Pretty Women

KLUB
Pretty Women

Julia Roberts pojawiła się na ekranie pod koniec lat osiemdziesiątych jako prawie niezauważalna „brzydula”, „szara myszka”, której nazwiska nawet nie pomieszczono wśród tzw. „napisów”. Jednak w 1990 roku niespodziewaną popularność zdobył film „Pretty Women” z Roberts w roli głównej. Nie było to wejście w charakterze olśniewającej gwiazdy typu Rity Hayworth czy Liz Taylor, bo też i uroda Roberts, choć została ona uznana za „ładną” aktorkę, nie miała tego „powalającego” efektu, jaki  wywoływały hollywoodzkie piękności.

Roberts stworzyła i wprowadziła w główny nurt kina aktorski typ „dziewczyny z sąsiedztwa” w roli głównej, podczas gdy do tej pory tego typu „dziewczyny”, choć się pojawiały, to nie na pierwszym planie, nie były wiodącymi gwiazdami i ciągle jeszcze dominujący był typ olśniewającej piękności. Rolą Vivian Ward Julia Roberts przesunęła ten wektor w sam środek kina i to na trwałe.
Kolejne role Roberts m.in. Sara w „Sypiając z wrogiem”, Darby w „Raporcie Pelikana”, Anne Eisenhower w „Prét-á-porter”. Erin Brockovich w „Erin Brockovich” okazały się również sukcesem artystycznym i kasowym. Tym samym Roberts weszła do historii kina.
Na uroczystościach 75 jubileuszowej ceremonii wręczania Oscarów w 2003 roku, na którą zaproszono wszystkich dotychczasowych, żyjących laureatów nagrody, Julia Roberts pojawiła się jako jedna z głównych jej bohaterek.
Magda Patryas opisała życie i karierę Julii Roberts w sposób lekki, maksymalnie komunikatywny, zwięzły, bez wdawania się w nadmiar detali. Zaakcentowała też jej życie jako aktorki i kobiety, która poza wszystkim stała się też ikoną łagodnego feminizmu, „feminizmu-light”, synonimem niezależności współczesnej kobiety, nie tylko amerykańskiej, kobiety żyjącej „na własnych zasadach”.
W charakterze Roberts, zarówno prywatnym, jak i w typie jej ról, jest jednak także pewna łagodność, „pastelowość”, natomiast brak dynamicznej drapieżności charakterystycznej dla gwiazd „starego typu”. Zilustrowała całość pakietem interesujących fotografii, zarówno kadrów filmowych, jak i ujęć życia prywatnego Julii Roberts.
Czy książkowe portrety aktorów, to dobry pomysł, skoro aktorstwo to żywioł wizualny? Można się zastanawiać nad odpowiedzią na to pytanie. Mimo wątpliwości skłaniam się do pozytywnej odpowiedzi na to pytanie? W końcu widzimy obrazami, ale myślimy słowami. Sporo z naszych wrażeń ekranowych krystalizuje się w postaci przemyśleń, często aktorski styl wymaga zdefiniowania go także na poziomie tekstu, na poziomie opisu. Chodzi o to, by w takim książkowym portrecie zachować właściwe proporcje. By, z jednej strony, nie było zbyt łatwo i zbyt płytko, a z drugiej, by nie było zbyt ciężko, zbyt „intelektualnie”, byt teoretycznie, zbyt abstrakcyjnie, jak to miało miejsce w przypadku jednego z portretów książkowych Ala Pacino.
Magdzie Patryas ta sztuka się udała, napisała książkę sprawnie, potoczyście, barwnie, lekko, bez wygórowanych ambicji, ale też bez całkowitego zlekceważenia aspektów głębszych. Napisałem to ja, widz nie należący do specjalnych fanów aktorstwa Julii Roberts.
Magda Patryas – „Julia Roberts. Na własnych zasadach”, Axis Mundi, Warszawa 2021, str. 198, ISBN 978-83-66451-18-6

Poprzedni

Ten cholerny, głupi świat w oku Houellebecqa

Następny

Nagany za gwarę