O odnawianiu znaczeń i literaturze „niedoczytanej”

Metafora „Czaszki Hamleta”, tytułowej frazy nadanej jako tytuł szkicowi otwierającemu zbiór Jolanty Sztachelskiej „Zabijanie klasyków” odnosi się oczywiście do zasadniczego atrybutu tej i innych czaszek, czyli do tego, że „ już nie przemówią”.

Należy co prawda pamiętać, że „czaszka Hamleta” jest w rzeczywistości czaszką „Yorricka, królewskiego błazna”. Autorka, urodzona, jak sama stwierdza, „w galaktyce Gutenberga”, czyli w poczuciu najwyższego uznania dla wartości słów, zastanawia się, czy literatura ma jeszcze przed sobą przyszłość, czy też nieuchronnie i w coraz szybszym tempie zmierza do roli „milczącej czaszki”.
„Literatura dzisiaj postrzegana jest jako zjawisko marginalne – przypomina autorka – Wiek XIX był ostatnią epoką, w której mówimy o kulcie słowa pisanego. To co zapisane, miało poniekąd charakter sakralny i spotykało się z odbiorem nieomalże mitycznym, choć już w latach 80. XIX stulecia zaczęto dotkliwie odczuwać kryzys związany z postępującą komercjalizacją zjawisk kultury. Pojawiły się problemy, których dotąd nie było na taką skalę: nowa publiczność bez żadnego zaplecza kulturowego, mechanizmy rynkowe w kulturze, wielka literatura rywalizuje z pisarzami minorum gentium”.
Wielkiej szansy dla literatury Sztachelska nie widzi, co najwyżej szansę niszową. Bo w końcu jak wielu znajdzie się czytelników, którzy będą uprawiali lekturę tak oto motywowaną? „W każdym czytaniu objawia się epoka, w której żyjemy: jej rytmy, mody, obsesje i obłędy.
Ale czaszka Hamleta intryguje i wodzi na pokuszenie – w książkach kondensuje się życie minione i przyszłe, czytanie i pisanie o nim – nawet ułomne, niedoskonałe, ale ciągłe, uporczywe – życia tego przyczynia, wznieca je na nowo”.
Nadziei upatruje jednak Sztachelska w motywacji, dla której na ogół się pisze (jeśli nie liczyć pisania bezpośrednio z motywów komercyjnych): „Pisze się głównie dla siebie, wyzwolony cielesności potencjał sensu, wchodzi w ukryty dialog ze swoim czasem, także jego niwelującym wpływem na naszą codzienność – nie zawsze satysfakcjonującą a bez pisania – trywialną i niepełną”.
To jednak w końcu także możliwość jedynie dla – relatywnie – nielicznych. W drugim wstępnym tekście zastanawia się też autorka nad tradycją literacką i stawia pytanie, komu jeszcze jest ona potrzebna. Zasadne pytanie, bo czytanie jako czynność bieżąca, dla przyjemności czy użytkowa w taki lub inny sposób, to jedno, a zainteresowanie dla tradycji literackiej, to drugie.
Podejrzewam, że stosunek czytających (których i tak jest relatywnie niewielu) do czytających z uwzględnieniem tradycji literackiej (czyli czytających na wyższym poziomie świadomości) jest – umownie rzecz ujmując – jak sto do jednego i to przy przyjęciu optymistycznego założenia. Ilustrację literacką wagi jaką może mieć dla człowieka literacka tradycja, ale ta wewnętrznie przysposobiona, zinternalizowana, utrwalona w pamięci, znalazła autorka w powieści Umberto Eco „Tajemniczy płomień królowej Loany”, której bohater, straciwszy pamięć przeżytego życia, zachowuje pamięć lektury dzięki nim, po nitce do kłębka, odtwarza swoje życie.
Ale to możliwość wybitnie ekskluzywna, jako że bohater Eco jest antykwariuszem, a ilu jest oczytanych antykwariuszy-erudytów?
Przed przejściem do rzeczy głównej, czyli do szkiców o pisarzach, autorka przypomina jeszcze kilka podstawowych zagadnień związanych z literacką tradycją, a więc literackiej świadomości, kultury oraz wchodzących w ich zakres konwencji.
Przywołuje też fundamentalne terminy, jak tradycjonalizm (w tym przypadku rozumiany nie jako świadomość istnienia tradycji czyli spuścizny literackiej przeszłości, lecz jako postawa trwania przy utrwalonych konwencjach przy jednoczesnej niechęci do nowatorstwa i awangardy), nowatorstwo, awangarda, modernizowanie literatury.
Odnosząc się do tych ostatnich pojęć przywołuje m.in. Marię Janion i jej postulat „odnawiania znaczeń”, jako nowego kierunku i stylu badań literackich. Sama zresztą Sztachelska, jako wnikliwa badaczka twórczości Sienkiewicza zastosowała tę metodę, ciekawie „odnawiając znaczenia” szereg warstw i sensów jego pisarstwa.
Jako realizację tego samego postulatu wskazała n.p. nowe, aktualizujące odczytanie twórczości Mickiewicza przez Dorotę Siwicką.
Jako swoiście krańcowy przykład „odnawiania” relacji z tradycją literacką wskazuje „Homera. Iliadę”, niewielką książeczkę Alessandro Baricco, który „zaadaptował” monumentalny epos do rozmiarów stu kilkudziesięciu stron prozą (trywialnie można to określić jako streszczenie połączone z modyfikacją niektórych treści, n.p. eliminacją elementu „boskiego”).
