Komik doskonały

Z CEZARYM PAZURĄ rozmawia Krzysztof Lubczyński.

„Czarek ma talent wszystkich braci Marx wziętych do kupy, mimikę Jima Carreya i rozum Chaplina, a reżyserzy kochają go za absolutny perfekcjonizm na planie”. Zna Pan ten cytat? A dla mnie, który obserwowałem początki Pana kariery filmowej już się Pan uklasycznił, jako jeden z tych wybitnych, którzy następują pokolenie Holoubka, Łapickiego i Łomnickiego, a z wolna i pokolenie Fronczewskiego. Kiedy Pan poczuł zew do tego zawodu?
To trudno powiedzieć. Człowiek myśli o wyborze zawodu, ma wątpliwości czy nadaje się do danego zawodu, obawy, ponosi pierwsze porażki. Ja akurat dostałem się do szkoły aktorskiej za drugim razem. Do dziś nie wiem, kto się nadaje, a kto nie. Pracowałem dwa lata w szkole aktorskiej jako wykładowca, ale nadal patrzę na aktorów jak widz. Aktor mi się podoba albo nie. Albo mnie czymś oczaruje albo nie. To zawód bardzo nierówny, obok wybitnych ról ma się role nieudane. Mistrzów Holoubka, Zapasiewicza czy Gajosa też pamięta się z wybitnych ról. Pamięta się ich z kultowych ról, ale po drodze jest szara rzeczywistość. Nawiasem mówiąc, ta szara rzeczywistość aktorska dla części naszego środowiska bywa bardzo kolorowa. Poza teatrem czy filmem, grywamy w telewizji, w programach rozrywkowych, quizach, tokszołach, w reklamach, prowadzimy na przykład imprezy w centrach handlowych. To spowodowało jednak, że aktorzy stracili nimb tajemnicy. Kiedyś nikt nie wiedział, poza plotkami, jaki naprawdę jest Gustaw Holoubek. Kiedy jako chłopak zobaczyłem go oddającego płaszcz do szatni, to był dla mnie jak postać ze spiżu, nieosiągalna. Był w tym zawodzie jakiś nimb misji, czegoś wyższego. Coś z tego zostało do dziś. Wielu aktorów trwa w tym zawodzie, mimo że klepią biedę, ponieważ wyjście na scenę, choćby po to, żeby zagrać epizod, być w zespole jest dla nich ważne, to ich życie. W szkole wpajali nam, tylko śmierć zwalnia z grania. Znane są przypadki, że aktorzy grali dowiedziawszy się przed spektaklem, że umarł ktoś z ich bliskich. Umowa z aktorem zakłada, że zobowiązuje się on „wykonać dzieło osobiście i największą starannością”. To jedyny zawód, w którym samemu jest się narzędziem swojej pracy. Nasze ciało i nasza psyche. Żyje się rolą cały dzień przed spektaklem, czuje niepokój i rozdrażnienie, z godziny na godzinę narasta stres. Po powrocie nie możesz spać, bo czujesz się jakbyś wyskoczył z gorącej patelni. Niektórzy aktorzy oddawali się temu zawodowi w całości, nie zakładali rodzin, nie mieli dzieci, a potem wykorzystani jak mięso armatnie szli do lamusa, na klepanie biedy i samotność. Nie mogę jechać z dnia na dzień w podróż, co mi proponują koledzy biznesmeni, bo gram w teatrze. W tym zawodzie trzeba sobie wypracować czas, żeby spędzić go z bliskimi. Nie ma też w naszym zawodzie solidarności. Kiedy Janusz Rewiński chciał założyć fundację na rzecz wspomagania starszych kolegów znajdujących się w biedzie, nie spotkał się za bardzo z poparciem. Natomiast słodyczą tego zawodu jest to, że można zostać na jakiś czas kimś, kim nie można być w rzeczywistości. No i można podróżować w czasie. Dziś za dużo wiemy o prywatności aktorów, a przy tym najczęściej znamy nieprawdę. Nie lubię odbrązawiania pomników na siłę, bo to jest nieładne. A wracając do pytania, młody człowiek nie wie, czy wybiera zawód na całe życie. W ogóle młody człowiek nie wie, co to jest „całe życie”. Wie tylko, co będzie jutro i może pojutrze. I żeby mieć trochę kasy. To telewizja skomercjalizowała zawód aktora. I aktorem jest ten, kogo angażują. Dziś aktorstwo nie wymaga dyplomu szkoły państwowej, czy nawet talentu. Dziś wymaga „wzięcia”. Zresztą dziś aktorzy nie są już na topie. Nie Gajos i nie żaden inny wspaniały aktor mają największą wartość reklamową, lecz tancerka czy prezenter z popularnej audycji telewizyjnej. To są „autorytety” dla współczesnego widza, a nie wybitny aktor teatralny. Na świecie było tak od dawna. Wiele wielkich gwiazd amerykańskich zaczynało od dołu, od bardzo prozaicznych zajęć.

