Na zakręcie

Niestety – obawiam się, że okres kampanii wyborczej kandydatów na prezydenta będzie sprzyjał dalszemu zaostrzeniu wymiany poglądów między zwolennikami i przeciwnikami obecnie łaskawie panującej władzy. Nasilą się zarzuty dotyczące przeszłości i osobiste wycieczki, poddające w wątpliwość walory intelektualne kontrkandydatów. Nie zabraknie także zwykłych, otwartych i ukrytych inwektyw. Sami kandydaci będą zapewne bardziej wstrzemięźliwi, ale ich sztaby i zwolennicy pokażą, co potrafią.

Będziemy świadkami zarówno czołobitnych deklaracji wierności, jak i nerwowych „dyskusji” na wiecach i spotkaniach, a także – co jest naszą wyjątkową specjalnością – na pogrzebach znanych osób. Mam nadzieję, że tej ostatniej okazji w okresie przedwyborczym nie będzie, ale przecież nie można tego wykluczyć.
Zmiana zachowań
W ostatnich latach, czyli za rządów Prawa i Sprawiedliwości, zauważyłem niekorzystną zmianę naszych zachowań i publicznego artykułowania poglądów. Różnice politycznych ocen zaczynają być zbyt osobiste, zmieniają się w prywatną nienawiść do tych, którzy są po drugiej stronie. Jestem daleki od twierdzenia, że to grozi wojną domową, albo w masowej skali przybierze objawy indywidualnej zemsty – w rodzaju tragicznego morderstwa prezydenta Adamowicza. Ale uważam, że będzie procentowało wzmożonymi zachowaniami świadczącymi zarówno o lekceważeniu osób o innych poglądach jak i o chamskich cechach charakteru, nieskutecznie przykrywanych zdobytym wykształceniem. A przy okazji także o braku zrozumienia zasad demokracji.
Klinicznym przykładem inicjującym przedwyborczy okres takich zachowań było przedarcie i wyrzucenie projektu uchwały sędziów sądu rejonowego w Olsztynie przez jego prezesa. To symbol czasu – wielokrotnie powtarzany przez telewizję. I słusznie powtarzany. Bo w demokracji każda grupa osób może się zebrać i podjąć uchwałę, prezentującą wspólne poglądy w dowolnych sprawach. Można się z nimi nie zgadzać. Ale nie można ich ostentacyjnie lekceważyć. Jeśli się tak postępuje, to posiadacze bardziej wyczulonych nosów mogą powiedzieć, że czują zapach odradzającego się faszyzmu.
Przy tej okazji przypomniały mi się zachowania niektórych ludzi w czasie pogrzebów ważnych polityków i generałów rządzących Polską w okresie PRLu. U wielu bezpośrednich obserwatorów i telewidzów budziły nie tylko niechęć, ale i zdziwienie. Zdziwienie, że można tak się zachowywać w ogóle przed kościołem i na cmentarzu – nawet, jeżeli uznaje się kogoś za osobistego wroga. W tym przypadku zresztą ta osobista wrogość występowała chyba w sporadycznych wypadkach. Zdecydowana większość krzyczących, plujących i machających transparentami na pewno nie znała zmarłych, a nawet nie żyła w okresie, w którym oni byli „trzymającymi władzę”. Tą manifestowaną nienawiść wynieśli więc albo z domu, albo ze szkoły, albo z kościoła. Gnębi mnie pytanie, – kto lub co spowodowało, że szlacheckie tradycje Polaków zmieniają się czasem w zwykłe chamstwo?
W sklerotycznej pamięci zaciera mi się wiele obrazów. Ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, iż nie widziałem takich zachowań ani w II RP, – czyli przed wojną – ani czasach PRL. Byłem z moim ojcem – jako niewyrośnięty chłopiec – na pogrzebie Piłsudskiego. Ojciec był oficerem II Brygady Legionów, więc uważał go za bohatera. Ale nie wpadał w euforię, odnosił się krytycznie do zamachu majowego, kazał mi pamiętać o liczbie jego ofiar (379) i o błędach rządów pomajowych. Wiele osób kontestowało ten pogrzeb, ale nikt nie zachowywał się w sposób przypominający „osiągnięcia” protestujących na pogrzebach w okresie III Rzeczpospolitej. Nikt też nie stosował zmasowanego hejtu. Wprawdzie stosowanie tego instrumentu walki politycznej nasiliło się dopiero po upowszechnieniu Internetu, ale i przed tym był sporadycznie stosowany w prasie, radiu i telewizji.
Szkoła
Powtórzmy więc pytanie – skąd obecnie biorą się takie zachowania?Sądzę, że jednym ze źródeł tej zmiany jest szkoła. Uczymy historii współczesnej z wyraźnym akcentowaniem jej „białych” i „czarnych” stron. W podręcznikach i interpretacjach nauczycieli brakuje szarości. Jeśli gimnazjalista i licealista potrafi nazwać polityka „zdrajcą” i nie umie nawet sprecyzować, kogo lub czego – to znaczy, że bezmyślnie powtarza to, co musiał usłyszeć w szkole lub domu. To, co jest szare – jak przynajmniej część okresu PRL – przedstawiane jest jako skrajnie czarne. W rezultacie młody człowiek opuszczający szkołę często identyfikuje ten okres wyłącznie ze stanem wojennym i octem na półkach. Tylko takie opowiadania słyszy zresztą w telewizorze z ust tych, którzy na stare lata przyznają się do tego, że zawsze byli opozycjonistami i „walczyli z reżimem”. Nikt więc stojąc w błocie nie budował fundamentów Nowej Huty, nie odbudowywał Warszawy po zniszczeniach wojennych, nie zagospodarowywał „ziem odzyskanych”, nie studiował i nie pisał książek. Nikt nie opowiada, że w tym – w końcu blisko 50 – letnim okresie – bywało strasznie, ale bywało też wesoło, rozkwitały teatry i kabarety, śmiano się z siebie oglądając filmy Barei, a Wajda „nakręcił” arcydzieło, jakim niewątpliwie był „Popiół i diament”.
