Mimo wrzenia, Chile pokona kryzys

Wystarczyło ledwie kilka dni, by najstabilniejsze i najsprawniej zarządzane państwo Ameryki Łacińskiej pogrążyło się w chaosie. Co się stało w Chile – i dlaczego ten kraj mimo problemów prawdopodobnie szybko upora się z bieżącymi kłopotami?

„Spójrzcie na Amerykę Łacińską. Argentyna i Paragwaj są w recesji, Meksyk i Brazylia w stagnacji, Peru oraz Ekwador w głębokim kryzysie politycznym. W tym kontekście Chile wygląda jak oaza, ponieważ mamy stabilną demokrację, gospodarka się rozwija, tworzymy miejsca pracy, rosną wynagrodzenia, a kondycja makroekonomiczna jest zrównoważona”.
Jeszcze tydzień temu, kiedy w wywiadzie dla „Financial Times” z ust prezydenta Chile Sebastiana Pinera padały takie stwierdzenia, można było się pod nimi podpisać.
Niestety, dla tego bogatego w surowce andyjskiego kraju, wypowiedziane one zostały w złą godzinę.

To nie przez podwyżkę cen biletów

Dosłownie dwa dni po publikacji wywiadu w „FT”, 19 października Pinera musiał ogłosić stan wyjątkowy w stolicy kraju Santiago, ze względu na olbrzymie protesty społeczne, dewastację obiektów użyteczności publicznej czy podpalenia i grabieże sklepów.
W kolejnych dniach dowiedzieliśmy się o kilkunastu ofiarach śmiertelnych tych protestów, a obrazy przedstawiane przez zagraniczne media pokazywały tak dużą skalę zniszczeń, że automatycznie nasuwały się porównania do wydarzeń w Wenezueli czy w Argentynie z przełomu wieku.
Co więc spowodowało tak nagłą zmianę sytuacji w tym uporządkowanym i często podawanym jako przykład stabilności kraju?
W skróconym przekazie medialnym można było usłyszeć, że katalizatorem niezadowolenia Chilijczyków były podwyżki cen biletów metra. Czy jednak możliwe, by wzrost kosztów komunikacji miejskiej o ok. 15 groszy (30 peso) mógł spowodować tak olbrzymie niepokoje i straty związane ze zniszczeniami samego metra w wysokości 300 mln USD? Oczywiście, że nie.
Kwestie związane z transportem publicznym nawet nie były zapalnikiem dla protestów, a stołeczna młodzież przeskakiwała przez bramki metra raczej dla zgrywu niż ze względu na droższe bilety.

Niezadowolenie trwało od lat

Zdecydowanie bliżej prawdy jest koncepcja, że niezadowolenie tliło się w społeczeństwie miesiącami, a nawet latami.
Kilka tygodni temu w Chile doszło do podwyżek cen energii elektrycznej (o ok. 10 proc.). Prezydent Pinera realizował politykę reform i podkreślał, że Chile jest wyjątkowe, gdyż na pewno nie wpadnie w szpony populizmu.
Zmiany w systemie emerytalnym (poprzez wzrost składek) czy na rynku pracy (bardziej elastycznym dla pracodawców), połączone z rosnącymi cenami, zaczęły jednak negatywnie wpływać na nastroje gorzej sytuowanych obywateli.

Latynoskie nierówności

Nagły wzrost niezadowolenia społecznego połączony z wizerunkowymi wpadkami prezydenta-miliardera (świętował urodziny syna w luksusowej restauracji, gdy rozpoczęły się zamieszki) doprowadziły do szerokiego kryzysu. Warto zwrócić uwagę, że niezadowolenie części ludności ma uzasadnienie również ekonomiczne – podkreśla Cinkciarz.pl.
W Chile podobnie jak w wielu krajach Ameryki Łacińskiej panują silne nierówności społeczne. Według Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) indeks nierówności GNI w Chile znajduje się na poziomie 0,45 i należy do najwyższych w grupie państw należących do Organizacji (w Polsce jest to 0,28 według danych za 2016 r.). Dochody 20 proc. najlepiej zarabiających obywateli Chile są dziesięciokrotnie wyższe niż tych 20 proc. mających najniższe wynagrodzenia. W Europie te różnice są mniej więcej o połowę mniejsze (dla Polski są one 4,4 raza wyższe, a dla Niemiec 4,6 raza wyższe).
Niezadowolenie młodej części społeczeństwa wynika także z faktu, że bezpośrednie koszty studiów są wysokie. Według danych OECD za 2015 r. wynoszą one według parytetu siły nabywczej (PPP) ok. 10 tys. dolarów. Polak, Niemiec czy Czech musi wydać z własnej kieszeni średnio około 3-4 tys dol., czyli mniej więcej jedną trzecią tej kwoty. Z kolei w następnych latach wykształcenie Chilijczyka wyraźnie procentuje (najbardziej wśród wszystkich krajów OECD oprócz USA), co dalej pogłębia nierówności społeczne pomiędzy gorzej sytuowaną, a zamożniejszą częścią ludności, którą stać na takie wydatki.

Lepiej żyć w Polsce

Warto natomiast zauważyć, że mimo rozwarstwienia dochodowego Chile na koncie ma wiele sukcesów. Ocena kredytowa kraju wynosi silne „A” i według trzech głównych agencji ratingowych kształtuje się ona przynajmniej o szczebel wyżej niż dla Polski. Niskie ryzyko niewypłacalności to rezultat długu publicznego, utrzymującego się od lat na poziomie poniżej 30 proc. produktu krajowego brutto (w Polsce jest on większy).
Mimo poważnego uzależnienia gospodarki od cen metali przemysłowych i koniunktury zewnętrznej (połowa eksportu to miedź lub jej produkty, tylko trzy państwa – Chiny, USA, Japonia – generują połowę zagranicznego popytu na chilijskie towary), sytuacja kraju jest względnie stabilna, gdy dochodzi do fluktuacji na rynku surowców. Chile nie ma także problemów z inflacją, a także, w opinii np. agencji S&P Global Ratings, jest to państwo „silnej demokracji i rządów prawa”.
Ciekawostką może być fakt, że PKB na mieszkańca Chile w ujęciu nominalnym wynosi dokładnie tyle samo, ile w Polsce – według Fitch Ratings około 15,5 tys. USD. W parytecie siły nabywczej jest to natomiast dużo mniej. Dla Polski Fitch szacuje ją na prawie 28 tys. dol, podczas gdy w Chile o ponad 4 tys. dol mniej.
Możliwość zakupu przez Polaka większej ilości dóbr oraz usług za te same pieniądze oraz zdecydowanie mniejsze nierówności społeczne sprawiają, że nad Wisłą standard życia jest wyższy niż w tym kraju Ameryki Łacińskiej.

Chile przezwycięży problemy?

Chile prawdopodobnie poradzi sobie z obecnym kryzysem. Prezydent Pinera poprosił społeczeństwo o wybaczenie. Obiecał zamrożenie cen energii elektrycznej, podwyższenie emerytur, darmowe leki dla gorzej sytuowanej części społeczeństwa oraz gwarantowane minimalne wynagrodzenie na poziomie 480 dolarów.
To jednak nie ustępstwa ze strony władzy spowodują powrót do stabilizacji. Chile, mimo nierówności społecznych, od lat jest dobrze zarządzanym państwem w niesprzyjającym otoczeniu gospodarczym Ameryki Łacińskiej. Lepsze zaadresowanie programów społecznych i większa dostępność do edukacji mogą tylko wzmocnić tę pozycję – a wtedy obecny kryzys szybko pójdzie w zapomnienie.

