27 lutego 2024

loader

I’ts a long way to Tipperary…

Unsplash

Tytuł i refren tej irlandzkiej piosenki żołnierskiej zrobiły oszałamiającą karierę. Śpiewano lub podśpiewywano ją we wszystkich armiach w czasach I i II Wojny Światowej. Jest uniwersalna, bo doskonale pasuje także do aktualnej sytuacji politycznej w Polsce.

Nerwowość naszego życia politycznego powoduje bowiem, że mamy już dzisiaj manewry walki o głosy w najbliższych wyborach parlamentarnych, mimo że został jeszcze ponad rok do ich konstytucyjnego terminu. Wprawdzie mogą być wcześniej, ale tego nikt jeszcze nie wie. Droga do Tipperary, w tej piosence rozumianego jako synonim dojścia do zwycięstwa, może więc być długa i zawiła.

Informacyjna wojna podjazdowa

Na razie główni harcownicy wyszli na przedpole i prowadzą pojedynki informacyjne, używając broni z legalnych i nielegalnych źródeł. Sądzę, że każdy czytelnik prasy, telewidz i słuchacz radia zauważył pewną prawidłowość w doborze zalewających nas tematów. Nawet ważne dla wszystkich wydarzenia, takie jak wojna na terytorium Ukrainy, z upływem czasu powszednieją, dla większości odbiorców stają się nudne i stopniowo opuszczają pierwsze strony gazet i czołówki telewizyjnych i radiowych dzienników. Powracają na te prestiżowe miejsca tylko wtedy, kiedy dzieje się coś nadzwyczajnego, albo, kiedy pojawia się mało wiarygodny fake news, który może podniecić mniej wykształconą część ludności kraju, a nawet świata.

Można się oburzać na te i inne uproszczenia „wojny” informacyjnej, ale takie są zwyczaje rynku medialnego. Informacja jest towarem i popyt na nią reguluje strukturę podaży. Warto jednak czasem pozbierać strzępy względnie wiarygodnych i informacji i zastanowić się, nad ich realnym wpływem na możliwe scenariusze rozwoju sytuacji politycznej.

Żelazna gwardia rządzącej obecnie partii ma tak specyficzne potrzeby w tym zakresie, że trudno mi ustalić, co ich naprawdę interesuje i wpływa na ich postępowanie, a co jest tylko przymilną zabawą wywołaną żartobliwymi wypowiedziami Prezesa Wszystkich Prezesów lub – rzadziej – jego przybocznych. Zakładam jednak, że – wbrew pozorom – ich myśli zachowawcze i twórcze błądzą po tych samych manowcach, po których buszują zainteresowania Polek i Polaków, którzy „są przeciw”. Bo „przeciw”, w naszej dziwnej rzeczywistości politycznej, to znaczy nie tylko być w opozycji, lub sympatyzować z opozycją, ale też nie podziwiać osiągnięć PISu, lubić Unię Europejską i nie uznawać Superprezesa za jedyną osobę w polityce, bezwzględnie uczciwą i naładowaną pozytywną energią. Czyli – jak sam powiedział – w przyszłości odnotowaną przez historię, jako „zbawca narodu”.

Trudna walka

Wygrywanie pojedynków i bitew informacyjnych w Polsce nie jest zadaniem łatwym, bo poglądy naszych Obywateli są bardzo zróżnicowane, zmienne i nie zawsze konkretne. Są tacy, których w ogóle nic nie interesuje, byle wystarczająco zarabiali lub (albo i) dostawali od Państwa dodatkowe zastrzyki gotówki, wzmacniające ich rodzinne budżety. Inni zapominają o pryncypiach, ale za to skręcają się z ciekawości, jak powstawały wielomilionowe, prywatne zasoby premiera. I czy wykorzystywał swoją „służbową wiedzę” do tego, aby skutecznie chronić je przed inflacją. Jeszcze inni, zawsze interesujący się militariami, śledzą stan osobowy i wyposażenie naszego wojska wzywając do ich nieustannego zwiększania. Ale są i tacy, bardziej pacyfistycznie nastawieni, którzy namawiają do ograniczania naszych militarnych możliwości i do ogłoszenia neutralności.

Wiele osób mających dochody znacznie przekraczające ich potrzeby nie myśli już ani o finansach, ani o militariach, tylko personifikuje swoje zainteresowania polityczne. Marzy – przykładowo – o tym, aby nadarzyła się sposobność uściśnięcia ręki Prezydenta albo Premiera’ lub – przy wyjątkowym szczęściu – samego Superprezesa.

Milcząca rezerwa

Pokaźna grupa obywateli, (tradycyjnie u nas oscylująca wokół 40 – 50 proc.) nie weźmie zapewne udziału w najbliższych wyborach. To „milcząca większość”, a zarazem liczący się rezerwuar potencjalnych wyborców.

Tylko nieliczni z tego rezerwuaru podejmą trud przejścia do punktu wyborczego, pod wpływem jednej w walczących partii lub (częściej!) chwilowej emocji, spowodowanej ponadnormatywnie odważnym, strachliwym lub głupkowatym zachowaniem konkretnego kandydata.

Rezultaty wyborcze liczących się partii zależeć będą głównie od aktualnej liczby zniewolonego politycznie „żelaznego elektoratu” i głosów tej myślącej części narodu, która swoje wybory opiera na krytycznej analizie osiągnięć dotychczasowej władzy i możliwości nowej – jeśli powstanie.