Wśród szkiców poświęconych pisarzom i zjawisko literackim dwa pierwsze dotyczą części nowel Bolesława Prusa, tych przepełnionych halucynacjami, wizjami, oniryzmem i fantastyką, w których tego pisarza, jednoznacznie mianowanego empirystą, racjonalistą, pozytywistą, materialistą pokazała także jako „metafizyka”, usytuowanego między „empiryką a metafizyką”, jako umiarkowanego co prawda, ale jednak fideistę.
„W „Opowiadaniach wieczornych” Prus ukazał świat otwierający się na inny, uwewnętrzniony, duchowy wymiar człowieka. Dręczą nas, powiada, zagadkowe sny, przeczucia, lęki” – konkluduje oba szkice autorka. Trzeci poświęcony Prusowi szkic odnosi się do jego „narracji dziecięcych”.
Częste u Prusa wybieranie dzieci na bohaterów prozy upatruje autorka w tym, że emocjonalność i umysłowość dziecka, tworząca się, będąca in statu nascendi była dla niego dobrą formułą służącą do bardziej wnikliwego, a w każdym razie innego, pokazania, przez filtr dziecięcego postrzegania i świadomości istotnych zagadnień świata dorosłych.
Szkic o „Kraszewskim i pamiętnikach” dzieli teksty o Prusie od bloku tekstów o pisarzu dla autorki najważniejszym, czyli Henryku Sienkiewiczu. „Sienkiewiczowska ars scribendi” to nie tylko katalog metod literackiej twórcy „Trylogii”, ale też okazja do zwrócenia uwagi na „niedoczytanie” Sienkiewicza, z którego wynika błędne jej zdaniem upatrywanie w jego pisarstwie tych atrybutów, które wytykali mu Prus, Stanisław Brzozowski czy Witold Gombrowicz, czyli apologii konserwatywnej szlachetczyzny i religianctwa.
Sztachelska gruntownie i obszernie wyłożyła swoje racje we wcześniejszej książce, „Czar i zaklęcie Sienkiewicza” (określenie zaczerpnięte od Marii Konopnickiej), dokonując „odnowienia znaczeń” w prozie tego pisarza, odkrywając w nim pisarza nowoczesnego i pozostającego na zewnątrz teatralizowanych przez niego treści (n.p. jako realnego, choć niezadeklarowanego ateistę czy jako narratora ironicznie traktującego stosowany przez siebie melodramatyzm), odzwierciedlających nie jego świadomość, lecz potrzeby publiczności czytającej.
W konkluzji tego szkicu autorka, główny rys kultury polskiej, także literackiej, definiuje jako „nerwicową potrzebę powrotu” do pierwotnej Arkadii rzekomej szczęśliwości, do mitycznego początku. Implikuje to „nerwicową” rezygnację z krytycyzmu i przewartościowania stosunku do własnej tradycji, które mają jakoby zagrażać trwałości „substancji narodowej”.
Sienkiewicz miał tę „nerwicę” wyrażającą się w polskim konserwatyzmie leczyć. Tu także upatruje autorka przyczyn braku w polskiej literaturze tego rodzaju substancjalnego realizmu, aprobującego zwykłość egzystencji, który tak silnie obecny był i jest w literaturze angielskiej czy francuskiej.
Realizm polski rzadko jest bowiem realizmem dla realizmu samego, ale służy jakiejś „idei wyższej”, kompensacji. W „Zabijaniu klasyków” znajdujemy bogaty przegląd recepcji pisarstwa Sienkiewicza, a przedłużeniem tematyki sienkiewiczowskiej jest szkic o odbiorze tego pisarza przez Marię Konopnicką.
Niejako przy okazja Sztachelska zwraca uwagę na to, że ta pisarka, która jest „od zawsze” postrzegana jako ucieleśnienie miłości do kraju ojczystego i patriotyzmu, dwadzieścia ostatnich lat swojego życia (189-1910) spędziła na nieustających podróżach, de facto przebywała na emigracji, co mogło być wyrazem jej zmęczenia ojczyzną. Szkic „Szekspir i krytycy” poświęcony jest stylom czytania w wieku XIX, głównie, choć nie tylko, na przykładzie lektury dzieł wielkiego dramatopisarza.
W części ostatniej znajdujemy kilka szkiców o postaciach kultury, w tym o filozofie „ideorealiście”, teoretyku, estetyku i krytyku sztuki Henryku Struve czy o Tadeuszu Konwickim jako autorze „ironicznych lekcji polskości”.
Zbiór kończy „koda” „Karły i olbrzymy” poświęcona m.in. „kamieniom milowym” polskiej kultury, którymi – nawiasem mówiąc – stały się one, w wielu przypadkach, wbrew pierwotnym, założonym funkcjom i intencjom autorów, czy demontażowi kanonu kulturowego po transformacji 1989 roku (o tym m.in. „Polska do wymiany” Przemysława Czaplińskiego).
Odnosząc się na sam koniec zbioru do humanistyki w XXI wieku, Joanna Sztachelska odwołuje się do Stanisława Brzozowskiego, który pisał, że człowieka przed nim samym, tzn. przed tym, co jest w nim nagim człowieczeństwem, czystą biologią, broni tylko kultura, wielki wysiłek przezwyciężenia tego, co przedludzkie”.
To konstatacja wyjątkowo aktualna w czasach wyjątkowo agresywnej ofensywy tego przedludzkiego pierwiastka w człowieku.
Jolanta Sztachelska – Zabijanie klasyków. Studia i eseje”, Wydawnictwo Uniwersytetu w Białymstoku, Białystok 2015, str. 423, ISBN 978-83-7431-448-0