
Nie każdy potrafi i nie każdy ma sposobność, żeby ciężką pracą dorobić się majątku. Ale postawa polegająca na braniu każdej fuchy i pracowaniu w każdej chwili, nawet w każdej wolnej chwili, jest u nas wynoszona pod niebiosa. Tak jak gdyby życie sprowadzało się do dorabiania się, a czas spędzony na czymkolwiek innym był czasem straconym. To nazywamy „kultem zapierdolu”.
Znam takich ludzi, którzy w wielkim trudzie i mozole dorobili się ogromnych domów. Miały to być siedziby rodowe. Miały w nich mieszkać dzieci i wnuki wdzięczne zapierdalaczowi, że im stworzył taką wielką kubaturę. Tyle, że sen seniora nie był snem jego latorośli. Oni wyjechali, a on ze swoją willą na wsi został sam. Cała jego ciężka praca okazała się bezwartościowa. Bo nie doprowadziła do zamierzonego celu. Dzieci, które rzadko widywały ojca, bo ciągle pracował, nie zdążyły się do niego przywiązać. Był dla nich co najwyżej sumą zer na koncie.
Człowiek nie korzystał z życia, bo z jakichś dziwacznych przyczyn wolał się poświęcać dla dzieci, żeby one miały lepiej. Dzieci z zapewnioną przyszłością finansową nie musiały się już tak starać. Więc było duże ryzyko, że nie zdobędą ciekawego zawodu i staną się tylko przedwczesnymi rentierami wydającymi pieniądze rodziców.
Między zarabianiem a wydawaniem pieniędzy, między pracą a korzystaniem z życia musi być zachowana jakaś równowaga. Pieniądze zarobione ciężką pracą smakują lepiej niż te otrzymane za nic. Kiedy byłem posłem, dostawałem w okienku dużo pieniędzy. W latach 90. pensja poselska miała o wiele większą siłę nabywczą niż teraz. Ale ta forsa jakoś mnie szczególnie nie cieszyła. Za to wierszówka za napisany artykuł wciąż dawała prawdziwą radochę.
Jest więc tak. Bez pracy człowiek się popsuje. Z badań wynika, że pięć lat bezrobocia, bezczynności niszczy naszą psychikę. A ta bezczynność nie musi wynikać z wysokiej stopy bezrobocia. Może być skutkiem lenistwa wywołanego brakiem ekonomicznej konieczności zarabiania na życie. Bogaci też doświadczają zgubnych skutków bezczynności. Mam kolegę, który dokonał wynalazku w branży IT, na którym zarobił kilkaset milionów. Zwierzył mi się, że ma kłopoty wychowawcze z synem, który nigdy nie widział, żeby rodzice wychodzili do pracy.
Wreszcie ważna jest sama praca, a niekoniecznie zarobek. Znam osoby, które są szczęśliwe, choć nie zarabiają zbyt wiele, bo większość życia spędzają na pracy wolontaryjnej na rzecz innych. Ich działania są skuteczne i zapewne ważniejsze niż smażenie hamburgerów.
Jeżeli ktoś dzień i noc pracuje nad jakimś ważnym wynalazkiem, to przecież nie dla pieniędzy, ale właśnie dla efektu, który uczyni ich wysiłek, ich trud i ich samych istotnymi, pożytecznymi, godnymi szacunku. Wtedy taki „zapierdol” ma sens. Bo uszczęśliwia tych, którzy poświęcają się dla ważnego efektu końcowego. Jeżeli efektem pracy są tylko pieniądze, to szczęścia nie przynoszą. Najwyżej kłótnie w rodzinie o spadek jeszcze za życia testatora.
Ale ciężka, sensowna praca dla dokonania jakiegoś przełomu, czegoś dobrego, uszczęśliwia. Ma sens. No tak, ale nielicznym jest dane pracować aż tak sensownie. Dla większości praca jest obowiązkiem, a nie nagrodą.
Najważniejszym celem każdego jest szczęście. Dlatego tak ważna dla ankietowanych Polaków jest rodzina. Dlatego nie warto jej tracić z oczu, żeby więcej zarobić. Faceci, którzy dali się wygonić z pokoju dziecinnego dla mamony, kończą jako przegrani, którzy nie widzieli, jak dzieci dorastały, i którzy dla tych dzieci są obcy, stanowią tylko źródło kasy i które nie są w stanie ojca szczerze i serdecznie przytulić.
Rozumiem, że dla większości z nas, którzy walczymy o związanie końca z końcem, o przetrwanie do pierwszego bez pożyczania, takie rozważania o sensie pracy i bogactwa są cokolwiek abstrakcyjne. Zasuwamy od świtu do zmroku, bo nie mamy wyboru.
Ale na szczęście przynajmniej jakaś część z nas ma wybór. Czy oddać się pracodawcy bez reszty, czy zacząć się i swój czas szanować i nie zostawać po godzinach. Nie być do dyspozycji firmy 24 godziny na dobę. Moim zdaniem powinien powstać przepis, który zabrania żądania od pracownika jego prywatnego numeru telefonu. Czy dzwonienia do podwładnych poza czasem pracy, np. w święta czy niedziele.
Zerwanie z niewolnictwem zwanym nieszczerze „dyspozycyjnością” to wielkie wyzwanie, któremu coraz więcej młodych ludzi potrafi sprostać. Odmawiają szefom pracy w wydłużonym czasie. Młodzi pracownicy zaczynają odmawiać, bo zrozumieli, że żyją tu i teraz i drugi raz nie będą młodzi, że życie nie kończy się olimpiadą, tylko śmiercią. Powtórki nie będzie.
Piotr Ikonowicz









