Kapsułki pamięci

Szanujmy wspomnienia

Genialny literacko i pieprzny erotycznie (jak na owe czasy) „Dekameron” Giovanniego Boccaccio zbudowany jest na pomyśle zamknięcia, w czasie zarazy czyli epidemii wywołanej przez „morowe powietrze”, grona postaci, młodych pań i panów, w azylu i powierzenia im ról opowiadaczy, gawędziarzy, czy jak powiedzielibyśmy dziś – narratorów. Opowiadaczy z tzw. nudów, wywołanych przymusową izolacją. Pomieścił więc Boccaccio swoje panie i panów w kościele Santa Maria Novella we Florencji i kazał im snuć zajmujące historie. Ubrał to w barwną, intrygującą, zajmującą, dowcipną, a nade wszystkim pikantną formę, dając przy okazji rodzajową, do pewnego stopnia realistyczną panoramę życia XIV-wiecznej Italii. Oczywiście nawet nie próbuję łapać za nogi mistrza Boccaccio, ale zawsze uważałem, że mistrzów należy (oczywiście w granicach rozsądku i porządku konstytucyjnego) próbować naśladować. A że nasz czas obecny wymusił także na mnie (dobrowolną – spokojnie, to nie kwarantanna!) samoizolację w zaciszu domowym, a pierwsze cyfry mojego peselu to 57, więc jest co opowiadać. Ponadto od przeszło trzydziestu lat jestem dziennikarzem i publicystą zajmującym się życiem politycznym za pomocą opisu i komentarza (w „Trybunie”, ale m.in. także przez lata w nieistniejącym już miesięczniku „Dziś”). A że nasza gazeta jest tytułem z przyrodzenia politycznym, więc te wspominki będą osnute wokół wątków i postaci politycznych z przyległościami. Nie będą to żadne epopeje pamiętnikarskie, ale krótkie, lekkie wspominki, jak przy ognisku, obrazki, kapsułki pamięci właśnie, momentami nie pozbawione akcentów humorystycznych, a przy tym całkowicie bezpretensjonalne, uwzględniające moją świadomość miary rzeczy. Tym bardziej, że najczęściej byłem skromnym obserwatorem, a z rzadka tylko jeszcze skromniejszym uczestnikiem. „Szanujmy wspomnienia” – śpiewali „Skaldowie”. Tym bardziej, że wspomnienia mamy jak w banku (chyba, że pamięć zawiedzie), a perspektywy na przyszłość są, z różnych powodów, mgliste.
A teraz już ad rem. Pierwsza kapsułka. Był lipiec 1969 roku, a ja miałem 12 lat i mieszkałem w moim rodzinnym Lublinie, gdy po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłem, polityka, ba, postać historyczną. Tą postacią był Józef Cyrankiewicz, ówczesny premier rządu PRL. Pewnego dnia ojciec wziął mnie za oszewkę, zabierając na uroczystości 25 rocznicy wyzwolenia hitlerowskiego obozu koncentracyjnego na Majdanku. Znalazł się wśród zaproszonych jako były więzień, co prawda nie Majdanka, ale KL Buchenwald na terenie III Rzeszy, a przy tym jako członek ZBOWiD (w którym nota bene, jako były akowiec i syn legionisty oraz żołnierza POW, znalazł się w moim odczuciu jako skryty, choć nieprzesadnie groźny, reakcjonista). Uroczystości się rozpoczęły, dzień był pochmurny, deszczowy, pokaźny tłum przybyłych, kombatanci, rodziny, oficjele, goście poboczni, dziennikarze, fotoreporterzy orkiestra wojskowa, hymn i te rzeczy. Sami rozumiecie, że jako normalny, 12-letni szczeniak nie byłem zachwycony tą atrakcją. Jednak z perspektywy dziesięcioleci uważam, że trafiło mi się, jak ślepej kurze ziarno, ciekawe wspomnienie. Oto zaraz po otwarciu uroczystości ogłoszono, że „głos zabierze teraz Prezes Rady Ministrów, premier Józef Cyrankiewicz” (tak to dokładnie brzmiało). Stałem obok ojca, wśród szpaleru gości, odgrodzonych sznurem od centrum celebry. Cyrankiewicz, dotąd słabo widzialny, podniósł się z krzesła w honorowym rzędzie i przemówił do mikrofonu. Dzieliło nas od niego kilkanaście metrów. I oto, po przemówieniu, skierował się w naszą stronę i przeszedł wzdłuż naszego szpaleru, w odległości 2-3 metrów. Był ubrany w elegancki czarny płaszcz typu „dyplomatka”, cały czas z gołą głową. Uderzyła mnie jego płomieniście czerwona cera i lśniąca łysina, którą ocierał z potu kraciastą chustką. Uroczystość skończyła się, opuściliśmy teren byłego obozu i aleją Męczenników Majdanka ruszyliśmy w dół ku centrum miasta. W pewnej chwili, będąc w dużej już odległości od Majdanka, usłyszałem za plecami powtarzany głośno komunikat: „Proszę odsunąć się z drogi, bo jedzie premier” (dokładnie tak). Zobaczyłem radiowóz Milicji Obywatelskiej, szarą „warszawę” i wychylonego przez otwartą szybę milicjanta z megafonem, z paskiem czapki pod brodą. Po chwili pojawiła się elegancka, czarna limuzyna, która szybko i bezszelestnie „bzyknęła” mi przed oczami. W ułamku sekundy zobaczyłem raz jeszcze łysinę Józefa Cyrankiewicza.

W autobusie

Był schyłek czerwca 1989 roku, czyli niedługo po sławetnych wyborach parlamentarnych, które zakończyły rządy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i trwanie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Tego dnia wybrałem się na wycieczkę do stolicy. We wczesne, upalne popołudnie wskoczyłem, na przystanku nieopodal Belwederu, do huczącego jak traktor autobusu komunikacji miejskiej marki jelcz. Wskoczywszy zobaczyłem, że schodkami wejściowymi wspina się za mną, niezbornie, z wysiłkiem, trzymając się poręczy drżącymi rękami, jakiś mocno starszy, siwy, przygarbiony pan o haczykowatym nosie, w porządnym garniturze stalowego koloru. Mimo, że w autobusie było sporo pasażerów, nikt nie pospieszył mu z pomocą, choć ustąpiono mu miejsca. Ja też nie wyciągnąłem do niego pomocnej ręki, bo na jego widok cokolwiek oniemiałem. Poznałem bowiem, że jest to dobrze mi znany z fotografii w gazetach, książkach, z dawnej telewizji i z filmowych kronik dokumentalnych sam Zenon Kliszko, niegdyś druga, po Władysławie Gomułce, osoba w partii i państwie, uważany za głównego ideologa PZPR, a przy tym miłośnik twórczości Norwida. Na następnym przystanku, tuż przy Parku Ujazdowskim, Kliszko wysiadł, z podobną zresztą trudnością jak wsiadał i tyle go widziałem. Przez ułamek sekundy przeszła mi przez głowę myśl, by wysiąść za nim i zagadnąć go. Nie odważyłem się jednak, tym bardziej, że nieraz czytałem o jego porywczym charakterze, więc bałem się niechętnej i nieufnej reakcji. Kilka miesięcy później, 4 września 1989 roku, czyli w pierwszych dniach działania rządu Tadeusza Mazowieckiego, Zenon Kliszko zmarł.

Egzamin

Edwarda Gierka nigdy nie zobaczyłem na własne oczy, co wypomniał mi w formie przygany pułkownik K., oficer polityczny Studium Wojskowego w Lublinie, po wojnie żołnierz KBW. Było to podczas egzaminu z „wojska”, w czerwcu 1980 roku, który to egzamin oblałem z powodu kompletnej, durnie nonszalanckiej, szwejkowskiej ignorancji. Pułkownik K, szef komisji egzaminacyjnej, znajdował się, podobnie jak siedzący za stołem przykrytym zielonym suknem mundurowi, w stanie wskazującym na spożycie, co było zresztą tradycją, w której my, studenci, pokładaliśmy duże nadzieje. Zdemaskowawszy otchłań mojej ignorancji po zadaniu pytań praktycznych, pułkownik K. rzucił mi, być może prowokacyjne, być może ratunkowe, pytanie polityczne. Zapytał mnie mianowicie, czy pamiętam, co powiedział „przywódca naszego narodu, towarzysz Edward Gierek na spotkaniu z młodzieżą akademicką miasta Lublina we wrześniu 1979 roku?”. Moja odpowiedź była debilnie nonszalancka i bezczelna: „Niestety nie wiem, bo byłem wtedy na wakacjach”. Na to pułkownik K. zareagował stanowczym, wojskowym tonem: „Szkoda, że studenta nie było. Bo towarzysz Edward Gierek powiedział wtedy, cytuję: Młodzieży akademicka, ucz się, szanuj swoich nauczycieli i zdobywaj wiedzę dla dobra narodu, dla pomyślności i rozkwitu naszej ojczyzny, Polski Ludowej”. „Dziękuję studentowi” – dodał K na „pożegnanie z bronią”. Pomimo to wyszedłem z sali w doskonałym nastroju, z idiotycznym, optymistycznym przeświadczeniem, że mimo wszystko zdałem egzamin, uporczywie nazywany przez mnie „formalnością”. Po chwili jednak usłyszałem od porucznika K., życzliwego dowódcy mojej kompanii, bezlitosny wojskowy komunikat: „Panie Lubczyński, padł pan”. Egzamin poprawkowy zdałem pomyślnie w wakacje. To było moje jedyne i – trzeba przyznać – bardzo pośrednie spotkanie z Edwardem Gierkiem. Z własnej mojej winy.

