Obywatelskie zmartwienia

Po nalocie nad Polskę „eskadry” dronów wyprodukowanych głównie ze sklejki i czegoś w rodzaju styropianu, okazało się, że co najmniej połowa obywateli uważa się za specjalistów w tej dziedzinie. Szczególnie aktywne były grupy osób współpracujących z mediami. Bo to jednak sensacja, potencjalne zagrożenie i wyraźna chęć straszenia naszej pokojowo nastawionej ludności, zajętej pomaganiem Ukraińcom.

Też mam małego… drona!

To powszechne podniecenie i liczne pytania kierowane przez młodzież do mnie, jako jeszcze myślącego sklerotyka, spowodowały niezdrowe ożywienie mojej pamięci. Przypomniałem sobie, że przecież ja też mam malutkiego drona, zapewne mniejszego nawet od tego, którego wypuszczał w ogrodach belwederskich młody Ukrainiec, żeby pochwalić się przed odwiedzającą go, jeszcze młodszą Białorusinką.

Patrzcie do czego prowadzi zgubna seksualizacja młodzieży, słusznie zwalczana przez naszą bogobojną prawicę!! Białorusinka liczyła zapewne na dwa tygodnie ćwiczeń podnoszących jej seksualne umiejętności, a tymczasem nasze Władze już wyrzuciły z Polski jej Ukraińca.

Po tym „incydencie” widać jak czasy się niekorzystnie zmieniają. Przecież chyba w 1933 albo 1934 roku, z gronem przodujących uczniów i zarazem harcerzy, odwiedziliśmy „Dziadka” w Belwederze. Był jeszcze w dobrej formie, żartował i przy indywidualnym powitaniu każdego młodego gościa zamieniał z nim po kilka słów. U mnie zainteresowały go liczne sprawności, których oznaczenia były naszyte na lewym rękawie harcerskiej koszuli od ramienia aż do łokcia. Zapytał, gdzie ćwiczymy hałaśliwe gry wymagające biegania, przeskakiwania przeszkód, rzucania piłek, czołgania i komunikacyjnych albo entuzjastycznych okrzyków. Wyjaśniłem, że w różnych parkach – także w belwederskim ogrodzie. Powiedział: „To dobrze, zapraszam, ale starajcie się mniej krzyczeć, bo dochodzący tu hałas przeszkadza mi czasem rozmawiać i czytać”. Przypuszczam, że reakcja Marszałka i okresowego Naczelnika Państwa, na dronowe zabawy ukraińsko–białoruskiej pary, nie byłaby tak przykra, jak podejmowana przez dzisiejszą policję. Nie wykluczam, że sięgnąłby do swojej słynnej sugestii w Sejmie – „Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”.

Ale wróćmy do mojego drona. Dla niemieckiej firmy zabawkarskiej zrobili go Chińczycy. Jak przystało dla drona a nie jakiejś rakiety, na każdym z czterech ramion ma odrębny silniczek i śmigiełko, na skrzyżowaniu ramion kamerkę. Kilka małych baterii pozwala mu latać w dowolnym kierunku albo stać w miejscu przez ¾ godziny. Osiąga pułap ok. 100 metrów i lepiej go w poziomie nie wypuszczać dalej niż na 200 m, bo może zerwać łączność z pilotem i uciec w nieznanym kierunku.

Pewna frywolność moich tekstów nie oznacza, że całkowicie lekceważę takie zdarzenie jak nalot 20 nieco większych dronów. Gdyby były dwa czy trzy, to uważałbym to za pomyłkę. Ale dwadzieścia ktoś musiał przesłać do nas celowo. Nie sugeruję się (jak zwykle!) podpowiedziami władz ani internetowym bełkotem. Sądzę, że cele były dwa – wprowadzić zamieszanie polityczne i medialne oraz sprawdzić, jakie i jak szybkie są rzeczywiste, fizyczne reakcje neutralizacji nieznanych urządzeń korzystających z przestrzeni powietrznej. Pierwszy cel został – moim zdaniem – osiągnięty z nawiązką. Drugi nie bardzo.

Nie lubię go – nowe uczucie polityczne

Patrząc na nasz kraj z pewnej intelektualnej perspektywy dochodzimy do wniosku, że nie wystarczają nam kłopoty z nadlatującymi dronami. Nasza chłonność na zagrożenia i sensacje jest znacznie większa. Wymyślamy więc lub odgrzewamy problemy, które naród już kiedyś denerwowały, albo od wielu lat należą do stałego repertuaru naszych polityków i adeptów tego tytułu.

Takim trwającym od wielu lat, wyraźnie absorbującym znaczną część narodu jest konflikt między ośrodkami władzy – prezydentem i rządem. Przykro mi – ale jako myślący sklerotyk uważam, że znacznie większą aktywność w podsycaniu tego konfliktu wykazują prezydenci – przedostatni i ostatni. Nie lubią rządu, a szczególnie jego szefa.

