Pogadamy…

Tytuł książki Łukasza Maciejewskiego i Krzysztofa Orzechowskiego – „Wpadnij, to pogadamy…” – brzmi niezobowiązująco, jak wyjęty z piosenki. Ot, zapowiedź rozmów dobrych znajomych, może nawet przyjaciół, czyli lektura łatwa i przyjemna.

Autorzy nie płatają czytelnikowi figla, bo rzeczywiście, meandryczna forma tych rozmów, do których wkradają się rozmaite poboczne wątki i wycieczki, a nawet pochwały kulinarnych umiejętności pani domu (a to Anna Dymna, osoba powszechnie szanowana i lubiana), oferuje mu wrażenie uczestnictwa. Ale to wcale nie znaczy, że rozmawia się tu o wszystkim i o niczym w szczególności. Przeciwnie, mimo nawrotów, nawiązań do tematów już potrąconych rozmowa toczy się z góry wyznaczonym torem, składając się na opowieść o teatrze (i szerzej; o kulturze) i naszymi z nim /nimi związkami w ostatnim półwieczu. Temat rzeka, spraw wiele, a najważniejsze, że rozmówcy nie byle jacy.
Krzysztof Orzechowski, rocznik 1947 (mój rówieśnik), to okaz rzadki wśród ludzi teatru. Wprawdzie nie on jeden łączy talent aktorski, reżyserski i menadżerski (czego dowiódł prowadząc przez niemal 20 lat dwa teatry, najpierw krótko Bagatelę, a potem słynnego Słowaka, czyli krakowski Teatr im. Juliusza Słowackiego), z talentem pisarskim, ale bodaj on jako jedyny oddając się (kolejno!) swoim teatralnym pasjom, właściwie zamykał sam sobie świetnie rozwijającą się karierę zrazu aktorską (w warszawskim Teatrze Dramatycznym), a potem reżyserską.
Zdarza się często, że aktorzy o temperamencie przywódczym, nie odnajdujący sami na scenie dość satysfakcji, odchodzą od grania w stronę reżyserii i już do aktorstwa nie wracają. Prawdę mówiąc, nie znam innego przypadku wziętego, cenionego reżysera, który zostawszy dyrektorem, odłożyłby reżyserię na półkę i w pełni oddał się dyrektorowaniu.
Rzecz nie w tym, że prowadzenie teatru, zwłaszcza tak dużego jak Słowak (porównywalny skalą zadań do stołecznego Polskiego czy Dramatycznego), nie dostarcza dość emocji i kłopotów, aby w zupełności skoncentrować się na jego w miarę bezkolizyjnym prowadzeniu, ale że reżyserii z reguły się nie zostawia. Mam wrażenie, że Krzysztof Orzechowski, perfekcjonista starej daty, trochę tego żałuje, ale może to tylko wrażenie – tak czy owak, kto książkę poczyta, dowie się, że niełatwe to były decyzje.
Łukasz Maciejewski, rocznik 1976, prowadzący z Krzysztofem Orzechowskim rozmowy, które złożyły się na książkę „Wpadnij, to pogadamy”, to także ktoś wyjątkowy, ogromnie oddany swoim pasjom krytyka filmowego i teatralnego, a także pedagoga. Trzeba dodać, że ta ostatnia pasja bardzo wiąże rozmówców. Krzysztof Orzechowski latami oddawał się nauczaniu młodych reżyserów (i bodaj nadal ma z tym do czynienia), Łukasz Maciejewski z powagą traktuje swoje spotkania i pracę ze studentami łódzkiej filmówki, zawsze dumy z ich sukcesów, bardziej niż z własnych.
Maciejewski ma za sobą worek książek, w których sportretował kilka generacji polskich aktorek (cykl Aktorki), i wiele, wiele innych poważnych rozmów i książek, wśród których swego rodzaju perłą w koronie jest tom rozmów i szkiców napisany z Krystianem Lupą, Koniec świata wartości (2017). Ta potężna i ważna księga powstawała jednak latami. „Wpadnij, to pogadamy” narodziło się w pół roku, a więc nieporównanie szybciej.
Ale mimo to, że o wiele szybciej, to na przełomie dwóch epok. Kiedy panowie rozpoczęli rozmawiać z myślą o wspólnej książce, spotykali się osobiście. Ale po paru miesiącach bezpośrednie rozmowy zastąpić musiało połączenie via Skype. To właśnie wtedy Krzysztof Orzechowski podjął próbę rozważań o epoce, która dopiero przed nami, kiedy już pandemia straci swój impet.
„Jestem na niewymuszonej kwarantannie, bo należę do grupy podwyższonego zagrożenia infekcją. Staram się ograniczyć do minimum wychodzenie z domu, ale sporadycznie wychodzę. Czasami jeżdżę po zakupy. I obserwuję, jak wzbiera w ludziach agresja. Mam maseczkę, mam rękawiczki, wszystko to mam, jadę do sklepu, tu u nas na wsi, sklep jest nawet pusty, duży sklep, w godzinach dla seniorów, ale kilka osób jest. Nieprawdopodobne, jak wszyscy na siebie warczą. Myślę sobie: Chryste jak to potrwa jeszcze trochę, to zaczniemy dusić się nawzajem. To jest chyba psychologicznie uzasadnione. Mam sporo czasu na myślenie, staram się myśleć. I tak sobie kombinuję, że kiedy ta pandemia się skończy, dla artystów sceny nastąpi istotny czas próby. Chciałbym dożyć tego momentu. To będzie bardzo, bardzo interesujące. Dla artystów różnych branż, ale skupię się na teatrze, bo jest mi najbliższy. Czy udręczone koronawirusem społeczeństwo, zbiedniałe, stojące wobec innych wyzwań, zechce chodzić do teatru, a jeśli tak, to na jakie spektakle i na jakich warunkach finansowych? Bo to też jest istotne, to zbiednienie.