Jak poznałem Cezarego Barykę

W „Karafce La Fontaine’a” Melchior Wańkowicz poświęcił prześmiewczy rozdział pisarzowi i publicyście Stanisławowi Strumph-Wojtkiewiczowi. Ten, jako młody dziennikarz obracał się wokół ważnych figur z kręgów polskiej wojennej emigracji politycznej i wojskowej na Zachodzie, m.in. przy generale Sikorskim. Wańkowicz obśmiał Strumpha jako mitomana, który w swoich książkach w sposób zupełnie fantazyjny miał podnosić swoją rangę jako protagonisty ważnych zdarzeń i patrona ważnych polityków oraz wojskowych w ważnych historycznie momentach. Wańkowicz nazwał go nawet „polskim baronem Műnchausenem”. Jednym z detali przywołanych przez Wańkowicza jest ten, w którym Wojtkiewicz napisał gdzieś, iż w postaci Cezarego Baryki z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego, którego poznał jako młody dziennikarz przy okazji wywiadu, rozpoznał później samego siebie. Uznał więc, że jest pierwowzorem głównego bohatera „Przedwiośnia”. Tak się złożyło, że gdy miałem dwanaście lat (1969), ojciec zabrał mnie, a był to maj, na jakiś kiermasz książki, w ramach Dni Oświaty Książki i Prasy, w niewielkim miasteczku na Lubelszczyźnie. Na kiermaszu tym Stanisław Strumph-Wojtkiewicz podpisywał swoją książkę „Gry wojenne”, o polskim udziale we francuskim Ruchu Oporu. Pamiętam, że podeszliśmy do stolika, przy którym siedział pisarz i ojciec poprosił go o dedykację imienną dla mnie. Została wpisana po pytaniu: „Jak masz na imię?”. Co prawda Wańkowicz drwił z Wojtkiewicza jako mitomana (nie mam pewności czy słusznie), który nałogowo i notorycznie podwyższał rangę swoich bezpośrednich kontaktów z wielkimi postaciami historycznymi (Mussolini, Rydz-Śmigły, Władysław Sikorski), to jednak postanowiłem trzymać się w cichości ducha korzystnej dla pisarza wersji. Jeśli bowiem istnieje choć ułamek promila, iż mogłem osobiście poznać człowieka, który był pierwowzorem Cezarego Baryki, to czemu tego nie uznać? W końcu człowiek nie na co dzień spotyka Cezarego Barykę. A poza tym, komu to może przeszkadzać?

Flaczki tygodnia

Faszysta czy cyniczny zakłamaniec?
Takie pytanie ciśnie się na usta po przeczytaniu wywiadu pana premiera Mateusza Morawieckiego dla niemieckiego dziennika „Die Welt”.

„Komunistyczni sędziowie szkolili swoich następców w latach 90. i tym samym kształtowali ich”, tak wyjaśniał niemieckim dziennikarzom, dlaczego rządzący obecnie PiS podporządkowywanie sobie sędziów, nazywa konieczną „dekomunizacją”. Podobną ponoć do niemieckiej „denazyfikacji” dokonanej po 1945 roku i „dekomunizacji” dokonanej po 1990 roku w byłej Niemieckiej Republice Demokratycznej.

W ten sposób pan premier, zwany też „Krzywoustym Pinokio”, stworzył nową, szkodliwą dla Polski grupę społeczną. Sędziów „szkolonych i kształtowanych przez komunistów”.
W Polsce żyje i pracuje wiele innych grup zawodowych, które mogły być „szkolone i kształtowane przez komunistów”. W czasie pracy i nauki w Polsce Ludowej oraz w III Rzecz[pospolitej. Mogą to być prokuratorzy. Wojskowi. Policjanci. Nauczyciele. Lekarze. Pielęgniarki. Piekarze. Aktorzy. Reżyserzy. Sadownicy. Dziennikarze nawet.
Każda z nich może zostać ogłoszona przez „Krzywoustego Pinokio” kolejnym wrogiem Dobrej Zmiany. I podana ustawowo represjom.

Martin Niemöller, niemiecki pastor luterański napisał taki wiersz w obozie w Dachau w 1942 roku.
„Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem. Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.”
Dlatego wszyscy obywatele Polski powinni popierać protesty represjonowanych „za komunizm” sędziów. Nawet uważający się za beneficjentów rządów PiS.

Głoszące konieczność „dekomunizacji” politycy PiS jednocześnie chętnie korzystają z usług byłych, prominentnych nawet członków PZPR. Czyli „komunistów” wedle ich nomenklatury.
Takim, byłym „komunistą” jest aktualny sędzia Sądu Najwyższego, były „komunistyczny” prokurator Stanisław Piotrowicz. Gwiazdami narodowo- katolickich, prorządowych mediów są: Marek Król były sekretarz KC PZPR czy Aleksandra Jakubowska też należąca do PZPR, była minister w postkomunistycznych rządach Oleksego, Cimoszewicza, Millera.
Lista byłych „komunistów” wśród elit wspierających PiS jest długa. Bo z „komunistami” w PiS jest jak z Żydami w hitlerowskiej Luftwaffe. Tam o tym kto jest Żydem decydował marszałek Hermann Goering. Dzisiaj kto jest „komunistą” w Polsce decyduje pan prezes Jarosław Kaczyński.

Promotorem doktoratu pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego był profesor Stanisław Ehrlich. Polski Żyd, pułkownik I Armii Wojska Polskiego, świetny prawnik. Ale „żydokomuna”, jak to teraz młodzież z PiS- u mawia. Ehrlich nie tylko „szkolił i kształtował” pana prezesa Jarosława. Dzięki jego protekcji pan prezydent Lech Kaczyński mógł obronić swój doktorat. I potem dostać tytuł belwederskiego „profesora”.

W Polsce nie mamy tak twardego i skutecznego nazizmu jaki był w hitlerowskich Niemczech. Mamy za to liczne totalitarne, zamordystyczne tęsknoty elit PiS. Pragnienie stworzenia autorytarnego państwa wzorowanego na sanacyjnej II Rzeczpospolitej. Do tej pory w Polsce totalitarne reżimy nie udawały się. Zatem obozów koncentracyjnych w IV Rzeczpospolitej pewnie nie będzie. Będą za to represje ekonomiczne wobec opozycji i środowisk niepopierających obecną władzę. Odsuwanie „nieswoich” od stanowisk, wyrzucanie ich z pracy, obniżanie im pensji i świadczeń emerytalnych. Wymiana dotychczasowych elit na elity współpracujące z PiS. Pod hasłem „dekomunizacji”.

„Ponadto polskie sądownictwo również nie działa wystarczająco skutecznie. Postępowania trwają zbyt długo. Nic dziwnego, że wielu polskich obywateli domaga się tutaj poprawy|”, powiedział też w wywiadzie dla „Die Welt” pan premier Morawiecki.
O dziwo, tym razem powiedział prawdę. Zapomniał jedynie dodać, że jego formacja polityczna rządzi już piąty rok i przez te lata nie zreformowała skutecznie sądownictwa. Jedynie zabałaganiła je. A podwładny pana premiera, pan minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro skutecznie zablokował awanse wszystkim młodym sędziom. Bo czeka aż wreszcie podporządkuje sobie sądownictwo. I wtedy będzie mógł awansować. Oczywiście tylko swoich sędziów.

O tym, że elity PiS „walczą o dobry wizerunek Polski” za granicą, słyszymy co chwila. Jak naprawdę ten wizerunek tworzą mogliśmy się przekonać kiedy, na zaproszenie Senatu RP, przybyła do Warszawy delegacja Komisji Weneckiej, działającej przy Radzie Europy.
Podobno Polacy, zwłaszcza w czasach „nieskażonych komunizmem”, słynęli z gościnności i dobrych manier. Jednak kiedy zjawili się goście z Rady Europy, to ani pani Marszałek Sejmu RP, ani żaden z ministrów rządu RP nie znalazł ani pięciu minut by, kurtuazyjnie przynajmniej, przywitać delegację Komisji na gościnnej, polskiej ziemi.
Kancelaria Sejmu RP, zarządzająca gmachem Sejmu i Senatu, nie udostępniła gościom Senatu pokoju na planowane spotkania, odmówiła też podstawienia samochodu do jej użytku. Nawet odpłatnie.
Gości z Rady Europy elity PiS potraktowały jak zadżumionych. Fakt, mogliby oni demokrację do Sejmu i Senatu przywlec.

Jedyną propozycją jaką otrzymała delegacja Komisji Weneckiej od elit PiS to zaproszenie do zwiedzenia „muzeum żołnierzy wyklętych”. Bo, jak zauważył pan minister Warchoł, „tam można zobaczyć okrucieństwa komunizmu i skutki braku rozliczenia sędziów”.
„Flaczki tygodnia” żałują, że znowu pan minister Warchoł okazał się nieskuteczny i nie doprowadził tam delegacji. Mieliby okazję zobaczyć jak może wyglądać przyszły efekt rządów PiS, jeśli nadal będą one trwały. Bo im więcej elity PiS mówią o „dekomunizacji” to tym bardziej ich propozycje zmian zbliżają się do dawnego, totalitarnego, stalinowskiego systemu zarządzania państwem.

Stalinizm w Polsce trwał osiem lat. Rządy PiS weszły w piąty rok.

Władze Iranu uznały zestrzelenie ukraińskiego samolotu za „błąd człowieka”. Niewykwalifikowanego wojskowo bojownika Gwardii Rewolucyjnej.
Czy zabicie irańskiego generała Miralema Sulejmaniego to też „błąd człowieka”?
Niewykwalifikowanego polityka wybranego na przywódcę mocarstwa ?
Błąd to, czy efekt systemu?

Księga Wyjścia (40)

Ballada o tym co warto.