Co boli trzydziestolatków?

Otwarci i przebojowi, a jednocześnie roszczeniowi, zuchwali, niesamodzielni. Tak zwykle się o nich pisze. Trzydziestolatkowie, rówieśnicy i rówieśniczki transformacji ustrojowej. Nie stać ich często na własne mieszkanie, niejednokrotnie pracują w sprekaryzowanych warunkach, rzadziej niż poprzednie pokolenia mają dzieci, nie wierzą w system emerytalny, rzadko podejmują aktywność polityczną.

A jak jest w szczegółach? Temat bolączek pokolenia trzydziestolatków podejmuje ekonomista dr Jakub Sawulski, sam ich rówieśnik, w swojej książce „Pokolenie 89. Młodzi o polskiej transformacji”. Autor przeprowadził wprawdzie kilkadziesiąt rozmów z ludźmi urodzonymi między 1986 a 1995 rokiem, ale to nie one stanowią najważniejszą część książki. Jest to przede wszystkim zbiór danych i analiz dotyczących głównych bolączek pokolenia ’89.
Autor nie zajmuje się tematem zwykle stanowiącym główną osnowę książek o transformacji czyli „Czy reformy Balcerowicza zakończyły się sukcesem?”. Dla pokolenia ’89 te reformy to prehistoria. Samą transformację jednak jako całość autor ocenia pozytywnie. Przypomina, że w latach 1990-2016 rokiem wskaźnik PKB na osobę wzrósł o 153 proc. Przeszliśmy tym samym z grona krajów o średnich dochodach do grona krajów o dochodach wysokich. W 2016 roku 85 proc. ludności świata żyło w krajach o niższym PKB na głowę niż Polska. I tyle, jeśli chodzi o sukcesy.
Zapomnieć o mieszkaniu…
Autor nie bez powodu tytułuje drugi rozdział „Młodzi bezdomni”. Aż 46 proc. młodych ludzi (w wieku 25-34 lata) mieszka bowiem z rodzicami. Jednak to nie czynniki kulturowe czy psychologiczne, jak często utrzymuje liberalna prasa, o tym decydują. Kluczowa okazuje się zwykła niedostępność mieszkań. W Polsce na 1000 obywateli przypadają 363 mieszkania, gorzej jest tylko na Słowacji (360) przy średniej dla UE 480. Niewystarczająca liczba mieszkań powoduje trwałą nierównowagę między ich właścicielami a najemcami. Mogą oni dzielić pokój na dwa mniejsze, dyktować sposób jego urządzenia, nie przeprowadzać odpowiednich remontów, czy też oferować mieszkania o bardzo niskim standardzie. Kupno własnego mieszkania wiąże się często z 30-letnim kredytem.
Wobec faktu, że wielu młodych wystarczającej zdolności kredytowej nie ma, najważniejsze dla nich są ceny wynajmu, a zwłaszcza stosunek tych cen do przeciętnej pensji. Średnia cena wynajmu średniego mieszkania wynosiła w lutym 2018 roku w Bydgoszczy 1528 zł, w Poznaniu 1886 zł, we Wrocławiu 2136 zł, w Gdańsku 2362 zł, w Warszawie 2889 zł. Tymczasem mediana wynagrodzeń w Polce wynosi na rękę 2500 złotych (połowa ludzi zarabia mniej, połowa więcej od tej wartości). Wynika z tego jasno, że samodzielne wynajmowanie mieszkania jest dla większości osób niedostępne; jak zauważa autor, „ciężko wynająć coś przyzwoitego nawet we dwoje”.
Rozwiązanie problemów mieszkaniowych widzi Sawulski w rozwoju towarzystw budownictwa społecznego, których celem jest budowanie mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach dla osób o średnich dochodach. W 80 proc. właścicielami,albo głównymi udziałowcami są gminy, a TBS-y mogłyby korzystać z preferencyjnych kredytów Krajowego Funduszu Mieszkaniowego powołanego przez Bank Gospodarstwa Krajowego.
Co z głośnym programem Mieszkanie Dla Młodych? Sawulski udowadnia, że był finansowany w daleko niedostatecznym stopniu: w 2018 roku do rozdysponowania w ramach tego programu było zaledwie 381 mln złotych. Dla porównania: to niecałe 2 proc. wydatków przeznaczanych na program 500+.
Sawulskiemu podoba się funkcjonujące w Niemczech od 1982 r. tak zwane lustro czynszowe (niem. Mietspiegel), czyli fakt, że władze obowiązkowo cyklicznie publikują dane dotyczące porównywalnych stawek wynajmu mieszkań na danym obszarze (średnich, najniższych oraz najwyższych). Rozwiązanie takie chroni wynajmujących przed przepłacaniem za dany lokal. „W niemieckim prawie obowiązuje także ograniczenie, zgodnie z którym podwyżka czynszu nie może w ciągu trzech lat przekroczyć 20 proc. Od 2015 roku wprowadzono również zasadę, zgodnie z którą w określonych regionach kraju (z napiętą sytuacją mieszkaniową ) czynsz w nowych umowach najmu nie może być wyższy niż 110 proc. średniej stawki rynkowej” – pisze Sawulski.
… i o stałym zatrudnieniu
„Jesteśmy krajem o największym odsetku pracowników zatrudnionych na umowy czasowe w całej UE” – pisze dalej Sawulski. W Polsce na umowy o pracę na czas określony i umowy cywilnoprawne pracuje 28% proc. pracowników przy średniej dla UE 12 proc. Warto przy tym zauważyć, że 5 krajów o najniższym wskaźniku zatrudnienia na umowy czasowe w UE to kolejno Rumunia, Litwa, Łotwa, Estonia i Bułgaria, a więc kraje stosunkowo biedne. Nieprawdą jest zatem, że sprekaryzowane zatrudnienie jest charakterystyczne dla krajów uboższych lub tych, które przechodziły transformację.
Osoby zatrudnione na umowy czasowe będą miały niższe emerytury. Są oni znaczniej rzadziej niż pracownicy na umowach bezterminowych przez swoje firmy szkoleni. „Nietrudno to wytłumaczyć – firmie nie opłaca się inwestować w pracownika, jeśli nie wiążę z nim długoterminowej przyszłości. Zatrudnienie czasowe ponownie okazuje się więc swego rodzaju pułapką – umowa czasowa powoduje, że pracownik nie ma okazji podnosić w firmie swoich kwalifikacji, a brak wyższych kwalifikacji powoduje, że ma słabsze argumenty w walce o zatrudnienie stałe” – podkreśla autor. Wreszcie, zatrudnieni na umowach czasowych zarabiają średnio około 30 proc. mniej niż osoby zatrudnione na czas nieokreślony, częściej są też zmuszani do nadgodzin. Jest więc oczywiste, że umowy czasowe nie sprzyjają stabilizacji i decyzji o założeniu rodziny.
Przyczyną prekaryjności zatrudnienia w Polsce jest wysokie oskładkowanie i opodatkowanie niskich wynagrodzeń przy umowie o pracę. Przy tej samej wysokości wynagrodzenia można płacić aż ponad 40 proc. podatków i składek lub też mniej niż 15 proc. przy umowie o dzieło. System sprzyja więc ucieczce pracodawcy przed zatrudnianiem na umowę o pracę.
Uczciwy nie ma szans
Problemem polskiej gospodarki, a więc też młodych pracowników jest też nadmierna liczba mikrofirm. Chwalone i przedstawiane jako sposób na życie, charakteryzują się znacząco mniejszą wydajnością, a co za tym idzie niższymi płacami. W 2016 roku średnia płaca w mikrofirmach wynosiła 1900 złotych na rękę, a w firmach dużych ponad 3500 złotych.
