
Dynastia nadwiślańskich liberałów obchodzi okrągłą rocznicę symbolicznego przyłączenia polskiego społeczeństwa do Zachodu. Okazja godna, bo polski ówczesny przywódca trafił do salonu świętych cesarzy rzymskich z dynastii Ottonów. „Komuniści” z podobnej okazji wybudowali tysiąc szkół. Adrian Zandberg daje przykład Finów. Ci zbudowali świątynię sztuki, nauki, kultury, spotkań, relaksu i refleksji. To imponujący architekturą gmach narodowej biblioteki. Prawica POPiSu postanowiła wybudować fort Polanda. Nic dziwnego, że największą atrakcją jest pokaz akrobacji dronów. Tak teraz wygląda miś na miarę naszych możliwości. Jedni zbudowali Ursus, drudzy potrafili go tylko przekształcić w Factory.
Dynastia cienkich Bolków. Gdański liberał, który teraz kieruje polskim państwem, ma w ofercie coś dla każdego. Ale tylko dla każdego Janusza i dla każdego Rafała biznesu. Jednym obieca ulgi w „daninach”. To coś dla małych misiów w liczbie 2,3 mln. Innym obieca deregulację, by łatwiej było unikać opodatkowania, mieć taniego pracownika i pozostawić troskę o środowisko ekoterrorystom. Najlepiej im służy kraj jako strefa specjalna, jako platforma podwykonawstwa dla zagranicznych, głównie niemieckich korporacji przemysłowych. Trudno o innowacyjność takiej gospodarki, kiedy naukę deforma Gowina podporządkowała anglosaskiemu biznesowi wydawniczemu. Rządzą teraz indeksy cytowalności banałów naukowych. Do tego dochodzi stręczenie wykwalifikowanych kadr, by w coraz większych Mordorach wykonywały rachunkowo-sprawozdawczą robotę dla central megakorporacji. Stąd radość głupiego z zagranicznych inwestycji w powierzchnie biurowe. Niewiele brakowało, by polscy wykwalifikowani pracownicy kroili wafle krzemowe na potrzeby produkcji półprzewodników Intela. Nie ma też powodów do narzekania międzynarodowy sektor finansowy. Ten z kolei opanował kredytowy krwiobieg gospodarki.
Ale rządząca dynastia nadwiślańskich liberałów stworzyła sobie przy okazji szerokie zaplecze klasowe. Ona już swój program zrealizowała: uchwaliła minimum praw, właściwych demokracji liberalnej, za którymi teraz się chowa. To demokracja wybiórcza, która pozwala za pomocą standaperki, pustosłowia zdobyć głosy dające dostęp do instrumentarium państwa, do jego funduszy i regulacji prawnych. Wyjście z komunizmu i odzyskanie „wolności” w praktyce polegało na otwarciu krajowej przestrzeni gospodarczej dla zagranicznego kapitału. Wskutek liberalizacji przepływów finansowych oraz dużej obecności filii zagranicznych firm, powstał nowy sektor zatrudnienia dla specjalistów: z dziedziny finansów, ubezpieczeń, zarządzania, informatyki, kadry inżynieryjnej itp. Drogę awansu ułatwiała też praca w centralnych instytucjach bądź działalność w samorządach. Inni bohaterowie naszych czasów trafili do zachodnich banków, firm ubezpieczeniowych, firm doradczych i prawniczych, stali się menedżerami Biedronek, maklerami na giełdzie papierów wartościowych, medialnymi klakierami działań rządu. To polscy golden boys: najlepsi menedżerowie, bankierzy, traderzy, kadra kierownicza publicznych firm i międzynarodowych koncernów. We współczesnym społeczeństwie kapitalistycznym to zwykle 15-17% najlepiej sytuowanych. Przejmują oni w Polsce 40% dochodu narodowego i to ich reprezentuje cały POPiS z przybudówkami grup interesu (PSL, Trzecia Droga, Konfederacja). Także tzw. postkomunistyczna lewica stanęła na nowej bazie i linii. O interesy klas pracowniczych miał się odtąd troszczyć Leszek Balcerowicz.
