Mój pierwszy Murzyn

Pierwszy raz Murzyna na żywo zobaczyłem w 1966 roku. W domu rodziców moich. W świętym mieście Częstochowie. Był znajomym warszawskiej koleżanki mojej siostry.

Siostra wybierała się na bal maturalny. W jej liceum panował ostry niedobór chłopaków. Na co dzień jakoś dało się go załatać chłopakami z miasta. Ale najważniejszy w dotychczasowym życiu bal nie wypadało opędzić byle kim. Najwyżej notowani byli chłopcy spoza świętego miasta.

Niech żyje bal

Trzeba przypomnieć, że w tamtych latach Murzynów w świętej Częstochowie nie było. Ani w Radomsku, Kielcach, czy Koniecpolu.
Widywano podobno w Krakowie i w Gliwicach czarnoskórych studentów, ale mogli to też być górnicy po szychcie. Trudno też było o czarnoskórych w ówczesnej telewizji. Nadawała tylko jeden program. Czarno-biały zresztą.
Po prezentacji Murzyna rodzicom, poszła siostra z nim na bal. Na piechotę, bo murzyńskich Uberów też wtedy nie było.

Nic dziwnego, że przed każdą bramą na ulicy Ogrodowej wyczekiwały grupy sąsiadek. Niektóre przezornie krzesła z domów przyniosły. Podobnie było na placu komunisty Marcelego Nowotki i Alejach Najświętszej Maryi Panny.
Tak liczne tłumy gapiów zebrał potem jedynie papież – Polak podczas swej pierwszej pielgrzymki w 1979 roku.

Po balu siostra odsypiała, a mojej Mamusi obciach pozostał. Moja rodzina prowadziła wtedy piekarnię „Leon Gadzinowski” na Ogrodowej 48. Tatuś piekł chleb najlepszy na świecie, a Mamusia go sprzedawała. Z naszą pomocą.
Po balu co druga klientka podczas zakupów hejtowała Mamusię za prowadzenie się siostry z Murzynem.

Na próżno Mamusia wyjaśniała, że ów Murzyn tak naprawdę nie był prawdziwym Murzynem, tylko Mulatem. Czyli aż pół Białym i tylko pół Murzynem. Wzorowym studentem warszawskiej uczelni z Kuby.
Ówczesna sąsiedzka opinia publiczna zgodnie orzekła, że tym Murzynem siostra przekroczyła przekroczyła wszelkie granice przyzwoitości. Dziwiąc się, jak mogła z Murzynem cały bal wytrzymać.

Niestety po balu Murzyn wrócił do Warszawy, by dalej studiować w tradycyjnie gościnnej Polsce. Nie miałem szansy zapytać go udało mu się znieść cały bal z moją siostrą. I nie mam szans, bo w pamięci rodzinnej jego personalia nie utrwaliły się.
Pozostał Murzynem.

Gitarą, piórem, szukaniem

Drugi raz Murzynów na żywo widziałem w 1976 roku w Świnoujściu. Tam podczas festiwalu FAMA zjeżdżali się artystycznie uzdolnieni polscy studenci.
Podczas włóczenia się po mieście trafiliśmy do internatu Zasadniczej Szkoły Rybackiej. Były wakacje, zastaliśmy tam jedynie czarnoskórych chłopaków z Angoli.

Zauważyli gitarę naszego kolegi, przynieśli swoje. Zaczęli nam śpiewać zasady polskiej gramatyki przerobione przez nich na rytmiczną piosenkę. Niekończąca się, bo reguły polskiej gramatyki są długie i pełne niespodzianek.
Zauważyliśmy, że oni śpiewająco znają polską gramatykę. Lepiej niż niejeden zdeklarowany Polak-patriota. Gdyby Polacy więcej śpiewali afrykańskich rytmów pewnie lepiej mówiliby po polsku.

Podczas studiów mieszkałem w warszawskim akademiku „Na Żwirkach”. Królował tam Sudańczyk o ksywce Staś. Był najskuteczniejszym playboyem. Dziewczyny ustawiały się w kolejce do niego. To nie dziwiło wtedy, bo w gospodarce niedoboru, podobne kolejki były po wszystko co deficytowe. Pralki, lodówki, komplety mebli, i Stasia też.

Muszę przypomnieć, że czarnoskóry Staś nie był rasistą. Spotykał się nie tylko z białymi Polkami, także ze śniadymi koleżankami z Ekwadoru, z uczestniczkami wielonarodowej delegacji radzieckiej. Nawet ze studentami z NRD, które były przez patriotycznych Polaków pogardzane jako Niemki gorszego sortu i towarzysko bojkotowane. W przeciwieństwie do pożądanych Niemek z RFN.

Nie był też Staś homoseksualistą, zatem nie było mowy o jakimś moralnym zgorszeniu.
Niestety mieliśmy wtedy kooperację z uniwersytetem w Helsinkach. Raz przypłynęła do nas delegacja Finek. Staś zrobił swoje. Kilka miesięcy potem wsiadł na prom.
Pozostałą po nim wyrwę, studenci Polacy nie byli już w stanie, nawet zbiorowo, zasypać.

Sto lat za

Od 1979 do 1982 w studenckie wakacje pracowałem na czarno. Czyli nielegalnie w Belgii, Holandii, Francji, Wielkiej Brytanii.
Mieszkałem tam w tanich dzielnicach, gdzie polscy biali byli „nielegalnymi migrantami”.