Jak było na studiach? Ciekawie? A przy tym rozrywkowo?
Dla chłopaka z małego miasta jak ja, decyzja o zdawaniu do szkoły teatralnej to było coś niezwykłego. Gdy mówiłem kolegom, że zdaję do takiej szkoły, to nie wiedzieli o co chodzi. Pytali, czy będę budował teatry. Z mojego środowiska nikt nigdy wcześniej nie myślał o tym, żeby być po drugiej stronie ekranu. My tylko oglądaliśmy w telewizji „Czterech pancernych”, Klossa i Arsena Lupin. Częścią naszego świata było też kino „Wrzos” w moim rodzinnym Niewiadowie, gdzie na ekranie wyświetlano świat zaczarowany. Nawet przez myśl nikomu z nas nie przeszło, że możemy znaleźć się po tamtej stronie. Sprzedawaliśmy butelki, żeby mieć na bilet.

Ale przecież Pana ojciec prowadził teatr amatorski…
I nawet zdobył laury na jakimś przeglądzie teatrów amatorskich bodaj w 1963 roku. To było wysokie, czwarte miejsce za rolę w „Zegarku” Szaniawskiego. Miał nawet propozycję angażu do Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, ale nie doszło do tego. To może po ojcu miałem lekkość w występach publicznych. W szkole podstawowej w Niewiadowie imienia uwaga – Generała Karola Świerczewskiego, „człowieka, który się kulom nie kłaniał”. Kiedy szkoła organizowała jakąś akademię albo imprezę „ku czci”, to kogo brali? Czarka Pazurę. Nigdy nie miałem oporów, lubiłem występować publicznie. W mojej szkole ojciec prowadził chór, ceniony w województwie. W jego amatorskim teatrze zagrałem dziewczynkę ze skakanką.

Wybrał Pan szkołę filmową w Łodzi z uwagi na bliskość w przestrzeni?
Krakowskiej czy warszawskiej nawet nie brałem pod uwagę, bo rodzice chcieli mieć mnie blisko siebie. Ojciec przyjeżdżał do mnie do Łodzi z Niewiadowa syrenką i przywoził wałówkę, tym bardziej że wszystko wtedy było na kartki, to były lata 1982-1986. W szkole było bujne studenckie życie towarzyskie, według zasady, że uczeń z zajęć szkolnych najbardziej lubi przerwę. Lubiłem też jednak zajęcia, zwłaszcza ruchowe, szermierkę, taniec, gimnastykę, a także impostację głosu. Większość zajęć było indywidualnych, zbiorowych niewiele.
Studiowałem za czasów rektorowania Henryka Kluby a później Wojciecha Jerzego Hasa. Spotykaliśmy się ze znanymi operatorami, reżyserami, elitą artystyczną naszej branży. Studenci reżyserii trochę popisywali się artystycznym arystokratyzmem. O oglądanym przez nas amerykańskim filmie „Czułe słówka” mówili, że to „typowy amerykański wyciskacz łez”, z czego my śmialiśmy się mówiąc, że dla nich słabe jest wszystko to, czego oni nie robią. Graliśmy jednak w ich etiudach szkolnych i to był nierzadko nasz pierwszy kontakt z filmową kamerą, z planem zdjęciowym. Na III roku zagrałem w wielu etiudach, które Artur Grudzień, dziś szef mojego fanklubu, zgrał w całość. Grałem wtedy m.in. w „Jesiennej nudzie” według Niekrasowa z profesorem Jerzym Bińczyckim, wspaniałym, nieżyjącym już niestety aktorem. Inni moi profesorowie to n.p. Bogusław Sochnacki, zmarły kilka lat temu wybitny aktor łódzki.

U kogo robił Pan dyplom?
De facto u Adama Hanuszkiewicza dramacie „Maria i Woyzeck” Büchnera w Teatrze Studyjnym w Łodzi. Grałem Błazna Pierwszego, ale to była ważna rola, bo spinająca całość spektaklu. Błaznami Drugim i Trzecim byli Wojtek Malajkat i Piotrek Polk. Wygraliśmy z tym festiwal szkół teatralnych w Alès we Francji, koło Awinionu. Nasze szkolnictwo teatralne było na bardzo wysokim poziomie. Pamiętam, że jury, w którym była m.in. Brigitte Bardot, bardzo wysoko nas oceniło. Byli przekonani, że jesteśmy z profesjonalnego teatru, a nie studentami. Jednak polska kultura teatralna była bardzo wysoka, wcale nie gorsza niż francuska czy rosyjska. Pamiętam, że Dustin Hofman, gdy zobaczył na scenie Tadeusza Łomnickiego, chyba w „Ostatniej taśmie Krappa”, powiedział, że „nie da rady tak, jak ten pan”. Aczkolwiek bywając w teatrach na Broadwayu podziwiam wysoki poziom techniczny, rzemieślniczy aktorów amerykańskich. Wielu umie wszystko. Pod tym względem chyba im nie dorównujemy. Dobrze jest zagrać tańczącego „Hamleta” tak, żeby widzom czapki spadły.