Na co choruje nadwiślański liberał. Patriarcha PO Donald Tusk wyznał kiedyś, że największe inspiracje czerpie z mądrości niemieckich ordoliberałów: „bardzo pragmatyczni, żadnej ideologii, żadnych złudzeń”. Uczeń przerósł mistrzów. Kiedy mądrością etapu była naiwna globalizacja – reprywatyzował, komercjalizował, witał inwestycje ze świata. Teraz prawi o nacjonalizmie gospodarczym. I tu się zdekonspirował. Nie ma kompetencji, żeby kierować państwem w okresie strukturalnego kryzysu kapitalizmu. Liberalizm stworzył w UE i w Polsce żelazną klatkę polityki ekonomicznej. To „społeczna gospodarki rynkowa o wysokiej konkurencyjności” (art. 2.3 Traktatu Lizbońskiego). Z ducha ordoliberalizmu poczęła się dyktatura dyscypliny budżetowej i obsesja inflacji. Charakterystyczne, że wszyscy nadwiślańscy liberałowie jak ognia unikają słowa kapitalizm. Można by pomyśleć, że to słusznie miniony etap dziejów powszechnych. Dlatego można podziwiać ich intelektualną odporność na fakty. Nie dostrzegają oligopolizacji rentownych gałęzi gospodarki. Teraz to Big Techy z Kalifornii. Nie przeszkadza im rozdęty sektor finansowy, nierówności w podziale dochodów. Nie widzą koncentracji bogactwa i władzy, a więc oligarchii, która prawie w każdym kraju ma na swoje usługi polityczne marionetki? Na coraz dłuższą listę deficytów środowiskowych mają konferencje klimatyczne. Zlatują na nie tysiącami samolotów z całego świata.
Nadwiślańscy liberałowie i ich przewodnicy – bankowi i katedralni ekonomiści obwiniają za wszystkie plagi tego świata regulacje. To błądzący politycy (socjaliści, nawet komuniści) sprowadzają te nieszczęścia na wszystkich, bo lekceważą przykazania ewangelistów wolnego rynku. A to przecież przez nich przemawia Duch Przedsiębiorczości małego Janusza, dużego Rafała i Elona Wielkiego.
Ale nadchodzi czas radykalnych przewartościowań aktualnej teorii i praktyki gospodarczej. Do tej pory zdrowy rozsądek formują lekcje przedsiębiorczości oraz opinie dyżurnych ekonomistów kraju. Według Alberta Einsteina, zdrowy rozsądek obejmuje wszystko to, czego się nauczyliśmy przed uzyskaniem samodzielności intelektualnej. Cezurą bywa matura. To zastany horyzont poznawczy o demokracji, o przedsiębiorczości i karierze, o życiu jako użyciu i o rzekomo nieograniczonych potrzebach człowieka. Zdrowy rozsądek posługuje się potoczną psychologią i naiwnymi wyobrażeniami o gospodarce. Wyobrażenia te pochodzą od klasyków ekonomii, ich nauk o niewidzialnej ręce rynku. Wydawało im się, że indywidualni producenci i konsumenci w dążeniu do zaspokajania swoich potrzeb będą stale napędzać gospodarkę. Dzięki temu działają w interesie wszystkich.
Jednakże popełnili grube błędy. Sądzili, że „bogactwo, tak jak zdrowie, nie jest nikomu odbierane” (A. Smith). Otóż, widzimy na przykładzie procedowanej ustawy obniżającej składkę dla małych misiów i B2B-owców – że to fałsz. Ich bogactwo, unikanie podatków za pomocą ukrywania dochodów, uszczupla budżet państwa. Tym samym słabnie bezpieczeństwo socjalne mniej zamożnych (ubezpieczenia emerytalne, zasiłki rodzinne, pomoc socjalna, stypendia dla studiujących). Słabnie poziom opieki żłobkowej, szpitalnej, kurczy się transport publiczny, brak środków na kulturę i sport…
Jeden błąd pociąga za sobą kolejny. Miliardy ludzi na globalnym Południu oraz biedota tu i ówdzie na Północy czeka od dekad na obiecany „złoty deszcz”. Miał on spaść na „mniej przedsiębiorczych”, kiedy ten bardziej przedsiębiorczy już się nasyci chlebem powszednim, mieszkaniami, teslami, kontrolnymi pakietami akcji… Dopiero wtedy zacznie się dzielić swoim bogactwem, np. podniesie pensję swemu kierowcy. Bo ile kilogramów kawioru może zjeść Mentzen? Ile willi z basenem potrzebuje? Ale przecież tu nie chodzi o wartość użytkową dóbr. Tu chodzi o akumulację kapitału. Teraz o coraz grubsze portfele akcji, o pozycję monopolisty, czempiona rentownych technologii i aplikacji, o kontrolę łańcuchów dostaw węglowodorów i minerałów. Choćby chcieli miłować bliźniego – konkurencja wymusza chciwość, bezwzględność działań, czyni „zimnego potwora”.