Andrzej, rocznik 1990, który kilka lat temu założył firmę w branży zdominowanej przez mikroprzedsiebiorców tak mówi o tym środowisku: „Utrzymać się może tylko ten, kto kombinuje. Daje niskie pensje, umowy śmieciowe, zatrudnia na czarno, wypłaca część pensji w kopercie (…). Do tego kupuje puste faktury i nie płaci kontrahentom w terminie. Ten, kto chce być od początku uczciwy, nie ma szans”.
Normalką w małych firmach jest też płacenie minimalnej pensji i premii uzależnionej od wyników, czy też zmuszanie do pracy po kilkanaście godzin dziennie.
Na dzieci nie stać, emerytur nie będzie
Jak zauważa Sawulski: „Jeśli policzymy średni wskaźnik dzietności w państwach UE w dłuższym okresie od 2000 do 2016 roku to Polska z wynikiem 1,32 zajmuje ostatnie (!) miejsce w całej UE.”
Do czasu wprowadzenia programu 500 plus polityka prorodzinna w Polsce w zasadzie nie istniała. Jednak za największe zaniedbanie w polityce prorodzinnej uznaje autor niską dostępność żłobków i przedszkoli. W 2016 roku w opiece formalnej znajdowało się w Polsce nieco ponad 60 proc. dzieci w wieku 3-6 lat i 8 proc. przed ukończeniem dwóch lat. W Unii to odpowiednio 80 proc. i 30 proc.
Program 500 plus znacznie ograniczył skrajne ubóstwo, szczególnie wśród rodzin wielodzietnych. Jednak wbrew irracjonalnym oczekiwaniom PIS-u w 2017 roku liczba dzieci wzrosła jedynie o 20 tysięcy.
Perspektywa niskich emerytur i nieprzewidywalność systemu emerytalnego spędza sen z powiek niejednemu młodemu człowiekowi. W 2016 roku przeciętna emerytura wynosiła nieco ponad 60 proc. ostatniej płacy. W 2060 r., czyli kiedy dzisiejsze pokolenie 30-latków będzie przechodziło na emeryturę, szacowana kwota zastąpienia wyniesie zaledwie 24 proc., co stawiać nas będzie na szarym końcu UE. Osoba zarabiająca w 2016 roku w okolicach mediany płac (3500 złotych brutto, 2500 na rękę) otrzyma po 35 latach pracy około 950 złotych brutto (815 złotych netto).
U rozmówców Sawulskiego przeważa nieufność wobec systemu emerytalnego. Sam autor przy tym nie przesądza, czy obecny system jest dobry, czy też lepsza byłaby emerytura obywatelska gwarantująca pewien minimalny poziom świadczeń każdemu. Skłania się jednak do opinii, że najlepiej byłoby zachować obecny system i podwyższyć wiek emerytalny do 67 lat dla obu płci. Wtedy odsetek pobierających emeryturę minimalną spadłby z przewidywanych 70 proc. do 30 proc.
Kolejnym obszarem zainteresowania Sawulskiego jest edukacja. Tu należy podkreślić że nie jest prawdą, by młodzi Polacy znacznie częściej niż przedstawiciele innych narodów podejmowali studia wyższe. W grupie wiekowej 25-34 lata wykształceniem wyższym może pochwalić się 44 proc. Polaków, ale podobne wskaźniki występują wśród innych narodów OECD. Jednak rzadziej niż w innych krajach polscy studenci łączą studia z pracą. W 2017 roku jedynie 10 proc. osób w wieku 18-24 lata łączyło naukę z pracą w porównaniu z 46 proc. w Holandii, 39 proc. w Danii i 32 proc. w Niemczech. Niestety zarówno wykładowcy jak i pracodawcy w Polsce niechętnie spoglądają na próby łączenia nauki z pracą zawodową (nie dorywczą).
W ostatnim rozdziale „Obywatele zza ekranu monitora”, Sawulski próbuje zdiagnozować postawy młodych wobec polityki. Jego rozmówcy deklarują, że się nią interesują, chodzą na wybory. Jednak exit polls z pierwszej tury wyborów samorządowych z października 2018 roku rysują niepokojący obraz.
Bierność i strach
W wyborach wzięło udział zaledwie 35 proc. osób w wieku 18-29 lat i aż 55 proc. w wieku 60+. Jeśli jednak liczby te nałoży się na strukturę demograficzną Polski w roku 2060 to „liczba głosów oddanych przez osoby młode wynosiłaby 1,3 miliona, a przez osoby starsze 7,1 miliona. Oznaczałoby to, że w takiej demokracji AD 2060 politycy mieliby „minimalne bodźce do inwestowania w rozwój”. Młodzi ludzie znacząco rzadko angażują się w działalność organizacji politycznych. Czyni tak zaledwie 4 proc. osób w wieku 15-30 lat, podczas gdy w Austrii czy Niemczech jest to jedna na osiem, dziewięć osób.
Wzrost poparcia dla ugrupowań skrajnych łączy autor z upowszechnieniem internetu, kryzysem zaufania do instytucji politycznych i rozpowszechnieniem się strachu. Jak zauważa, strach odczuwa aż 67 proc. wyborców Trumpa i 45 proc. utożsamianej z systemem Hilary Clinton, a „W przypadku brexitu strach odczuwa 54 proc. jego zwolenników, ale jedynie 27 proc. jego przeciwników”. Wśród polskich rozmówców Sawulskiego dominowała nieufność wobec wszelkich partii. Autor wiąże ją z wojną plemion między zwolennikami PiS i PO. Jak ironizuje Sawulski, priorytetem dla polskich polityków była na przykład nowelizacja ustawy o IPN uchwalona w ciągu jednego dnia w czerwcu 2018 roku. Sprawy mieszkaniowe i demograficzne nie przyciągają takiej uwagi i zaangażowania.
Autor przypomina, że w wyborach z 2015 roku PiS i PO uzyskały łącznie 41 proc., podczas gdy 43 proc. „zgarnęły łącznie trzy partie które można zakwalifikować jako antysystemowe: Kukiz 25, KORWIN i Razem”. Dlaczego młodzi ludzie w tak znaczącym stopniu im zaufali? Tego, niestety, Sawulskiemu nie udaje się w pełni przekonująco wytłumaczyć.
Swoistym rozczarowaniem są również propozycje rozwiązań zdiagnozowanych problemów. W stosunku do ich skali wyglądają skromnie i cechuje je się swoisty konserwatyzm. Proponuje on kampanię drobnych „szturchnięć” (ang. nudges) mających zachęcić (w formie finansowanych przez państwo) programów edukacyjnych do udziału w polityce. Chodziłoby o zaszczepienie młodym ludziom już w szkołach przekonania że działalność publiczna jest czymś godnym i zasługującym na szacunek i uznanie. Autor „Pokolenia’89” przekonuje też, by podwyższyć pensje posłom, gdyż „Dzisiaj losowy dyrektor finansowy w średniej wielkości firmie zarabia dwa razy więcej niż poseł”. Pomocne w rozwiązywaniu problemów społecznych pokolenia transformacji ma być również… wprowadzenie konsultacji społecznych do ustaw na Twitterze czy Facebooku.
Książka Sawulskiego daje interesujący obraz wyzwań i bolączek pokolenia trzydziestolatków. Może być swoistym przewodnikiem dla polityków po problemach młodego pokolenia, wśród których, powtórzmy, wyróżniają się te związane z brakiem dostępnych mieszkań, odpowiedniej jakości miejsc pracy, czy niskim przyrostem naturalnym i niepewnymi emeryturami. Czy jednak proponowane przez niego rozwiązania są wystarczające?
O tym powinni zadecydować sami młodzi, ale skrajnie prawicowe poglądy znacznej ich części będą na pewno przeszkodą w racjonalnej i merytorycznej debacie. Dla lewicy wyłania się więc wyzwanie, przekonać młodych antysystemowców – i nie tylko – do swojej wizji stosunków pracy i własności.