Nie ma chyba lepszego uczucia, niż tuż po przebudzeniu zorientować się, że dzisiaj nie muszę robić NIC. Oczywiście jedynie po kilkumiesięcznej, ciężkiej harówce. Chociaż nawet gdy nie miałem pracy i byłem bez grosza, to w niedzielę i święta czułem się trochę lepiej.
Po prostu czułem się tak samo jak miliony innych ludzi, którzy mają wolne, a nie jak wyrzutek społeczny – odszczepieniec, a takie uczucie dopadało mnie od poniedziałku do piątku. W weekend byłem jak inni, a w święta już zupełnie.
Tym razem było inaczej. Po blisko dwóch miesiącach ciężkiej pracy poczułem wreszcie błogość. Wróciły dawne pomysły, które odłożyłem na czas spisywania kominów. Po skończonej pracy przekazaliśmy kilka tysięcy wypełnionych ankiet. Zarobiliśmy z kumplem przyzwoicie, więc bardzo zadowoleni rozeszliśmy się w swoje strony. Tzn. Ja rozszedłem, bo u niego mieszkałem.
Pożegnaliśmy się i zabrawszy swoje manele ruszyłem na dworzec. Najpierw bilet do Warszawy, a drugi do Puław. Kupowałem w jednej kasie, zawsze to łatwiej. Tym razem okazało się, że wcale nie łatwiej. Owszem pani w okienku bilety sprzedała, ale oba na pociąg o tej samej godzinie. I to godzinie zakupu biletu. Do Warszawy dojechałem bez problemu, bo i tak jest ważny godzinę, ale w pociągu do Puław, już nie chcieli uznać tego bubla, dopiero gdy wyjąłem poprzedni bilet i pokazałem godziny sprzedaży, to mi odpuścili.
Ulice – nawet nie macie pojęcia jak ich nazwa może być istotna dla takiego ankietera. O ile ulica Baca jest ok, to już przy Królowej Marysieńki trafia szlag. Nazwy ulic powinny być jednosylabowe z wyłączeniem słowa „świerszcz”. Albo literowe, ułożone alfabetycznie czy też numeryczne. Mielibyśmy mniej bubli jak ten z Białegostoku, gdzie radni nazwali ulicę „ Obrońców Monte Casino”. Równie dobrze mogliby nazwać bohaterskich obrońców Berlina 1945 roku.
Ale to już za mną, jeśli pojawi się nowe zlecenie, to chętnie wezmę je ponownie. I będę klął długie nazwy ulic.
Gdy po perypetiach związanych z biletami i niemiłosiernym tłokiem na korytarzu, stałem jedną nogą w kiblu, bo i on był załadowany ludźmi, dotarłem pod blok.
Otworzyłem klatkę, a tu z podwójną siłą wodospadu, oberwałem w nos – smrodem, łamane przez zapach – świątecznych wypieków, wysmażeń, wygotowań, a najgorszy był – smród łamane przez zapach – kapusty. Wydawało mi się, że słyszę ten bulgot.
Jasna cholera – pomyślałem i jak nigdy, w kilka sekund dotarłem na czwarte piętro. Zamknąłem drzwi, otworzyłem okna i padłem spać. Drugiego dnia z rana, poleciałem kupić kadzidełka, mimo że jaram szlugi jak smok, to tego zabić się nie dało. Dwie paczki kadzidełek wystarczyły do południa. Poszedłem kupić kolejne i starego dobrego „Old Spica”. Wreszcie. Wreszcie dało się wytrzymać. Następnego dnia, z samego rana pojechałem do Lublina na moją stałą terapię.
Przy okazji dowiedziałem się, co słychać w świecie równoległym, kto żyje, kto już nie. Kto siedzi, a kogo wypuścili. To są zwykle barwne opowieści, ale obiecałem sobie już do nich nie wracać. W końcu to Księga wyjścia.
Udało mi się jakoś dotrwać w tych oparach – smrodu łamanego przez zapach – do przedświątecznego dnia zwanego w Polsce wigilią. I wtedy padłem spać.
Odsypiałem zaległe dwa miesiące. Obudziłem się dopiero po dwóch dniach, 26 grudnia, bo przyjechał do mnie mój młodszy syn. Zorientowałem się, że coś jest nie tak, gdy zobaczyłem, że zamknięte są wszystkie sklepy. Nawet mieliśmy kłopot żeby zamówić pizzę. Po wielu próbach jednak się udało. Syn spędził u mnie trochę więcej niż dobę, więc mogliśmy już dzień po świętach pójść sobie na zakupy.
Mówią, że to kobiety uwielbiają łazić po sklepach. Gówno prawda, biegaliśmy po wszystkich, które były otwarte i kupowaliśmy tylko niepotrzebne rzeczy. Było to tak: „potrzebne ci to?” – pytał mnie, albo ja jego – „nie, po cholerę” – padała odpowiedź i już ów przedmiot lądował w koszyku. Wiecie co, to były najlepsze święta jakie miałem w życiu. Mimo, że było już po świętach.
Teraz czekam – już sam – na nowy rok, a po nim mam pewne plany. Przede wszystkim wydam książkę, będzie to drugie wydanie „Z dna i opowiadania”. Czyli wszystkie teksty które publikowałem na fb, w DT, na różnych portalach, ale i do szuflady. To będzie gruba książka, ale taki jest cel. Potem dokończymy sprawy spółdzielni wydawniczej i tak pewnie zleci do końca lutego. A wtedy być może znowu założę wygodne buty, na szyi powieszę identyfikator i trawestując Stachurę:
Jutro raniutko jak ten szczygieł Wstanę, umyje się, zagwiżdżę I zejdę w doliny zaludnione Kominów szukać i cicho spaloną oponę. Jak los, będę pukał do twych drzwi Aż wreszcie otworzysz mi ty I powiesz, że ten dym, to nie my To sąsiad bardzo groźny i zły
Jeśli będę miał dobry humor, to wpiszę, że ogrzewacie geotermią, fotovoltaiką i panelami, mimo, że chatka ma pięćdziesiąt metrów. A potem wywalą mnie z roboty, bo i tak cala gmina wie kto pali oponami w piecach. Zresztą, i tak zwykle oponami palą ci, którzy mieszkają przy głównej drodze. Tam są wiecznie korki i ludziom dętki strzelają. Zostawiają je więc na ulicy, a te ponoć rozkładają się długo i nikt ich nie sprząta. Tacy spalacze dętek czy opon są bardzo pożyteczni. Ale nie mnie to oceniać, ja mam tylko wpisać w rubryki co kto mówi.
Raz mi jeden facet powiedział „dziewieć tysięcy” gdy zapytałem ile rocznie płaci za ogrzewanie. Wydało mi się to dziwne, bo dom mu się walił i co najwyżej korzystał z jednego pokoju. Zapisałem co powiedział i zadałem następne pytanie, a ten znowu „dziewieć tysięcy” to już mnie bardzo zdziwiło, bo pytałem ile osób mieszka, gdy tak samo odpowiedział jak zapytałem o metraż, to odłożyłem teczkę i zacząłem mu się przyglądać. Mały, niepozorny, zezowaty gość, skakał przede mną i wciąż powtarzał „dziewięć tysięcy”. Przytrzymałem go za ramiona i zapytałem – „Jakie dziewięć tysięcy” – „ no jak to, te co Kulaskowi brakuje”. Wtedy skojarzyłem, że facet był wściekły na jednego z posłów, który powiedział, że dziewięć tysięcy, to niewysoka pensja.
Zarobiłem znacznie mniej, ale i tak jestem zadowolony. Może to dlatego, że nigdy nie pracuję dla pieniędzy? Jak zapłacą – fajnie, jak nie, a praca mi odpowiada, to też ok. Ale tylko ja tak mam, bo robię i pracuję gdzie chcę. Na opłaty i szlugi zawsze jakoś zarobię. Jeśli musiałbym utrzymać rodzinę, to byłoby inaczej. Wtedy zostałbym niewolnikiem systemu, który marzy o tym by zostać właścicielem niewolników. Czyli kapitalistą. Jedynie ci, którzy nie mają nic do stracenia i nic do zyskania, mogą pozwolić sobie na pełną wolność bez tych pieprzonych dziewięciu tysięcy.

 

Księga wyjścia (39)

Ballada o zimnym Kole.

Mam nadzieję, że konduktorowi nie będzie się chciało sprawdzać biletu – pomyślałem gdy wreszcie podjechał odpowiedni skład. Jeździmy tą trasą codziennie i ponieważ mamy wykupione bilety miesięczne, to gdy trafi się znajomy konduktor, nawet ich nie sprawdza.
Wyłaniamy się zza zakrętu i za zakrętem znikamy. Trochę jak pociąg. Ten krótki odcinek pomiędzy, to całe nasze życie. Dokładnie tak myślałem, gdy jeszcze stałem zziębnięty, opakowany w kaptur, szalik, szczękając z zimna zębami i przestępując z nogi na nogę czekając jeszcze na peronie.
Czasami przeszedłem trzy kroki w jedną, licząc że filar osłoni, czasami kilka w drugą. Ale nic to nie dało. Nadal marzłem. W tej sytuacji najlepiej opuścić ciało i dać się ponieść wyobraźni. Celem jest droga. Szczęśliwi są jednak ci, którzy jej nie zgubią i nie pobłądzą w labiryncie wydeptanych wcześniej cudzych ścieżek. A przeklinają ci, którym zachciało się wydeptywać nowe, ale to oni zostaną zapamiętani.
Fajnie wyjść od razu zza tego zakrętu i trafić na właściwą przypisaną sobie trasę i trzymać się jej do samego końca. Najlepiej gdy jest prosta i mało skomplikowana. Przechodzimy i niezauważenie znikamy. Ot szkoła, studia, rodzina, wnuki, piach.
Tylko cholera czasami ciekawość świata każe nam zejść z wyznaczonego przez pokolenia szlaku, by zobaczyć i dotknąć nieznanego. No i niektórzy schodzą, inni jeszcze powybijają po drodze szyby w oknach. Tych też się pamięta.
Zawsze mnie coś podkusi by skręcić. Mimo, że robiłem to wiele razy, to zawsze mam problem, by wrócić na prostą. Mam bardzo kiepską orientację w terenie, a w przestrzeni życiowej jeszcze gorszą. Dlatego jest to dla mnie niezmiernie trudne, tym bardziej, że od bocznych odchodzą kolejne, niektóre ślepe, a niektóre całkiem fajne i ciekawe. Dosyć metaforycznie zacząłem, ale wszystko przez pewien przystanek. Konkretnie przystanek kolejowy na warszawskim Kole.
Było już dosyć późno gdy wracaliśmy ze spisywania kominów. Niekiedy los, zwany w Warszawie i okolicach transportem publicznym – czyli popularny ZTM, rzuci nas na egzotyczny przystanek Kolei Mazowieckich i równie popularnych SKMek. Jednym z nich jest dworzec Koło.
Peron na Kole zrobili na dosyć wysokim nasypie. Odgrodzony siatką od osiedli jest czymś w rodzaju naziemnego metra z wiecznym przeciągiem. Wieje z każdej strony. Nawet pionowo w obu kierunkach. O ile w dzień temperatura nie była jeszcze tragiczna, to po zmroku zrobiło się znacznie chłodniej, a na przystankowym wale, doszedł do tego przenikliwy wiatr z paskudną mżawką. Zdecydowanie tym razem los rzucił mnie na złą drogę pomyślałem, gdy zatrzymywały się kolejne SKMki, ale zupełnie nam niepasujące. Czekając na właściwy pociąg opatuliłem się wszystkimi kapturami i przestępując z nogi na nogę wyobrażałem sobie cokolwiek, by tylko nie myśleć o zimnie.
Miałem nieodpartą ochotę wsiąść do jakiegokolwiek składu, żeby chociaż się zagrzać. Nieważne gdzie, zawsze gdzieś bym wysiadł, bo do właściwego pociągu mieliśmy może kwadrans, a dla zmarzniętego człowieka to wieczność. Dlatego by nie myśleć o zimnie i wciąż jeszcze będąc w drodze przerobiłem ją w myślach na drogę życia. Zacząłem zastanawiać się gdzie szukać tej właściwej.
Na tę wymarzoną nigdy nie trafię, ale i te pomniejsze bywają ciekawe. Ta wymarzona zaczyna się horyzontem i horyzontem kończy. Przemierzam ją własnym tempem, a gdy mam ochotę kładę się na poboczu. Gdy zacząłem wyobrażać sobie niebo i jego układ chmur, w tym momencie megafony oznajmiły, że na peron wjedzie nasz pociąg. Zdziwiło mnie, że był prawie pusty. Pora powrotów z pracy i zazwyczaj wracamy w okrutnym ścisku. Gdy tylko wsiadłem poczułem uderzenie gorąca. Po usadowieniu się już na miejscu momentalnie zapadłem w drzemkę. Przez sen podałem bilet konduktorowi, pamiętam że przemknęło mi przez głowę jak wygląda jego droga, i spałem dalej.
Kończymy pomału spisywać nasz rejon, być może po nowym roku znowu pojawi się kolejne zlecenie. Kończymy spisywać i dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że ta praca była najprawdziwszym reportażem wcieleniowym. Pod przykrywką felietonów, które rządzą się innymi prawami mogłem bezkarnie pisać co mi w duszy gra.
Zakończenie to też czas podsumowania. Pomiędzy pięciusetmetrowymi willami ogrzewanymi fotovoltaiką lub geotermią, niewielka pięćdziesięciometrowa waląca się chatka babci.
Przypomniało mi to pewną historię sprzed kilkunastu lat. Piłem wódkę z Kanadyjczykiem. Opowiadał o swoich wojażach po świecie. Gdy już miał dobrze w czubie doszedł do Ameryki Południowej. Już nie pamiętam jaki to był kraj. Facet był nim jednak zachwycony. Jedyne co mu przeszkadzało, to nieszczelne ogrodzenie przez które widział nędzę. Usiłował mi wyjaśnić swój dyskomfort, gdy jedząc na tarasie widział głodnych nędzarzy za płotem. Z jego punktu widzenia bieda psuła apetyt. Przeklinał hotel i biuro podróży, że mogli zrobić wyższe ogrodzenie. Bo jak to tak, płaci to chce w spokoju delektować się atrakcjami. A tu narażają go na niesmaczne widoki. To był cytat, bo facet cholernie mnie wkurzył. Był zdziwiony, że niezbyt ładnie go nazwałem i bez pożegnania wyszedłem.
Podobnie zapewne myśli cześć mieszkańców tych najbardziej wypasionych posesji. A może wkurza ich to, że starowinka wcale im nie zazdrości?
Tak czy inaczej złaziłem kawał terenu, o istnieniu którego zapomniałem. I wciąż widzę zestawienie twarzy uśmiechniętej staruszki, która nie ma płotu, pali drewnem i zaprasza na herbatę i surową minę właściciela drogiej posiadłości. Ta babcia wyglądała na szczęśliwą, czy on na starość też uraczy innych szczerym uśmiechem? Czy będzie podejrzewał każdego o niecne intencje. Człowiek niezdolny do podłości nie podejrzewa o podłość innych.
W szkole podstawowej wisiało w holu głównym takie hasło: „uczciwością i pracą ludzie się bogacą”. Staruszka nie miała grosza, ale wyglądała na szczęśliwą. Właściciel fotovoltaiki tak się skrył, że nawet satelitarne zdjęcia googla nie pokazują jego domu, tylko trawę z podjazdem. Dosyć zabawnie to wygląda i szczerze mówiąc gdybym miał szukać jakiegoś szubrawca, zacząłbym od takich właśnie domów, tych dziwnych miejsc, gdzie widać podjazd do niczego, a ze zdjęć ulicznych w takim miejscu jest plama.
Poczułem delikatne szturchnięcie. To kolega mnie obudził, żebym się zbierał bo wysiadamy. Do domu dotarłem już resztką sił.
Z powodu świąt kolejny odcinek pewnie będzie w numerze tuż po świątecznym. Ja wreszcie się wyśpię, a Wy odpoczniecie ode mnie. Do przeczytania po świętach.