To jednostronne naświetlenie PRLu powoduje, że młodzież i nieco starsze pokolenie uważa ten okres za „zdradę narodu” i wszystkich, którzy coś w tym okresie robili za „złych”, których trzeba przy każdej okazji potępiać. Nie wiedzą lub nie pamiętają, że znaczna ich część dzieciństwo spędziła w małych mieszkaniach masowo budowanych za Gomułki i Gierka i przydzielanych ich rodzicom za symboliczne pieniądze.
Bezsensowne podziały
Kto jeszcze jest winien? Nieco starsze i całkiem stare pokolenia, które doprowadziły do powstania nie tylko politycznych podziałów, (bo to się wszędzie zdarza), ale także do podziałów mentalnych związanych z indywidualnymi losami poszczególnych ludzi. Rozbiliśmy nawet piękną ideę skautingu. Zasłużony w 20 letnim okresie między wojennym, zasłużony w walce z okupantem Związek Harcerstwa Polskiego musieliśmy „uzupełnić” drugim związkiem – Związkiem Harcerstwa Rzeczypospolitej. Nie znam podobnego rozwiązania w europejskim skautingu. Moi polegli koledzy z harcerskich batalionów AK walczących w konspiracji i Powstaniu Warszawskim nigdy nie przypuszczali, że będzie potrzeba tworzenia konkurencyjnego harcerstwa.
Ale to małe piwo. Jeszcze gorzej jest z kombatantami. Bezpośrednio po wojnie utworzono jeden związek kombatancki – Związek Uczestników Walki Zbrojnej. Miło było patrzeć, jak na spotkaniach kół tego związku siedzieli przyjaźnie do siebie nastawieni ludzie w adaptowanych do cywilnych potrzeb drelichowych, zielonych mundurach I i II Armii WP, porządniejszych bluzach angielskich, niekiedy wzbogacanych niebieskawymi mundurami sił powietrznych Jego Królewskiej Mości (RAF), a nawet w amerykańskich bateldresach. To jednak komuś przeszkadzało najpierw po lewej, a potem po prawej stronie. Dzisiaj mamy znacznie mniej żyjących uczestników walki zbrojnej, ale za to ponad 70 Związków i stowarzyszeń kombatantów „o ogólnokrajowym zakresie działania”. Większość z nich jest ideologicznie „po prawej stronie mocy”, gniewa się na tych bardziej po lewej, nie chce ich pomników i nazywa postkomunistami.. Nic więc dziwnego, że jest np. wielu uczestników Powstania Warszawskiego (łącznie z autorem tego tekstu), którzy przestali brać udział w „imprezach patriotycznych” i nie czują się związani z żadnym związkiem. Nie chcą być identyfikowani z tymi, którzy innych kombatantów uważają za „gorszych” i – mówiąc patetycznie – różnicują krew przelaną przez Polaków w II wojnie światowej.
Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni
Część odpowiedzialności ponosi także kościół katolicki, który – niestety – cicho lub głośno sprzyja podziałowi społeczeństwa, wspierając określone partie polityczne, lub określone zachowania polityków. W wielkich aglomeracjach wpływ Kościoła jest mniejszy, ale na wsi i w miasteczkach poglądy proboszcza są niekiedy decydujące, w istotny sposób wpływając na postawę zwłaszcza mniej wykształconej części lokalnej społeczności. Jeśli proboszcz powie, że określony kandydat na prezydenta jest bezbożnikiem i na pewno pójdzie do piekła – to mu wierzą. Jeśli powie, że jest głęboko wierzącym katolikiem – to też wierzą. I w obu przypadkach są gotowi manifestować swoje poparcie kartką wyborczą.
Swój udział we wprowadzaniu nowych zachowań Polaków mają także media – zwłaszcza elektroniczne. Poświęca się wiele czasu – i słusznie – Warszawskiemu Powstaniu, bitwie pod Monte Cassino, dywizji generała Maczka, ale nie wspomina się o rocznicach bitwy pod Lenino, w Kołobrzegu czy też bitwie o Berlin, w której zginęło 8900 naszych żołnierzy. To powoduje, że u nielicznych już uczestników tych bitew i ciągle bardzo licznych ich rodzin, powstaje poczucie społecznego wykluczenia.
Kto więc ostatecznie ponosi winę za to, że tak niekorzystnie zmieniają się nasze zachowania? My wszyscy. „My naród” jak powiedział Lech Wałęsa w Kongresie USA, powtarzając sformułowanie z ich konstytucji. „My naród” nie sprawdzamy się na razie w warunkach demokracji.
Mam wrażenie, że teraz, w okresie poprzedzającym wybory prezydenckie, jesteśmy na historycznym zakręcie, z którego możemy wyjechać w kierunku naprawiania demokracji, ale możemy też wybrać kierunek autokracji, dyskretnie nawiązującej do socjalizmu – i to tego bardziej narodowego. I wtedy może nam być rzeczywiście nie po drodze z Unią Europejską.