Jakub Sawulski – „Pokolenie ’89. Młodzi o polskiej transformacji”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019, str. 256, ISBN 978-83-66232-28-0.

Nie warto rozmawiać

Na jednym z portali biznesowych pojawił się artykuł podsumowujący ostatnie doniesienia Instytutu Badań Strukturalnych alarmujące, że obowiązujący w Polsce system podatkowy jest de facto regresywny.

Nihil novi, można by rzec. Dla osób względnie ogarniających lewą stronę sceny intelektualnej najczęściej jest to oczywistość. Jeżeli ktoś spędził w życiu już trochę czasu na tropieniu grubych oszustw i małych tricków narracji wolnorynkowej, dość oczywiste dla niego jest, że hasła o ucisku „przedsiębiorców” i zdzieraniu z nich ostatniej koszuli, by oddać ją wrednym roszczeniowcom, to zasłona dymna. Państwo, a już z pewnością państwo polskie, istnieje po to, żeby robić dobrze ludziom przy forsie. Więc udokumentowany fakt, że wspomniane państwo utrzymuje się sięgając głównie do kieszeni niezamożnych, może być zaskoczeniem tylko dla mózgów, których rozbioru dawno temu dokonali Leszek Balcerowicz z Witoldem Gadomskim i Januszem Majcherkiem.
Na pewno jednak niejedna osoba, dla której równość i sprawiedliwość społeczna są czymś więcej niż pretekstem do beki, natrafiając na taki artykuł w biznesowym medium pomyślała sobie: „O, a jednak piszą! Nareszcie coś się zmienia”. Wyjaśniam: nie, nie zmienia się. Owszem, o analizie IBS pisał nie tylko Business Insider. Mainstream generalnie poczuł się w obowiązku o tym napomknąć, bo skoro głównonurtowy think tank dopuszcza taki temat, to widocznie można. Jednak takie treści pojawiają się w tych mediach regularnie od czasu kryzysu w 2008 r. Ileż to już razy ktoś w „Gazecie Wyborczej” pisał z sugestią, że wolny rynek to ściema typu „złoto dla naiwnych” – tak jak John Steinbeck wskazywał na miliony robotników myślących o sobie jako o „chwilowo niespełnionych milionerach”!
W sytuacji niekończącej się światowej recesji neoliberalizm jako dyskurs się załamał, ale jako polityka ma się świetnie, zwłaszcza w granicach Unii Europejskiej. Wszelkie argumenty nie-neoliberalne, „keynesowskie”, „popytowe” chwyciły w krajach takich jak Polska tylko na zasadzie doraźnych środków technicznych, służących wygładzeniu dziur po dekoniunkturze. Tak przecież było w przypadku „reformy OFE” za Tuska. Jak się wtedy okazało, interes prywaciarskich świętych krów można było naruszyć tylko w sytuacji, gdy ich bonanza zostawiła po sobie takie spustoszenie w środkach publicznych, że rząd po prostu sobie z nimi nie radził.
Ale to był tylko wypadek przy pracy – myślenie tej formacji nie zmieniło się ani na jotę. Z prostego powodu: być może kilka razy do roku obcują oni z intelektualistami myślącymi co innego niż Balcerowicz, ale całość życia spędzają głównie wśród „Januszy biznesu”, ich rodzin i ich usłużnych klakierów. Nie zmieniło się nic. Największy program redystrybucyjny po 1989 r. został wprowadzony przez partię, która, gdy Tusk podszczypywał OFE, darła się: „Nasze piniondze kradnom!” Podatków PiS nie zamierza bynajmniej ruszać, wymawiając się „daniną solidarnościową”. Sami ukręcili łeb projektowi ujednolicenia i jednoczesnego uprogresywnienia podatku dochodowego.
Eksplozja nienawiści klasowej z powodu 500 plus mówi coś o tym, w jakim miejscu jesteśmy. Koniec filozofowania: „sroczyńscy” idą w odstawkę, a „majcherki” znów rządzą! Radzę się nie łudzić, że polskich liberałów cokolwiek przekona, by przestali być samymi sobą. Tak, ktoś napisze za IBS, że największą część swych dochodów odprowadzają w podatkach biedni, bo to oni zasilają VAT i rozliczają się z PITu, podczas gdy całe jaśniepaństwo z CITu. Jak zwykle do niczego to nie doprowadzi, bo takie teksty zamieszczane są tylko jako „urozmaicenie” i asekuracyjna wymówka. Tak samo pluralizm liberalnej demokracji jest tylko sposobem na odwrócenie uwagi od faktu, że w kapitalizmie władza nad społeczeństwem w zawsze pozostaje monopolizowana przez najwęższą możliwą grupę.
„To biedacy płacą więcej?” Kilka osób się tym przejmie, a cała reszta „jaśnie oświeconych” wyprze to po pięciu minutach, bo ich rolą nie jest przejmowanie się, ani główkowanie. Ich rolą jest posiadanie. Czują, że do tego są powołani. Żadnym argumentem się tego nie przeskoczy. Nie są inteligentniejsi od reszty, ani poznawczo bardziej otwarci, mimo że formalnie szczycą się lepszym wykształceniem, tzn. lepszym papierkiem. I co z tego, że przytakują ludziom, których media mianowały „ekspertami”? Co z tego, że po „ekspertach” powtarzają, skoro ich mentalność składa się wyłącznie ze sloganów, które każdy słyszał milion razy, i z trudno tłumionych tików nerwowych na myśl o tym, że ktoś „po biedacku” ubrany mógłby dostać kawałek ich tortu. Są tępi jak cała publika Kuby Wojewódzkiego rżąca z dowcipów o gwałceniu ukraińskich sprzątaczek i intuicyjnie pewnie przekonana, że swym rżeniem oni też zasłużą na Ferrari.
To są polscy liberałowie. Wszelkie próby dyskusji z nimi, liczenie, że się ockną, kończą się tak jak w przypadku red. Tomasza Markiewki, który próbował im wszystko cierpliwie tłumaczyć, aż w końcu celebrytka Hanna Lis wyśmiała jego fryzurę i tak liberalizm wygrał na Twitterze. Cechuje ich typowa mentalność plemienna, tylko jest to plemię glamour. Nie mają racji i nie mają na nią szans. Stać ich tylko na nudne ideolo, w które przyozdabiają swoją pogardę. Tradycyjnie już, żadnego – nawet „jaśnie oświeconego” – plemienia nie przekona siła argumentów, tylko argument siły. Przykro mi: ich odejście, czyli zrobienie czegoś pożytecznego z ich pieniędzmi, będzie musiało dokonać się w warunkach, w których ucierpieć może nawet fryzura Hanny Lis i jej mężusia. Co tacy wtedy zrobią? Jakich „argumentów” użyją? Wkleją krzywą Laffera?

Niebo się chmurzy

Rozpracowujemy strategię Prawa i Sprawiedliwości.

