Europa na peryferiach

fot. Freepik

European Union EU Flag

Obecny kryzys Zachodu to nie chwilowa zadyszka. To skutek głębokiej zmiany układu sił na świecie. Dominacja USA słabnie, porządek międzynarodowy przestaje być jednobiegunowy. Świat staje się wielobiegunowy – oparty na konkurujących blokach, interesach i regionalnych centrach władzy. Europa znalazła się w samym środku tej zmiany. Bez własnej strategii, bez realnego wpływu na kształt nowego porządku.

W odpowiedzi krążą dziś uspokajające narracje. To tylko przejściowy kryzys. Ameryka wróci do normy. Unia Europejska nie musi zasadniczo zmieniać kursu. Wszystkie one pełnią tę samą funkcję: odsuwają moment decyzji. Pozwalają udawać, że świat jeszcze wróci do starego ładu. Tymczasem ten ład już się rozpadł, a Europa wciąż zachowuje się tak, jakby miała czas.

Jürgen Habermas w wykładzie z listopada b.r. stawia sprawę jasno: rosyjska inwazja na Ukrainę nie zapoczątkowała nowej epoki – brutalnie ujawniła procesy, które trwały od lat. Upadek zachodniej hegemonii, rozpad liberalnego porządku międzynarodowego, erozja jedności normatywnej Zachodu – to nie skutek jednego konfliktu ani jednej kadencji w Białym Domu. To rezultat długofalowych zmian geoekonomicznych, przesunięcia centrum ciężkości świata i wewnętrznego osłabienia zachodnich demokracji. Europa znalazła się w samym środku tego przesilenia. Bez własnej strategii i bez odwagi, by przyznać, że dotychczasowe schematy przestały działać.

Kluczowy problem nie polega na tym, że Stany Zjednoczone tracą siłę militarną czy gospodarczą. Chodzi o coś poważniejszego: USA przestały być wiarygodnym nośnikiem porządku normatywnego, który przez dekady legitymizował ich globalne przywództwo. Druga kadencja Donalda Trumpa nie stworzyła tej sytuacji – ona ją przyspieszyła i uczyniła widoczną. Jak zauważa Habermas, mamy do czynienia z niemal nieodwracalnym demontażem liberalno-demokratycznego ustroju. Dokonywanym w sposób formalnie legalny, lecz faktycznie autorytarny.

Ten proces nie jest amerykańskim wyjątkiem. To modelowy przykład demokratycznie usankcjonowanego przejścia w stronę systemu, w którym władza wykonawcza dominuje nad prawem, instytucjami kontrolnymi i sferą publiczną. Rynek i technokracja zastępują debatę obywatelską. Ograniczanie niezależności mediów i uniwersytetów, rządzenie dekretami, instrumentalne używanie wojska i aparatu bezpieczeństwa – wszystko to składa się na nowy styl władzy. Styl, który nie potrzebuje już liberalnej demokracji jako źródła legitymizacji.

Dla Europy oznacza to sytuację bez precedensu. Po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej musi ona utrzymywać strategiczny sojusz z państwem, które stało się ideologicznie obce jej własnym deklarowanym wartościom. Administracja Trumpa nie ukrywa wrogości wobec Unii Europejskiej – postrzega ją jako rywala gospodarczego i politycznego. Jednocześnie znacznie łagodniej traktuje autorytarne reżimy spoza Zachodu niż demokratycznych sojuszników. Tradycyjny porządek transatlantycki przestaje być wspólnotą wartości. Staje się czysto instrumentalnym układem interesów.

Równolegle na globalnej scenie wyrasta nowy biegun siły. Chiny nie próbują kopiować zachodniego modelu ani przejmować jego instytucji. Budują alternatywny porządek – oparty na silnej roli państwa, kontroli nad gospodarką i długoterminowym planowaniu. Wykorzystują osłabienie Zachodu i jego wewnętrzne sprzeczności. Inicjatywa Pasa i Szlaku, ekspansja technologiczna, rosnąca rola BRICS, rozwijająca się współpraca z krajami globalnego Południa – to elementy spójnej strategii, nie improwizacji. Chiny nie działają językiem wartości. Oferują model, który nie wymaga liberalnodemokratycznej legitymizacji.

