Lewica – monologi – kościół

Pod pojęciem kościół politycy-amatorzy i niektórzy komentatorzy upychają trzy rozmaite instytucje społeczne: religię, wiernych i zawodowy aparat instytucji religijnej.

 

Pytanie

Są rozmaite błędy polityczne. Jednym z większych to błąd chciejstwa, kiedy porzucamy marksowską zasadę, że „praktyką jest królową prawdy”. Najczęściej falsyfikujemy rzeczywistość wedle tego jak chcielibyśmy, aby było, a nie wedle tego jak jest. Z tego rodzi się doktrynerstwo. Mam wrażenie, że w polskiej polityce popełniliśmy wiele takich błędów, także lewica. Wiele rzeczy nie przetrawiliśmy, nie dopowiedzieli do końca. Dotyczy to także stanowiska lewicy wobec religii, kościoła, jego aparatu. Teraz to się mści. Zakłamaniem rzeczywistości, brakiem rozumnej dyskusji, Operowaniem epitetami zamiast diagnozami. Kłamstwem zamiast prawdą, bo ona zmusza do myślenia. Kłamstwo przyjmuje się na wiarę.
Mamy tego świeży przykład. W Gazecie Wyborczej pani Natalia Waloch przeprowadza wywiad z panem drem hab. Janem Sową, liderem grupy młodych polskich socjologów, sądząc po poglądach, lewicowcem z krwi i kości. Najpierw pytanie: „ Jesteśmy krajem, w którym to lewica podpisała konkordat i odpuściła liberalizację prawa aborcyjnego w zamian za poparcie Kościoła dla wejścia do Unii”. Dwie tezy w pytaniu, obydwie kłamliwe. Douczmy zatem Panią Waloch, jak było. Nie tylko zresztą Ją. Także paru innych pryncypialnych lewicowców, którzy są z prawdą historyczną na bakier.
Konkordat podpisali 28 lipca 1993 roku Minister Spraw Zagranicznych RP Krzysztof Skubiszewski oraz Nuncjusz apostolski w RP abp Józef Kowalczyk. Z tego co wiem żaden nie był przedstawicielem lewicy, podobnie, jak i lewica nie wchodziła w skład ówczesnego rządu Rzeczypospolitej Polskiej kierowanego przez Hannę Suchocką. A więc literalnie trzymając się pytania – kłamstwo.
Aby konkordat mógł wejść w życie Sejm musiał przyjąć stosowną ustawę upoważniającą Prezydenta RP do jej podpisania. Jej projekt wniosła do Sejmu Rada Ministrów stworzona przez koalicję Akcji Wyborczej Solidarność i Unię Wolności jesienią 1997 roku. Głosowano nad nim 8 stycznia 1998 roku. Za była większość – wszyscy posłowie AWS, PSL, ROP i niezrzeszeni. W tym jeden poseł SLD – już nieżyjący, niestety. Przeciw reszta posłów SLD (154) i 6 posłów Unii Wolności. Ustawa przeszła 273 głosami. Kilka dni później – bez poprawek – przyjął ją Senat RP, głosami senatorów AWS, UW i PSL, przy sprzeciwie senatorów lewicy. To gdzie tu lewica poparła konkordat, a co dopiero go podpisała – jak twierdzi Pani redaktor?
Owszem, 23 lutego 1998 roku ustawę podpisał Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski. Miał dwa wyjścia. Pierwsze mógł ją zawetować – do dziś nie widzę poważnego, ustrojowego powodu, dla którego miałby to zrobić. Nie mógł przecież przewidzieć jak konkordat będzie wykonywany, a jego zapisy nawet Paweł Borecki – niekwestionowany znawca stosunków państwo-kościół, lewicowo zorientowany – uznał za poprawne, gwarantujące rozdział kościoła od państwa. Drugie wyjście – mógł odesłać ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Skład polityczny tego Trybunału od początków 1998 roku był jeszcze bardziej jednoznaczny niż wcześniej (na 15 członków Trybunału 4 rekomendowało SLD). I co do jego zachowania w tej sprawie nikt nie miał wątpliwości, Prezydent i tak musiałby podpisać ustawę (zob. art. 122 Konstytucji).
Tego despektu Kwaśniewski wolał uniknąć. Ponadto Prezydent prowadził politykę niewywoływania nowych podziałów społecznych i chciał być jej wierny. To też argument, który wówczas miał znaczenie, choć dzisiaj mlodzież może go nie rozumieć.
Ta sama uwaga dotyczy nowelizacji ustawy o aborcji (przepraszam za ten skrót), o którą kłamliwie pyta Pani Redaktor. Otóż stosowną liberalizację Sejm uchwalił w 1996 roku, ale rok później Trybunał Konstytucyjny pod przewodem Pana prof. Andrzeja Zolla ją zakwestionował. Było to stanowisko ostateczne. Po roku 2001 było jasne, że uchwalenie nowelizacji dopuszczającej przerywanie ciąży z powodów społecznych było niemożliwe. Klub Parlamentarny SLD-UP miał 216 mandatów i nikt spoza niego by tej nowelizacji nie poparł. W sejmie, przy sprzyjającym Prezydencie trzeba mieć 231 mandatów. Lewica nigdy tyle nie miała. Tyle i aż tyle. Czy to jest jakoś bardzo skomplikowane?

 

Odpowiedź

Co na to uczony rozmówca? Dostrzega błąd Redaktorki, bowiem odpowiada: „Nie była to żadna lewica, ale mniejsza o to”. Szkoda, że nie mówi kto to był, ale trudno. Natomiast nawiązuje do drugiej części pytania i diagnozuje: „Gorsze wydaje mi się, że zadecydował o tym lękowy fantazmat. Kościół nie wyszedł i nie powiedział: „Jeśli nie będzie zakazu aborcji z powodów socjalnych, to walimy w Unię Europejską”. Tu przerwę, bo brzuch zabolał mnie ze śmiechu. Otóż, pragnę wyjaśnić Panu Profesorowi kilka rzeczy. Otóż uczony, inaczej niż polityk, dba o precyzję swoich wypowiedzi. Czym innym są powody socjalne aborcji, czym innym społeczne. Gdyby Pan wczytał się w literaturę w tej sprawie, to rzecz całą by dostrzegł. W liberalizacji ustawy nie chodzi o biedę (powody socjalne), ale o całkiem szeroki zestaw powodów, dla których aborcja byłaby możliwa. W tej sprawie stanowisko lewicy było, jest i będzie jasne.
Druga uwaga dotyczy podejrzenia sformułowanego przez Jana Sowę, że Episkopat nie umie liczyć. Zapewniam Pana, że umie i doskonale wiedział, co wtedy w Sejmie jest możliwe, a co nie. A liczby były takie, jakie przytoczyłem dwa akapity powyżej. Oczywiście mogliśmy bohatersko zgłosić kolejny projekt ustawy (niektórzy posłowie nawet chcieli to zrobić), ale staliśmy wówczas na stanowisku, że partia ma skutecznie rządzić, a nie hałaśliwie demonstrować.
Trzecia uwaga jest innej natury. To ocena postawy ówczesnego Episkopatu. Tak, część biskupów obdarzałem szacunkiem. Nie miałem wątpliwości, że Prymas Glemp i jego najbliżsi współpracownicy zachowali się przyzwoicie i przy „okrągłym stole” i po nim. Tego nie wolno nam było zapomnieć. Niektórych z nich znałem długo, niektórych dobrze. Obok plenarnych posiedzeń Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu i Komisji ds. Konkordatu miałem z nimi liczne spotkania. Nadzorowałem wszak politykę wyznaniową, odpowiadałem za ostatnią wizytę Jana Pawła II w Polsce. Miałem także liczne rozmowy nieformalne. Nigdy, żaden z moich rozmówców nie wiązał poparcia dla akcesji do UE z jakimiś świadczeniami państwa na rzecz kościoła. Co by nie powiedzieć o Glempie, Macharskim, Życińskim, Gocłowskim, Głodziu, Orszuliku, Nossolu, Kowalczyku, Pieronku, Nyczu czy Liberze – to byli ludzie, którym zależało na Polsce. Choć niektórzy z nich zapisali się potem do partii Rydzyka, niektórzy brzydko się zestarzeli, ale taki pomysł, aby z rządem handlować czymkolwiek za poparcie akcesji nie przyszedł im do głowy. Spora część tamtejszych biskupów objawia dziś cechy najgorszej czarnej magnaterii, ale w tej sprawie byli w porządku. Czego nie można powiedzieć – i tu Pan Profesor ma rację – o ich wszystkich podwładnych. Oni bali się Europy, bali się utraty posiadanej władzy. Bo im Europa kojarzyła się z zasobnością materialną i kulturową – a to jest wróg każdej religii. Ale to już inna bajka.