 

Polska jest krajem o ustroju liberalno-demokratycznym. To wynik decyzji społeczeństwa, która dokonała się 1989 roku. Potwierdza to nasza Konstytucja. Taki model państwa jest rozpowszechniony w Europie i wielu krajach na świecie. Oczywiście występują pewne różnice gdyż demokracja nie posiada precyzyjnej definicji. Pewien brytyjski politolog, profesor Oksfordu, zauważył, że funkcjonują 52 przymiotniki, które ją opisują. Sądzę, że Polacy mogliby kilka dodać.
Wybitny brytyjski polityk, Winston Churchill, mawiał, że to najgorszy system władzy, jeżeli pominiemy wszystkie inne. Chyba jest w tym trochę racji, historia uczy, że demokratyczne wybory mają niekiedy tragiczny skutek a demokracja zmienia się wtedy w dyktaturę lub anarchię.
Polska demokracja jest bardzo młoda. Przed zaborami mieliśmy wolność szlachecką obejmującą niewielką część społeczeństwa. Po odbudowie Rzeczypospolitej w 1918 roku wystarczyło 6 lat by przewrót majowy zmienił demokrację w dyktaturę sanacji.
Po odzyskaniu niepodległości, w 1945, dostaliśmy „demokrację ludową”, którą społeczeństwo odrzuciło przemianami ustrojowymi.
Przymiotniki, którymi określamy naszą młodą demokrację to burżuazyjna lub liberalna. Wzorujemy się na podobnych systemach europejskich a czasem nawet na demokracji amerykańskiej.
Wraz z demokracją liberalną wprowadziliśmy system gospodarki wolnorynkowej, neoliberalnej. Było to okupione wieloma wyrzeczeniami i wzrostem rozwarstwienia ekonomicznego społeczeństwa. Szczęśliwie tak krytykowana obecnie Polska Ludowa mimo swoich licznych wad zdążyła odbudować kraj, wykształcić społeczeństwo i zbudować przemysł. Dzięki czemu nowonarodzony polski kapitalizm mógł prywatyzować, reprywatyzować, wprowadzać obcy kapitał a do tego miał nieźle wykształcone tzw. siły wytwórcze.
W 2004 zostaliśmy członkiem UE, co, między innymi umożliwiło rozwój naszej niezbyt zasobnej gospodarki.
Gwarantem naszego bezpieczeństwa jest NATO. Mamy tu nowe zjawisko. Stopień bezpieczeństwa jest negocjowany z hegemonem NATO Stanami Zjednoczonymi. Pod tym względem Układ Warszawski nieco się różnił.
Na wzór demokracji europejskich u sterów państwa stawały różne partie, lewicowe liberalne konserwatywne. Każda starała się działać w obrębie prawa i Konstytucji. Mimo konkurencji między nimi zachowana była pewna wstrzemięźliwość w stosowaniu środków walki politycznej, bo każda partia, każdy polityk liczył się z kołem politycznej fortuny Raz na dole raz na górze.
Mogliśmy tak funkcjonować, bogacić się i po woli ulepszać państwo. Równowaga między siłami politycznymi dawała możliwość wprowadzania różnych rozwiązań a jedynym kryterium była demokratyczna ocena społeczeństwa.
Oczywistym jest, że niema róży bez kolców. Mieliśmy i mamy do czynienia z korupcją, nepotyzmem, wyzyskiem, zjawiskami wykluczenia społecznego, ale okrzepła demokracja potrafi sobie z tym radzić. Tylko czasem to długo trwa.
A tu bęc! PIS w demokratyczny sposób doszedł do władzy.
Sam ten fakt nie jest czymś wyjątkowym. Tak działa demokracja. Partia ta tak jak inne mogła sprawować swoje rządy, wprowadzać rozwiązania, jakie uważa za słuszne (a nie wszystkie są złe z definicji), w miarę pokojowo współistnieć z opozycją korygując swoje decyzje pod wpływem ocen społeczeństwa
A jednak coś się zmieniło.
Moje zaniepokojenie budzi sposób działania i cel, do którego ta partia dąży. Myślę, że do jakiejś formy władzy autokratycznej.
Myślę tak, bo zaczynają się spełniać różne „przepowiednie” socjologów, politologów i filozofów, którzy badali temat w aspekcie historycznym i merytorycznym.
Partia, która chce zdobyć autorytarną władzę w demokratycznym państwie musi przede wszystkim posiąść grono wyznawców żeby wygrywać wybory. PIS osiągnął to kreując „wrogów ludu”, którzy uniemożliwiają „dobrą zmianę”.
Są to siły upadłego moralnie zachodu, muzułmanie, wolnomyśliciele tzw. inni, słowem UE. Mamy także wroga wewnętrznego postkomunistów i lewaków. PIS zrealizował to przy pomocy zawłaszczonych mediów publiczny i wsparciu pewnej części kleru katolickiego. To PIS wraz ze swoimi zwolennikami stoi na barykadzie i broni Polski i Polaków Obudził przy tym demony nacjonalizmu pseudo-patriotyzmu żywiącego się nienawiścią i fanatyzmu religijnego.
Nieprzekonanym zaproponował populistyczne rozdawnictwo dóbr.
Wiele dyktatur buduje pozory demokracji. W takich państwach działa sądownictwo instytucje publiczne, funkcjonują ocenzurowane media, odbywają się wybory a mimo to władza należy do „jedynie słusznej” formacji. Podobnie funkcjonowała Polska Ludowa uważana za formę autorytaryzmu. Właśnie po to jest „dobra zmiana” w sądownictwie. Do wzięcia jest jeszcze kilka sfer życia publicznego, lecz padają po kolei jak muchy.
Dzięki swoim mediom PIS powtarza kłamstwa lub półprawdy tak często aż staną się, jak powiedział klasyk, całkiem wiarygodne. Skutecznie zakłamuje historię, ignoruje zasłużonych obywateli naszego państwa pomija fakty a wszystko to sączy do uszu uczącej się młodzieży. Jeżeli jego przedstawiciele mówią coś nieprawdziwego, robią to głośno, z przekonaniem i w oczy. Tworzy to protezę uczciwości.
Do czego się PIS jeszcze nie posunął? Do przemocy.
Ale flirt z ONR ma czemuś służyć. Odziały WOT nie stanowią poważnej siły militarnej, natomiast do tłumienia rozruchów są po prostu stworzone.
Po co to robi? Dlaczego zamiast współpracy z UE proponuje utopijne teorie trój-morza? Dla czego nie chce przestrzegać Konstytucji, na którą przysięgali funkcjonariusze państwa.
Odpowiedź jest stara jak cywilizacja. Dla władz i szmalu.
Co my obywatele naszego kraju mamy robić, jak bronić wolności i naszych praw?
Niebo się chmurzy….

Głos lewicy

Uspołecznić państwo!

Piotr Ikonowicz marzy na Facebooku:
Marzy nam się silne państwo, które nas obroni przed ekscesami pracodawców, korporacji, banków, deweloperów. Tymczasem jaką mamy gwarancje, że ta zwiększona siła państwa nie obróci się przeciw nam. W końcu jak dotąd państwo było głównie „komitetem wykonawczym” interesów bogatych i możnych.
Dopiero gdy pracująca większość, pracownicy, dłużnicy, lokatorzy, konsumenci, obywatele przejmą państwo i je uspołecznią, będzie ono stawać po stronie słabszego przeciw silniejszemu.

