji w znaczący sposób pobudzić wzrost cen. Ujemne stopy procentowe mogłyby okazać się per saldo kosztownym posunięciem, ponieważ oznaczałyby negatywne konsekwencje dla sektora bankowego.

Gospodarka 48 godzin

Biedni bici bardziej
Ceny towarów i usług konsumpcyjnych, według Głównego Urzędu Statystycznego wzrosły w kwietniu bieżącego roku o 3,4 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem 2019 r. W stosunku do marca bieżacego roku nie wzrosły zaś w ogóle, na co wpłynęło to, że bardzo duża liczba punktów sprzedaży w Polsce była zamknięta z powodu pandemii lub funkcjonowała w ograniczonym zakresie. W kwietniu tego roku najbardziej podrożała żywność – o 7,4 proc. w porównaniu z kwietniem 2019. Znacznie zdrożała także energia, o 5,2 proc. rok do roku. Wzrosty cen żywności i energii pod rządami PiS najbardziej biją po kieszeni mniej zamożnych Polaków, bo są to dobra podstawowe, stanowiące dużą część ich koszyka wydatków. Faktyczny wzrost cen jest zapewne wyższy niż podaje GUS, gdyż liczba placówek handlowych, w których sprawdzane są ceny, jest stosunkowo niewielka, co nie sprzyja precyzji szacunków.

Tuż przed szczytem?
Prawie połowa lekarzy (największa grupa respondentów) uważa, że Polska nie osiągnęła jeszcze najwyższego poziomu zachorowań na COVID 19 – wynika z sondażu przeprowadzonego przez serwis dla lekarzy Konsylium24.pl. Ich zdaniem, nastąpi on w ciągu najbliższego tygodnia – bo już w pierwszej dekadzie maja. Natomiast według prognoz Institute for Health Metrics and Evaluation, szczyt zachorowań w Polsce powinien nastąpić kilka dni później, około połowy maja. Teoretycznie oznaczałoby to, że jeszcze w końcówce maja liczba chorych na koronawirusa powinna zacząć spadać. Niewykluczone jednak, że ów szczyt zachorowań okaże się bardzo płaski i rozległy, co może oznaczać, że liczba zakażeń i zgonów nieco spadnie dopiero w lipcu – i nie wiadomo, na jak długo. Temu niekorzystnemu scenariuszowi sprzyja to, że jak podaje unijne Europejskie Centrum Zapobiegania i Kontroli Chorób, Polska jest jednym z pięciu krajów Unii Europejskiej, gdzie nie słabnie epidemia. Jest to wynik bezczynności rządu Prawa i Sprawiedliwości, który nie zadbał o przygotowanie kraju na uderzenie epidemii, choć miał pieniądze i czas.

Niezależny inaczej
Kamil Zaradkiewicz, pełniący obowiązki I Prezesa Sądu Najwyższego, nakazał usunięcie z hollu głównego sądu portretów sześciu prezesów, kierujących SN w latach 1945-1990, gdyż uznał, że za ich czasów Sąd Najwyższy nie był niezależny i nie zapewniał sędziom gwarancji niezawisłości. Zabawne, że usunięcia portretów byłych prezesów dokonał człowiek, który sam stał się symbolem zależności władzy sądowniczej od Prawa i Sprawiedliwości. Warto zauważyć, że obecny pełniący obowiązki I Prezesa Sądu Najwyższego w ogóle nie jest sędzią. Zanim zaś został skierowany na obecne stanowisko, wyróżnił się m.in. stwierdzeniem, że orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego nie zawsze są ważne i ostateczne, co dotyczyło oczywiście Trybunału jeszcze nie przejętego przez PiS. Tak się złożyło, naturalnie zupełnie przypadkowo, że zaraz potem Kamil Zaradkiewicz został powołany do rady nadzorczej państwowej firmy Naftoport. Ciekawe, czy usunięcie portretów byłych prezesów SN było realizacją polecenia PiS, czy też może wyrazem niezachwianej niezależności obecnego pełniącego obowiązki szefa SN?