 

Sedno bajki

Problem tkwi w nieporozumieniu językowym. Pod pojęciem kościół politycy-amatorzy i niektórzy komentatorzy upychają trzy rozmaite instytucje społeczne: religię, wiernych i zawodowy aparat instytucji religijnej. Tymczasem każdą z nich należy rozpatrywać oddzielnie. Powinien to widzieć badacz, powinien także polityk-zawodowiec. Spróbuję wyłożyć – w potężnym skrócie – własny pogląd na każdą z tych kwestii.
Istotę religii najlepiej wyraził Karol Marks w słynnym sformułowaniu, że „religia to opium dla ludu”. Przypomnijmy zatem, że w połowie XIX wieku opium było najpopularniejszym środkiem przeciwbólowym, niedostępnym jednak szerokim masom społecznym. Im ból istnienia i ból zęba musiała łagodzić opowieść o równości i sprawiedliwości społecznej spisana przez ewangelistów.
Słusznie zatem Marks, a właściwie bardziej Engels, zakładali, że polityka przebudowy stosunków społecznych na bardziej sprawiedliwe, prowadzenie przez państwo polityki równości społecznej – przyniesie obumieranie religii. Politycznie rzecz biorąc, ujmowali to jako likwidację hierarchicznego społeczeństwa (społeczeństwo bezklasowe), likwidację prywatnej własności środków produkcji (jako źródła najtrwalszych podziałów) i upowszechnienie demokracji (tak, tak!). Ich następcy poszli na skróty i eksperyment się nie udał, ale zwróćcie Państwo uwagę, że Marks i Engels mieli rację. Im bogatsze i równiejsze społeczeństwa, tym bardzie religia traci swoje funkcje polityczne. Społecznych – moim zdaniem – nie straci nigdy, odpowiada ona na jedne z podstawowych potrzeb człowieka: potrzebę przynależności, identyfikacji. Ciągle przy tym żywimy nadzieję, że nasza droga życiowa nie kończy się na cmentarzu, ze po śmierci będziemy nadal obywatelami świata. Ale równości i sprawiedliwości oczekujemy już teraz, nie w tym drugim życiu i dlatego lewica odnosiła i nadal może odnosić sukcesy. Najlepszą metodą ograniczania religii jest zatem lewicowa polityka społeczna, inwestycje w edukację, kulturę, wychowanie, politykę socjalną, a nie dopieprzanie się do któregoś z biskupów. Tym różni się doktryner od polityka.
Ale polityk musi przy tym zostać wybrany. A wśród wyborców są wierzący i niewierzący, wątpiący i agnostycy. Przyrost niewierzących i niepraktykujących w Polsce to lata po 2005 roku. Kiedy wysiłkiem, także SLD, została odbudowana gospodarka, coraz lepiej zaczęły być realizowane funkcje dystrybucyjne państwa, a akcesja do UE zaczęła przynosić efekty. Te przemiany będą następować, bo kierownictwo i aparat kościoła na jego wszystkich poziomach nie radzi sobie z rzeczywistością. Ale czy to oznacza, że dla mnie – polityka lewicy – wierzący nie mogą być celem polityki? Czy ja mogę tak dzielić ludzi, czy powinienem z ludzi wierzących czynić wrogów moich zamysłów politycznych? Tak się składa, że odsetek wierzących jest wprost proporcjonalny do poziomu i jakości życia w poszczególnych środowiskach – dostępu do bogactwa, edukacji, kultury, możliwości awansu w strukturze społecznej. Awans społeczny tych ludzi jest sednem lewicowej polityki, obojętnie czy są wierzący czy nie, i na kogo głosują. Polityki, która ich upodmiotowi, pokaże, że to od nich (a nie od Pana Boga) zależy ich los, a państwo – jak trzeba będzie – pomoże. To diabelski dylemat polityczny lewicy, ale stanowisko w tej kwestii należy zająć i go bronić.
Wreszcie jest kwestia aparatu kościoła, jego etatowych pracowników, zorganizowanych hierarchicznie, gdzie budowana przez wieki lojalność jest osadzona wobec przełożonego, a nie wobec wiernych, ich potrzeb i interesów. To na tym polega istota antyklerykalizmu, a jego poziom zależy od Episkopatu. Więcej Rydzyka, mniej wyznawców. Tutaj też lewica powinna być jednoznaczna w myśli politycznej, ale mądra w polityce. Znam wielu księży, którzy angażują się w politykę socjalną, są animatorami lokalnego życia społecznego, dla których spowiedź jest rozmową z człowiekiem o jego słabościach, ale i o szansach. Ale znam i takich, dla których stanowisko kościelne jest substytutem stanowiska politycznego, którzy mają ambicje polityczne, ale nie umieją ich zaspokoić w drodze demokratycznych procedur. Być biskupem (dziekanem, proboszczem) to tak jakby być I sekretarzem: mieć władzę nad ludźmi bez procedur i odpowiedzialności, co najwyżej ponosić odpowiedzialność korporacyjną. Z takimi ludźmi politykowi lewicy nigdy nie będzie po drodze.
Takie postawy są szkodliwe dla państwa, jego zasad, procedur, funkcjonowania. Ale jak je zwalczać. Pokazywać ich dwulicowość – ok. Pozbawić kasy – co to znaczy. Zlikwidować etaty kapelanów – są różni, niektórzy potrzebni, inni szkodzą. Moim zdaniem trzeba odpuścić tych, którzy są na utrzymaniu wiernych, ale wprowadzić jasne i rozliczalne zasady zatrudniania w służbie państwa. Kapelan/katecheta powinien być oceniany wedle pragmatyki służbowej, powinien służyć i pracować tak, jak inni i wypowiadać mu się powinno pracę wedle tych samych zasad. Biskupom nic do tego. Księży nie wyprowadzimy z państwa, ale potraktujmy ich jak innego obywatela. Sutanna nie daje przywilejów, daje dodatkowe obowiązki realizowane poza godzinami pracy lub służby.
To się w głowie wielu purpuratów jeszcze nie mieści. Jeszcze. Ale także dlatego, że sporo spośród nas mówiąc o świeckim państwie tak naprawdę myśli o tym, żeby prostymi ruchami zlikwidować konkurencję do panowania nad ludźmi. Ale prawdziwy humanista wie, że nie ma dróg na skróty. I wie, że przepisami prawa nie reguluje się stosunków społecznych. Tu trzeba pracy i cierpliwości. I sojuszników – dobrym jest PiS, bo to klęczenie ławą przyniesie idei świeckiego państwa więcej zysków niż strat. Trzeba tylko umieć czekać. Ale czekanie nie oznacza bierności. Trzeba pracować – z ludźmi, a nie z biskupami.

Głos lewicy

22 lipca

Krzysztof Podgórski świętuje na Facebooku: Babcia Komuna, święto dziś ma, święto masz Ty, święto mam i ja. Dziś 22 lipca rocznica ogłoszenia w 1944 przez Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego Manifestu Lipcowego. Fundamentu i źródła pozycji, w której znajduję się dziś ja i 85 proc. z Was. Tak, nie krzyw się – Ciebie też prawaku, antykomunisto. I Ciebie, nerwowo uśmiechający się, zadufany egoisto, mający się za coś lepszego, wyborco PO, Nowoczesnej działaczu KOD. Aaa, i Ciebie, obrotowy cwaniaku wiejski z PSL. Ciebie najbardziej, szubrawcu z partii z zieloną koniczynką, współpracujący dla korzyści z każdym. Zdziwieni? Obrażeni? A czegóż to? Korzeni się wstydzicie, własnej przeszłości? Tatuś nie powiedział kim był dziadzio z babcią? Wszyscy potomkami kamieniczników, fabrykantów i arystokracji jesteście? Wierzycie, że pałace Wam i kamienice oraz fabryki zabrali? Piękne rodzinne opowieści, ale nieprawdziwie. To ja Wam przypomnę jak było. Rocznicowo, historycznie, nie bierzcie tego do siebie, ot tak z dobrego serca, edukacyjnie Wam to robię. W czynie społecznym.
Czy to się Wam podoba, czy nie, owe wyidealizowane czasy dwudziestolecia międzywojennego to okres w którym 80 proc. ludności żyło na zacofanej wsi, z czego gros w biedzie, a nawet na granicy egzystencji. Buty luksus, zakładano do kościoła idąc na mszę. Lato bosonogie dzieci i dorośli byli standardem. Spało się na siennikach, a o lepszej pościeli można było pomarzyć, dostępna była nielicznym. Stąd ten sępi, odrażający atak na mienie pożydowskie w postaci rozdrapywania pozostawionych przez pomordowanych w Holocauście, kołder, pierzyn i poduszek z pierza.
To właśnie dzięki Reformie Rolnej, dzięki rozdaniu za darmo ziemi arystokracji i kościoła, powstały gospodarstwa ekonomicznie wydolne. Skąd dziadek miał ziemię pytałeś? Ojcowizna po pradziadku? A może dziadek w familoku mieszkał i ziemię dostał z parcelacji ziemi dziedzica? Albo ojcowizny było 3 morgi w 6 kawałkach, a agronomowie w ramach Reformy Rolnej – Manifest PKWN, scalili ziemię i dodali ¾ z ziemi proboszcza? Dawno było, powiadasz. To może kradzione przez babcie Komunę oddasz? Nie, polski chłop co wyrwał nie odda, nawet jak to były buty trupa powstańca styczniowego.
Aaa, dziadek na Ziemiach Odzyskanych żyje, nic nie zawdzięcza. Mylisz się, to jeszcze gorzej. Zdobyły te ziemie na Niemcach wojska radzieckie za cenę 600 000 poległych. I Państwowy Urząd Repatriacyjny – komunistyczna władza – rozdawali te gospodarstwa poniemieckie za darmo, przesiedlonym lub po prostu chętnym. Tak, dom za darmo ziemię, maszyny rolnicze i zabudowania od babci Komuny.
Wszystko Wam babcia komuna dała, co zapowiedział właśnie 22 lipca 1944 w Manifeście PKWN.
Krzyczycie, „dziadek był robotnik, nie żaden wsiok!”
A tak, możliwe, niecałe 12 proc. przedwojennej ludności II RP to byli robotnicy, z czego większość wegetowała w oficynach, suterenach, robotniczych osiedlach w warunkach urągających godności człowieka. Czytali „Antka”? „Naszą Szkapę?” „Ludzi bezdomnych”? To takie lektury w PRL były droga młodzieży, która możliwe że za demokracji nie czytała. Trzeba było na polskim nie spać, albo rodziców dopytajcie.
To PKWN upaństwowił zakłady, na tej bazie stworzył przemysł, PRL rozbudował go, przesiedlił biedotę wiejską i stworzyła babcia Komuna nowoczesną, światłą, uświadomioną klasę robotniczą w Polsce. Wszystko to zapowiedziano w manifeście PKWN.
„Dziadek był lekarzem, prawnikiem urzędnikiem, należał do KOR i „Solidarności”, się brzydził komuną” krzyczycie, przemądrzalcy z KOD i PO. Inteligenci się znaleźli, „elyta”, ciekawe skąd?
A kto był tatusiem dziadka? Prawnik, lekarz? A dziadzio to nie studiował za PRL za darmo, dzięki babci Komunie? A punktów za pochodzenie dzięki którym w ogóle mógł studiować nie dostał? Jakie punkty? A takie, z racji faktu posiadania rodziców ze wsi lub należących do klasy robotniczej? A do ZMP czy ZSP nie należał, nie korzystał z dobrodziejstw? A od babci Komuny, stypendium naukowego i socjalnego nie brał? Nie, za swoje się kształcił, za dolary przesłane od rodziny z USA?
No, ale dyplom szkoły wyższej nie śmierdzi komunizmem. Nie oddacie w ramach dekomunizacji, o nie. Babcia Komuna dała, to się wzięło, co?
A pracę, to czasem ze skierowania od babci Komuny dziadek z babcią nie dostał? A mieszkanie zakładowe za darmo nie dostał. Tak, to co Twoi rodzice sprzedali i zakupili Ci twoje mieszkanie. To samo.
Tak, Moi Drodzy, Wy – pierwsze lub drugie pokolenie mieszczuchów, Wy inteligencja w I i II pokoleniu rodem z PRL, świętujemy dziś rocznicę powstania babci dobrodziejki, babci Komuny.