Czułem się zakompleksiony, bo ci czarni, a nawet „ciapaci”, znali więcej i lepiej zachodnich języków niż polska brać. Lepiej kładli tapety, znali nowoczesną hydraulikę, zachodnie radia i telewizory potrafili naprawić.
Jedyne czego nie umieli, to wyrecytować „Redutę Ordona” z pamięci.

Byli też wtedy lepiej od Polaków zorganizowani. Mogli liczyć na pomoc w znalezieniu pracy, wsparcie środowiskowe w razie wypadku lub innych kłopotów.
Ówcześni czarno pracujący Polacy zdobyte adresy miejsc pracy chomikowali na zasadzie „psa ogrodnika”. Nie dzielili się jedzeniem z rodakami, nie wspierali ich, mogli jedynie pożyczyć pieniądze na procent.

W Londynie pracowałem jako akwizytor. Biegałem po piętrach bloków i wciskałem usługę „Portret foto”. Czyli zrobienie zdjęcia portretowego oprawionego na bogato w ramkę. Miałem taką demonstracyjną ramkę.
Z jednej strony był foto portret „typowej angielskiej rodziny”. Kark, blondyna, trójka dzieci o twarzach nieskażonych myśleniem. Na drugiej był portret słodziaka. Murzynka z afro fryzurą.

Jeśli drzwi otworzył mi biały, to zachęcałem do usługi wizerunkiem „angielskiej rodziny”.
Jeśli nie biały, to wabiłem Murzynkiem. Słodziak był skuteczniejszy od wizerunku białej rodziny.

W Ghanie spędziłem ponad miesiąc. Poza klimatyzowanymi hotelami, luksusowymi autokarami, eleganckimi terenowcami. Bywałem w miasteczkach, gdzie budziłem zdumienie jak tamten Kubańczyk w mojej Częstochowie.
Cudzoziemiec skaryfikowany kolorem skóry. Zwany często „obroni”. Co tłumaczone jest jako „biały” lub „cudzoziemiec”. Poprawność polityczna nie pozwala przypomnieć, że pochodzi ono od „baro nipa”, co znaczy „złą osobę”.

W Ghanie często musiałem wyjaśniać, że „obroni” są różni. Wielonarodowi, z różnych państw. Mój zięć z Republiki Irlandii zawsze tak tam się przedstawiał: „Jestem Irlandczykiem. My też byliśmy angielską kolonią”.

Polska była tam czasem kojarzona z państwem gościnnym dla afrykańskich studentów.
W miejscowych podręcznikach biologii zagościła „świnia rasy polskiej”. Topowy gatunek, komplement dla świni.

W Ghanie spotykałem miejscowych facetów uważających białe kobiety za wyjątkowo brzydkie. Odrażające wręcz, zwłaszcza kiedy po opalaniu się ich skóra nabiera czerwonej barwy. „Wyglądają jakby obdarto je ze skóry”, krzywili się.
Jeśli już seks z takimi, to tylko za pieniądze.

W polskich kabaretach popularny był szlagwort „My wam węgiel a wy nam banana”. Miał dowodzić wyższości cywilizacyjnej Polaków, którzy z musu lub litości sprzedają obcym poszukiwane na świecie „czarne, polskie złoto” za byle banany.
Takie murzyńskie kartofle. Czas pokazał, że banany dalej mają rynki zbytu i ekonomiczną przyszłość, a handel polskim „czarne złotem” jedynie obciąża budżet polskiego państwa.

Jest też popularne, samobiczujące się stwierdzenie: „W tym jesteśmy sto lat za murzynami”. Czyli na dnie dna.
Rzeczywiście wiele razy słyszałem Murzynów lepiej mówiących po polsku od polskich Polaków. Powszechnym jest, że czarnoskórzy znają więcej i lepiej zachodnich języków od tutejszych Polaków.

Podziwiamy czarnoskórych zawodników piłkarskich lig w Europie, czyli też w Polsce. I wszystkich innych cudzoziemców tam.
Pamiętam powszechny smutek żeńskiej połowy dwóch warszawskich akademików kiedy Staś z Sudanu wyemigrował do Finlandii.

Dlatego słysząc popularne dziś hasło „Polska dla Polaków”, słyszę tych polskich nieudaczników, którzy nie potrafią opanować śpiewająco polskiej gramatyki. Nie „umiom” i nie „rozumiom” obcych języków i kultur.
Nie mają charyzmy jak Staś sudańczyk.

Skowyt „Polska dla Polaków” to wezwanie do ustanowienia ceł zaporowych. Chroniących leni.
Bojących się, że przyjdzie Arab i ich zmuzułmani, zamiast cieszyć się, że będzie kogo nawrócić na katolicką wiarę.

I Murzynka też

W mojej świętej Częstochowie mieszka od lat wielbiona przez narodowych i katolickich Polaków Królowa Polski. Matka Boska Częstochowska.
Zwana „Czarną Madonną”, bo jest żydowską Felaszką z pochodzenia.

Tą moją wieloletnią sąsiadkę ukradł i przemycił z Ukrainy książę Władysław Opolczyk.
Zanim koronowano ją na Królową Polski była tu „nielegalną migrantką”.

PS. Więcej w Tygodnik NIE

Piotr Gadzinowski

Poprzedni

Trump spotka się z Putinem

Następny

Netanjahu kontynuuje czystkę. Świat tylko patrzy