
Prałata (sztukę w Teatrze Telewizji) dobrze się oglądało. Choć tak naprawdę głównym bohaterem sztuki był „diabeł”. Ale przecież wiemy, że diabłów nie ma, a prałaci, biskupi, kardynałowie, proboszczowie są. Niestety, można by powiedzieć. Jak w starym, podobno, kościelnym dowcipie, który opowiadają sobie biskupi na synodach – Jaka jest różnica między bogiem a kościołem – kościół jest.
Postać „Prałata” od razu przywołuje mi na myśl powieść Jacka Alina Leger’a Monsignore, o karierze pochodzącego z USA dostojnika kościelnego. Podobno nie miał swojego rzeczywistego pierwowzoru, ale tak naprawdę mógł nim być niemal każdy, nie tylko amerykański biskup. O prałacie Jankowskim, bo to on jest tym przyjacielem diabła nie napisano książki a pewnie byłaby jeszcze bardziej mroczna niż książka Leger’a.
W sumie nie ma takiego grzechu, którego Jankowski by jakoś specjalnie unikał, ani przestępstwa, którego nie dałoby mu się udowodnić. Tyle, że nikt się nie starał. Prałat, żył dobrze nie tylko z „diabłem” ale i władzą. Każdą, świecką i kościelną, choć czasem trudno było odróżnić jedną od drugiej.
W III RP Prałat żył niemal jak ten Cysorz z piosenki Tadeusza Chyły. Święty kapelan świętej „Solidarności”. Postać kapelana zdaje się mówić, że ta Solidarność, tak jak ten kapelan, nie była znowu taka święta. Wszyscy spełniali życzenia Prałata-Cysorza, i zamykali oczy na jego uczynki i perwersje. To nawet nie była zmowa milczenia, to całe morze, cały Bałtyk milczenia. Nikt nie widział, nikt nie słyszał. Nikt się z tych grzechów nie wyspowiadał, nie wykazał skruchy nie przeprosił, a może i nawet nie przyznał się przed sobą. Nikt ze śmietanki towarzysko-politycznej Trójmiasta. Nikt z ministrów i premierów od Mazowieckiego, przez Millera do Tuska. Po prostu morze martwe.
W spektaklu winę za całe zło, nie tylko Polskie, przypisuje sobie właśnie Diabeł. Za zło małe i duże, wywołanie powstania Warszawskiego i za wybór Wojtyły na papieża. Ale to grzech teatralnej pychy, bo to nie diabeł a ludzie ludziom zgotowali ten los.
Prałat jest spektaklem w spektaklu, którego częścią jest sztuka o grzechach prałata. O tym jak oddać głos ofiarom, na ile wolno, i jak nie zrobić z ludzkiej tragedii widowiska. O tym jak mówić głośno o tym, co nie mniej głośno się przemilcza. Jak mówić rzeczy ważne by nie stały się chwilową sensacją. By nie sprawiły kolejnego bólu ofiarom.
A w tle, choć z inną muzyką niż oryginalna, przeplata się tekst Olgi Jackowskiej – Zabawa w chowanego, śpiewany przez improwizowany dziecięcy chórek. Doskonała parabola losów Jankowskiego, który z ofiary przekształcił się w pozbawionego uczuć drapieżcę. I choć to diabeł zdaje się dzielić i rządzić w spektaklu, w telewizji i w życiu prałata, to przecież prawdziwym demiurgiem i w sztuce, i w życiu jest kościół.
Po spektaklu odbyła się dyskusja o sztuce, prałacie, kościele i religii. Niestety o religii to Polacy zbyt wiele nie wiedzą, o tym czym się ona rządzi i jak rządzi ludźmi. Dowodzi temu pogląd, że dzisiejsza religia (katolicka) odeszła od wartości ewangelicznych. To tęsknota za czymś, czego nigdy nie było. Jedyna prawdziwa religia, to ta która rządzi ludźmi, jedyny prawdziwy kościół, to ten który trwa.
Światełkiem w tunelu jest tarnowski proces biskupa Jeża, oskarżonego o ukrywanie pedofilii. Tyle, że to jeden proces, a oskarżony nie działał przecież w pojedynkę ani na szkodę kościoła. On wręcz przeciwnie, realizował kościelną politykę, i dbał o dobre imię i wizerunek kościoła. O kościelne dobo i o kościelne dobra. Jak zawsze od początku religii, od początku kościoła. I nie trafi za to oczywiście do piekła, nie dlatego, że nie zgrzeszył przeciw kościoła, tylko dlatego, że piekło jest tylko w pieśniach Dantego. I w sztuce. I kościelnych kazaniach. I czasem na ziemi, gdzie trwa zabawa w chowanego.
Prałat. Teatr Telewizji kwiecień 2026. Tekst oryginalny Michał Kmiecik. Adaptacja i reżyseria Marcin Liber. Główne role – Juliusz Chrząstowski, Rafał Dziwisz, Andrzej Kłak.