Dorobek Polski Ludowej sam się obroni

Z prof. Pawłem Bożykiem, przewodniczącym Ruchu Odrodzenia Gospodarczego im. E. Gierka rozmawia Andrzej Ziemski.

 

Andrzej Ziemski: Panie Profesorze. Był Pan jednym z najbliższych współpracowników Edwarda Gierka do roku 1980. To już duży odstęp czasowy. Młode pokolenie, urodzone i wychowane później z niedowierzaniem słuchają opowieści o czasach Polski Ludowej. Porozmawiajmy o faktach tamtego okresu i współczesnych mitach.

Prof Paweł Bożyk: Pierwszy, bezpośredni kontakt z Edwardem Gierkiem miałem w grudniu 1971 roku. Poprosił mnie na rozmowę, poszukiwał młodego człowieka pasjonującego się gospodarką światową, a na tym tle gospodarką polską. Z polityką i partią nie miałem dotąd nic wspólnego. Po uszy zaangażowany byłem za to w studiowanie przykładów udanego rozwoju gospodarczego, a na tym tle w poszukiwanie źródeł sukcesu gospodarczego na Wschodzie i Zachodzie. Byłem już wtedy autorem kilku książek i wielu artykułów publikowanych zarówno w prasie fachowej jak też codziennej.
Gierek zdziwił się bardzo, gdy mnie zobaczył, wyglądałem na młodzieńca, większego niż byłem w rzeczywistości. Czy podoba się wam moja polityka gospodarcza, zapytał. W części mi się podoba, w części niestety, nie. Po tej odpowiedzi zniknął powitalny uśmiech z twarzy Gierka, a on sam jakby nieco zesztywniał, ale po chwili wrócił do poprzedniego wyglądu. No dobrze, rzekł, potrzebuję człowieka młodego, ale przekornego.
Po pięciogodzinnej rozmowie wyłożył zasady naszej przyszłej współpracy i tak już zostało do końca, na całe dziesięć lat.
W latach 60-tych niewiele mówiono w Europie o Polsce, bądź przedstawiano życie w naszym kraju wręcz w szarych barwach. Polska dla Europy zachodniej była jednym z państw za „żelazną kurtyną”, co oznaczało brak swobód demokratycznych, inwigilację życia obywateli przez tajne służby i niski poziom życia ludności.
Mieszkając przez wiele miesięcy w Genewie i podróżując często po Szwajcarii i Francji byłem uczulony na propagandę zachodnią; gdy w telewizorze pojawiał się drabiniasty wóz chłopski ciągnięty przez chuderlawego konia wiedziałem, że audycja będzie o Polsce. Potwierdzały to stojące przy drodze chłopskie chałupy kryte słomą.
Obraz ten nie był zachętą do współpracy z Polską zachodniego kapitału. W latach sześćdziesiątych niewiele się zresztą zmieniło w tym względzie w stosunku do poprzedniej dekady. Polska inwestowała w wielkie huty, fabryki przemysłu ciężkiego, kopalnie, elektrownie, ale codzienność tkwiła wciąż korzeniami w tym, co było w przeszłości.
Trzeba to jak najszybciej zmienić – powiedział do mnie Gierek. Do Was należeć będzie znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak to zrobić.

 

Istotą reform ekipy Edwarda Gierka po roku 1970 była kompleksowa modernizacja kraju, dogonienie uciekającej do przodu cywilizacji zachodniej. Na ile to się udało w różnych obszarach: społecznym, gospodarczym, kulturowym. Jaka była pozycja Polski pod koniec lat siedemdziesiątych na tle innych krajów?

Różnice w poziomie rozwoju gospodarki zachodnioeuropejskiej i gospodarki polskiej były następstwem oddziaływania na nie różnych czynników i to w długim okresie. Przecież jeszcze przed drugą wojną światową Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Belgia, Holandia należały do grupy krajów o wiele bardziej rozwiniętych gospodarczo niż Polska. Wiele z nich eksploatowało kolonie w Azji, Afryce, na Bliskim i Dalekim wschodzie, w Australii czerpiąc z tego tytułu nie byle jakie korzyści. Wydajność pracy w Europie zachodniej przewyższała polski poziom wielokrotnie.
Stan polskiej gospodarki w okresie międzywojennym nie był przecież skutkiem złej pracy Polaków; przykład Centralnego Okręgu Przemysłowego pokazał, że możemy pracować niemniej wydajnie niż Niemcy czy Francuzi. Podstawową przyczyną różnic w wydajności pracy między Polską a Europą zachodnią był zdekapitalizowany aparat produkcyjny. W znacznej części został on rozgrabiony przez okupantów bądź zniszczony w trakcie działań wojennych. W Polsce pozostawiono fabryki niekompletne, których nie można było uruchomić, bo brakowało części do maszyn bądź całych maszyn, nie było energii elektrycznej, brakowało fachowców bądź ich poziom był byle jaki. Jeszcze na początku lat pięćdziesiątych trwały bratobójcze walki między różnymi frakcjami politycznymi.
W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych do głosu doszli reformatorzy systemowi, którzy zaczęli transformować gospodarkę na system rosyjski, a wszystko to nie mogło odbywać się bez strat. Tempo rozwoju gospodarki było znacznie poniżej potrzeb kraju, zwłaszcza, że Polska zdana była wyłącznie na siebie. Zachód był za „żelazna kurtyną”, a Wschód sam wyciągał rękę po polski węgiel i polską żywność.
Rewolucja społeczna, jaką polski rząd zaaplikował narodowi nie zadowalała nikogo. Ludzie żyli byle jak nie mając nadziei na rychłą poprawę. Cieszono się budową Nowej Huty, oddawaniem do użytku kolejnych pieców hutniczych, jakby to mogło poprawić warunki życia w polskich miastach i na polskich wsiach.
Gierek wszystko to wiedział, niedawno wrócił z Francji, gdzie też się „nie przelewało”, ale sytuacja była nieporównanie lepsza niż w Polsce. Stąd zawołanie Gierka do Polaków: „pomożecie”, i odpowiedź „pomożemy”. Co należało interpretować: „pracujcie, nie strajkujcie, bo tylko w ten sposób wspólnie zbudujemy nową Polskę”. I pracowali…
W sumie w latach siedemdziesiątych wybudowano łącznie 557 przedsiębiorstw, w tym 71 fabryk domów, 10 fabryk mebli, 18 zakładów mięsnych, 14 chłodni, 7 fabryk samochodów (bądź ich części), 5 cementowni, 5 kopalni węgla kamiennego, 8 elektrowni, 8 elektrociepłowni, 7 hut żelaza i metali nieżelaznych, 16 fabryk odzieżowych…
Ponadto w latach 70-tych zelektryfikowano 2 tys. km linii kolejowych, 10 tys. km dróg uzyskało twardą nawierzchnię, zbudowano prawie w całości polską energetykę, w tym linie przesyłowe energii elektrycznej. Oddano do użytku 2,6 mln nowych mieszkań; pod koniec lat 70-tych budowano rocznie prawie 300 tyś nowych mieszkań. Stworzono 3 mln nowych miejsc pracy. W efekcie nikt z młodych ludzi, którzy po ukończeniu 18 roku życia wchodzili w wiek produkcyjny nie pozostał bez pracy.
Oczywiście nie byłoby takich wyników w gospodarce, gdyby nie było kredytów udzielonych przez Zachód Polsce, przede wszystkim na import do Polski, który w latach siedemdziesiątych zaczął szybciej wzrastać niż eksport z Polski na Zachód. Kupowano na Zachodzie całe fabryki gotowe do produkcji poszukiwanych na polskim rynku wyrobów przemysłowych. Importowano też zespoły maszyn i pojedyncze maszyny, a także inny sprzęt inwestycyjny. Importowi temu towarzyszyły zakupy materiałów i elementów kooperacyjnych, a ponadto gotowych towarów konsumpcyjnych pochodzenie przemysłowego i rolnego.
Po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej pojawiły się w polskiej gospodarce nowoczesne automaty i roboty, a także komputery i inne urządzenia reprezentujące przodujący poziom światowy. Na rynku konsumpcyjnym w Polsce znalazły się zachodnie samochody, sprzęt gospodarstwa domowego, elektronika, a także kosmetyki, artykuły higieniczne, obuwie, odzież i szereg innych towarów. W sklepach na stałe pojawiły się cytrusy, coca-cola, dżinsy i inne towary masowej konsumpcji.
W latach siedemdziesiątych wyprodukowano w Polsce ponad milion sztuk samochodów „Fiat 126p”. Był to efekt współpracy licencyjnej i kooperacyjnej Polski z Włochami.
W sumie Polska kupiła w tym czasie na Zachodzie ponad 450 licencji. Większość z nich została wdrożona do produkcji, część kupiono tylko po to, by w oparciu o nie mogły powstać polskie konstrukcje. Przykładem są obrabiarki sterowane numerycznie, eksportowane w latach siedemdziesiątych do kilkudziesięciu krajów rozwiniętych gospodarczo, w tym także do Stanów Zjednoczonych i Japonii. Część licencji nie wdrożono do praktyki, kupiono je tylko po to, by mogły zapoznać się z postępem technicznym liczne rzesze polskich inżynierów i techników, studentów politechnik i uczniów średnich szkół zawodowych w celu podniesienia poziomu ich wiedzy. Jest to metoda, z której korzysta wiele krajów rozwiniętych gospodarczo, zwłaszcza Japonia.
Zadłużenie zagraniczne Polski wyniosło na koniec 1980 roku 23,0 mld dolarów, jego część (3,4 mld dol.) musiała być spłacona w ciągu paru miesięcy. Były to bowiem kredyty krótkookresowe. Do spłaty w latach 80-tych pozostało więc około 20 mld dol. Według obliczeń Europejskiej Komisji Gospodarczej stanowiło to 9,8% ówczesnego dochodu narodowego. Dziś zadłużenie Polski przekroczyło 400 mld dol. stanowiąc około 60% PKB.
W latach 70-tych Polska zdecydowanie zmniejszyła różnice dzielące ją w zakresie poziomu rozwoju gospodarczego w stosunku do krajów bardziej rozwiniętych. Nie zlikwidowała, rzecz jasna, tych różnic w stosunku do Zachodu. Na to potrzeba jeszcze wielu lat.