Bigos tygodniowy

O Literackiej Nagrodzie Nobla dla Olgi Tokarczuk można czytać we wszelakich mediach obficie, ile dusza zapragnie, a i ja też pisałem. W bigosie zmieszczę jeden tylko wątek. Nienawiść i pogardę, z jaką polska prawica nacjonalistyczno-klerykalna przyjęła pierwszego od 1924 roku ( wtedy Władysław St. Reymont) Nobla dla polskiej powieściopisarki. A szczególnie haniebne jest to, że hasło do tego dał pożal się boże, obecny minister kultury.

Wybuchła afera z Polską Fundacja Narodową. To kompromitacja kolejnej (po Najwyższej Izbie Kontroli – afera Banasia) oficjalnej instytucji. W tym przypadku powołanej przez władzę PiS i do tego bardzo zasobnej. Dla mnie ten były szef FN, niejaki Świrski, od początku mi – jak mówił Max Baum z „Ziemi Obiecanej” noblisty Reymonta – „na milę pachniał szachrajem. W tle afery – Macierewicz i jego młodzi minionowie (z franc. les mignons – pupile, faworyci). Tak nazywano erotycznych towarzyszy Henryka III, króla Francji, znanego też jako Henryk Walezy, król Polski.

Propisowskie do „Do rzeczy” donosi, że Przewodniczący Mało „jest załamany” sprawą Banasia, a ma też problem z „polskim Fouché” („o duszy demona i twarzy trupa” – to Wiktor Hugo) Kamińskim Mariuszem, koordynatorem służb specjalnych. Tymczasem mówi się o 15 wnioskach, które NIK (czyli Banaś) kieruje do prokuratury w związku z nadużyciami w sferze więziennictwa, co jest w pierwszym rzędzie uderzeniem w Jakiego Patryka, a w dalszej kolejności w całą rządzącą kamarylę. Profesor Antoni Dudek pisze o „zmierzchu PiS”, a jeden z prawicowych publicystów (konkretnie Łukasz Warzecha, jeden z tych co wybili się na publicystyczną niepodległość od bazy) powiada, że – paradoksalnie – Banaś może okazać się najbardziej niepodległym i bezpardonowym (w efektach działania, nie w motywacjach) prezesem NIK.

Sąd Najwyższy zawyrokował, że Izba Dyscyplinarna tegoż nie jest niezależnym sądem, ale grupą pisowskich funkcjonariuszy. PiS unosi się świętym oburzeniem i woła o pomstę do nieba. W telewizyjnym programie „Studio Polska” Ogórek i Łęskiego, poseł Lewicy Andrzej Szejna zwrócił się wprost do sędziego Schaba Piotra, szefa tzw. Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, aby nie łamał prawa, bo może go w przyszłości za to czekać surowa odpowiedzialność. Schab ostentacyjnie się obraził. No to, jeśli Schabowi za mało, trzeba mu zadedykować wypowiedź I Prezes Sądu Najwyższego Małgorzaty Gersdorf, jego przełożonej (?), która zaapelowała do członków ID, aby wstrzymali się od orzekania.

Trwa rozważanie, czy pomnik Bitwy Warszawskiej 1920 roku ma mieć – jak chce pisowski satyryk Pietrzak Jan – kształt rozkraczonych nóg w kalesonach, okraczających nurt Wisły czy też zwykłego naziemnego łuku triumfalnego w okolicy placu Na Rozdrożu. Czy Pietrzak i zwolennicy jego pomysłu zastanowili się choć raz, jak organizowane byłyby obchody bitwy? Czy uczestnicy podpływaliby łajbami? I pod którą nogą, lewą czy prawą, składano by wieńce i wiązanki kwiatów?

Karczewski Stanisław, ex-marszałek Senatu, a obecnie wicemarszałek tej izby pracował jako lekarz, w czasie urlopu bezpłatnego wziętego w szpitalu na czas pełnienia mandatu senatora RP, dla idei za jedyne czterysta tysięcy złotych.

Niejaki Zaradkiewicz, wyjątkowo śliski typek, uzyskał z Ministerstwa Sprawiedliwości, a następnie udostępnił mediom listę sędziów mianowanych jeszcze w PRL. Ma to być piętno na nich ciążące, a lista zważywszy okoliczności ma cechy listy proskrypcyjnej. Nudzi się biedaczek w Sądzie Najwyższym, gdzie jest tzw. sędzią i z tych nudów zajmuje się głupotami za ciężkie pieniądze z naszych podatków.

Sąd w Lublinie przyznał obywatelowi z Białej Podlaskiej 4 tysiące złotych odszkodowania za haniebne zatrzymanie go w jego domu nad ranem po tym, jak ubrał pomnik Kaczora Martwego w koszulkę z napisem „Konstytucja”. Gołym okiem widać, że PiS nie da rady z sądami. W tej sytuacji pomysł Ziobra na ustawę, która pozwałaby więzieniem karać sędziów za zachowania nieprawomyślne wobec PiS to tylko już forma bezsilnego wrzasku czystego histeryka, tupanie nóżkami w bezsilnej złości. Ze wszystkich funków obecnej władzy ten właśnie człowiek najbardziej zasłużył na solidną odsiadkę. To szkodnik być może większy od Kaczora. Przy nim głupkowaci eksmarszałkowie Izb: Kuchciński i Karczewski to niewinne blotki.

Posłanka Jagna Marczułajtis zwróciła uwagę, że za pośrednictwem sekretariatu Kancelarii Sejmu dostęp do poselskich skrzynek meblowych ma sekretariat jakiejś głupawej Krucjaty Różańcowej, która kieruje zaproszenia na jakieś głupkowate modły.

Żałosny DD (Duduś-Dewot) najpierw – wybałuszając swoim zwyczajem gałki oczne, jakby trzymały się na szypułkach – wydzierał się na sędziów „komunistów i postkomunistów, którzy mają zniknąć”, po czym jak gdyby nigdy nic mianował Piotrowicza Stanisława tzw. sędzią tzw. Trybunału Konstytucyjnego. W moim dzieciństwie śpiewano piosneczkę: „Duduś, Duduś, tylko mnie nie uduś, bo jak mnie udusisz, to pochować musisz”.

W Platformie odbyła się debata kandydatów na kandydata na prezydenta. Debata była słaba, Małgorzata Kidawa Błońska jest dystyngowana, ale mało porywająca i słaba retorycznie. „Pistolet” Jacek Jaśkowiak też był dość nijaki. O szansach powodzenia Szymona Hołowni trudno jeszcze coś powiedzieć.

Niejaki Kraszewski, radny PiS z Puław, pisowski bęcwał i nieuk zawnioskował, by zdemontować tamtejszy pomnik Ludwika Waryńskiego (1856-1889), absolwenta tamtejszego instytutu weterynaryjnego. Bęcwał motywuje to tym, że Waryński, wybitny ideolog i działacz polskiego ruchu socjalistycznego, postać szlachetna, zmarły w więzieniu w carskim Szlisselburgu, był przeciwnikiem polskiego państwa narodowego i chciał państwa robotników i chłopów” Bigos tygodniowy Bigos tygodniowy.

Księga wyjścia (37)

Ballada na wiejskich rozłogach.