Nie chcę, aby to zabrzmiało jak próba plotkarskiego proroctwa, ale jestem przekonany, że najbliższe wybory wygrają ci, na których zagłosuje jednak także większa niż dotychczas część „milczącej większości”. Trzeba więc ich łowić wszelkimi sposobami w tym przedłużonym okresie przedwyborczym.

Główna broń

Jeśli mam chociaż cień racji, to warto pomyśleć, jakie główne, poważne i niebazarowe tematy informacji, mogą zmobilizować „milczących” do wyborczej aktywności.

Maksymalnie syntetyzując to, co wnikało z zaplanowanych i przypadkowych moich rozmów oraz opinii kolegów z Rady Sklerotyków doszedłem do wniosku, że niemal wszyscy potencjalni wyborcy „z rezerwuaru” dają się zakwalifikować do jednej – a czasem do dwóch – grup przyczyn, pobudzających ich do działania: Do grup tych zaliczam:

-tych, którzy zrozumieli, że utrzymanie dalszych rządów zjednoczonej prawicy doprowadzi nas do katastrofy gospodarczej i moralnej, rozkwitających na gruzach demokracji i znajdujących oparcie w nacjonalistycznej autokracji. Dla tej grupy wyborców najważniejsze jest więc wygranie wyborów przez opozycję i zmiana szeroko rozumianej „władzy”.

-tych, którzy coraz bardziej obawiają się następstw rosnącej inflacji. W gruncie rzeczy jest im obojętne, kto rządzi – byle potrafił „zawrócić” inflację i ochronić ich z mozołem gromadzone oszczędności. Już przestali wierzyć, że PIS to potrafi. Gotowi są poprzeć innych, jeśli dostatecznie przekonująco zapewnią ich o skuteczności ich planów.

-tych, dla których podstawowym powodem niechęci do obecnej władzy jest wojna ukraińsko – rosyjska i groźba jej rozszerzenia. Jest to powód starannie ukrywany. Tak „na co dzień” chwalimy się bez umiaru, za pomoc udzielaną uciekającym przed wojną Ukraińcom. Część tych pochwał sięga także rządu. Ale szeroko otwarte drzwi wschodniej granicy i 4,5 miliona uciekinierów, którzy przez nie przeszli i których połowa chce zostać, stwarzają już trudne do rozwiązania problemy. Wejście ich na nasz rynek zwiększa popyt i tym samym wspiera inflację. Dążenie do udzielania im pomocy medycznej w pierwszej kolejności realizowane jest zgodnie z „prawem” naczyń połączonych. Koncentrowanie się na nowych pacjentach, oznacza przesuwanie starych na późniejsze terminy i otaczanie ich słabszą opieką.

-w końcu tych, którzy obawiają się, że wojna ukraińsko – rosyjska może wciągnąć nas i NATO w bezpośredni konflikt z Rosją i tym samym stworzyć niebezpieczną możliwość zainicjowania trzeciej wojny światowej. Rozsądny Polak nie chce takiego scenariusza. Ale jego pogląd też jest niemodny i ginie w zalewie wojowniczo – buńczucznych oświadczeń reprezentantów naszej władzy, przeznaczania miliardów twardych walut na zakupy bardziej nowoczesnego uzbrojenia, zapewnień, że jesteśmy gotowi zwyciężać w każdej wojnie. Te wypowiedzi i zapewnienia mogą lekko podniecać część młodzieży, budzą uśmiech politowania u średniego wiekowo pokolenia i gorzką wesołość u starszego, które widziało II wojnę, a nawet brało w niej udział.

Tyle – moim zdaniem – jest makropowodów zwalczania rządów zjednoczonej prawicy w najbliższych wyborach parlamentarnych. Nieśmiało i wyłącznie w oparciu o własne obserwacje oceniam, że ci Rodacy, którzy dotychczas stanowili „milczącą większość”, mogą się aktywizować pod wpływem przynajmniej jednego z tych powodów. Co nie oznacza, że nie będzie również takich, którzy zostaną podrażnieni innymi powodami, mającymi dla nich, ich rodzin lub środowiska decydujące znaczenie. Mogą to być – przykładowo – takie powody, jak dalsze niszczenie niezależności sędziów i opanowywanie struktur organizacyjnych sądownictwa, zakres swobody w podejmowaniu decyzji o aborcji, bezsensowne psucie stosunków z Unią, a zwłaszcza Komisją Europejską.

Wiem, że jestem politycznie niedouczony i że nie doceniam, a nawet nie zawsze rozumiem, indywidualnych ambicji działaczy, zarówno rządzących jak i nierządzących partii. Ale – widocznie z racji utrwalonego instynktu samozachowawczego – uważam, że byłoby lepiej, gdyby jednak opozycja przystąpiła do najbliższych wyborów z jedną listą. Nie musi być od razu „zjednoczona”, wystarczy, że zawrze taką taktyczną umowę. Ma jeszcze czas na zastanowienie i pokonywanie wewnętrznych oporów, bo

Długa droga jest do Tipperary

Długa droga do przejścia…

Tadeusz Wojciechowski

Poprzedni

Australijczycy triumfują w deblu

Następny

Polityczna maskotka