 

Czy sądzi Pan, że to co się stało w roku 1980 i później mogło się nie wydarzyć. Czy możliwy był inny scenariusz polskiej historii końca XX wieku? Dziś wiele osób w Polsce uważa, że transformacja dokonana po roku 1990 była dla Polski zabójcza i sprowadziła nas do rangi półkolonii.

Moim zdaniem, nie był możliwy inny scenariusz polskiej historii końca XX wieku, jeżeli tak, to tylko gorszy. System centralnego planowania i zarządzania „przeszczepiony” do Polski pod koniec lat czterdziestych z Rosji nie sprawdzał się od samego początku.
Polacy, z natury są narodem zdolnym i pracowitym, ale zanarchizowanym, nie tolerują decyzji autokratycznych, szukają możliwości obchodzenia tych decyzji.
Przyzwoleniem politycznym do takiego postępowania były wydarzenia „polskiego października” 1956 roku. W ich trakcie Gomułka trochę zreflektował się i usiłował je przygasić, ale było już za późno. Iskra padła na przyjazne podłoże wzniecając coraz większe i coraz liczniejsze ogniska antysystemowe.
Sygnały o tym rozchodziły się w trzech kierunkach. Najgroźniejszy dla systemu był establishment, od członków najwyższego kierownictwa politycznego – począwszy, a na szeregowych członkach partii skończywszy. Nie miał on charakteru jawnego, ale szkodził systemowi.
Informacje o takim myśleniu szybko przeniknęły do środowiska, które po latach przyjęło nazwę KOR (Komitet Obrony Robotników). Było ono dobrze poinformowane o niejawnych rozmowach na szczytach władzy.
Trzecim wreszcie kierunkiem dyskusji antysystemowych była zagranica, głównie amerykańskie środowisko sowietologiczne. Z opóźnieniem przystąpiło ono do wspólnoty antysystemowej w Polsce, ale w późniejszym czasie odegrało ważną rolę w procesie przemian w Polsce.
W roku 1980 było już w Polsce za późno na inny scenariusz. Wydarzenia roku 1989 pukały już do drzwi, Sekuła i Wilczek pod wodzą Rakowskiego przygotowywali się do liberalnej ekspansji. Do ich rozpoczęcia namawiała jawnie wizytująca Polskę kilkakrotnie Margaret Thatcher i inni zachodni politycy. Do Polski „płynęły” masowo urządzenia drukarskie i dolary amerykańskie. Nikt się z tym już nie krył. Nieudany stan wojenny tylko rozzuchwalił oponentów systemowych.
Jak wg wskaźników oficjalnych m.in. GUS okres 45-lecia Polski Ludowej wpisuje się w obchodzoną w tym roku z dużym zadęciem 100-letnią rocznicę odzyskania niepodległości w 1918 roku? Może porównajmy okresy II RP, Polskę Ludową i prawie 30 lat RP. Czy 100 lat Polski bez 45 lat Polski Ludowej ma szansę zaistnieć w świadomości historycznej Polaków w dalszej perspektywie?
Na pytanie to odpowiadam zdecydowanie negatywnie. Przecież połowa nowych mieszkań powstała w PRL-u. Tylko w latach 70-tych wybudowano ich 2,6 mln. III-RP ma mało znaczący udział w tym budownictwie. Jej dorobek to należące do kapitału zagranicznego biurowce, głównie tzw. „drapacze chmur”. Cały Służewiec w Warszawie, to takie budownictwo.
Oczywiście doraźne skutki nachalnej propagandy kwestionujące wszystko co powstało przed 1990 rokiem, nie pozostają bez wpływu na świadomość Polaków, ale to szybko minie; niestety byt kształtuje świadomość.
A polski przemysł? W większości są to filie korporacji transnarodowych, budowane według zasady: dziś „tu”, jutro „tam”.

 

Przewodzi Pan Ruchowi Odrodzenia Gospodarczego, który wziął sobie za cel obronę dorobku i tradycji Polski Ludowej. To chyba dziś bardzo trudne, wręcz utopijne zadanie. Niektórzy zastanawiają się czy PRL warto bronić. Inni uważają, że jej dorobek broni się sam.

Uważam, że dorobku Polski Ludowej nie trzeba bronić, on z pewnością sam się obroni. Codziennie spotykam swoich byłych studentów, nigdy nie zdarzyło mi się, żeby któryś z nich skarżył się na jakość zdobytego wykształcenia, a są ich dziesiątki tysięcy. A gdzie zdobyli wykształcenie sędziowie i adwokaci, profesorowie i lekarze, nauczyciele i inżynierowie.
Proponuję, by zamknąć dyskusję nad dorobkiem PRL – gwarantuję, że równocześnie zamilkną jego krytycy.

 

Czy dzisiejszy pejzaż polskiej lewicy jest, Pana zdaniem, odzwierciedleniem rzeczywistych podziałów społecznych. Czy ktoś wyraźnie ma swoją nadreprezentację, a jakiegoś środowiska, czy grupy społecznej tutaj się nie zauważa. Czy lewica ma szansę się obronić i uzasadnić swoją potrzebę istnienia?

Moim zdaniem, lewica nie odzwierciedla dziś rzeczywistych podziałów społecznych. Wśród ludzi lewicy nie ma robotników i młodzieży.
Bycie robotnikiem, nie jest powodem do dumy; robotnicy stanowią zdecydowany margines we wszystkich partiach, podobnie zresztą, jak młodzież. Dlaczego?
Uważam, że partie mają obecnie charakter głównie mieszczański: dobrze ubrać się, zabawić się, wypić, smacznie zjeść. A ideologia? To nie dla młodych.
Uważam, że lepiej jest na zachodzie Europy. Tam biedny człowiek łatwiej spotka się ze zrozumieniem i pomocą ze strony młodych.

Gospodarczo odrodzeni

List otwarty do członków Społecznego Komitetu Lewicy Obchodów 100 – lecia Odzyskania Niepodległości.

 

Konferencja pod hasłem „Polska w Europie – Europa w Polsce”, zorganizowana przez Ruch Odroczenia Gospodarczego jak również uczestnictwo w niej przedstawicieli liczących się organizacji lewicowych i niektórych polskich euro parlamentarzystów, skłoniły nas jak i innych uczestników tej konferencji do zabrania głosu w sprawie obchodów, przez środowiska lewicowe, 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Dlatego też, swoje uwagi i propozycje obchodów tej rocznicy kierujemy do członków Społecznego Komitetu Lewicy Obchodów 100-lecia Odzyskania Niepodległości.

 

Walka z zacofaniem

Obchody te zmuszają do zaprezentowania szerokim kręgom społeczeństwa, nie tylko wysiłku poprzednich pokoleń w utworzenie jednolitego organizmu państwowego po ponad stuletnim okresie zaborów, ale również w jego budowę i rozwój. Zarówno w okresie międzywojennym, jak i po drugiej wojnie światowej. W pierwszym okresie dominowała walka z zacofaniem gospodarczym, tworzenie zrębów nowoczesnego przemysłu, wprowadzanie nowoczesnych rozwiązań socjalnych i oświatowych, przyznanie praw wyborczych kobietom są niewątpliwie historycznymi osiągnięciami tego okresu. niepodległości państwa.
Po kataklizmie drugiej wojny światowej jednak odrodziło się państwo polskie. Fakt, że o ograniczonej samodzielności, ale jednak polskie. Odrodziło się państwo z korzystniejszym, niż w poprzednim okresie układem terytorialnym i składem narodowościowym. Państwo, które wbrew stanowisku prawicowej części społeczeństwa, spełniało marzenia i oczekiwania jego większości.
Odbudowa zniszczonego kraju, likwidacja analfabetyzmu, realizacja reformy rolnej, elektryfikacja, nacjonalizacja przemysłu, rozwój kultury, oświaty i opieki zdrowotnej stanowią tylko część osiągnięć powojennej Rzeczpospolitej, a przede wszystkim Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, w tym okresu lat siedemdziesiątych, w którym podjęto proces unowocześniania przemysłu i „uchylono” dla społeczeństwa „drzwi na zachód”. Osiągnięć tych nie sposób było uzyskać bez dominującej roli w ich realizacji szeroko rozumianej lewicy, partii i organizacji chłopskich oraz innych organizacji obywatelskich. Tym faktom nie da się zaprzeczyć ani wykreślić z historii naszego państwa.