Zawsze lubiłem jeździć pociągiem. Ten sentyment został mi jeszcze z dzieciństwa. Przez okna widać akurat ten kawałek świata, który trudno dojrzeć, gdy już się wysiądzie na stacji i zwiedza miasto w sposób konwencjonalny. To już ostatnie takie miejsca, gdzie można się zaszyć i poczuć namiastkę dawnej głuszy. Z rzadka jakieś domki, gdzie dominuje biedniejsza zabudowa – bo to przy torach – krajobrazy, które trudno uświadczyć z innej perspektywy. Dzięki spisywaniu kominów mam okazję dwa razy dziennie przejechać się tym sentymentalnym – choć nowoczesnym – środkiem komunikacji publicznej. Codziennie rano wsiadam do jednego z nich na trasie Kolei Mazowieckich i jeśli nie ma tłoku to zatapiam w myślach, i gapiąc w okno przywołuję wspomnienia z jazdy pociągami dawniej i dziś. W zależności, którą miejscowość ankietujemy wysiadamy albo na dworcu centralnym, albo gdańskim. Z gdańskiego metrem do Młocin, a potem szukamy odpowiedniego autobusu. Z Centralnego wygląda to trochę inaczej, Czasami zabiera nas koleżanka, która w wolnych chwilach również spisuje z nami kominy, a jeśli nie może to szukamy autobusu jadącego w odpowiednim dla nas kierunku. Przy centralnym jest pętla z której widać, częściowo już przysłonięty Pałac Kultury. Za każdym razem klnę w myślach tych wszystkich, którzy mieli pomysł by go zburzyć, albo zasłonić nowoczesnymi biurowcami. Z jednej – północno zachodniej strony nawet im się to udało. Od strony centralnego widać jedynie jego część i to właśnie ze wspomnianej pętli autobusowej. Zastanawiam się skąd w ludziach wzięły się te pomysły by go zniszczyć. Budynek ten tak wkomponował się w krajobraz miasta, że bez przesady można powiedzieć, że jest to „Wieża Eiffla Warszawy”. Paryż też miał problem ze wspomnianą budowlą, był to projekt wybudowany na wystawę światową i miał stać tam jedynie 20 lat. Podobno wtedy szpecił miasto, ale teraz stolica Francji bez tej wieży nie byłaby już Paryżem. W każdym razie chyba nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie tego miasta nie przywołując jej w myślach.
Tak samo jest z Warszawą i jej PKiNem. Za każdym razem gdy tam stoję nie potrafię myśleć o niczym innym. Powrót wygląda podobnie, tylko zamiast zatapiać się w sobie, marzę o jak najszybszym dotarciu do domu i gorącej herbacie. Zwykle po całodziennym przemarznięciu przysypiam już w ciepłym pociągu, by autentycznie po powrocie paść natychmiast zasypiając. Wracając jednak do pracy. Im dalej w las tym trudniej o drewno – pomyślałem któregoś dnia rozpoczynając wędrówkę po podwarszawskich wioskach. Coraz rzadsza zabudowa, coraz trudniej trafić, dni krótkie, jakby urwane, a do tego przejmujący chłód. Z gęstej zabudowy przeszliśmy dalej, w rejony rolne. Czyli porozrzucane gospodarstwa do których prowadzi zwykle idealna droga. Idealna, ale tylko dla traktorów. Z tym urywającym dniem wcale nie przesadzam, nie miałem pojęcia, że proces zaciemnienia następuje tak szybko. Zdarzyło mi się kilka razy, że było zupełnie widno gdy udało mi się odnaleźć jakieś odległe gospodarstwo, a kilkanaście minut później, po wypełnieniu ankiety, gdy wracałem było już na tyle ciemno, że miałem kłopoty z trzymaniem się środka tej drogi. Bo środek jeszcze jest suchy. Nie były to jakieś dramatyczne sytuacje, ale utrzymanie po ciemku trajektorii marszu na dogodnym kursie środka trasy wymaga wprawy, lub niezłej gimnastyki. Mimo największej ostrożności, co chwilę stawiam nogę nie tam gdzie trzeba, słychać wówczas charakterystyczne pluśnięcie i moje głośne przekleństwa. Mimo tych niedogodności trudno nie poczuć się Stachurą, w głowie pojawiają się fragmenty „Siekierezady” czy „Całej jaskrawości”. Ale bywa, że zamiast siarczyście zakląć gdy wejdę na mokre, ze śmiechem mówię do siebie „cudne manowce” (również Stachura).
Wszystko zależy od nastroju. A nastrój od przeprowadzonej rozmowy. Bywają i miłe i mniej miłe. Ale jak na razie z chamstwem się nie spotkałem. O pracy ankietera napisałem już chyba prawie wszystko. Był to główny temat kilku poprzednich odcinków i postaram się już więcej nie robić z tego głównego tematu. Trudno jednak wyrwać się myślami, a co za tym idzie i pisania – z pracy, która przez ostatni miesiąc zdeterminowała w całości moje życie. I to dosłownie, od pobudki po wieczorny „zgon”, czyli moment, gdy już ledwo żywy wracam do domu.
Początkowo, przy gęstej – tej typowo podmiejskiej – zabudowie, przechodziłem od furtki do furtki i jeśli tylko się dało, to załatwiałem sprawę przez domofon, lub videofon, do którego wcześniej przystawiałem gminny identyfikator by monitor właściciela uwiarygodnił powód mojej wizyty. Potem był etap kontrastów, ale on też został już za nami. I wydawałoby się, że całkiem fajne zajęcie, stało się zwykłą, codzienną udręką. I pewnie tak by było, gdyby nie ciekawość i nastawienie. Traktuje tę pracę jako przygodę i chyba dzięki temu wytrzymuję. Dobrą stroną jest to, że kompletnie nie wiem co dzieje się na świecie, odciąłem się od wszelkich bieżących informacji. Po prostu nie mam czasu ich śledzić. I wiecie co. Wcale mi ich nie brakuje. O ile zawsze byłem na bieżąco, tak teraz jestem wśród ludzi, w centrum Polski, dwa razy dziennie spędzam trochę czasu w stolicy, a czuję się jakbym mieszkał w Bieszczadach. Czasami przeglądając w autobusie fejsbuka, docierają do mnie skrawki czyjegoś oburzenia na kogoś zachowanie. Ale gdy po raz kolejny widzę napis „dzban”, to już nie mam ochoty dociekać dalej co autor miał na myśli. Wracając jednak do pracy, o ile wcześniej wypisanie jednej ankiety zajmowało kilkanaście sekund, może pół minuty, czasami gdy trafił się rozmowny i ciekawy mieszkaniec to nawet rozmawialiśmy trochę dłużej, to teraz na jedną ankietę trzeba poświęcić przynajmniej dziesięć minut. I to w biegu. Nawet jeśli jest to główna ulica wioski, to i tak wszyscy są gdzieś w „obejściu” i zanim wywołają głowę rodziny, muszę spokojnie poczekać. Głowa rodziny często zajmuje się w tym czasie gołębiami. A gdy już przyjdzie to najpierw wypyta po co robimy te ankiety, tak by mógł wykombinować jaka odpowiedź będzie dla niego najlepsza. Wciąż jednak są momenty, które lubię. Rozmowy z niektórymi ludźmi i jazdę pociągiem o czym już wspomniałem. Do tego drugiego jeszcze wrócę jak nie w tym, to kolejnym felietonie, ale zatrzymam się chwilę przy ludziach. Wspomniałem wcześniej, że jest znacznie mniej kontrastów, nie oznacza to jednak, że ich nie ma. Pomiędzy gospodarstwami z prawdziwego zdarzenia, potrafi wyłonić się z kniei pojedyncza, stara jak świat chatka, taki zapomniany wiejski domek. Zobaczyłem pewnego dnia w oddali taki chatę, mocno leciwą, dwuizbowa chałupka, jeszcze w tej okolicy gdzieniegdzie się zdarzają. Zazwyczaj są one opuszczone, najczęściej wisi odrapany napis „na sprzedaż”. Bywa jednak, że czasami mieszka tam jeszcze mocno starsza kobieta – nadal nie trafiłem na samotnego dziadka. Tu jednak wykluczyłem to z góry. Już z daleka wyglądał na opuszczony. Wyraźnie widać było, że nie trzyma pionu, a ściany rozjeżdżają się na wszystkie strony. Było jeszcze dosyć widno, więc i ocena wydała mi się właściwa. Przystanąłem by wypełnić ankietę. Miejscowość, ulicę, numer domu – nie widać nawet tabliczki, czyli rzeczy oczywiste, chciałem już dopisać opuszczony, ale jednak natrętna ciekawość kazała mi podejść bliżej. Choćby po to, by sprawdzić czy faktycznie nie ma tej tabliczki, a może to ciekawość podsunęła mi ten pretekst. W pewnym momencie wydawało mi się, że z komina unosi się dym. Układ chmur był jednak na tyle przedziwny, że zwaliłam to na złudzenie. Jakąś anomalię. Zbieżność chmury i komina, trafiały mi się już kilka razy takie przypadki, więc nie byłem tym specjalnie zdziwiony. Chociaż to uroczy widok, to potrafi zmylić. Z dawnego płotu została już tylko równie pokrzywionych furtka. Tabliczki nie było i nie spodziewałem się tam zastać nikogo, a jeśli już to co najwyżej szukających schronienia bezdomnych. Tak po cichu trochę na to liczyłem, moglibyśmy zamienić kilka słów, które potem mógłbym opisać. Gdy już podszedłem pod drzwi, zobaczyłem wiszący w zadbanej doniczce kwiatek, kilka wiszących ozdób zupełnie niepasujących do miejsca. Całkiem ładny, widać że pielęgnowany – pomyślałem o kwiatku. Zapukałem delikatnie do drzwi w obawie, by nie wyleciały z wraz futryną. Ponieważ przez dłuższą chwilę nikt nie odpowiadał, krzyknąłem głośne „dzień dobry”. Po chwili, zza domku wyszła uśmiechnięta staruszka. Okazało się, że ten dom nie jest opuszczony, a właścicielka zajęta była układaniem drewna, które wcześniej sama sobie porąbała. Dopiero gdy usłyszała mój krzyk wyszła zobaczyć kto ją odwiedził. Nie pytałem o wiek, ale pewnie była blisko dziewięćdziesiątki. Ostatnim razem również trafiłem na kobietę, która miała 92 lata i w pelni logicznie, trzymając się tematu odpowiedziała na wszystkie moje pytania.
Tym razem też musiałem wyklepać formułkę ankietera, czyli czym pali czy chce modernizować dom itp, wypełniłem ankietę i nawet chwilę porozmawialiśmy. Mówiła, że ma dzieci, wnuki, a nawet kilkoro prawnuków. Opowiadała, że dzieci już na emeryturze, a wnuki dobrze sobie radzą. Są w Warszawie na „dobrych posadach”. Nie wiem czy to moja wyobraźnia, czy w jej oczach pojawiły się łzy. I jak zawsze, chętnie pogadałbym dłużej, ale ten cholerny czas poganiał. Spacerując tak po tych wiejskich rozłogach mam sporo czasu na myślenie, oczywiście głównym jego punktem jest to, by nie wpaść w kałużę, ale czasami zastanawiam czy za dziesięć, dwadzieścia albo i więcej lat naukowcy nie dojdą do wniosku, że jednak palenie drewnem jest najbardziej ekologiczne. Spalany gaz również wypuszcza do atmosfery całą masę trujących substancji. Bo, że nauka jest przewrotna wiedzą wszyscy, którzy śledzą jej arbitralne dyrektywy, coś mi się przypomniało o głośnej niedawno dziurze ozonowej. Jeszcze nie tak dawno wieszczono zagładę z tego powodu. No nic, może ją już załatali. Czas na mnie, już ledwo widzę litery. Postaram się już więcej nie zanudzać Was opowieściami z życia ankietera, ale jak będzie – zobaczymy Do przeczytania za tydzień

Bigos tygodniowy

Formalnie rzecz biorąc Francuzi bigosu nie znają, chyba że mają polskie żony. Nie znaczy to, ze nie jadają kapusty. Jadają, ale w postaci soupe de choux ( kapuśniak) oraz choucroute (kiełbasa z kiszoną kapustą). Nie jest to złe, ale bigos jest lepszy. Tym kulinarnym wstępem rozpoczynam okolicznościową, polsko-francuską tym razem porcję bigosu. Dodałem do niego nieco choucroute i soupe de chox – zobaczymy, co z tego wyjdzie.