To może zabrzmi absurdalnie, ale wydaje mi się, że podłożem tych konfliktów jest nie pełne rozumienie naszego ustroju i proamerykańska fascynacja ustrojem prezydenckim. Nasi ostatni prezydenci marzą o prezydencie – szefie rządu, wydającym bezpośrednie polecenia wszystkim ministrom i wojewodom. Prezydencie – premierze, kontrolowanym tylko przez sprzyjający mu parlament.

Ta fascynacja systemem USA jest – ciągle moim zdaniem – bezsensowna. Gdybyśmy już byli Zjednoczonymi Państwami Europy to podobieństwa do USA byłyby bardziej trafne. Ale nie jesteśmy. Nasi potencjalni autokraci zapominają czasem, że amerykańskie stany mają demokratycznie wybranych gubernatorów o bardzo dużych uprawnieniach, po dwóch przedstawicieli w senacie stanowiącym izbę wyższą Kongresu, własną policję, a nawet niektóre prawa odmienne od federalnych. Prezydent USA dużo może, między innymi dlatego, że jest „nosicielem” dobrych tradycji prezydenckich. Ale mimo to dość łatwo można zablokować jego decyzje.

Europa nie ma najlepszych doświadczeń z systemami jednowładztwa, na początku rodzącego się w ramach legalnej autokracji. Ale autokraci niemal zawsze stawali się dyktatorami, eliminującymi systemy kontroli i przeciwników. Dlatego nasi zwolennicy systemu prezydenckiego nie mają wielu zwolenników i nie sądzę, aby w przewidywalnym czasie mogli uzyskać poparcie pozwalające na jego wprowadzenie.

Reparacje

Nerwy społeczeństwa zostały ostatnio dodatkowo podrażnione werbalnym atakiem nowego prezydenta na zachodniego sąsiada, który nie dał nam godziwych reparacji za złe czyny popełnione w stosunku do naszych obywateli w czasie II Wojny Światowej.

Ja rozumiem, że przez Pana Prezydenta przemawia niezadowolony duch części narodu, bo sam prezydent urodził się dawno po wojnie i nie doświadczył podłości przeciwnika w boju i w okresie okupacji. Może to znać z książek i opowiadań znacznie starszych członków rodziny i przyjaciół. To ja, 100-letni sklerotyk powinienem podskakiwać z radości, myśląc o wywalczonym przez Prezydenta odszkodowaniu i martwiąc się, czy zdążę je wydać. Powinno być dość wysokie. W 1939 roku niemiecka bomba całkowicie zburzyła i spaliła nasz domek na Wareckiej w Warszawie, Ojciec zginął w Powstaniu w 1944, ja po kapitulacji powstania siedziałem w obozach jenieckich w Fallingbostell i Dorsten i w wyjątkowo fatalnych warunkach w podobozie 365 w Gladbach.

Trudno nie życzyć Panu Prezydentowi powodzenia w tych działaniach, chociaż 80 lat po wojnie prawie nie ma już pokolenia, ponoszącego winę za grzechy z tamtych czasów. W moich odczuciach zawsze jest też problem proporcji. W czasie wojny spotkałem bardzo dużo „złych” Niemców, ale też kilku bardzo przyzwoitych. Jednak spóźnione reparacje zawsze płacić musi państwo utrzymywane przez wnuki ich wszystkich – także tych porządnych i niewinnych.

Z tego co napisałem w tym artykule wynika, że słowiański naród zrodzony i trwający między Odrą i Bugiem, nie ma szczęścia do beztroskiego życia w warunkach pokoju. Mamy za to szczęście powierzania władzy ludziom o niespełnionych ambicjach. Oni zawsze znajdą nowe powody podniecania społeczeństwa i wpychania go na ścieżki wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów.

A dlaczego? A dlatego, że w czasach spokoju rozleniwiamy nasze mózgi, mniej walczymy o stanowiska i znaczące dochody, nie mamy nastroju do ostrzenia szabel. I wtedy trudniej wygrywać wybory i awansować. Nie ma wtedy miejsca dla bohaterów. A w warunkach konfliktów są dla nich miejsca i większość polityków chciałaby je zająć.

Warszawa – Marki – 24.09.2025.

Tadeusz Wojciechowski

(ur. 25 lipca 1925 w Warszawie) – polski ekonomista, menedżer i działacz państwowy, doktor habilitowany nauk ekonomicznych, profesor zwyczajny, specjalizujący się w zakresie marketingu i ekonomiki przedsiębiorstw. Powstaniec warszawski i uczestnik II wojny światowej, podsekretarz stanu w Urzędzie Gospodarki Materiałowej (1976–1982). Pełnił funkcję rektora Wyższej Szkoły Zarządzania i Prawa im. Heleny Chodkowskiej. https://pl.wikipedia.org/wiki/Tadeusz_Wojciechowski_(ekonomista)

Poprzedni

Argentyna w kryzysie. Trump obiecuje pomoc

Następny

Spotkanie Wang Yi z delegacją amerykańskich kongresmenów