 

Destrukcja państwa

Prezentacja tych faktów, jak i przeciwstawianie się indoktrynacji społeczeństwa, a szczególnie młodzieży ma szczególne znaczenie dla przyszłości Polski. Działania takie mają szczególne znaczenie wobec obecnej polityki zakłamywania i przeinaczania historii Polski, prowadzona w ramach „polityki historycznej” oraz niszczenia jej demokratycznego charakteru prowadzi do izolowania jej na forum międzynarodowym.
Wśród nich szczególne zagrożenie wywołuje postępująca destrukcja państwa i polityka likwidowanie demokratycznego charakteru państwa i wielu jego instytucji, konfliktowanie z Unią Europejską i naszymi najbliższymi sąsiadami, a jednocześnie służalczość w stosunku do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, stawiają nasze państwo na marginesie Europy. Polityka ta stanowi ograniczanie nie tylko międzynarodowej pozycji państwa, ale również zagrożenie bytu ekonomicznego jego obywateli.
Dokonane już, jak i aktualnie wprowadzane zmiany polityczne i społeczne mają również wpływ na sytuację gospodarczą kraju. Z jednej strony, realizowane działania socjalne, jak przyznane dodatki (500 plus) dla rodzin wielodzietnych, dodatki na dzieci rozpoczynających naukę czy podjęty program budowy mieszkań na wynajem, poprawiają warunki bytowe wielu rodzin.
Z drugiej strony pozostają jednak bez należytego wsparcia, również ekonomicznego, najsłabsze grupy społeczne np. rodziny z osobami niepełnosprawnymi czy inni ludzie zmarginalizowani społecznie.

 

Zadłużenie

Zmniejsza się bezrobocie, przy jednoczesnym utrzymywaniu się wysokiego zatrudnienia w oparciu o tzw. umowy śmieciowe. Jednak na sytuację gospodarczą kraju, szczególnie negatywny wpływ ma zarówno polityka demograficzna, a szczególnie utrudnienia imigracji zarobkowej, szczególnie przybyszy „ze wschodu”, jak i niestabilna polityka w stosunku do rodzimej przedsiębiorczości. Polityka ta ma również negatywny wpływ na sytuację finansową państwa.. Aktualnie (według informacji GUS) zadłużenie Skarbu Państwa wynosi 4,96 miliarda złotych, co stanowi 276 proc. krajowego PKB. Tym samym Polska stała się jednym z najbardziej zadłużonych państw Europy, a jej długi będą spłacać przyszłe pokolenia obywateli. Jednocześnie wewnątrz kraju, realizowana polityka deformacji demokratycznego charakteru państwa i ograniczanie roli i znaczenia demokratycznych instytucji, krótkowzroczna polityka społeczna, klerykalizacja państwa i budowanie potęgi ekonomicznej i politycznej Kościoła Katolickiego oraz tzw. „polityka historyczna” cofają nasz kraj w okres średniowiecza, i prowadzą do kształtowania państwa klerykalnego, akceptującego w nim ruchy nacjonalistyczne i skrajnie faszystowskie. Działania takie budzą nasz sprzeciw i wywołują potrzebę przeciwdziałania nim

 

Wspólna szansa

W istniejącej sytuacji, przy słabości obecnej opozycji parlamentarnej, jedynymi siłami mogącymi skutecznie przeciwstawić się negatywnym procesom i walczyć o demokratyczny charakter państwa są demokratyczne partie i organizacje pozaparlamentarne oraz ruchy obywatelskie. Wśród nich szczególnie istotną rolę ma do spełnienia szeroko rozumiana i nowocześnie pojmowana lewica, zarówno o charakterze społecznym jak i obywatelskim.
Szansę na podjęcie wspólnych działań zarówno partii, jak i innych organizacji o orientacji lewicowej, stwarza utworzenie Społecznego Komitetu Lewicy Obchodów 100-lecia Odzyskania Niepodległości. Wśród tych partii i organizacji liczącą się rolę w podjęciu wspólnych działań lewicy może spełnić Ruch Odrodzenia Gospodarczego. Ruch ten mógłby uczestniczyć w realizacji wspólnych działań organizowanych lub inicjowanych przez Komitet, jak również realizować własny program.

 

Charakter lewicy

Wśród wielu niezbędnych działań, które może inicjować i realizować lewica, istotne znaczenie ma przeciwstawienie się dezinformacji i indoktrynacji społeczeństwa i właśnie w tym zakresie dostrzegalną rolę może spełniać Ruch Odrodzenia Gospodarczego. Partia ta, bazując na swoim dotychczasowym dorobku, możliwościach kadrowych i potencjale intelektualnym członków oraz współpracy z innymi organizacjami, a szczególnie Polską Partią Socjalistyczna, może aktywnie uczestniczyć zarówno w opracowywaniu programu tych obchodów jak i ich realizacji. Jej udział w tych obchodach (zarówno w roku 2018 jak i latach następnych) mógłby polegać m. in. na ; organizowaniu konferencji problemowych czy przygotowywaniu lewicowych wydawnictw poświęconych tej tematyce. Kształtując charakter lewicy trzeba jednak uwzględniać wiele z nowych poglądów politycznych, tak bardzo aktywnych na lewicy, absorbujących liczne grupy międzypokoleniowe, zwłaszcza pod nazwa ruchów obywatelskich

 

Lewica obywatelska

Tak pojęta lewica, jako „lewica obywatelska” powinna być nie tylko aktywną ale również kreatywną. Powinna nie tylko aktywnie upowszechniać swoje oceny i wnioski, ale również wspierać, inicjować, a nawet samodzielnie realizować przedsięwzięcia służące obronie i umacnianiu demokratycznego charakteru państwa, rozwojowi gospodarczemu i poprawie warunków bytowych wszystkich obywateli, ale jednak szczególnie tych utrzymujących się z pracy własnych rąk i umysłu. Liczącą się rolę w integrowaniu działań lewicy, kształtowaniu jej charakteru oraz budowaniu społecznej pozycji może spełniać Ruch Odrodzenia Gospodarczego, szczególnie przy współpracy z Polską Partią Socjalistyczną.

Spór o ocenę demokracji

Niedawna rocznica czerwcowych wyborów 1989 roku przypomniała, jak głęboko sięgają polityczne rozbieżności w ocenie tego wydarzenia, a raczej – bo tu tkwi istota sporu – całej polskiej drogi do demokracji.

 

Obóz rządzący rocznicę tę albo ignorował, albo nawet usiłował dezawuować, na przykład przez wysuwanie niepoważnego twierdzenia, jakoby wybory czerwcowe zostały przez Polaków zbojkotowane. Politycy Platformy Obywatelskiej i bliscy im publicyści potraktowali czerwcową rocznicę jako dogodną okazję do podkreślenia roli odegranej w tej historycznej zmianie przez ówczesną opozycję demokratyczną i jej historycznych przywódców. Mają do tego bezsporne prawo.

 

Miejsce dla lewicy

Gdzie w tym sporze stoi lewica? Czym dla niej jest czerwcowa rocznica? Są to pytania o istotnym znaczeniu politycznym, gdyż stosunek do wydarzeń, od których dzieli nas już niemal trzydzieści lat, ma istotne znaczenie dla dzisiejszej tożsamości wszystkich sił politycznych, w tym także – a może nawet szczególnie – lewicy.
Gdy pojawiły się informacje o wyniku pierwszej (najważniejszej) tury wyborów, byłem rozczarowany, ale nie zaskoczony. Przewidywałem przegraną w wyborach do Senatu i dlatego proponowałem (niestety bezskutecznie) wprowadzenie innej ordynacji wyborczej, która pozwoliłaby na wejście do Senatu w przybliżeniu takiej liczby kandydatów ówczesnego obozu rządzącego, jaka odpowiadała zasięgowi jej poparcia (szacowanego na 25-30 procent biorących udział w głosowaniu). Jak wielu ludzi z obu stron ówczesnego podziału obawiałem się, że wynik wyborów zdestabilizuje trudny proces przebudowy systemu i doprowadzi do eskalacji konfliktów o trudnych do przewidzenia, być może dramatycznych, konsekwencjach.
Obawy te okazały się przesadne, co nie znaczy, by były bezzasadne. Wypracowany przy „okrągłym stole” kompromis polityczny został uratowany i stał się fundamentem polskiej, pokojowej drogi do demokracji. Chociaż wielu ludzi miało udział w zbudowaniu tego kompromisu, rolę podstawową odegrali dwaj przywódcy: Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa. Nie jest więc przypadkiem, że obaj oni byli i są celem bezpardonowych ataków ze strony tych polityków, którzy albo już wtedy byli przeciwnikami historycznego kompromisu, albo po latach doszlusowali do obozu przeciwników „okrągłego stołu”.
W politologicznych teoriach przejścia do demokracji wyróżnia się pięć podstawowych wariantów. Pierwszym, niezwykle rzadkim, jest budowanie demokracji w warunkach przegranej wojny i obcej okupacji. Drugim, też rzadko występującym, jest rewolucyjne, dokonane siłą obalenie dyktatury. Doświadczenie historyczne pokazuje, że w większości wypadków rewolucja prowadzi nie do demokracji,, lecz do innego typu dyktatury, jak to miało na przykład miejsce w Iranie po obaleniu szacha Reza Pahlevi w 1979 roku. Trzecim jest implozja systemu, załamanie się dyktatury pod wpływem poniesionej klęski zagranicznej (Grecja 1974, Argentyna 1983), lub wewnętrznego kryzysu (ZSRR 1991). Czwartym jest udana reforma „odgórna”, prowadzona przez reformatorów w ramach systemu dyktatorskiego bez znaczącego udziału opozycji (co nastąpiło w Brazylii na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zeszłego stulecia i zapamiętane zostało pod nazwą „abertury” – otwarcia). Piątym wreszcie modelem zmiany jest negocjowana reforma, dla której modelowym wzorem był wielki kompromis hiszpański po śmierci (1975r.) generała Franco i pod patronatem nowego króla Juana Carlosa.