W piątek na Pola Elizejskie zjechali się traktorami rolnicy. W sobotę przy Ecole Miltaire była demonstracja związkowców przeciwko bezrobociu. Trochę słabe to hasło, zwłaszcza że we Francji kłopotów bez liku. Wyraźnie słabną też „żółte kamizelki”. Nie mniej na 5 grudnia spodziewany jest strajk prawie generalny. Były tu czasy, kiedy słodycz „słodkiej Francji” docierała mocniej do poziomu świata pracy. Dziś niewiele po tym zostało, w słodkiej Francji dominuje gorycz i rozczarowanie. Widać to gołym okiem – po tym, jak skromnie, jeśli nie nędznie odziana jest znaczna cześć Paryżan, jak pustawe są pełne kiedyś kawiarnie i bary. Legendarny splendor Paryża jakby się gdzieś ulotnił i to nie od wczoraj. Nie jest to powrót do czasów „Nędzników” Wiktora Hugo, ale generalna pauperyzacja świata pracy jest ewidentna i naoczna. Po raz pierwszy widziałem Paryż w 1981 roku i różnica in minus jest wprost uderzająca. Inna sprawa, ze taki Paryż skromniejszy odbieram jako bardziej sympatyczny.

Za to bogaci są coraz bogatsi i to jest jest problem, który bardzo drażni nastawionych tradycyjnie bardzo egalitarnie Francuzów. Złośliwi mówią nawet o Francji, jako o „Związku Radzieckim, któremu się udało. Świat pracy bardzo drażni prezydent Macron. Gdy jako czterdziestolatek został wybrany, pisano o nim protekcjonalnie „kid” i serwowano niewybredne żarty z różnicy wieku miedzy nim, a jego żona. Teraz uchodzi za dyktatora, autokratę z ambicjami „cesarza Europy”. Bardzo nielubiana jest jego narracja, jego język – abstrakcyjny, intelektualny, hermetyczny, słabo zrozumiały przez przeciętnego Francuza. Słowem, jego język, styl retoryki uważany jest za nowomowę elity, która gardzi nie tylko ludem, ale nawet jego prostota. To odwrócenie polskiej sytuacji, gdzie władza szczyci się, że trafia do ludu, a elity piętnuje, jak zalecił Przewodniczący Mało.

W Polsce, jak czytam i słyszę w globalnej wiosce, inne problemy niż we Francji, ale te same co u nas zawsze, tradycyjne jak bigos. Nergal znów ścigany za obrazę uczuć religijnych. Macierewicz Antoni chce Katolickiego Państwa Narodu Polskiego. Nie wróżę mu powodzenia. ONR-owi też się nie udało. Z kim on to KPNP zrobi? Z młodym pokoleniem wychowanym na luziku, internecie i grach komputerowych? Wolne żarty. Pisowscy publicyści obudzili się u progu 2020 roku z krzykiem, że nie będzie pomnika bitwy warszawskiej 1920, czyli łuku triumfalnego nad Wisłą i znaleźli winnego – władze Warszawy, w tym Pawła Rabieja, który trochę tylko bardziej oględnie napisał, że wobec wielu ważniejszych potrzeb ten łuk potrzebny jest jak dziura w moście. Uznano to za oznakę braku polskiej duszy. Szanowni Państwo! Miejcie pretensje do władzy PiS. Przez cztery lata mieli nieskrepowaną większość i stawiali pomniki jakie i gdzie chcieli. Skoro dotąd nie wystawili łuku, to do nich miejcie pretensje, nie do Rabieja. Poza tym – był taki fajny łuk tęczowy na placu Zbawiciela. Po coście podjudzali do spalenia go? Byłby teraz jak znalazł. Francuzi są kompletnie inni. Oni nie wystawili pomnika nawet Wielkiej Rewolucji Francuskiej, choć ma ona w dziejach świata rangę pierwszorzędną. A co do publicystów pisowskich, to uśmiechają się przez łzy i robią dobrą minę do gorszej gry. Jeszcze wczesną wiosną pletli o szansie na 50 procentowy, czyli konstytucyjny wynik wyborczy PiS. Teraz przerzucili się na biadanie, że po drugich rządach PiS władze obejmie lewica. Popadają w skrajne nastroje, jak dzieci.

Z rzeczy poważniejszych. Sędzia Paweł Juszczyszyn z Olsztyna został zawieszony za to, że zażądał ujawnienia list poparcia dla członków neo-KRS. Ale sędziowie to betka, bo jest ich garstka. Bigos to będzie wtedy, jak większość przegranych z sadach, zwykli ludzie, ludu pisowskiego nie wyłączając, rzuca się kwestionować niekorzystne dla siebie wyroki. Przecież wiadomo, że każdy Polak ma się za niewinnego i skrzywdzonego. Wtedy dopiero PiS połapie się, jakiego bigosu nawarzył, jakiego potwora Frankensteina sobie ulepił. I wtedy dopiero Przewodniczący Mało rzuci Ziobrę na pożarcie. Na razie nie daje się rzucić na pożarcie Banaś, „pancerny Marian”. Będzie trwał dopóki się da. Banasiowi pecunia non olet, forsa się do niego klei, ma dar spotykania na ulicy akowców z kamienicą, jak tragarzy, a i skromna pensyjka prezesa NIK piechotą przecież nie chodzi.

PiS się rozmyśliło i zamierza zabrać Magdzie Biejat przewodnictwo sejmowej komisji rodziny. Cnotliwej zonie i matce dwójki dzieci, ale z lewicy. PiS-owi się taka nie ostoi. Ma ją zastąpić trzeciorzędna aktorka Chorosińska, nowa pisowska Maria Magdalena.

A lubelski Paruch nie jest już szefem Centrum Analiz Strategicznych. Uznano, że żaden z niego strateg, bo PiS przegrało Senat. Zastąpił go Maliszewski Norbert. Ma wystrategować wygraną Adriana.

Na polskich paszportach pojawiło się hasło „Bóg Honor Ojczyzna”. W sam raz dla Banasia i Banasiowej Republiki.