 

Na kogo głosować

Łukasz Moll podpowiada: W wyborach samorządowych kibicuję kandydatom, którzy obtarli już mleko spod nosa i gotowi są zwalczać lokalne oligarchie i mafie „samorządowo”-biznesowe z całą bezwzględnością, bo rozumieją, że bez powstrzymania potężnej władzy pieniądza, koneksji i rozpoznawalności, wszystkie te obietnice dotyczące rzeczy słusznych i ważnych – słodziutkich elektrycznych autobusików, kilometrów ścieżek rowerowych, tęczowych pomników, przyjaznej partycypacji i niezliczonej ilości drzew i krzewów – to tylko nowoczesna polityka kultu cargo, która nie generuje emocji, nie zbiera krzywd i – co najważniejsze – nie dotyka istoty problemu, jaki mamy z polskimi „samorządami”. Parę takich nazwisk mam już na radarze. Liczę, że do jesieni zrobi się ich więcej.

 

Najbogatsi planują ucieczkę

„Biorąc przykład z Elona Muska przymierzającego się do kolonizacji Marsa, Petera Thiela główkującego nad odwróceniem procesów starzenia, Sama Altmana i Ray’a Kurzweila usiłujących przesłać swoje umysły do superkomputerów, inwestorzy przygotowywali się na nadejście cyfrowej przyszłości, która nie miała uczynić świata lepszym, lecz pomóc w przekroczeniu granic kondycji ludzkiej i odizolowaniu się od zagrożenia ze strony zmiany klimatu, wzrostu poziomu mórz, masowych migracji, globalnych pandemii, paniki tubylców i wyczerpania zasobów. W ich pojęciu przyszłość technologii dotyczyła tak naprawdę tylko jednego: ucieczki. Ci miliarderzy są domniemanymi zwycięzcami gospodarki cyfrowej – tego samego bezwzględnego krajobrazu biznesowego, który rodzi i kultywuje podobne spekulacje” – to fragment artykułu Douglasa Russhkoffa, socjologa. Udowadnia, czemu najbogatsi unikną katastrofy klimatycznej.

Futbolistan

Życiem narodowym w Republice Lechistanu, zwanej też Klechistanem, stale rządzą trzy cykle. Pierwszy – to rytm zmiany pór roku. To powszedniość, oczywistość, rutyna. Drugi to wybory i zmiany rządów. A trzeci – to kolejne edycje Euro i Mundialu. Tylko tym trzecim cyklem żyją wszyscy i traktują go śmiertelnie poważnie. Zbiorowo przeżywany jest tak intensywnie, neurotycznie i traumatycznie – że brakuje jednej wielkiej kozetki.

 

Na czas Mundialu lub Euro wszyscy obywatele – z wyjątkiem dziwaków lub wyrodków – przeobrażają się w kibiców, znawców i smakoszy. Smakoszy zwykle skwaszonych. Nawet jajogłowi – na co dzień wybrzydzający na instynkty stadne i nacjonalistyczną histerię – dostają tej futbolowo-patriotycznej gorączki i dołączają do zbiorowych modłów o sukces-cud, który się Polakom należy z racji bycia Polakami i z racji chęci szczerych, a pobożnych.

Na czas Mundialu i Euro nasze państwo właściwie mogłoby zmienić nazwę – na Futbolistan. I godło narodowe – na piłkę, oczywiście w białoczerwone łaty, co dobrze symbolizuje naszą narodową specjalność, mianowicie łataninę. W tym czasie Orła Białego zastępują i ucieleśniają Nasze Orły. I te orły wzlatują – na tyle, na ile wystarczy, by zarobić.

 

Narodowa psychodrama

Powtarzalny porządek cyklu euromundialowego jest znany i zawsze z góry przewidywalny. Najpierw Polska – której emanacją jest „złota jedenastka” z przebogatymi rezerwami – odradza się, po wcześniejszym, a kolejnym upadku, jak Feniks z popiołów. Żmudnie, bohatersko, jak to ciężko ranna, stara się podźwignąć z dna (tabeli), przebić przez wrogie zasieki w eliminacjach, których trud i ciosy bolesne przypominają Somosierrę, Monte Cassino i bitwę stalingradzką, by w końcu wczołgać się resztką sił do grona pretendentów. Z wilczym apetytem na podium i przemarsz zwycięzców.

W turnieju jak zwykle polegnie i ponownie zmieni swój stan skupienia na spopielony.

Ta regularna powtórka z rozrywki jest poniekąd adekwatnym odwzorowaniem heroiczno-martyrologicznej wizji dziejów i edukacji patriotycznej. Jak wiadomo każdemu prawdziwemu Polakowi, wielkość narodu mierzona jest rozbratem między niebotycznymi ambicjami, powołaniem do cudów i stanów nadzwyczajnych a rozmiarem klęsk i poświęceń, które tym klęskom nie zapobiegają.
Tyle tylko, że manto w meczach otwarcia, meczach o wszystko i meczach o honor nie zapewnia jednak „moralnego zwycięstwa”. Ale za to współczynnik optymizmu zbiorowego jest tu wielokrotnie wyższy niż po kolejnych rozbiorach i powstaniach. Bo za każdym razem i drużyna, i Legion kibiców wierzą, że kiedy jak kiedy, ale teraz to już na pewno pokażemy, na co naprawdę nas stać. Co zresztą się potwierdza, tyle, że inaczej niż w oczekiwaniach.

Psychicznym korelatem euromundialowego cyklu – od wielkich nadziei przez wymęczone starania i postępy do wielkiego blamażu – jest powtarzalna ewolucja zbiorowego samopoczucia, jak w afektywnej chorobie dwubiegunowej. Od erupcji pobożnych życzeń, poprzez zbiorową euforię i samozachwyt (nasi znów zmartwychwstają i dorastają do wielkości, My w ogóle jesteśmy wielcy) do urazu podobnego wstrząśnieniu mózgu, załamania, depresji, poczucia beznadziejności, apatii.

Szczęśliwie na tym depresyjnym ogniwie niebezpieczna ewolucja nastroju narodowego się urywa (ratując przed impulsami samobójczymi), bo zaczyna się kolejna edycja tegoż cyklu. Już jesienią po mundialowej katastrofie rozpoczynają się euroeliminacje, lub odwrotnie. Z nową szansą i nadzieją naród skopany w grze w kopaną znów się wyprostowuje do dumnej postawy. Teraz już będzie inaczej, lepiej. Teraz to dopiero pokażemy!

Nasuwają się tu dwa proste pytania.

Pierwsze: dlaczego kilkadziesiąt milionów podobno zdrowych psychicznie ludzi przeżywa cykle konwencjonalnej rozrywki – pokrewne w swej rytmiczności dorocznym festiwalom, sianokosom i wyjazdom na urlop – tak, jak gdyby była to walka na śmierć i życie, o przetrwanie i godność zarazem?

Drugie: dlaczego wynik tych sportowych powtórek jest z grubsza ciągle taki sam, a zarazem, dlaczego masa ludzi już wielokrotnie ciężko doświadczonych (a doświadczenie podobno uczy) stale nabiera sie na ten sam numer (słowo honoru, teraz to będziecie z nas dumni)?

Odpowiedzi na te pytania jest kilka. Jedna z nich – to analiza medialnego i marketingowego mechanizmu prania mózgów.

 

Futbolowe gusła zwierciadłem duszy polskiej

Euromundialowy cykl hurraoptymizmu i rozczarowań, w których miesza się zaskoczenie z rozpaczą i niesmakiem, jest w jakimś stopniu wskaźnikiem charakterystycznych cech mentalności sporej części naszego społeczeństwa. Cech, które jednak w tym okresie wzmożenia emocji udzielają się również pozostałym rodakom. Jakie to cechy?
Po pierwsze, syndrom doktora Jekylla i pana Hyde’a, jeśli chodzi o różnicę między rytmem i stylem funkcjonowania powszedniego (pracy i myślenia na co dzień) a temperaturą i stylem zaangażowania odświętnego.