 

Kompromis

Model negocjowanego kompromisu zawiera w sobie obustronne ustępstwa, a więc wyklucza taki wynik, który po jednej stronie stawiałby stuprocentowych zwycięzców, po drugiej zaś – totalnie przegranych. Jak podkreślają badacze tego procesu (w tym pochodzący z Polski wybitny politolog amerykański Adam Przeworski) warunkiem powodzenia negocjowanej reformy jest to, by jeszcze przed podjęciem rokowań po obu stronach dokonały się przegrupowania, w wyniku których wpływy polityczne tracą fundamentalistyczni przeciwnicy ustępstw w obozie władzy i radykalni przeciwnicy kompromisu po stronie opozycji. To stało się zarówno w Hiszpanii, jak kilkanaście lat później w Polsce. Bez takiego, dokonanego po obu stronach, uporządkowania szeregów kompromis nie byłby możliwy.
Historia dopisała jednak ciąg dalszy. W wyniku rozczarowania znacznej części społeczeństwa polskiego tym, jak przebiegały przemiany posocjalistyczne, oraz w wyniku politycznych przetasowań w głównych partiach politycznych, władzę w Polsce zdobyło ugrupowanie, które wręcz ostentacyjnie nawiązuje do tego nurtu dawnej opozycji, który programowo odrzucał kompromis „okrągłego stołu”. Symbolicznym znakiem tej zmiany było powierzenie zaszczytnej funkcji marszałka-seniora otwierającego posiedzenie wybranego w 2015 roku Sejmu Kornelowi Morawieckiemu, który bardziej niż ktokolwiek inny reprezentuje nieprzejednany sprzeciw wobec kompromisu 1989 roku. Obóz rządzący kreuje się na bezkompromisowego przeciwnika tego kompromisu, potępia jego głównych autorów i sugeruje, że idąc inną drogą Polska miałaby się obecnie bez porównania lepiej.

 

Fałsz

Jest to fałsz historyczny i przejaw moralnej dezynwoltury. Nie ma ani jednego przykładu kraju, który z systemu państwowego socjalizmu wyszedłby drogą rewolucyjną i odniósł w jej wyniku lepsze niż Polska wyniki. Czy takim wzorem miałaby być dla nas Rumunia, która przez wiele lat nie mogła uporać się z konsekwencjami krwawej rewolty z grudnia 1989 roku? A może Rosja, Ukraina lub Białoruś, gdzie zmiany ustrojowe zrodziły się w wyniku gwałtownego załamania politycznego po nieudanym puczu sierpnio0wym 1991 roku?

 

Prawda

Polska droga de demokracji nie jest wolna od porażek i błędów, z których najważniejszym było zbytnie podporządkowanie polityki gospodarczej i społecznej państwa logice neoliberalnego podejścia do reform gospodarczych, co w konsekwencji doprowadziło do nadmiernej polaryzacji społecznej i do uzasadnionego poczucia pokrzywdzenia znacznej części społeczeństwa. Krytykując je i programując inną strategię na lata, które przyjdą po odsunięciu od władzy obozu PiS, powinniśmy jednak pamiętać, że nie stanowiły one nieuchronnej konsekwencji zawartego w 1989 roku historycznego kompromisu.
Kompromis ten ma natomiast znaczenie dla przyszłości jako wyraz takiego myślenia o państwie, w którym chciałbym widzieć drogowskaz ku lepszej niż obecna polityki polskiej. Fundamentem tego myślenia jest uznanie, że Rzeczpospolita jest wspólnym dobrem wszystkich jej obywateli. Za tym – wyrażonym w preambule do Konstytucji – sformułowaniem kryje się ważna myśl: odrzucenie traktowania polityki jako bezwzględnej walki opartej na podziale na „swoich” i „wrogów”. Kryje się także gotowość do wspólnego wypracowywania rozwiązań stwarzających szansę na wspólne działanie podstawowych sił politycznych.

 

Morał

Takie przesłanie, płynące z naszego – szanowanego w świecie – doświadczenia pokojowej drogi do demokracji, jest cennym dziedzictwem „okrągłego stołu”, czerwcowych wyborów i sposobu, w jaki wynik tych wyborów posłużył budowaniu demokratycznej Polski. Jako ludzie tego nurtu lewicy, który odegrał w tym procesie znaczącą rolę, mamy prawo do dumy z tego, że demokratyczna Polska rodziła się nie wbrew nam, lecz z naszym znaczącym udziałem.

Łódź pamięta o rewolucji!

Okrzyki „Rewolucja!”, „Precz z wyzyskiem!”, „Solidarność robotnicza!”, „Wolność, równość, niepodległość!” mogli usłyszeć mieszkańcy Łodzi oraz turyści, którzy w sobotnie popołudnie znajdowali się przy ul. Piotrkowskiej.

 

W miejscach, gdzie 113 lat temu robotnice i robotnicy demonstrowali, ścierali się z carskim wojskiem i wznosili barykady, odbył się rocznicowy przemarsz i spektakl.
Kolejna już edycja efektownego upamiętnienia powstania łódzkiego, jednego z największych wystąpień robotniczych podczas rewolucji 1905 roku, zgromadziła około dwustu osób. W serii symbolicznych obrazów prezentowanych przez alternatywny teatr Chorea uczestnicy wydarzenia obserwowali wybuch robotniczego buntu, manifestacje i walkę pracownic i pracowników łódzkich fabryk, spory między organizacjami rewolucyjnymi działającymi w Królestwie Polskim, nieugiętość walczących i wreszcie stłumienie powstania i represje wobec rewolucjonistów. Aktorzy i aktorki występowali w tych samych miejscach, gdzie 113 lat temu robotnice i robotnicy zbierali się, organizowali i walczyli – na ul. Piotrkowskiej i okolicznych podwórzach; zaś złość wyzyskiwanych przeciwko wyzyskiwaczom pokazali w sąsiedztwie pomnika łódzkich fabrykantów Poznańskiego, Grohmana i Scheiblera.
Z uwagi na 100. rocznicę odzyskania suwerenności przez państwo polskie w spektaklu silnie wyeksponowany był wątek rozważań nad tym, czym jest niepodległość, wolność i samowola. Równocześnie przypomniano o początku rewolucji 1905 r. – Krwawej Niedzieli w Petersburgu i o solidarności robotników polskich i rosyjskich podczas kilkunastu miesięcy walk z caratem o społeczne i narodowe wyzwolenie. Ważnym punktem obchodów był śpiew połączonych chórów rewolucyjnych, które wykonały m.in. „Międzynarodówkę”, „Gdy naród do boju”, „Czerwony sztandar”, „Gdy naród do boju” i „Łodziankę”.
Nieprzypadkowo marsz zakończył się w okolicy ulic Piotrkowskiej i Wschodniej – przy niej właśnie 22 czerwca 1905 r. zbuntowani robotnicy starli się z rosyjskimi oddziałami piechoty i Kozaków. W ciągu kolejnych dwóch dni na ulicach Łodzi wzniesiono ponad sto barykad; w bitwie ulicznej, do której carat rzucił przeciwko proletariuszkom i proletariuszom łącznie osiem pułków wojska, zginęło ponad 160 osób. Powstanie zostało stłumione, w Łodzi ogłoszono stan wojenny, ale kolejne strajki robotnicze wybuchały jeszcze do 1907 r.
– Obecnie mało kto pamięta o Powstaniu Łódzkim 1905 roku, które przyniosło za sobą falę zmian i – mimo upadku – odegrało ważną rolę w walce o niepodległość Polski. Chcemy pokazać, że każdy społeczny ruch pozostawia jakieś zmiany, a to, że ludzie w krytycznych sytuacjach decydują się na wyjście na ulicę nie idzie na marne – nawet, gdy walka okazuje się przegrana – tłumaczyła Onetowi Ewa Otomańska, reżyserka widowiska. Obserwatorzy spektaklu i zarazem uczestnicy przemarszu nieśli, tak jak walczący robotnicy w 1905 r., sztandary czerwone i biało-czerwone, a także flagi historycznych partii: PPS-u czy Bundu. Eksponowali i skandowali hasła rewolucyjne – precz z caratem! precz z cenzurą! precz z czarną sotnią! precz z wyzyskiem! zakaz pracy akordowej! ośmiogodzinny dzień pracy! Wezwania odnoszące się do sytuacji robotników nie straciły aktualności po dziś dzień…
Takie też poczucie mieli uczestnicy marszu. Wielu z nich przyszło na Piotrkowską nie tylko po to, by upamiętnić wydarzenie historyczne, ale także w poczuciu identyfikacji z lewicowymi hasłami.

Socjalista ducha

100 lat temu zmarł Edward Abramowski (1868-1918).

 

Jego nazwisko („towarzysz Abramowski”) pojawia się w groteskowym kontekście, obok „dziewki bosej od samego pana Wyspiańskiego” i „dziarskich chłopców”, w „Szewcach” Witkacego, jako rodzaj figury uosabiającej, w tonie z lekka ironicznym, ruch socjalistyczny. Przeciwnicy jego idei mówili o „abramowszczyźnie”. Niezależnie od tego, co z jego bardzo idealistycznych koncepcji zachowało aktualność do dziś, Edward Abramowski, który zmarł na kilka miesięcy przed odzyskaniem niepodległości przez Polskę, był jednym z duchowych ojców polskiego socjalizmu, a jednocześnie ojcem założycielem polskiej psychologii.