Bigos tygodniowy

Naprawdę świetne było wystąpienie Adriana Zandberga, w imieniu klubu Lewicy, po exposé Morawieckiego Mateusza. Przemówienie Zandberga było dobre do tego stopnia, że nawet prawicowi i propisowscy komentatorzy, politycy i publicyści nie kwestionują jego klasy, choć z kwaśną miną i półgębkiem próbują ją relatywizować. Po raz pierwszy od „niepamiętnych czasów” byliśmy świadkami sytuacji, w której opozycyjny mówca, patrząc w oczy szefowi rządu pisowskiego miał nad nim integralną przewagę. Ale wyrazy najwyższego uznania należą się jeszcze komuś – wicemarszałkowi Sejmu Włodzimierzowi Czarzastemu, za pierwszorzędną polityczną inteligencję i klasę, z jaką współprowadzi obóz Lewicy. Otóż Czarzasty, który sam jest bardzo dobrym, sugestywnym mówcą, mógłby, tak jak to jest powszechnie w zwyczaju u liderów partyjnych, uznać, że to jemu należy się prawo do wystąpienia w tej debacie. A jednak zostawił to zadanie Zandbergowi, bo doskonale wie, że, po pierwsze, on sam na trybunie sejmowej byłby, zwłaszcza w tej sytuacji (jako „komunista z krypty”, jak sam siebie autoironicznie określił i polityk „z przeszłością”) bardzo dogodnym celem ataków przeciwników i wrogów z prawej strony. Po drugie, świetnie wiedział, że choć sam jest dobrym retorem, to właśnie Adrian Zandberg dysponuje najbardziej potrzebną w momencie petardą, składającą się z takiej mieszanki, która zadziała najmocniej i będzie dla przeciwników i wrogów najtrudniejszą do odparcia. Czarzasty zachował się z klasą rzadką u polityków – zamiast infantylnego narcyzmu i grania personalnie na siebie, okazał umiejętność samoograniczenia osobistych ambicji w imię nadrzędnych celów. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, ja stary rep, poczułem chwilę dumę z klasy i inteligencji liderów Lewicy. Szczypałem się przy tym w policzek, by sprawdzić, czy to nie senne marzenie. Chapeux bas, Panowie!
*****
Słuchając exposé Morawieckiego Mateusza, staro-nowego premiera staro-nowego rządu PiS miałem wrażenie, że słucham egzotycznej mieszaniny elementów z jakichś „bajek robotów”, „gwiezdnych wojen”, megalomańskiej propagandy sukcesu oraz fantazji o polskim przodownictwie w postępie technologicznym i „najlepszym w Europie kraju do życia” – z ciasną frazeologią kleronacjonalistyczną, z wrzaskami w „obronie rodziny” przed „ideologią gender”. Ze zmieszania tych dwóch rodzajów mąki chleba jednak nie będzie. Za to ani słowa o aferze Banasia, o niejasnościach z swoim majątkiem, w tym z działką pod Wrocławiem i całym pakiecie pisowskich przestępstw przeciw państwu prawa.
*****
Rząd PiS okradł niepełnosprawnych, którzy nie są jego targetem politycznym, aby wypłacić trzynastą emeryturę emerytom, których znacząca część jest takim targetem. Generalnie zawsze należy sprzyjać poprawie bytu emerytów, tylko dlaczego akurat kosztem zbiorowości ludzi najbardziej pokrzywdzonych przez los?
*****
„Moralność nie istnieje, są tylko okoliczności” – mówił Vautrin do Rastignaca w „Ojcu Goriot” Balzaca. To, czy ktoś lub coś jest ideowo-politycznie po prawej czy lewej stronie, zależy tyleż od naszej oceny, ile od aktualnych okoliczności i położenia względem osi poglądów. Dajmy na to ja, lewicowiec, jeszcze cztery lata temu uważałem Platformę Obywatelską za prawolstwo, reakcję pełną gębą, jeżdżącą na rekolekcje pod Kraków do kardynała Dziwisza, mającą w swych szeregach ekstremistów ideologicznych nie gorszych niż „Konfederacja”, tyle tylko, że PO była mniej krzykliwa i agresywna niż PiS, była jak letnia, jak „ciamcialamcia”, jak mówił Roman Giertych. A dziś? Toż to prawie moi jednolitofrontowi sojusznicy ideowi, niemal centrolewica (taki żarcik). Podobny mechanizm przesuwania się frontów ideowych dotyczy także PiS. Weźmy jego relacje z „Konfederacją”. Konfederaci ostro napierają na PiS z prawej flanki i przesuwają je do centrum, jak stare pudło. Jeszcze dojdzie do tego, że siłą rzeczy i praw fizyki zepchną partię Przewodniczącego Mało na pozycje luksemburgizmu. Z innych pozycji napierają gowinowcy i ziobryści. Ci pierwsi nawet uwalili PiS-owi pierwszą ważną ustawę o zniesieniu 30-krotności składek na ZUS. Ach, jakiej to rozkoszy komfortowej władzy dało się użyć w minionej kadencji. Ale to se ne vrati.
*****
Pawłowicz i Piotrowicz w jednym domu stanęli, to jest w tzw. Trybunale Konstytucyjnym, jako sędziowie. Pochwały tych śmiesznych i strasznych figur wypowiadane z trybuny sejmowej brzmiały jak frazeologia charakterystyczna dla zjawiska „ketmana” opisanego przez Czesława Miłosza w „Zniewolonym umyśle”. Przy okazji tego tych głosowań dokonało się bezczelne, oburzające pisowskie przecherstwo, szwindel z powtórzeniem głosowania w obawie o wynik, które tym razem firmowała Witek Elżbieta, pisowska marszałkini Sejmu. Przewodniczący Mało uparł się tak bardzo przy Pawłowicz i Piotrowicz, wierni żołnierze PiS, bo wie że oboje będą wierni do końca bezgranicznie i że nawet przypiekani na wolnym ogniu przez siepaczy liberalnych i lewicowych – nie zdradzą. Co do innych ewentualnych kandydatów, nawet bliskich PiS, takiej pewności nie ma, co pokazuje casus sędziego Pszczółkowskiego i „bunt Wyrębaka” Jeśli do tego dodać głosy o niesnaskach między Przyłębską a „agentem Muszyńskim”, to nic dziwnego że Przewodniczący mało zaczął dmuchać nawet na ten zimny, a nawet zamrożony Trybunał. Zachowanie marszałkini Witek pokazuje, że w stary spór o wyższość między formą a treścią wypada rozstrzygnąć na rzecz tej drugiej. Kuchciński Marek, marszałek poprzedni reprezentował złą formą i złą treść w jednym. U Witkowej forma jest lepsza, ale treść okazała się podobnie licha.
*****
Zmarł arcybiskup Juliusz Paetz, miłośnik młodych ciał kleryckich. Ten, który przywoził im z Rzymu, Wiecznego Miasta, prezenciki w postaci czerwonych jak młode wiśnie męskich majtek z napisem „ROMA”, co kazał im czytać od tyłu, jako „AMOR”.
*****
Walka polityczna między PiS (któremu lekko spadło w sondażu) i „Konfederacją” (której lekko wzrosło, podobnie jak Lewicy) sięga coraz głębiej w historię. Grzegorz Braun zarzucił, że za biurkiem ministra kultury wisi portret Stanisława Kostki-Potockiego (1755-1821), „masona i postaci z piekła rodem”. Gliński Piotr bronił Kostki, ale niemrawo i bez przekonania. Ja bronię zdecydowania mego urodzonego także w Lublinie historycznego krajana, wielkiej postaci polskiego Oświecenia.

Księga wyjścia (35)

Ballada o kontrastach.

W związku z tym, że w poprzednim tygodniu nie było na łamach DT kolejnego felietonu z cyklu „Księga Wyjścia”, część jego treści poznali czytelnicy fb, ale wiem, że jest też spora grupa zwolenników tradycyjnych gazet i z reguły oni z tej platformy nie korzystają. Spróbuję w jakiś sposób połączyć te teksty, tak by czytelnicy tradycyjni poznali treść poprzedniego i użytkownicy fb także znaleźli coś nowego. Tym bardziej, że upłynął kolejny tydzień i zabrało się całkiem sporo nowych, wartych opisania historii.

W drodze do pracy. Pisane w pociągu

Kolejny tydzień pracuję jako ankieter. Trzy tygodnie zaowocowały czterema kluczowymi zauważeniami. Miejscowości ściśle przylegające do stolicy charakteryzują się bardzo bogatą architekturą. Te dalsze już bardziej mieszaną, z wydzielonymi enklawami i trzecie zauważenie to bieda domki takie między pięćdziesiąt, a sześćdziesiąt metrów, na równie mikroskopijnych działkach. Paradoks polega na tym, że taka chatynka wbita pomiędzy dwa ogromne i bogate domy, w miejscowości gdzie ceny gruntów przebiły skalę sufitu, tak naprawdę nie stanowią żadnej deweloperskiej wartości. Są zbyt małe, by postawić willę odzwierciedlającą bogactwo właściciela. Zazwyczaj żyją w nich starsze kobiety, naprawdę w tym przypadku statystyki nie kłamią, wszędzie mieszkała samotna babcia, ani razu nie trafiłem na mężczyznę. Ze względu na naprawdę niedużą wielkość tych działek, po śmierci leciwych mieszkańców, za niewielkie pieniądze, kupi to któryś z sąsiadów i będzie miał idealne miejsce na basen. Ostatnie z nietypowych zauważeń wprawiło mnie w zakłopotanie i refleksję. Jest to konkretny przypadek. Wśród domów klasy średniej wyższej, zauważyłem dosyć ładny, prawie nowy dom. Wykończony, widać, że kolor tynku w żywych jeszcze barwach, których nie pokrył brydny kurz i modna, ale skromna i nie ekstrawagancka architektura. Przy drzwiach wystawały ze ściany dwa grube przewody. Pomyślałem, że jeszcze wykańczają, a przewody zostały wyprowadzone, by powiesić tam jakąś lampę. Na ogromnej działce nic, prócz trawy, nawet jednego drzewka. Wniosek, dopiero zakończyli budowę i niedawno zamieszkali. Dom oddalony od furtki, ale właściciel krzątał się przy furtce. Na pytanie czym ogrzewa, powiedział, że drewnem, nawet mnie to nie zdziwiło, ponieważ spora część mieszkańców ogrzewających domy gazem, a posiadających również kominki sądzi, że o tym gazie mówić nie trzeba. Dopiero gdy dopytujemy okazuje się, że gaz jest ich głównym ogrzewaniem, natomiast kominek tylko okazjonalnie. A podają nam jedynie informację o drewnie myśląc, że wyłapujemy tylko te miejsca gdzie dymią kominy. Ale wracając. Ponieważ mężczyzna podał niewielką ilość zużywanego drewna, pewnym głosem powiedziałem – „to jeszcze gaz muszę zapisać”. Odpowiedź mnie powaliła. „Nie używam gazu, już mnie nie stać. Drewno dostaję od gminy i cała ogrzewana przestrzeń domu wynosi 25 mkw. Gdy zaczynałem budowę byłem całkiem zamożnym człowiekiem, zarabiałem naprawdę dobrze. Jednak już po zakończeniu budowy miałem wypadek, który wykluczył mnie z życia zawodowego. Teraz jestem na łasce pomocy społecznej i gminy. Jak pan widzi mam dom, ma on 140 mkw, ale pracując na zleceniach w momencie tragedii, zostaje się dziadem. Dom pewnie sprzedam” – podsumował nasz polski kapitalizm, jeszcze niedawny milioner.

Przesiadka. Pisane w metrze

Wbrew obawom, mieszkańcy tych naprawdę wypasionych willi, gdy tylko dowiedzieli się, że spisujemy piece i rodzaj ogrzewania, bardzo chętnie podawali wszelkie dane, zdawali sobie bowiem sprawę, że nawet jeśli sami mają ekologiczne ogrzewanie, to sąsiedzi nawet ci dalsi paląc „czymkolwiek” trują także ich i ich dzieci. W miejscowościach bardziej oddalonych, a zwłaszcza w ich starszych i biedniejszych częściach, ludzie nieufnie podchodzili do udzielania informacji. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że czegoś się boją. Nie sądzę jednak, że obawiali się tego, iż odkryjemy palenie śmieci, tylko nigdy dotychczas nic dobrego z tych spisów nie wynikało. Bo albo za PRL jakiś „domiar”, melioracja, nowa droga, która przetnie im i tak niewielką działkę, lub wzrost opłat za wywóz śmieci. Dlatego nie dziwiły mnie pytania, które zadawali. Pytali „po co, dla kogo, w jakim celu”. Akurat trafiliśmy na osiedle oddzielone lasem od głównej miejscowości i jak już wspomniałem poza jednym wydzielonym i ogrodzonym obszarem dla najzamożniejszych, były tam same leciwe domy sprzed 30, 40 a nawet i więcej lat. Pewnie kilka powojennych. Były m.in niedokończone tzw. „klocki polskie” i pięćdziesięciometrowe chatynki, w których nie tylko dach, ale i zewnętrzne ściany pokryte były papą, te zwykle były ogrzewane popularną niegdyś „kozą”. Gdy udało już się wyjaśnić w jakim celu zbieramy te informacje, często padało pytanie, zadane już miłym, lekko konfidencjonalnym tonem i zupełnie szczere – „a jak powiedzieć żeby było dobrze? Bo zameldowanych jest ośmioro, a mieszka nas piątka”, lub też odwrotnie „zameldowanych 16, a mieszka nas dwudziestka” – widać że uznali mnie za swojaka, lub wierzyli w szczerą, ludzką rozmowę. Nie sposób było wyjść z podziwu widząc niewielkie zabudowanie i stłoczone tam trzy czy cztery pokolenia wraz z rodzinami. Przypomniało mi się wtedy mieszkanie w bloku, w którym niegdyś mieszkałem i 20 metrowa kawalerka zasiedlona przez sześcioro mieszkańców – Matkę, syna z żoną i trójką dzieci. Przesiadka i biegiem żeby zdążyć na autobus. Pisane w autobusie: Po obejściu „ubogiej” części, co nie było łatwe. Leśna wcinka, która wydawała się ślepą dróżką z jedną chatą na końcu, nagle za drzewami się rozwidlał prowadząc do kolejnych domów. Zajęło nam więc to sporo więcej czasu niż zakładaliśmy i dodało do cholery i pracy i kilometrów. Po powrocie na główne ulice tych miejscowości czekały nas kolejne niespodzianki. Weszliśmy w świat skrajności, rażących kontrastów. Początek jeszcze w zabudowie z lat siedemdziesiątych. Z daleka jednak już widać gdzie zaczyna się najbogatsza część miejscowości. O ile te gierkowskie wille przylegały do chodnika oświetlonego starymi, betonowymi latarniami, to tuż przed pierwszym „nowopałacem” zaczęły się całkiem nowe wielopunktowe latarnie z wysięgnikami, tak by rozświetlić całą okolicę. Na ogromnych działkach zobaczyliśmy najrozmaitsze domy, które blaskiem włożonych w nie pieniędzy, przyćmiewały światła tych nowych ulicznych lampionów. Ludzie zwykle mili, tylko rozmowy bywały zabawne, bo jednocześnie odpowiadali nam i dyskutowali przez telefony. Podczas dnia niekiedy zastajemy pomoce domowe, lub rodziców właścicieli. Ale o tym później, bo czas wysiadać. Bo „Chodzonego czas zacząć”.