Na Międzynarodowy Dzień Teatru młoda reżyserka, Weronika Szczawińska, napisała krótkie orędzie, generalnie słuszne, bo mówiące o potrzebie solidarności środowiska. I padło tam takie, mniej więcej, zdanie: gdy to wszystko się skończy, to my, artyści, będziemy już wiedzieli, czego ludzie naprawdę od nas oczekują. Gratuluję pani Weronice tej wiedzy. Ja absolutnie tego nie wiem. Uważam, że my absolutnie nie wiemy, nie będziemy tego wiedzieć, a może moglibyśmy wiedzieć, gdybyśmy naprawdę na ten temat zaczęli się sensownie zastanawiać, a nie stroić się w pióra wszechwiedzących, nieomylnych, udawać, że wiemy, jakie spektakle trzeba będzie ludziom pokazywać. Przecież to już może być zupełnie inna publiczność!”.
Na książkę składa się siedem rozmów. Pierwsza z nich nosi tytuł „Świadek niewygodny”. Takim świadkiem czuje się Orzechowski, starszy o więcej niż pokolenie od swego interlokutora. Orzechowski cieszy się dobrą pamięcią i dlatego podzieli się taką refleksją – zaskakującą zapewne dla wielu domniemanych znawców minionej epoki: „ja w ogóle nie czułem chodząc do teatru, że jestem w państwie totalitarnym, komunistycznym. W ogóle tego nie czułem, wówczas to była raczej oaza wolności”. Orzechowski najwyraźniej nie liczy się z panującym zwyczajem potępiania w czambuł wszystkiego, co istniało w PRL. Ot, niewygodny świadek.
Rozmowa druga, „Idź gdzie indziej”, zaciekawi tych, którzy nie mogą do dzisiaj zrozumieć decyzji Krzysztofa Orzechowskiego o zmianie teatralnych profesji. Nie wiem, czy wyjaśnia wszystko (ba, jak można wyjaśnić wszystko), ale pozwala zrozumieć, z jakimi pytaniami zmagał się bohater.
Trzecia rozmowa, „Teatr w sobie, czyli jak uprawić teatralny ogródek”, odpowiada na pytanie, skąd się w ogóle wziął teatr w życiu Krzysztofa Orzechowskiego, potomka posażnej przed wojną, ale po wojnie zbiedniałej do dna kupieckiej rodziny. To nietypowa droga.
Rozmowa czwarta, z udziałem żony, Anny Dymnej, „Wesele przez Parasite”, prowadzi w stronę różnic kulturowych i tego, co w sztuce najważniejsze, czyli formy. I w stronę używanych środków, w tym również techniki. Nie unikają rozmówcy tematów uważanych za nieistotne (dykcja, słyszalność w teatrze, umiejętność opowiadania historii itp.), a jednak bardzo ważne z punktu widzenia odbiorcy sztuki. Polecam ten fragment studentom reżyserii i aktorstwa. Pod rozwagę.
Rozmowa piąta „Koronawirus versus magia” – to właśnie z niej wyjąłem przydługi cytat o epoce, która nadchodzi, o przemianach, których przypadkowym (nieprzypadkowym?) czynnikiem sprawczym stał się pewien paskudny wirus.
Rozmowa szósta, „Dyrektor”. To znowu część absolutnie obowiązkowa dla aspirujących na stanowiska kierownicze w teatrach. Orzechowski prezentuje może tradycyjny, ale oparty na solidnych podstawach model dyrektorowania, który nie polega na zawłaszczaniu teatru i podporządkowywaniu go swoim wyłącznie wyobrażeniom. „Wyszedłem z założenia – mówi Orzechowski o swoich zadaniach, tak jak je rozumiał objąwszy dyrekcję Słowaka – że najważniejsze, co powinien otrzymać ten zespół, to rytmiczna praca i ciekawe propozycje artystyczne. Jako ktoś, nauczony przez tyle lat na dobrych wzorcach, wiedziałem, że to jest aktorowi najbardziej potrzebne”.
Rozmowa siódma, „Artyści” właśnie o zadaniach artystów opowiada. Krzysztof Orzechowski wolałby, aby artyści znikali w dziele, aby więcej ich było w sztuce niż w mediach czy polityce. Maciejewski chyba też tak uważa, choć nie widzi przeciwwskazań przed wyraźniejszą obecnością artystów w życiu publicznym. Rzecz gustu. Ale już razem panowie wyrzekają na zanikanie elit, na powstanie strefy „vipa”, a więc, jak się już banalnie żartuje, tajemniczego kręgu ludzi znanych z tego, że są znani.
Na koniec zdanie, które przytacza Orzechowski za jednym ze swoich ulubionych aktorów, mistrzem francuskiego teatru i kina, Jean-Louis Barrault: „Chciałbym tworzyć taki teatr, który miałbym ochotę oglądać jako widz”. Cóż, też chciałbym pisać takie teksty, które miałbym ochotę czytać.

WPADNIJ, TO POGADAMY… Rozmowy Łukasza Maciejewskiego z Krzysztofem Orzechowskim, Universitas, Kraków 2020.