Niektórzy uważają go za pierwowzór Gajowca z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego. Jako działacz II Proletariatu i współzałożyciel Polskiej Partii Socjalistycznej na słynnym zjeździe w Paryżu w 1892 roku, należał Abramowski do nurtu tzw. socjalizmu humanistycznego, nie pozbawionego akcentów anarchistycznych i anarchosyndykalistycznych, choć zaczynał jako marksista. Od marksizmu odszedł po uznaniu go za mechanistyczny sposób widzenia dziejów i procesów społecznych, a także jako idei głoszącej nieuchronność dyktatury proletariatu. Jako myśliciel psychologiczny odszedł od marksizmu jeszcze dalej niż jako działacz społeczno-polityczny. Był antagonistą pozytywistycznych, behawiorystycznych nurtów psychologii, zwolennikiem psychologii indywidualnej, akcentującej samoistność i unikalność jednostki ludzkiej. Badał zjawiska podświadomości i intuicji, a także interesował się fenomenami mistycznymi i metafizycznymi. Akcentował walory duchowe i społeczne chrześcijaństwa, zachowując jednocześnie radykalny antyklerykalny krytycyzm wobec religii jako instytucji.

 

Z dworku do robotników

Edward Abramowski urodził się 17 sierpnia 1868 roku w Stefaninie, w guberni kijowskiej w zamożnej rodzinie ziemiańskiej. Jak wielu późniejszych polskich socjalistów był wychowywany w duchu romantyzmu i w atmosferze powstańczych wspomnień. W Warszawie znalazł się w roku 1879 roku. Tam rozpoczął prywatną edukację, a jedną z jego nauczycielek była Maria Konopnicka, poprzez którą poznał członków I Proletariatu. W tym czasie uległ fascynacji literaturą pozytywistyczną, dziełami Spencera i Darwina, a także dziełami Marksa. Połączenie tych lektur z obserwacją życia społecznego i powszechnego zjawiska nędzy sprawiło, że czynnie zainteresował się kwestiami społecznymi. W artykułach prasowych głosił idee społecznej edukacji, pomocy i współdziałania oraz samodoskonalenia. Skupiał się w nich na idei braterstwa ludzi, która była istotna w całej jego późniejszej twórczości. W 1885 roku podjął studia fizyczne i biologiczne na Wydziale Przyrodniczym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Zakładał tam kółka młodzieży socjalistycznej, współorganizował przemyt nielegalnej literatury z zagranicy. W latach 1886–1889 studiował filozofię na uniwersytecie w Genewie. Był aktywistą w grupie polskich studentów należących do Zjednoczenia Młodzieży Polskiej. Poświęcił się pracy agitacyjnej, utrzymywał kontakty z kołami rewolucyjnymi w kraju, nauczał w kółkach robotniczych. Te zajęcia pochłonęły go tak bardzo, że porzucił studia.

 

Działalność polityczna i publicystyczna

Na początku 1889 roku Abramowski wrócił do Warszawy. Zaangażował się w pracę w szeregach II Proletariatu i w działalność publicystyczną. W krytyce kapitalizmu po części pozostawał marksistą. Wskazywał, że własność prywatna jest źródłem wyzysku, pisał także o rewolucji społecznej jako o drodze do nowego ustroju. W związku ze sprzeciwem wobec stosowania terroru, wraz z kilkoma innymi działaczami, opuścił szeregi II Proletariatu i założył nową organizację – Zjednoczenie Robotnicze, które koncentrowało się na pracy propagandowo-oświatowej w środowisku robotniczym. W listopadzie 1892 roku wziął udział w paryskim zjeździe zjednoczeniowym socjalistów polskich, na którym powstała Polska Partia Socjalistyczna. Został wybrany do władz nowo utworzonego Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich.

 

Rewizja poglądów

Z powodu gruźlicy Abramowski wyjechał na leczenie do Szwajcarii. Zrezygnował z praktycznej działalności politycznej i poświęcił się studiom psychologicznym i socjologicznym. W tym czasie dokonał także rewizji swoich poglądów i odszedł od ruchu robotniczego i marksizmu. Głosił potrzebę wyjścia poza marksizm i uzupełnienia go niezbędnymi dla teorii społecznej treściami. Akcentował podmiotowy charakter ludzkiego istnienia i konieczność przemiany moralnej przed proponowanymi zmianami społecznymi. Wyjechał jako ortodoksyjny marksista i działacz partyjny. W 1897 roku wracał do Warszawy z nową teorią socjalizmu bezpaństwowego, własną, apolityczną, jako utopijny zwolennik natychmiastowego wcielenia w życie ideałów komunizmu i bezpaństwowości, jako anarchista. Za najważniejsze zadanie uznał refleksję badawczą, działalność publiczną i rozpowszechnianie nowej idei etyki. W takich pracach jak „Zagadnienia socjalizmu”, „Pierwiastki indywidualne w socjologii”, „Etyka a rewolucja”, zwracał uwagę na istotną rolę zmian etycznych w procesach społecznych i konieczność pierwszeństwa rewolucji moralnej przed zmianami społecznymi, samoorganizację i zmianę moralności ludzkiej. W latach 1898–1900 prowadził wszechstronną działalność. Angażował się w pracę kół samokształceniowych i tajnych kursów szerzących niezależną oświatę oraz myśl niepodległościową, podejmował inicjowanie grup kształcących się etycznie i propagujących hasła odnowy moralnej. Organizował także komuny głoszące i realizujące postulaty życia etycznego.

W tym czasie, poza działalnością społeczną, rozwijał także swoje zainteresowania psychologiczne. W 1904 roku opublikował rozprawę „Socjalizm a państwo”. Podstawową wartością stał się dla niego zindywidualizowany, wolny i twórczy człowiek. We wspomnianym dziele zawarł także krytykę socjalizmu państwowego i samego państwa jako takiego oraz postulat bezpaństwowej organizacji społeczeństwa w formie wolnych zrzeszeń. W centrum doktryny społecznej Edwarda Abramowskiego znajduje się wolność. W swoich pracach nie krył on entuzjazmu dla tej idei, mocno wierząc w ukrytą ludzką dobroć (optymizm antropologiczny). Pisał, że wolność człowieka to wolność bycia sobą, rozwijania własnych zainteresowań i kroczenia swoją własną ścieżką życia (a nie taką jaką wyznacza władza czy państwo). Uważał, że wolność klasy, narodu, społeczeństwa należy mierzyć zakresem wolności indywidualnego człowieka. Uznał, że jedynie socjalizm bezpaństwowy ma pełne szanse realizowania wolnościowych celów. Za bardzo ważną uznał rewolucję moralną, akcentując, że człowiek będzie dopiero wtedy wolny, gdy dokona się radykalna zmiana w jego wnętrzu – zmiana jego psychice, moralności, postrzeganiu świata. To warunek dla uformowania społeczeństwa wolnego, solidarnego, opierającego swoje istnienie i zasady na polityce wolności. Współpracował także z Polskim Związkiem Ludowym i napisał postępowy program dla wsi. Po 1905 roku, po upadku rewolucji, poświęcił się idei kooperacji, o której napisał takie prace jak „Zasada respubliki kooperatywnej”, „Znaczenie współdzielczości dla demokracji” i inne. Opowiadał się za likwidacją państwa i zastąpieniem go związkiem kooperatywnym zrzeszającym – na zasadzie dobrowolności – wolnych wytwórców, odpowiadających w granicach swych obowiązków za kształtowanie losów własnych oraz świadomie angażujących się w życie społeczne. Przyczynił się do powstania Towarzystwa Kooperatystów, był współzałożycielem pisma spółdzielczego Społem. Kontynuował także ruch etyczny w postaci Związków Przyjaźni.

 

Ojciec polskiej psychologii

W 1907 współorganizował Polskie Towarzystwo Psychologiczne, którego został pierwszym przewodniczącym. W 1910 roku Abramowski założył w Warszawie pierwszą pracownię psychologiczną, która została przemianowana na Instytut Psychologiczny. W roku 1915 objął Katedrę Psychologii na Uniwersytecie Warszawskim. W 1917 roku rozpoczął wykłady z metafizyki doświadczalnej. Jego stan zdrowia systematycznie się pogarszał, ale nie zrezygnował z aktywności. W maju 1918 roku jego stan zdrowia bardzo się pogorszył, a długotrwałe stosowanie morfiny, za pomocą której zwalczał trapiące go cierpienia fizyczne i ból dodatkowo podkopało jego organizm. Zmarł 21 czerwca 1918 roku w Warszawie. I został pochowany został na Cmentarzu Powązkowskim.

Święto dla wybranych

4 czerwca minęła 29 rocznica pierwszych wyborów po upadku Polski Ludowej. W powszechnej świadomości jest to symboliczna data inicjująca przemiany ustrojowe w Polsce i przejście od realnego socjalizmu do wolnorynkowego kapitalizmu.
Przez wiele lat 4 czerwca budził kontrowersje. Środowiska liberalne i prawicowe świętowały początek reform i odejście od PRL-u, a duża część elektoratu lewicowego niechętnie podchodziła do celebrowania tej daty, pamiętając o negatywnych skutkach transformacji. Po blisko 30 latach od zmiany ustrojowej dyskusja nad oceną reform praktycznie nie istnieje.
Polityka historyczna została zawłaszczona przez obóz solidarnościowy i mało kto rzetelnie ocenia sensowność ówczesnych przemian. Po jednej stronie sytuuje się środowisko liberalnych mediów i partii, które wciąż pozytywnie oceniają reformy Balcerowicza, a 4 czerwca jest dla nich świętem wolności i radosną datą zerwania z „komunizmem”. Po drugiej strony mamy coraz bardziej wyrazisty obóz obecnej władzy, który ostrożnie podchodzi do świętowania rocznicy wyborów. Nie chodzi tutaj jednak o bardziej zniuansowane podejście do reform Balcerowicza. Propisowscy komentatorzy rzadko kwestionują kierunek reform z początku lat 90., a krytykują przede wszystkim brak ostrej dekomunizacji oraz przypisywanie zasług w procesie transformacji Wałęsie, Mazowieckiemu czy Borusewiczowi, a nie braciom Kaczyńskim. Sama ocena PRL-u i przemian ustrojowych jest w obydwu obozach bardzo zbliżona.
W całej tej dyskusji znikła rzeczowa analiza przemian ustrojowych i ich ofiar. Tymczasem skutki reform dla znacznej części społeczeństwa były katastrofalne. W latach 1990-1991 PKB spadło o prawie 18 proc., poziom inflacji wyrażał się w liczbach trzycyfrowych, w ciągu 2 lat bezrobocie wzrosło do ponad 2 mln, już w pierwszym roku transformacji ponad dwukrotnie wzrósł odsetek ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego (z 15 proc. w 1989 r. do 31 proc. w 1990 r.). W pierwszych dwóch latach transformacji doszło też do radykalnego spadku produkcji i wydajności pracy. Realne wynagrodzenia spadły o aż 25 proc., zaś płace realne rolników zmniejszyły się w ciągu 2 lat o ponad połowę.
Transformacja doprowadziła też do olbrzymiego spadku liczby wybudowanych mieszkań, znacznego spadku liczby bibliotek i domów kultury, gigantycznego spadku liczby przedszkoli i żłobków oraz ograniczenia wielu innych form opieki nad dziećmi, które były rozwinięte w PRL-u. Znacznie wzrosła skala schorzeń psychicznych. Wszystkie te zjawiska w dyskusji na temat transformacji od lat są lekceważone, a entuzjaści Balcerowicza przedstawiają je jako konieczne skutki przemian.
W tym kontekście warto przypominać historyczną prawdę, unikać jednoznacznych ocen, a zarazem nie wpisywać się w festiwal jałowej ekscytacji. Dobrze się stało, że w 1989 r. zniesiono cenzurę, wprowadzono procedury demokratyczne, a Polska poprawiła relacje z krajami zachodnimi. Ale powinniśmy pamiętać, że przyjęty przez ówczesne władze model przemian ustrojowych zawierał mnóstwo patologii i trudno się dziwić, że dla milionów Polaków i Polek 4 czerwca nie jest radosną rocznicą.