Dlatego podkreśla szwajcarski czuły narrator współczesności Jean Ziegler, „największym zwycięstwem kapitalistów jest przekonanie nas, że gospodarka nie jest kierowana wolą ludzi, lecz kieruje się owymi słynnymi prawami naturalnymi. Że siła rynku jest całkowicie niezależna i niekontrolowana. Że człowiek może tylko się jej podporządkować” (Kapitalizm tłumaczony mojej wnuczce (w nadziei, że zobaczy jego koniec), IWKiP, 2022).
Otóż, panie kandydacie Mentzen, rynek to tylko zsumowane skutki decyzji przedsiębiorców, konsumentów, rządów. To są owe drobne, „marginalne” zmiany poziomu produkcji i konsumpcji, a więc zmiany podaży i popytu. W zależności od zmiany tych wielkości mogą się zmieniać także ceny każdej nowej jednostki produktu – czy to mieszkania, litu, gazu LPG. Tym samym gospodarka może się zbliżać lub oddalać od wyśnionego stanu równowagi popytu i podaży. Inaczej jest z wartością. Ta bowiem zależy od nakładu społecznie niezbędniej pracy.
Ale chodzi o gospodarkę na miarę planety. Wszyscy modlą się teraz o wzrost PKB. Wbrew marketingowemu pompowaniu elektromobilności, cudów sztucznej inteligencji gospodarka wciąż przetwarza atomy, a nie bity, a sektor korporacji technologicznych wytwarza tylko 10% PKB i zatrudnia 5% siły roboczej. Dlatego rzadkość dóbr (w sensie ograniczonej ilości) to nie jest brak podaży dóbr, na których popyt udało się wmówić ludziom dzięki reklamie. Rzadkość to malejące zapasy nośników energii, minerałów, to zniszczona gleba, zanieczyszczone wody, coraz mniejsza różnorodność biologiczna. Co więc z degradacją planety? Jesteśmy tylko jednym z gatunków, który potrzebuje tlenu, wody, pożywienia.
Dlatego przed wyborem sposobu organizacji pracy społecznej trzeba sobie odpowiedzieć na wiele pytań. Nie o sam wzrost PKB tu chodzi. Jego wielkość muszą poprzedzać odpowiedzi na pytania: o rozkład dochodów w skali społeczeństw i regionów świata, o optymalny zakres regulacji podatków, o optymalne tempo wzrostu populacji i jej rozmieszczenie, o bezpieczeństwo socjalne (dostatek?) mieszkańców planety. Co ze skutkami strukturalnego bezrobocia, co z miliardami ludzi zbędnych?
Znany socjobiolog i przyrodnik Edward O. Wilson, przyrównuje światową gospodarkę do „okrętu zmierzającego przez nieznane wody, usiane niebezpiecznymi mieliznami”. Co najgorsze, nie mamy ani kapitana, ani mapy. A nasz krajowy przewodnik nadaje się co najwyżej na majtka.
Pod rządami POPiSu nie udało się w Polsce skomercjalizować ani błękitnego lasera, ani wdrożyć produkcji grafenu. Innowacje zaś według GUSu ograniczały się w l. 2016-2018 do 26% przedsiębiorstw przemysłowych i 21% firm usługowych. W tej sytuacji zdaniem wielu znawców polityki rozwojowej (np. prof. Andrzeja Karpińskiego) polska gospodarka potrzebuje pilnej technologicznej reindustrializacji. To coś większego niż deregulacja i gospodarczy patriotyzm. Polska „jutra”, kiedy już ruszy naprzód, powinna być miejscem nie tylko montażu gotowych wyrobów, zaprojektowanych i uzbrojonych w najnowszą technikę przez zagraniczne przedsiębiorstwa. Nie tylko montaż, logistyka, produkcja części zamiennych czy usługi biznesowe – dotychczasowe specjalności polskiej gospodarki.
Tylko czy państwo nadwiślańskich liberałów jest zdolne podołać tym zadaniom? Wstać z kolan na widok zagranicznego inwestora, zwłaszcza z USA? Według Eurostatu wydatki na administrację wynoszą w Polsce 4,4 proc. (przy średniej unijnej wynoszącej 6 proc.). Nic dziwnego, że lokuje się ona w rankingu efektywności na 17 miejscu w UE. Tutaj kariery robią nosiciele teczek, dla których pierwszym miejscem pracy jest często kierowanie ministerstwem. Tak więc problem millenium wciąż przed nami, a tu cienki Bolek.