Pisane nocą

„Chodzonego czas zacząć”, starsi czytelnicy zapewne wiedzą o co chodzi, a młodszym wyjaśnię. Niegdyś tak zapowiadano polski taniec, czyli popularnego na studniówkach poloneza. Dawniej nazywano go po prostu „chodzonym”. Gdy dojedziemy na miejsce powtarzam sobie tę starą zapowiedź do utworu pt. „Pożegnanie ojczyzny” autorstwa Michała Ogińskiego. Upłynęły już dwa tygodnie od ostatniego felietonu, zdążyliśmy więc się już oddalić spory kawałek od miejscowości przylegającej bezpośrednio do stolicy. Trafiamy na coraz dziwniejsze anomalia adresowe, budowlane, ludzkie i osobowe. Ponieważ mamy ściągawki adresowe, to spis powinien zgadzać się z numeracją, którą dała nam gmina. Okazuje się jednak, że oprócz adresów podanych przez urząd, jest jeszcze kilka dodatkowych, lub kilku brakuje. Nowe nie wyglądają na samowolkę budowlana, bo są to budynki zarówno nowe jak i stare, widać że zamieszkałe, zasiedziałe niekiedy przez całe rodziny. O czym świadczą pozostawione przed drzwiami rowery dorosłych, rowerki dziecięce, zabawki i dużo obuwia wyjściowego. Poza tym na każdym z tych adresów „widm” wisi urzędowa tabliczka z adresem, nazwą miejscowosci i numerem. Bywają również przypadki, że w samym środku spisywanej ulicy, pomiędzy kolejnymi numerycznie mieszkaniami stoi dom, na widok którego zwykle stajemy jak wryci, to znaczy stawaliśmy. Nie chodzi o jakieś zjawisko architektoniczne, tylko tabliczka przy furtce informuje, że jest to adres ulicy z drugiego końca miejscowości. Gdy uda namówić się właściciela, by wyjaśnił tę anomalię to opowiada o jakiś lokalnych sporach o nazwy, wielokrotnych zmianach patronów, a co za tym idzie również numeracji. Na pytanie, że jednak jakiś porządek powinien być, zwykle odpowiadają podobnie. Przytoczę jedną taką odpowiedź, którą nawet sobie zapisałem: „Panie, co się władza zmieni, to ulice nam wymienia, przez jakiś czas miałem dokładnie ten sam adres co sąsiad naprzeciwko. Tutaj nie dziwcie się niczemu”. I faktycznie w jednej miejscowości zarówno ulica główna jak i jej odnogi nazywały się Generała Maczka. Dom narożny miał numer właściwy, np. 4, a reszta to było 4a, 4b, 4c aż do końca. Zwykle kończyło się na „G”, ale w innych miasteczkach dochodzi nawet do „O”. Bywają też domy, które doskonale funkcjonują na dwóch adresach. Z jednej strony numer od ulicy Andersa, z drugiej np. już Jabłoniowa. Różne ulice, różne numery, a poczta przychodzi raz pod jeden raz pod drugi. Nadawca ma więc wybór, bo adresat zawsze będzie ten sam. Wspomniałem wcześniej, że im dalej od zamożnych osiedli, tym drogi gorsze. O błocie i niedokończonych drogach pisał nie będę, ale zostawię to ku wyobraźni czytelnika. Zwłaszcza w słotne dni dają popalić. Niekiedy trudno przebrnąć krótki odcinek. Czasami jest powierzchowne i tylko brudzi podeszwy, ale zdarzają się takie, w które się zapadamy jak w bagno. Mam też kilka zauważeń kiedy najlepiej jest ankietować, a kiedy lepiej nie wychodzić z domu. Najlepiej w dni powszednie w okolicach południa. Wprawdzie są to godziny, podczas których ludzie zwykle pracują, ale wtedy ci, którzy są w domach bardzo ufnie nas witają i skrupulatnie odpowiadają na zadawane im pytania. Często trafiamy na kogoś w rodzaju pomocy domowej, lub rodziców właścicieli, którzy będąc już na emeryturze przyjechali popilnować wnuki podczas gdy ich dzieci pracują, by zarobić na spłatę kredytu zaciągniętego na ten dom. Ludzie ci zwykle znają odpowiedzi na nasze pytania, brali udział w inwestycji od samego początku, a i tak siłą rzeczy stali się tam stałymi, choć dojeżdżającymi mieszkańcami, a co jest najsmutniejsze również rodzicami dla swoich wnuków. Nic dziwnego, rodzice wyjeżdżają przed świtem, a wracają późno w nocy. Biorą po dwa etaty i zlecenia, by spłacić to zadłużenie bankowe wzięte na dom. Dziadkowie zazwyczaj też chętnie wdają się w rozmowę. Są bardziej otwarci. To zaleta pracy w tygodniu. Wadą jest to, że u bezdzietnych nikogo nie ma. Wtedy wracamy pod ten adres w niedzielę. Poza tym, że wszyscy są w domach – jedyna zaleta dni wolnych od pracy – to bardzo niechętnie i nieufnie podchodzą do rozmów. Są zdziwieni, że w niedzielę ktoś chodzi z ankietami i to na zlecenie gminy, wkurzeni, że przeszkadza w odpoczynku i zdezorientowani. Ostemplowany identyfikator na szyi, rozłożona teczka z blankietami, więc musi im się bardzo kotłować w głowie między drzwiami mieszkania, a furtką. Gdy już wyjaśnimy z czym i po co przychodzimy to czasami burkotliwie, czasami z pogardą, najczęściej jednak w sposób sympatyczny podają te dane. Gdy po raz pierwszy zaszedłem w niedzielę do pierwszego domu z naszego wykazu, zadzwoniłem wideofonem, powiedziałem że na zlecenie Urzędu Gminy spisujemy kto czym ogrzewa mieszkanie, to usłyszałem krzyk połączony ze zdziwieniem – „co, w niedzielę?!?! Dopiero spokojnie wytłumaczyłem, że byliśmy już tu dwukrotnie w ciągu tygodnia, a ponieważ nie udało nam się nikogo zastać, to musieliśmy specjalnie w niedzielę przyjechać. Już nie udawało się załatwić sprawy przez domofon. Prawie wszyscy wychodzili by obejrzeć identyfikator. Czasami powiedzą niby do siebie, że coś takiego każdy może sobie sam zrobić. Najgorzej było w niedzielę przed 11 listopada. Z warszawskiego Gocławia przeprowadziłem się do jednej z podwarszawskich miejscowości, w zasięgu Kolei Mazowieckich. Odległość jest trochę większa, ale czas dojazdu krótszy. Dodatkowym powodem było, że zamieszkałem u kolegi, z którym pracuję. Trochę rozpisałem się o ankietach, ale zdominowały one moje życie do tego stopnia, że jedyny dzień wolny wziąłem sobie w sobotę by pojechać do Lublina na cotygodniową terapię i dawkę substytucyjnego suboxonu. Nasz dzień wygląda następująco. Wstajemy między piątą a szóstą rano, żeby chociaż spokojnie zjeść śniadanie i wypić kawę. Kończymy wpisywać w ankiety brakujące dane takie jak numery działek. Zawsze coś na rano zostanie, a za chwilę dowiecie się dlaczego. Wychodzimy z domu między siódmą, a ósmą i po kilku przesiadkach po dziesiątej z minutami jesteśmy na miejscu. Jeśli autobus nie ma opóźnienia i uda się wstrzelić tak, by zbyt długo nie czekać. W skrajnym przypadku może to być nawet półtorej godziny. Ale jeśli nawet kwadranas to przy trzech przesiadkach daje to sporą obsuwę czasową. W drodze ustalamy kwadraty, którymi będziemy się poruszać i miejsca spotkań, by wymienić informacje. Koło piętnastej zwykle jesteśmy już ledwo żywi kończymy więc rozpoczęte ulice i okolo szesnastej szukamy gminnych autobusów, by dojechać do przystanku głównego z którego podobnym systemem wracamy. Powrót jest zwykle znacznie gorszy. Czekamy na autobus wielostrefowy, a bywa, że na niektórych liniach jeżdżą co pół a nawet co godzinę. Nie opłaca się wracać do ankietowanej wioski, by spisać jeszcze kilka domów, a poza tym ledwo już poruszamy nogami. Gdy dotrzemy do pierwszej warszawskiej pętli lub metra szukamy odpowiedniego transportu, który dowiezie nas na dworzec o odpowiedniej porze. Jeśli trafimy kilka minut przed pełną godziną, to udaje się złapać interesujący nas pociąg, jeśli dojedziemy minutę po, to czekamy na Dworcu Centralnym godzinę. I tak pomiędzy dziewiętnastą a dwudziestą jesteśmy w domu. Musimy jeszcze uzupełnić numery ewidencyjne działek, ale nigdy nie udaje się zrobić tego do końca, bo zwyczajnie zasypiamy. Więc jak już wspomniałem, kończymy to rano. Tak wygląda praca ankietera – którą wykonuję od trzech tygodni – ankietera spisującego czym ludzie ogrzewają mieszkania. Tak naprawdę w przypadku nałogowca jest to idealny rodzaj terapii. Jest trzecia w nocy. Jutro zrobię poprawki i wyślę tekst do redakcji. Do przeczytania za tydzień.