Po szkole zaczynał Pan w Teatrze Ochoty u Haliny i Jana Machulskich. Grał Pan Raskolnikowa w „Zbrodni i karze” , w „Doktorze Żywago”, w „Sędziach” Wyspiańskiego, w „Królu Lirze” i „Ryszardzie III” Szekspira, w „Balladynie” Słowackiego. Gdyby nie zmiana ustrojowa i idąca za tym zmiana warunków uprawiania zawodu, może by Pan toczył spokojną karierę przez dziesięciolecia w jakimś teatrze, ze stałym miejscem przed lustrem w garderobie, jak Pana poprzednicy…
Być może. Tak sobie wyobrażałem swoją przyszłość zawodową. U boku jakiegoś mistrza. Z sobą samym nie wiązałem nadziei na wielką karierę. Zawsze byłem skromnym chłopakiem. Stało się jednak inaczej, dostałem bonus od losu ponad własne oczekiwania. Może dlatego mam na imię Cezary, bo wolałem być pierwszym na prowincji niż drugim w wielkim mieście. Nigdy nie pchałem się na afisz. Samo wyszło. Gdy dziś w książkach o kinie, o aktorach widzę siebie między Bronisławem Pawlikiem a Markiem Perepeczko, to mam ochotę szczypnąć się, żeby sprawdzić czy nie śnię. Nie mogłem nawet marzyć, że będę obok ukochanego Janosika w jednej książce na sąsiednich stronach

Po 1989 roku dwaj aktorzy, Pan i Bogusław Linda stworzyliście w polskim kinie dwa typy charakterologiczne on maczo dobrego lub złego, a Pan, w filmach Pasikowskiego czy Koterskiego, kogoś w rodzaju Piszczyka nowych czasów. Witold Filler napisał o Pana bohaterze: „Potrafi być agresywny, wulgarny, cyniczny”. A Pan o sobie: „Znalazłem sobie wolne miejsce. Czekało na kogoś, kto zagra trochę zabawnego, a trochę groźnego prostaczka, zaś dosadniej mówiąc, matołka nie pozbawionego zdrowego rozsądku”.
W szkole filmowej przestrzegają przed tzw. „szufladą”, ale to dobra rzecz, bo daje robotę. Jeśli nie mieścisz się żadnej szufladzie, zrób swoją. Moja, to chłopak z podwórka, prymitywny, a przez to śmieszny. Jak ten z „Krolla”, spróbuj się z niego śmiać, to dostaniesz w łeb. Wykreowałem ten typ świadomie. Gdy Bogusław Linda grał w „Krollu” wolno, to ja szybko. Jak on grał poważnie i powoli, to ja szybko i śmiesznie.

Kiedy grał Pan w Rzeszowie „Emigrantów” Mrożka ze Zbigniewem Zamachowskim, mówił Pan o przybliżeniu sztuki ludziom, których nie stać na przyjazd do dużego miasta. Nadal towarzyszy Panu poczucie misji zawodowej?
Już nie tak bardzo. Mocno to zweryfikowałem. Ludzie nie szanują aktorów, jeśli mają ich na wyciągnięcie ręki. Jeśli dasz rękę im rękę, wciągną cię całego. Poza tym kultura pop tak wciągnęła ludzi, że mało interesują się sztuką wyższą. Pozostaje więc odwieczne pytanie, czy warto?
Dziękuję za rozmowę

Cezary Pazura – ur. 13 czerwca 1962 w Tomaszowie Mazowieckim. Absolwent II Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Żeromskiego w Tomaszowie Mazowieckim. Jeden z najwybitniejszych aktorów polskich. Absolwent PWSFTViT w Łodzi (1986) W latach 1986-1992 w Teatrze Ochoty w Warszawie, w latach 1992-93 pracował w warszawskim Teatrze Powszechnym. Debiutował w 1986 w filmie Waldemara Podgórskiego „Czarne stopy” (1986). Prezes Zarządu Stowarzyszenia Aktorów Filmowych i Telewizyjnych SAFT (2005-2013). Laureat Złotej Kaczki dla najlepszego polskiego aktora za lata 1993, 1997, 2003. W 2005 roku w teatrze STU w Krakowie odbył się jego benefis 25-lecia pracy aktorskiej. Zagrał m.in. w serialu „Pogranicze w ogniu” (1988), w filmach „Kroll” (1991), „V.I.P.” (1992),”Pierścionek z orłem w koronie” (1992), „Psy” (1992), „Psy 2” (1994), „Nic śmiesznego” (1995), „Wielki tydzień” (1995), „13 posterunek” (1997-98), „Kiler” (1997), „Sztos” (1997), „Kariera Nikosia Dyzmy” (1992), „Nienasycenie” (2003). Role teatralne, m. in. Syfon w „Ferdydurke” W. Gombrowicza w Teatrze Powszechnym (1993).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *