Literatura socrealizmu jako forma fantastyki

Z okazji 70 rocznicy urodzin „Węgla” Aleksandra Ścibora-Rylskiego.

Sceptyków od razu informuję, że „Węgiel” jest tu tylko hasłem wywoławczym i o nim będzie tylko kilka zdań. Będzie za to spojrzenie na realizm socjalistyczny w literaturze – nowiutkie jak nowalijka lub nowinka.
Jak na nurt pogardzany, wyszydzany, traktowany jako kwintesencja schematyzmu i narracji totalitarnej, realizm socjalistyczny zaowocował ogromną liczbą publikacji mu poświęconych. Wystarczy zajrzeć do obszernego „Słownika realizmu socjalistycznego” (2004, red. Wojciech Tomasik i Zdzisław Łapiński) by się o tym przekonać. Socrealizm (pamiętajmy że to nurt obecny nie tylko w literaturze polskiej, także w innych dziedzinach sztuki, również w innych krajach) został w Polsce opisany i przeanalizowany w setkach publikacji prasowych i naukowych, także w kilku obszernych, naukowych syntezach.
Owe syntezy to: Wojciech Tomasik – „Polska powieść tendencyjna 1949-1955. Problemy perswazji literackiej” (1988), Wojciech Włodarczyk – „Socrealizm. Sztuka polska w latach 1950-1954” (1991), Zbigniew Jarosiński – „Nadwiślański socrealizm” (1999), Wojciech Tomasik – „Inżynieria dusz. Literatura realizmu socjalistycznego w planie „propagandy monumentalnej” (1999), Edward Możejko – „Realizm socjalistyczny. Teoria, rozwój, upadek” (1977, Bonn, wyd. polskie 2001), Lirim Sulk – „Literatura realizmu socjalistycznego” (2020).
Z przywołanego wyżej „Słownika” i innych publikacji wynika, że było to zjawisko bogate, wielostronne, wielowarstwowe, z nurtem głównym, ale też z poboczami, tematycznymi i formalnymi, zróżnicowane jakościowo (z profesjonalnego punktu widzenia), stylistycznie, gatunkowo („powieść produkcyjna” była tylko jedną z odmian), ze zjawiskami prekursorskimi, zapowiadającymi kierunek (n.p. „Między wojnami” Kazimierza Brandysa), jak i ekspresje epigońskiego post-socrealizmu, a także z prozą rozrachunku z „okresem błędów i wypaczeń”, acz stylistycznie nacechowaną typowymi atrybutami poetyki socrealistycznej (n.p. „Matka Królów” Kazimierza Brandysa).
Dla wskazania rozległego tła tematu, przywołam także przykład odległego w czasie pre-socrealizmu w literaturze („Pelle Zwycięzca” duńskiego pisarza Martina Andersena Nexö, 1910).
„Węgiel” jako zawołanie
Z trzech powodów. Po pierwsze z powodu okrągłej daty wydania powieści Ścibora-Rylskiego (1951) i mocnego brzemienia tytułu. Po drugie, bo Ścibor był nie tylko autorem jednej z najgłośniejszych powieści nurtu, ale także twórcą scenariusza filmowego „Człowiek z marmuru” (publ. 1963), który stał się podstawą najgłośniejszego artystycznego rozrachunku z tym okresem historii, czyli filmu Andrzeja Wajdy (1976).
Po trzecie dlatego, że „Węgiel” jest wśród przedmiotów analizy jednej z najznakomitszych publikacji poświęconych literaturze socrealizmu, a która nie jest niestety uwzględniona w żadnej z dostępnych mi bibliografii tematu, jako że ukazała się po okresie największego „wysypu” publikacji na ten temat.
Być może jest ona uwzględniona w książkach innych znawców tematu, Moniki Brzóstowicz-Klajn („Tomasz Morus w mundurze pioniera. Utopia i utopijność w polskim socrealizmie” (2012) czy „Socrealiźmie po polsku” Marka Hendrykowskiego (2015), ale jeszcze nie miałem okazji po nie sięgnąć. A mowa jest o książce Justyny Trzcińskiej-Rosik, „Mowa rzeczy. „Głosy” przedmiotu w polskiej prozie socrealistycznej” (2006).
„Mowa rzeczy” i „głosy przedmiotu”, czyli socrealizm jako sztuka pisania
W swoim studium, Justyna Trzcińska-Rosik podjęła się (z powodzeniem) pokazania w swej książce, że o ile zarzuty schematyzmu postaci i problematyki prozy socrealistycznej są raczej niemożliwe do uchylenia (człowiek jako „marionetka w theatrum mundi”), o tyle świat „przedmiotów”, „rzeczy”, został w kilku co najmniej powieściach pokazany z prawdziwym kunsztem literackim, a co najmniej interesująco.
Sprawia to, że nie tylko nie można całej prozy socrealizmu wyrzucić poza nawias literatury na pole czysto propagandowo-ideologiczne, ale że niektóre z najlepszych powieści gatunku mogą do dziś posłużyć jako lekcja sztuki pisania. Tworzywem analizy są cztery powieści: „Lewanty” Andrzeja Brauna, „Obywatele” Kazimierza Brandysa, „Uczta Baltazara” Tadeusza Brezy i wspomniany już „Węgiel”.
Analiza dokonana przez autorkę studium jest tak bogata, wielostronna i erudycyjna, że nie jestem w stanie objąć jej w całości, więc postaram się zasygnalizować jedynie niektóre z najważniejszych jej wątków.
Socrealistyczne okno, „miniaturyzacja” i „monumentalizacja”
Autorka przywołuje na początek motyw spoglądania przez okno jako autorski instrument stosowany przez prozaików socrealizmu (w szczególności przywoływanych w studium).
Okno bowiem daje często panoramiczny ogląd dookolnej rzeczywistości. W „Obywatelach”: „Dyrektor patrzy przez szerokie okno – będące w centrum – na także szeroką perspektywę. Opis ustanawia hierarchię – umieszcza obserwatora w strategicznym punkcie przestrzeni, nadając mu tym samym wyjątkową funkcję – tego, którego oczyma będzie patrzył czytelnik”.
Patrzenie przez okno daje możliwość oglądu szerokiego spektrum rzeczywistości, jej wyjściowego, poniekąd mimetycznego zaprezentowania: budowli, pojazdów, instrumentów tworzenia nowego świata (dźwigi, rusztowania, traktory, kadłuby budowanych okrętów).
W innym miejscu („Węgiel”) obraz gigantycznego, ekspresyjnego wykresu wzrostu produkcji zawieszonego na gmachu dyrekcji fabryki i „ludziki” zadzierające głowy, by go zobaczyć), a także stosunków między nimi a człowiekiem (n.p. miniaturowe sylwetki ludzkie i potęga materii nieożywionej). Relacje między człowiekiem i materią prezentuje autorka jako pokazane zarówno przy użyciu mechanizmu „miniaturyzacji”, jak „powiększenia”.
W przypadku tego pierwszego, człowiek pokazany jest jako „drobinka” wobec wielkości tworzonego przez siebie dzieła („Na przystanku tramwajowym stał człowiek, z tej wysokości podobny do krasnala. (…) Rozglądał się nieporadnie. Był malutki wobec piętrzących się dokoła ceglastych ścian”; „Węgiel”).
Perspektywa „okienna” ma jeszcze jedną funkcję literacką. Jeśli przez okno panoramę wygląda kilka osób, to każdy widzi trochę co innego, zgodnie ze swoimi preferencjami, a nawet poglądami politycznymi.
W „Uczcie Baltazara” co innego postrzega z okna w odbudowywanej Warszawie przybyły z Francji, sceptyczny politycznie Uriaszewicz, a co innego entuzjastka nowego ustroju, Klimontówna.
