
Przeprowadzona dzisiaj amerykańska operacja wojskowa w Wenezueli wpisuje się w długą i konsekwentną tradycję interwencji Stanów Zjednoczonych w Ameryce Łacińskiej. Nie jest ona wydarzeniem wyjątkowym ani zerwaniem z dotychczasową praktyką, lecz kolejnym ogniwem systemowej polityki, w ramach której Waszyngton od ponad stu lat ingeruje w sprawy państw regionu, gdy ich kurs polityczny uznawany jest za sprzeczny z interesami USA.
Interwencje te przybierały różne formy: od bezpośrednich inwazji zbrojnych i operacji wojskowych, przez zamachy stanu inspirowane lub wspierane przez CIA, aż po długotrwałe działania destabilizacyjne, presję dyplomatyczną, sankcje gospodarcze oraz finansowanie opozycji politycznej. Niezależnie od zastosowanych środków, logika pozostawała ta sama. Kluczowym kryterium nie była jakość demokracji ani przestrzeganie praw człowieka, lecz stopień podporządkowania lokalnych elit politycznych strategicznym i gospodarczym interesom Stanów Zjednoczonych.
U podstaw tej polityki leży interpretacja tzw. doktryny Monroe, sformułowanej w 1823 roku przez prezydenta Jamesa Monroe. Jej pierwotnym celem było powstrzymanie europejskich mocarstw przed ponowną kolonizacją obu Ameryk po upadku imperiów Hiszpanii i Portugalii. Z czasem jednak hasło „Ameryka dla Amerykanów” zostało przekształcone w narzędzie hegemonii, w ramach którego Stany Zjednoczone przyznały sobie prawo do ingerowania w sprawy polityczne, gospodarcze i militarne całego regionu.
Historycy podkreślają, że zasadniczy przełom nastąpił pod koniec XIX wieku, w okresie prezydentury Theodore’a Roosevelta. To wtedy doktryna Monroe została uzupełniona tzw. poprawką Roosevelta, która w praktyce sankcjonowała użycie siły wobec państw uznanych za „niestabilne” lub „nieodpowiedzialne” z punktu widzenia interesów USA. Od tego momentu interwencja przestała być wyjątkiem, a stała się jednym z trwałych instrumentów prowadzenia amerykańskiej polityki zagranicznej.
Panama 1989: operacja „Just Cause”
Jedną z najbardziej spektakularnych interwencji końca XX wieku była amerykańska inwazja na Panamę w grudniu 1989 roku. Prezydent George H. W. Bush nakazał schwytanie generała Manuela Noriegi – faktycznego przywódcy kraju i byłego współpracownika CIA – oskarżonego przez amerykański wymiar sprawiedliwości o handel narkotykami i pranie pieniędzy.
20 grudnia 1989 roku około 27 tysięcy amerykańskich żołnierzy, z czego niemal połowa stacjonowała już wcześniej w Strefie Kanału Panamskiego, rozpoczęło operację „Just Cause”. Oficjalne dane mówiły o około 500 ofiarach śmiertelnych, jednak organizacje pozarządowe oraz lokalne źródła szacowały rzeczywistą liczbę zabitych na kilka tysięcy.
Po dwóch tygodniach ukrywania się w nuncjaturze apostolskiej Manuel Noriega poddał się 3 stycznia 1990 roku. Został przewieziony do Stanów Zjednoczonych, skazany na 40 lat więzienia, a następnie zwolniony po odbyciu części kary. Upadek Noriegi nie przyniósł Panamie stabilności politycznej, lecz stał się symbolem tego, że Waszyngton jest gotów użyć siły militarnej do egzekwowania własnej jurysdykcji poza granicami kraju.
Grenada 1983: „Urgent Fury”
Kilka lat wcześniej, w październiku 1983 roku, Stany Zjednoczone dokonały inwazji na Grenadę – niewielkie karaibskie państwo liczące około 100 tysięcy mieszkańców. Od 1979 roku krajem rządził Maurice Bishop, marksista, który doszedł do władzy w wyniku zamachu stanu. Tydzień przed interwencją Bishop został obalony i zamordowany przez frakcję we własnym obozie.
Pod pretekstem ochrony około tysiąca obywateli USA przebywających na wyspie, prezydent Ronald Reagan rozkazał desant Marines w ramach operacji „Urgent Fury”. Była to pierwsza otwarta operacja militarna USA od zakończenia wojny w Wietnamie i miała ogromne znaczenie symboliczne. Walki toczyły się przeciwko armii grenadyjskiej wspieranej przez kilkuset kubańskich żołnierzy.
