
Mówi się, że generałowie planują przyszłe wojny wedle doświadczeń wynikających z ostatnio toczonej. Cywile swoje plany przetrwania przyszłej wojny planują podobnie.
Gdybym był młodszy nie musiałbym sobie tym głowy zawracać. Szybko dostałbym przydział mobilizacyjny, a o resztę armia by już zadbała.
Niestety wyrosłem już z wieku poborowego, nie zostanę nawet pisarzem w kwatermistrzostwie. Niedawno deklarowałem się ochotniczo na mechanizm kierujący w żywej torpedzie. Jak wujek Czesiek we wrześniu 39. Ale szans też już nie mam. Sztuczna inteligencja i tam mnie wyparła.
Nie mam też większych szans na planową ewakuację, czyli ucieczkę z Polski. Choć wiele internetowych poradników instruuje jak to sprawnie uczynić. Najczęściej radzą aby już teraz zabezpieczyć się przed wojennym ryzykiem na stałe wyprowadzając się z kraju. Bo w czasie wybuchu wojny będzie to o wiele trudniejsze. Jeden, nawet mały, dron widziany nad lotniskiem może odwołać wszystkie wyloty. Każdy prywatny samochód może zostać zarekwirowany przez wojsko. Zwłaszcza z szykownymi, błyszczącymi felgami. Uciekającym pozostaną konie i marszobiegi, jak we wrześniu 1939 roku.
Mnie też nie postawią, bo w razie wojny w Polsce, do Hiszpanii się nie wybieram się. Nie mam talentu Chopina aby byczyć się na Majorce. Nie chcę dumać na paryskim bruku, bo w mojej dzielnicy kostkę bauma zamienili na łąkę kwietną. Jestem z Polski i tu w proch się obrócę.
Profilaktycznie przejrzałem polecane mi przez obecną władzę działania, zwłaszcza wyposażenie mojego Plecaka Ewakuacyjnego. I z ulgą odetchnąłem.
Radio na baterię mam, bo kupiłem okazyjnie w Rydze jeszcze za czasów ZSRR. Latarki na baterie kupiłem u nas, w chińskim markecie. Wymagane posiadanie gwizdka też spełniam, bo byłem w kilku skansenach. Choć nadal nie wiem po co mi ten gwizdek w czasie wojny?
Zapas zapałek też mam, bo byłem niedawno w Muzeum Zapałek w rodzinnej Częstochowie. Polecam placówkę. Można zobaczyć jak zrobić zapałkę i kupić ich zapas po okazyjnej cenie. Otwieracz do kapslowanych butelek ,a także korkociąg, noszę zawsze ze sobą. Na zasadzie kto nosi, to się nie prosi. Nie straszne mi wyłączenie GPS, bo za młodych lat byłem harcerzem. Potrafię maszerować wedle kompasu i mapy, i bez mapy też. Jedną zapałką ognisko rozpalę. Albo świeczkę z posiadanego zapasu. Polecam te z Pierwszej Komunii. Palą się długo, jasnym płomieniem. W razie napadu do każdej dziury się schowam, bo grotołazem też byłem.
Niestety w zalecanym odgórnie Plecaku Ewakuacyjnym nie znalazłem wyposażenia umożliwiającego przetrwanie w czasie obcej okupacji. Nie wspomina się tam o niezbędnej dla przetrwania gotówce. Najlepiej dolarów USA w banknotach o różnych nominałach. Te drobne na zakup czarnorynkowej żywności. Wyprasowane setki na łapówki dla okupantów i rodzimych kolaborantów.
Na pewno przydadzą się do uzupełnienia Plecaka zaszyte w odzieży wyroby ze złota. Pierścionki, najlepiej te kupione podczas wycieczek do Turcji i ZSRR. Wyglądają solidnie. Warto mieć złote, lub złotopodobne, łańcuszki. Z krzyżykami, boskimi matkami, dłońmi Fatimy. Okupacyjne wojsko i rekiny czarnego rynku nie są religijnie ortodoksyjni. Wezmą wszystko co na złoto świeci. Bywają też wśród okupacyjnych wyzwolicieli kolekcjonerzy. Warto, obok zapasu świec i baterii, zgromadzić zapas zegarków na rękę.
W razie groźby bliskiego spotkania z agresorem warto zastosować kamuflaż. W 1939 roku paszport włoski albo szwajcarski dawał neutralność i bezpieczeństwo. W czasie zapowiadanej już wojny przebierzemy się z rodziną za Chińczyków. Zalejemy wrzątkiem azjatyckie zupki z kubków, sięgniemy po pałeczki. Intuicja podpowiada mi, że ten agresor Chińczyków nie ruszy.
I tak co nam obca przemoc wzięła, pałeczkami odbierzemy
PS. Więcej w Fakty Po Mitach