Przeciwieństwem mechanizmu „miniaturyzacji” jest spojrzenie na sylwetkę człowieka przez „szkło powiększające”, monumentalizujące ją („Na tle jasnego nieba stał człowiek, poruszając ręką. (…) Wyglądał jak dyrygent wielkiej orkiestry. Czarna jego sylwetka w zasmolonym kombinezonie przesłaniała rażące słońce. (…) Ramię dźwigu obracało się stosownie do gestów człowieka”.
Takich obrazów pokazujących robotnika jako „homo creatora” o atrybutach niemal boskich jest w prozie socrealizmu wiele. („Tutaj żyją siłacze”, „Ludzie jak bogowie”).
Można by rzec, że w zależności od potrzeby ideowo-artystycznej, autorzy regulowali proporcje między człowiekiem a „przedmiotami”, „rzeczami” powiększając lub pomniejszając tych pierwszych w stosunku do tych drugich lub odwrotnie. Oba mechanizmy przypominają spoglądanie przez lunetę naprzemiennie, przez oba jej końce.
W krainie czarów: piekło, raj, człowiek-wilk, człowiek-anioł
Kurczy mi się miejsce, a z przebogatej materii studium Justyny Trzcińskiej-Rosik zaczerpnąłem zaledwie garstkę i z konieczności w trybie upraszczającym. Zabraknie już miejsca na odniesienie się do „infernalnego”, „piekielnego” (w sensie stylistycznym) obrazu pracy.
Do „anielskiego” wizerunku „nowego człowieka” i „wilczego” obrazu „wroga klasowego”. Do ludzi-„manekinów”. Do motywu estetycznej konfrontacji między siermiężnością roboczej rzeczywistości a reliktami „starej, burżuazyjno-szlacheckiej” estetyki („ocalił najcenniejsze (gdańskie) meble i dywany”, nawiązania do mody i do ekskluzywnego pisarza katolickiego Claudela – w „Uczcie Baltazara”).
Do zjawiska opisywania rzeczywistości nie tylko jako ściśle mimetycznej, lecz także niby-mimetycznej, potencjalnej, in statu nascendi, ale już żyjącej w percepcji bohaterów („rzeczywistość symulowana”).
Do „zabawkowego świata dorosłych ludzi”. Do szkicu o głównym bohaterze „Obywateli” jako o postbalzakowskim, socrealistycznym „Rastignacu w krainie czarów”.
Morawiecki patrzy i się dziwuje
„CDT wznosił się na roku Brackiej i wywoływał w Morawieckim jednocześnie niepokój i fascynację, jak niektóre książki fantastyczne, zbudowane z nierzeczywistych elementów.
Gmach przypominał mu chwilami planetarium, założone tu, aby miasto, gdy zechce, mogło komunikować się z Księżycem; biurowiec wyglądał jak hotel dla astronautów, którzy pewnego dnia wystartują z dachu w jakimś pocisku międzyplanetarnym. Morawiecki patrzył (…) na tą dużą konstrukcję, w której świetle sprzedawano seryjne towary” . Ten fragment „Obywateli” Brandysa pokazuje, że na prozę socrealizmu niekoniecznie trzeba patrzeć wyłącznie jak na archiwalną, anachroniczną literaturę z zamierzchłej epoki, jako na makulaturę.
W dobie postmodernizmu i intertekstualności można ją czytać także „przez” Verne’a czy Lema, a nawet zabawić się niezamierzenie aluzyjnym dziś brzemieniem niektórych zwrotów czy nazwisk.
By jednak nie zakończyć zbyt żartobliwie, bo w końcu mamy do czynienia z pracą naukową (doktorat), zakończę cytatem z podsumowania autorki o „przedmiocie socrealistycznym”: „Myślę jednak, że nie powinno się sprowadzać praktyk socrealizmu do manipulacyjnego użycia nowomowy czy naiwnego pseudo-realizmu opowieści o produkcji, sposoby komunikowania i kategorie wewnątrztekstowe są bowiem – jak pokazały powyższe analizy – nieco bardziej skomplikowane”.