Rok po inwazji przeprowadzono wybory, które doprowadziły do władzy rząd przychylny Waszyngtonowi. Operacja na Grenadzie ugruntowała przekonanie, że Stany Zjednoczone nie zamierzają tolerować nawet niewielkich państw regionu, jeśli ich kurs polityczny odbiega od oczekiwań USA.
Kuba 1961: Zatoka Świń
Jedną z najbardziej znanych i zarazem kompromitujących interwencji była próba obalenia reżimu Fidela Castro na Kubie w 1961 roku. Formalnie nie była to operacja wojskowa armii USA, lecz inwazja przeprowadzona przez około 1400 kubańskich emigrantów antycastrowskich, wyszkolonych, sfinansowanych i wyposażonych przez CIA.
17 kwietnia 1961 roku desant wylądował w Zatoce Świń. Operacja zakończyła się całkowitą klęską: wojsko kubańskie, wsparte przez zmobilizowaną ludność, szybko rozbiło siły inwazyjne. Zginęło ponad stu napastników, a blisko 1200 dostało się do niewoli.
Porażka poważnie nadszarpnęła wizerunek prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Ostatecznie więźniowie zostali zwolnieni po kilkunastu miesiącach w zamian za dostawy żywności i lekarstw o wartości 53 milionów dolarów. Kluczowym błędem CIA okazało się założenie, że rewolucja kubańska nie posiada realnego poparcia społecznego.
Gwatemala 1954: zamach stanu
Jeszcze wcześniej, w 1954 roku, Stany Zjednoczone odegrały kluczową rolę w obaleniu demokratycznie wybranego prezydenta Gwatemali Jacobo Árbenza. W kontekście zimnej wojny Waszyngton uznał jego reformy – zwłaszcza reformę rolną uderzającą w interesy amerykańskiej korporacji United Fruit Company – za zagrożenie strategiczne.
CIA przeprowadziła szeroko zakrojoną operację dezinformacyjną i wsparła zbrojnie grupy najemników, co doprowadziło do obalenia Árbenza w czerwcu 1954 roku. Nastąpiły dekady wojskowych dyktatur, represji i wojny domowej, w której zginęło co najmniej 200 tysięcy ludzi.
Upadek gwatemalskiej demokracji miał dalekosiężne skutki także symboliczne. To właśnie wtedy młody argentyński lekarz Ernesto Guevara, podróżujący po regionie, utwierdził się w przekonaniu o konieczności rewolucyjnej walki z amerykańskim interwencjonizmem.
Chile 1973: Salvador Allende i granice demokratycznej drogi
Najbardziej symbolicznym i brzemiennym w skutki przypadkiem amerykańskiej ingerencji w Ameryce Łacińskiej, słusznie stale przypominany przez ogólnoświatową lewicę, jest zdecydowanie zamach stanu w Chile 11 września 1973 roku. USA doprowadziło do obalenia demokratycznie wybranego prezydenta Salvadora Allende. Allende, socjalista i marksista, doszedł do władzy w wyniku wolnych wyborów, zapowiadając pokojową, parlamentarną drogę do głębokich reform społecznych, nacjonalizacji kluczowych sektorów gospodarki oraz ograniczenia dominacji zagranicznego kapitału.
Administracja Stanów Zjednoczonych od początku traktowała jego rządy jako zagrożenie polityczne i gospodarcze. CIA prowadziła operacje destabilizacyjne, finansowała opozycję, wspierała strajki i kampanie dezinformacyjne, a amerykańska dyplomacja otwarcie dążyła do „zaduszenia chilijskiej gospodarki”, by – jak ujmowano to w wewnętrznych dokumentach – przykład Allende nie stał się inspiracją dla innych krajów regionu.
Zamach stanu przeprowadzony przez wojsko pod dowództwem generała Augusto Pinocheta zakończył się śmiercią Allende w pałacu La Moneda oraz wieloletnią dyktaturą wojskową. Nastąpiły masowe represje, tortury, „zniknięcia” tysięcy ludzi i całkowite zniszczenie chilijskiej lewicy instytucjonalnej. Chile stało się jednocześnie poligonem neoliberalnych reform gospodarczych, wdrażanych pod osłoną terroru państwowego. Przypadek ten do dziś pozostaje jednym z najważniejszych dowodów na to, że nawet demokratycznie wybrany rząd nie jest bezpieczny, jeśli narusza fundamentalne interesy USA.