Europa reaguje w sposób charakterystyczny dla dawnych centrów władzy: moralizuje, ale nie działa. Z jednej strony potępia autorytaryzm Pekinu, z drugiej – coraz głębiej uzależnia swoje bezpieczeństwo od Waszyngtonu. Mimo że ten sam Waszyngton podważa podstawy liberalnego ładu. Ta sprzeczność staje się szczególnie widoczna w kontekście wojny w Ukrainie.

Jak podkreśla Habermas, bez amerykańskiego wsparcia technologicznego, wywiadowczego i logistycznego ukraińska obrona nie byłaby dziś możliwa. Europa doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego znalazła się w strategicznej pułapce. Nie może zdystansować się od USA, nawet jeśli oznacza to utratę normatywnej spójności. Zachód nadal wspiera Ukrainę, lecz po wystąpieniach Trumpa na forum ONZ coraz trudniej uzasadniać to wsparcie językiem prawa międzynarodowego i uniwersalnych wartości. Jedność Zachodu przetrwała na poziomie działań, ale rozpadła się na poziomie sensu.

Odpowiedzią europejskich elit nie jest jednak polityczna emancypacja – lecz militaryzacja pozbawiona suwerenności. Ogromne środki przeznaczane na zbrojenia w dużej mierze zasilają amerykański przemysł obronny. Niemcy zapowiadają budowę najpotężniejszej armii w Europie, lecz w ramach narodowych struktur i bez gotowości do realnego wzmocnienia wspólnotowych instytucji. Francja mówi o autonomii strategicznej, ale unika wspólnej odpowiedzialności fiskalnej. Państwa wschodniej flanki wciąż niemal wyłącznie ufają gwarancjom USA. W efekcie powstaje Europa coraz lepiej uzbrojona, lecz politycznie niesamodzielna.

Habermas formułuje wniosek, który brzmi jak diagnoza graniczna: dalsza integracja polityczna Unii Europejskiej nigdy nie była tak konieczna dla jej przetrwania – i nigdy tak mało prawdopodobna. Renacjonalizacja polityki, wzrost populizmu i strach elit przed własnymi społeczeństwami blokują każdy projekt wymagający realnego transferu suwerenności. Kryzys usług publicznych, niepewność pracy, spadek zaufania do instytucji – to wszystko tworzy podatny grunt dla sił, które obiecują „odzyskanie kontroli”. Kierują gniew przeciw Unii, migrantom i państwu – zamiast przeciw strukturom kapitału finansowego i platformowego.

Europa posiada wszystkie obiektywne zasoby, by stać się jednym z biegunów nowego porządku światowego. Ma potencjał gospodarczy, technologiczny i społeczny. Brakuje jej jednak tego, co w momentach historycznego przesilenia jest decydujące: zdolności do politycznego zerwania z iluzją. Iluzją, że można jednocześnie być suwerennym i zależnym, normatywnym i podporządkowanym, podmiotem i peryferium.

Zachód nie rozpada się dlatego, że ktoś go pokonał. Rozpada się, bo przez lata nie potrafił krytycznie spojrzeć na samego siebie. Zbyt długo traktował własny model jako jedyny możliwy i nie zauważył, że świat się zmienia. Chiny nie są przyczyną tego procesu – są jednym z jego głównych beneficjentów i współtwórców nowego, bardziej wielobiegunowego porządku. Europa wciąż reaguje z opóźnieniem, licząc, że dawny układ sam się odbuduje. Tymczasem historia nie czeka na niezdecydowanych. Nowy porządek już się kształtuje, a pytanie brzmi nie czy powstanie, lecz kto będzie miał wpływ na jego reguły.

Na razie Unia Europejska wybiera dostosowanie zamiast współtworzenia.

Mateusz Stolarz

Poprzedni

AI pomoże załatwiać sprawy w mObywatelu

Następny

Jak YouTube zarabia na bezsensownych filmach z AI