Po drugie, przeświadczenie, że właśnie obrzędy odświętne oraz wydarzenia i zachowania w sytuacjach nadzwyczajnych – że dopiero one pokazują, jacy naprawdę jesteśmy i na co naprawdę nas stać, a nie to, jak się zachowujemy, jak pracujemy i z jakim wynikiem na co dzień. Co więcej, wyobrażenie – jak u niefrasobliwego studenta – że zrywem powstańczym, nadzwyczajną mobilizacją w ostatniej chwili i poniewczasie można nadrobić powszednie zaległości i osiągnąć sukces nawet większy niż dzięki tej nudnej, powszedniej systematyczności. „Prawdziwy Polak” jest wielki tym, jak nagle wyskoczy z konopi.

Co się z tym wiąże, po trzecie, na serio potraktowane (a nie z przymrużeniem oka) przekonanie, że „wiara góry przenosi”, że „chcieć to móc”, a więc wystarczy mocno chcieć. Podobnie jak u bardzo pobożnego pretendenta do czegokolwiek ma wystarczyć gorliwa i żarliwa modlitwa. Zaklinanie Mundialu i Euro w Polsce mocno przypomina modlitwy o deszcz.
Po czwarte, nasze polskie „jakoś to będzie, po co się martwić na zapas”, przeniesione z powszedniego niedbalstwa, bylejakości na arenę Wielkiego Zmagania. Choć rytualnie wszyscy deklarują perfekcyjne przygotowanie, maksymalne wysiłki, wyczynowe nastawienie, to siłą przyzwyczajenia praktykują znany styl pracy: byle zdążyć, zrobić, aby było, a po drodze się załata, wyrówna, nadrobi.

Z pozoru zaprzecza temu natrętna czujność i rzeczowość nie tylko dziennikarzy, komentatorów, ekspertów od futbolowej wiedzy tajemnej i głębokiej, ale i najwierniejszych nieodświętnych kibiców. Śledzą eksperymenty kadrowe, treningi, sprawdziany, testy, notowania. Ostrzegają, podpowiadają, alarmują. Dobrze znają słabości zawodników, błędy trenerów, porównywane z atutami i słabościami rywali. Jednak wbrew całej tej wiedzy – dającej powód do powściągliwości albo nawet sceptycyzmu – gdy jednak dojdzie do startu w Turnieju, to nie tylko sami dają się ponieść pragnieniom i oczekiwaniom silniejszym niż poczucie rzeczywistości, ale i zarażają innych swoim myśleniem życzeniowym.

Wpływają na to dwa oczywiste czynniki.

Pierwszym jest mechanizm zaraźliwości emocji zbiorowych (tu – patriotycznych) i konformizmu grupowego. Niedowiarki, zrzędy albo, jeszcze gorzej, rodacy obojętni na wynik futbolowej wojny narodów (tej wojny per procura, pod hasłami przyjaźni i wzajemnej sympatii) stawiają siebie poza nawiasem wspólnoty.

Drugim – medialny samograj. W dniach Euro czy Mundialu wszystko w mediach (i w ludzkich głowach) kręci się wokół piłki; głowa w ogóle przeistacza się w piłkę. O tym się mówi w kółko i bez końca, z tej i z tamtej strony. Śpieszą z komentarzami (jak uczniowie w klasie, by potwierdzić „obecny!”) artyści, naukowcy, lekarze, hydraulicy. Widzowie i słuchacze wciągani są skutecznie w zbiorowe odliczanie, obliczenia, pomiary, prognozy i zwykłe wróżbiarstwo. A to pranie mózgu wzmacniane jest wszechobecnością piłki w reklamach, ogłoszeniach sponsorów, na plakatach, w konkursach i zgadywankach, w losowaniach nagród i biletów, w programach „przypomnijmy wielkie chwile”. Futbol atakuje i osacza każdego w gadżetach, w gazetach i w czasopismach w każdym sklepie, kiosku, w autobusie, w tramwaju, na dworcu, w szalecie miejskim. Zgodnie z regułami, jakie rządzą symbiozą popkultury z konsumpcją, komercją i okazją do szybkiego, wielkiego zarobku w czasie krótkim, choć sztucznie wydłużanym (jak zakupy „świąteczne” rozciągnięte na cały kwartał). Próba uniknięcia styczności (i wzbudzanych nią emocji) wymagałaby chyba ewakuacji na księżyc. Wzorzec wojny totalnej został przeniesiony na ofensywę marketingowo-propagandową – nie tylko opór jest daremny, zadekowanie się też jest niemożliwe.

 

Niby-sportowy wielki biznes

Futbolowe turnieje pod flagami państw i narodów – w jeszcze większym stopniu niż rozgrywki ligowe i pucharowe klubów absorbujące „mieszańców” – to nie tylko i nie tyle sport sam w sobie.
To wielki biznes, łączący w sobie show biznes (reguły wielkiego spektaklu, dochodową licytacyjną sprzedaż wrażeń) z jeszcze większym biznesem „towarzyszącym”. Zauważmy przy tym, że to, co zdaje się nam tylko oprawą – niezbędną, jak i przygodną – tego, co ma być istotą futbolowych eventów (piękna rywalizacja, próba sił i umiejętności), w rzeczywistości już dawno stało się istotą sprawy. I to ten prawdziwy biznes, nie tylko sportowy show biznes sam w sobie, obsługiwany jest przez potężną machinę marketingu, reklamy, a nawet propagandy i prania mózgów, bo kołem zamachowym biznesu i biznesiku stają się tu „uczucia narodowe” podgrzewane do poziomu wrzenia.

 

Wyciskarka-Geszefcik

W tle i w ramach tego wielkiego biznesu, którego uczestnikami i reżyserami są wielkie koncerny – wytwórcy i sprzedawcy samochodów, rowerów, telefonów, telewizorów, piwa, butów sportowych i trumiennych, koszulek, kosmetyków, chipsów, dropsów, prezerwatyw i czego tam jeszcze – „kręcą lody” na swój użytek zawodnicy, trenerzy, dziennikarze. Mundial lub Euro to złota żyła nie tylko dla inwestorów, sponsorów i dostawców tego czy tamtego, nie tylko dla hotelarzy, linii lotniczych, biur podróży. To niepowtarzalna okazja, by raz w życiu zarobić, dorobić więcej niż przez pół życia czy jeszcze krótszy epizod kariery sportowej. Tylko frajer by nie skorzystał, nie pomyślał o zabezpieczeniu na przyszłość, jakże przecież niepewną, a dłuższą niż „moje pięć minut”. Trudno wręcz z pięknoduchowskich moralistycznych pozycji potępiać taką zapobiegliwość zawodników i trenerów. Ale zrozumienie życiowej konieczności (nie tylko – nadzwyczajnej okazji) i zrozumienie, że właśnie tak działa ten system, nie zmienia przecież skali niesmaku.