Pojęciowe wytrychy

Generalnie prawica wszelkiej maści lewicę wszelkiej maści określa mianem „komunistów”. Bezczelnie robią tak nawet wobec ludzi, których prawdziwi komuniści z NKWD (czy w Polsce UB) natychmiast by rozstrzelali.

Natomiast wszelkiej maści lewica ma głupi zwyczaj określania całej prawicy mianem – przynajmniej – „faszystów” (choć trzeba przyznać, że w tych sportach najłagodniejsze jest SLD). I tak do jednego worka lądują bogu ducha winni chrześcijańscy demokraci (a i socjalni chrześcijańscy demokraci), „starzy” narodowi demokraci (w rozumieniu II RP), jak i faszyści z ONR (w rozumieniu i II i III RP).

Tu trzeba przyznać, że trochę obok głównego pola walki są liberałowie (PO), bo trudno ich określić jako „bolszewików” czy „faszystów”. Prościej przecież o nich powiedzieć „złodzieje”. Ale i w tej sprawie prawicowe dziennikarstwo i politologia znalazły wyjście tworząc obóz „lewicowo-liberalny”, czy też „liberalno-lewicowy”. To epitet którym prawica określa i bije w TVN i pokrewne, Polsat i pokrewne, Gazetę Wyborczą, Trybunę, Politykę i kilka innych jak im wygodnie.

Takie użycie ocen politologicznych jako epitetów daje ogłupiające skutki – pokazując to na przykładzie – ja jako socjalista, dla prawicy jestem „komunistą”, natomiast jako niepodległościowy socjalista dla części lewicy jestem „pieprzonym pisowcem”. Generalnie rzecz biorąc – podsumowując głosy z lewej i prawej – jestem „komunistą-pisowcem”. Można się zabić tępym nożem.

Zresztą – partia „Razem” to dla prawicy „komuniści” a dla części lewicy „proNATOwscy odszczepieńcy lewicy”.

Generalnie jest to politologicznie i psychicznie chore gdyby nie fakt, że postkomuniści i liberałowie wyzywają PiS-owców od „komunistów” lub „bolszewików”. A i od „faszystów” też im się dostaje.

Wszelkie pojęcia polityczne, definicje kierunków politycznych straciły swoje właściwe znaczenia, można ich używać jak się chce podkładając pod konkretne pojęcia zupełnie inne znaczenia i to jest bezkarne.

Widzę gołym okiem, że mamy coraz głupszych polityków, którzy wobec coraz gorzej wykształconego społeczeństwa stosują coraz głupsze i bardziej haniebne chwyty, bo mają świadomość, że wobec braku wiedzy i wykształcenia w III RP można mówić wszystko, kłamać i czuć się bezkarnym.

A najgorsze, że „głupi lud w to wierzy”.

Głos prawicy

Winny Stalin

 

Dodatek historyczny „Historia Do Rzeczy” udowadnia, że „Hitler był dzieckiem bolszewików”:

Historycy od lat spierają się o to, skąd się wziął Adolf Hitler. W jaki sposób ten człowiek i kierowane przez niego państwo wzrośli do tak olbrzymiej potęgi. Jak mogli stworzyć i uzbroić tak sprawną machinę wojenną i poczuć się na tyle pewnie, że podpalili świat. Fenomen Führera tłumaczony jest na niezliczoną ilość sposób – każdy kolejny jest bardziej groteskowy od poprzedniego. Muszę przyznać, że przysłuchuję się tym akademickim dysputom z rozbawieniem. Odpowiedź na te pytania jest bowiem oczywista i prosta. Hitler i III Rzesza to dzieci towarzysza Stalina. Bez jego protekcji Niemcy nigdy nie osiągnęłyby takiej potęgi i nigdy nie wybuchłaby II wojna światowa.
Plan bolszewików był jasny. Zgodnie z założeniem, że wojna światowa otwiera drogę do światowej rewolucji – sprawdziło się to po części w roku 1917 – chcieli, żeby Europejczycy znowu wzięli się za łby. Kiedy już Francuzi, Brytyjczycy, Włosi, Niemcy i Polacy by się nawzajem powyrzynali, Armia Czerwona miała wkroczyć do akcji i podbić cały osłabiony kontynent. W ten sposób granice „raju robotników i chłopów” zostałyby rozszerzone do Atlantyku.
Aby napuścić Europejczyków na siebie i wywołać kolejny konflikt, Stalin postanowił wesprzeć kraj najbardziej pokrzywdzony przez traktat wersalski, a co za tym idzie dyszący chęcią odwetu. A więc oczywiście wsparł Niemcy. Ponieważ traktat nałożył na niemieckie siły zbrojne wiele ograniczeń, Armia Czerwona przyszła im z „bratnią pomocą”. W Kazaniu szkoleni byli niemieccy czołgiści, w Lipiecku lotnicy, w Saratowie specjaliści od broni chemicznej. Niemieccy generałowie urządzali swoje manewry i gry wojenne na sowieckich poligonach oraz w sowieckich salach wykładowych. Bolszewicy pomagali również rozwinąć – w tajemnicy przed Zachodem – niemiecki przemysł wojskowy, udostępnili swoje laboratoria niemieckim konstruktorom. Dostarczali również bezcennych surowców. Trzon armii niemieckiej, która zmiażdżyła Europę w latach 1939–1940, został stworzony w Związku Sowieckim.
Armia ta miała być narzędziem w rękach Moskwy. Narzędziem, które miało posłużyć do zniszczenia Europy i utorowania drogi dla zwycięskiego, „wyzwoleńczego” marszu Armii Czerwonej. Jak to jednak osiągnąć? Oczywiście najlepiej na jej czele postawić człowieka nieobliczalnego. Jakąś agresywną, nieodpowiedzialną jednostkę, która – odpowiednio sprowokowana przez Sowietów – rzuci się na sąsiadów i rozpęta wojnę. W całych Niemczech nie było lepszego kandydata do odegrania tej roli niż Adolf Hitler, przywódca NSDAP.
„Bez Stalina nie byłoby Hitlera, nie byłoby gestapo” – pisał Lew Trocki. I miał rację. Chociaż oficjalnie w latach 20. i na początku lat 30. niemieccy komuniści i narodowi socjaliści toczyli ze sobą bój na śmierć i życie, Moskwa zakulisowo wspierała NSDAP. Maski zostały zdjęte w roku 1933, gdy odbyły się wybory powszechne, które miały zmienić oblicze Niemiec. Otóż NSDAP zdobyła w nich mniej głosów niż komuniści i socjaldemokraci. Wystarczyło, żeby te dwa ugrupowania zawiązały koalicję i to one stworzyłyby rząd. Stalin powiedział jednak „niet”. Wydał on swojej berlińskiej ekspozyturze surowy zakaz wchodzenia w jakiekolwiek układy ze „zgniłymi socjaldemokratami”. W efekcie nominację na kanclerza otrzymał Adolf Hitler. Machina została wprawiona w ruch. „Lodołamacz rewolucji” – jak nazywano w Moskwie przywódcę narodowych socjalistów – rozpoczął swój rejs.
Ten nieszczęsny człowiek, który „dyszał nienawiścią do komunistów”, nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest narzędziem w ich rękach. Zresztą ta nienawiść nie była chyba znowu tak wielka. Hitler wypowiadał się o Stalinie z podziwem, nawet gdy między oboma państwami wybuchła już wojna. Narodowy socjalizm małpował zaś bolszewizm. Monumentalne budowle, symbolika i stylistyka, tajna policja, obozy koncentracyjne, olbrzymia waga, jaką przywiązywano do propagandy. Przecież to wszystko było żywcem ściągnięte ze Związku Sowieckiego.
Pod koniec wojny dla berlińskich elit stało się jasne, że walcząc na dwa fronty, III Rzesza poniesie straszliwą klęskę. Wielu pragmatycznie nastawionych oficerów Wehrmachtu zaczęło wówczas myśleć o zawarciu separatystycznego pokoju z Anglosasami i skierowaniu wszystkich sił do powstrzymania nadciągających od wschodu bolszewików. Hitler miał inny pomysł. Otóż chciał on zawierać pokój separatystyczny ze Stalinem…