Dominikana 1965: blokada lewicowego powrotu
Mniej znaną, lecz niezwykle wymowną interwencją była amerykańska inwazja na Dominikanę w 1965 roku. Po obaleniu dyktatury Rafaela Trujillo kraj próbował wrócić na ścieżkę demokratyczną. Wybrany prezydent Juan Bosch, reprezentujący umiarkowaną lewicę, został jednak szybko odsunięty od władzy przez wojsko.
Gdy w 1965 roku wybuchło powstanie mające na celu jego przywrócenie, Stany Zjednoczone wysłały do Dominikany ponad 40 tysięcy żołnierzy. Oficjalnym uzasadnieniem była obawa przed „drugą Kubą” na Karaibach. W praktyce interwencja zablokowała możliwość powrotu legalnie wybranego prezydenta i doprowadziła do ustanowienia rządów przychylnych Waszyngtonowi. Był to jeden z najbardziej jaskrawych przykładów zastosowania doktryny Monroe w wersji siłowej w okresie zimnej wojny.
Haiti: od okupacji do kontroli politycznej
Historia relacji Stanów Zjednoczonych z Haiti pokazuje najbardziej długotrwały i kolonialny wymiar interwencjonizmu. W latach 1915–1934 Haiti znajdowało się pod bezpośrednią amerykańską okupacją wojskową. USA przejęły kontrolę nad finansami państwa, administracją oraz siłami zbrojnymi, narzucając rozwiązania służące stabilizacji interesów gospodarczych kosztem suwerenności kraju.
Po formalnym zakończeniu okupacji wpływy Waszyngtonu nie zniknęły. Stany Zjednoczone przez dekady tolerowały, a pośrednio wspierały dyktatury François i Jean-Claude’a Duvalierów, mimo skrajnych naruszeń praw człowieka. Haiti stało się przykładem państwa trwale uzależnionego, w którym interwencja nie miała charakteru jednorazowego, lecz strukturalny i długofalowy.
Meksyk 1914: Veracruz
W kwietniu 1914 roku wojska amerykańskie dokonały desantu na meksykański port Veracruz, zajmując miasto bez formalnego wypowiedzenia wojny i jak zwykle wbrew zasadom suwerenności państwowej.
Oficjalnym pretekstem był tzw. „incydent w Tampico”, czyli krótkotrwałe zatrzymanie grupy amerykańskich marynarzy przez wojsko meksykańskie na terenie objętym stanem wyjątkowym. Zatrzymanie zakończyło się niemal natychmiastowym zwolnieniem żołnierzy oraz oficjalnymi przeprosinami ze strony władz lokalnych. Administracja USA uznała to jednak za niewystarczające i zażądała demonstracyjnego salutu amerykańskiej flagi – gestu o jednoznacznie upokarzającym i politycznym charakterze, który miał potwierdzić nadrzędność Stanów Zjednoczonych wobec Meksyku. Gdy żądanie zostało odrzucone, pretekst został wykorzystany do eskalacji militarnej.
Rzeczywiste cele interwencji były jednak znacznie szersze i nie miały nic wspólnego z rzekomą „ochroną honoru narodowego”. Stany Zjednoczone nie uznawały rządu generała Victoriano Huerty, który doszedł do władzy w wyniku zamachu stanu, i otwarcie dążyły do jego obalenia. Zajęcie Veracruz miało zablokować dostawy broni dla sił rządowych, wpłynąć na przebieg rewolucji meksykańskiej oraz osłabić jedną z frakcji konfliktu wewnętrznego, tak aby ułatwić dojście do władzy bardziej przewidywalnych i uległych wobec Waszyngtonu elit.
Kluczowe znaczenie miały również interesy gospodarcze. Region Zatoki Meksykańskiej, w tym okolice Tampico, był wówczas jednym z najważniejszych obszarów wydobycia ropy naftowej, zdominowanym przez kapitał amerykański i brytyjski. Niestabilność polityczna oraz brak pełnej kontroli nad nowym reżimem w Meksyku postrzegano w Waszyngtonie jako zagrożenie dla bezpieczeństwa inwestycji, dostaw surowców i swobody działania amerykańskich koncernów. Interwencja miała więc także charakter zabezpieczenia interesów energetycznych i handlowych, które już na początku XX wieku odgrywały kluczową rolę w polityce zagranicznej USA.
Desant na Veracruz doprowadził do ciężkich walk ulicznych i śmierci setek Meksykanów, w tym licznych cywilów. Miasto pozostawało pod amerykańską okupacją przez kilka miesięcy, a samo wydarzenie na trwałe pogłębiło wrogość wobec Stanów Zjednoczonych w meksykańskim społeczeństwie. Interwencja nie przyniosła stabilizacji ani „porządku”, lecz stała się kolejnym czynnikiem destabilizującym kraj pogrążony w rewolucyjnym chaosie. Wydarzenia te, zaliczane do tzw. „Banana Wars”, zapowiadały późniejsze, znacznie bardziej znane interwencje XX wieku i ugruntowały wzorzec działania, który powracał w regionie przez kolejne dekady: pretekst – interwencja – destabilizacja – podporządkowanie interesom USA.
Interwencja „Wielkiego Brata” jako stały element polityki
Historia interwencji USA w Ameryce Łacińskiej pokazuje, że wydarzenia w Wenezueli nie były precedensem, lecz kolejnym ogniwem długiego łańcucha. Od Gwatemali, przez Kubę, Dominikanę, Chile, Grenadę, Panamę i Haiti, Waszyngton wielokrotnie sięgał po siłę militarną, presję polityczną lub działania wywiadowcze, gdy uznawał, że jego interesy strategiczne, gospodarcze lub ideologiczne są zagrożone.
Lista ta nie wyczerpuje wszystkich przypadków. Obejmuje ona jedynie najbardziej wyraziste interwencje bezpośrednie. W tle pozostają także liczne operacje pośrednie i formy wsparcia dla dyktatur wojskowych, m.in. w Nikaragui, Salwadorze, Hondurasie, Brazylii, Urugwaju, Paragwaju czy w ramach operacji Kondor. W tym sensie działania podjęte dzisiaj w Wenezueli stanowią nie zerwanie z dotychczasową linią, lecz jej kontynuację – w nowej konfiguracji globalnej, lecz w oparciu o tę samą logikę dominacji i kontroli regionalnej.
Imperium zła
Stany Zjednoczone od dekad budują swój globalny wizerunek jako strażnika demokracji i praw człowieka, jednocześnie konsekwentnie łamiąc te same zasady wszędzie tam, gdzie stoją one w sprzeczności z ich interesami. Ta sprzeczność nie jest przypadkowa ani marginalna – stanowi rdzeń amerykańskiej polityki zagranicznej. Demokracja jest akceptowana wyłącznie wtedy, gdy produkuje „właściwe” rządy. Suwerenność obowiązuje tylko do momentu, w którym nie ogranicza swobody działania Waszyngtonu. Prawo międzynarodowe jest przywoływane jako argument wobec słabszych, lecz ignorowane, gdy krępuje ręce imperium.
Nie mamy tu do czynienia z ciągiem błędnych decyzji czy nadużyć wynikających z nadmiernej pewności siebie. Jest to spójny, wieloletni model władzy, w którym Stany Zjednoczone systematycznie rezerwują sobie prawo do ingerencji, destabilizacji i użycia siły poza jakąkolwiek realną kontrolą międzynarodową. Państwo, które samo nie podlega żadnej zewnętrznej jurysdykcji, rości sobie jednocześnie prawo do osądzania i karania innych – nie w imię uniwersalnych norm, lecz własnej dominacji.
To właśnie ta asymetria czyni USA nie tylko hipokrytycznym, ale i niebezpiecznym aktorem globalnym. Imperium, które uznaje siebie za wyjątek od reguł, staje się strukturalnym zagrożeniem dla stabilności międzynarodowej. Tam, gdzie deklaruje „porządek”, pozostawia chaos. Tam, gdzie obiecuje „bezpieczeństwo”, produkuje długotrwałą niestabilność. Tam, gdzie mówi o „wolności”, wzmacnia systemy zależności, przemocy i ekonomicznego podporządkowania. W tym sensie Stany Zjednoczone nie są gwarantem ładu światowego, lecz jednym z głównych źródeł jego erozji – imperium, które w imię własnej hegemonii normalizuje przemoc jako narzędzie polityki.