Z Mundialu czy Euro trzeba wycisnąć ile się da, póki się da. Nazywając rzecz po imieniu: wycisnąć z kibiców jako widzów, konsumentów. Sportowiec – profesjonalista (Są jeszcze jacyś amatorzy? Chyba tylko ci, którzy ścigają się lub kopią na podwórkach) od dawna już przeistacza się w geszefciarza. Zanim obejrzysz go na boisku w czasie turnieju, to na długo przed tym, a potem też jeszcze dłuuuugo, dłuuugo po zakończeniu lub odpadnięciu z gry, dzień w dzień, godzinę w godzinę oglądasz go w reklamie piwa, komórki, szamponu, samochodu, gumy do żucia, blachodachówki, sprayu. Robert Lewandowski, Adam Nawałka, Kamil Glik i inni jeszcze bohaterowie Historycznej Chwili towarzyszą nam nieodłącznie jak chińskie duchy. Albo raczej jak ten Lenin z anegdoty: otwieram lodówkę – Lenin, włączam telewizor – Lenin, wysiadam z metra na stacji Leninowska przy pomniku Lenina na rogu Leninowskiego Prospektu. Nawet Jan Paweł II nie doczekał w swej ojczyźnie takiego zagęszczenia. I już nie doczeka, z różnych powodów.

 

Geszefcik jako wspólna, powszechna pułapka

Dopóki kibic jest zamroczony upojną nadzieją lub nawet poczuciem sukcesu, dopóki ten miraż zdaje mu się realny przez jakąś wygraną w drodze na szczyty, dopóty nie odczuwa on przesytu, nie razi go to jako natręctwo. I w zasadzie uznaje, że gwiazdorom takie wszędobylstwo się należy, podobnie jak dochodzik z tych ubocznych występów. W końcu, to nic nadzwyczajnego. Dziś „wszyscy” wszędzie się pokazują, robią selfie, licytują się na Facebooku, w Instagramie, kto ma więcej wejść i lajków, a zbiorowi ulubieńcy mogą to robić nie za darmo. Sympatia z powodu pozytywnych oczekiwań lub z powodu dobrych wyników usposabia dobrodusznie i życzliwie.

Nastrój zmienia się z chwilą, gdy nie ma wyników, ba, jest porażka, i to w żenującym stylu.

Frustracja mogłaby szybciej ustąpić pod naporem życia codziennego lub jakichś innych odświętnych wrażeń, gdyby nie… pozostałości. Bo choć drużyna wypadła z euromundialowej karuzeli, to karuzela futbolowego biznesu nadal, i to długo jeszcze, się kręci.

Zmarnują się i kłują w oczy niesprzedane gadżety: koszulki, czapki, trąbki, chorągiewki, plakaty, figurki i broszury, których teraz już nikt nie kupi. Co najwyżej niektórych zastanowi bezsens tej nadprodukcji bez popytu. Ale nie mogą się zmarnować wydatki poniesione na reklamy, nie mogą przepaść zyski z tych reklam, nawet jeśli teraz będą mniejsze z powodu irytacji. Toteż jeszcze przez miesiąc po „Narodowej Klęsce” sfrustrowanych kibiców, upokorzonych Polaków (a Polak miało brzmieć dumnie) będą jeszcze atakować ze ścian, murów, szyb i karoserii oraz z telewizorów uśmiechnięte twarze „ludzi sukcesu” natrętnie przypominające, czemu zaprzeczają swym przedłużonym byciem wszędzie.

To doznanie równie perwersyjne jak codzienna styczność na każdym kroku ze stroną przeciwną po bolesnym i nienawistnym rozwodzie.
W mechanizmie futbolowego biznesu nie ma od takiej sytuacji odwrotu. Piłkarze i trenerzy muszą teraz przełknąć to, czego sami się wstydzą: nie tylko poczucie klęski i winy, ale i rozdrapywanie rany przez nieskończone odtwarzanie zdartej płyty z pieśnią zwycięstwa. Zdruzgotani lub wściekli kibice skazani są na to samo: oglądaj sobie jeszcze raz i jeszcze raz swoich ulubieńców, gdy już nie możesz na nich patrzeć. Tej wyciskarki nikt nie zatrzyma.

 

Kto kogo wycisnął

Wtedy niektórzy z fanów objawiają nagle zwykłą zawiść, sprowokowaną kontrastem między tym chałturniczym „urobkiem” a zawodem, jaki idole sprawili w swej zaszczytnej, wzniosłej roli. Inni zauważają – ale też nagle, z opóźnieniem, niestosowność tej zapobiegliwości w stosunku do patriotycznego patosu i jej niewspółmierność względem kiepskiego czy żałosnego wyniku pracy we właściwej roli. Uderza ich kontrast między wielkimi zapowiedziami w Sprawie Narodowej, korzyściami nieuzależnionymi od wyniku i nieudolnością na boisku w turnieju. Niezazdrosnych i niezawistnych tak czy inaczej poniewczasie zastanawia i szokuje nie samo „obłowienie się” przez trenerów i zawodników, ale właśnie to, że zarobili na niespełnionych, a wzbudzonych przez siebie nadziejach, zamiast osiągnąć zysk na takiej zasadzie jak prowizję czy premię zależną od wyników pracy.

Niektórzy z zawiedzionych fanów (nie ma nic gorszego niż zawiedziona miłość) odbierani są jak relikty dawnej epoki, gdy wznoszą okrzyki „Jak to się bawią i urządzają za nasze pieniądze! A za co im płacimy?”. Ale przy całym prostactwie takich ocen nie są one tak całkiem bezzasadne. Tyle, że nie w tym pozornie oczywistym sensie (zmarnowane pieniądze podatników czy: nabywcy biletów oszukani, bo miało być bosko, w każdym razie porządnie, a było dno), lecz w innym. Wszak zawody sportowe i „inwestycje” w ich wynik z natury obarczone są ryzykiem. Otóż taki mściwy kibic, choć wścieka się autentycznie, to niezupełnie rozumie, na czym polega jego sytuacja. A polega ona na tym, że w toku pracy wspomnianej wyciskarki (show biznesu i właściwego biznesu) właśnie on został wyciśnięty. W wielorakiej i zwielokrotnionej roli konsumenta: odbiorcy reklam, marketingowych ofert i wabików, nabywcy gadżetów i biletów, uczestnika quizów i loterii, telewidza zmuszonego do oglądania i przez to finansującego całe to przedsięwzięcie.

Konsument – w sezonie euromundialowym zredukowany do roli kibica, wciśnięty w funkcje futbolożercy – zapewnia zyski bez względu na to, czy sam jest zadowolony, spełniony, syty w swoich oczekiwaniach i wymaganiach, czy też czuje się nabrany. W Mundialu w pełni obowiązuje zasada ze sklepu: Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się.

 

Przystawka jako danie główne

Różnica między czasem występów w turnieju – krótkim, krótszym niż wzbudzone oczekiwania i zapowiedzi – a długim czasem występów w reklamach szamponu przeciwłupieżowego i blachodachówki jest w tym euromundialowym cyklu regułą. Podobnie jak brak związku między wiarygodnością reklam (tę chyba określają wyniki „kopania” tych, którzy mają do czegoś namówić?) a intensywnością i przewlekłością reklamowych występów. Znakomicie podsumowuje to mem: „Gdzie jutro zagramy? W reklamie pampersów.” Może czas wyciągnąć wnioski z tego faktu, zrozumieć, że to nie jest przypadek? Może nawet zastanowić się, czy nie jest tak, że im więcej jest Lewandowskiego w reklamach, tym mniej go na boisku i pod bramką? Może przebieranka w garnitury Vistuli i ciągłe pozowanie do zdjęć dekoncentruje „naszych chłopców”?

Prawidłowość, jaka wyziera z tego kontrastu, jest następująca. Od dawna już nie jest tak, że „solą ziemi” w futbolu jest futbol, a dodatkiem, przystawką cały ten biznes, dzięki któremu futbolem pochłoniętych jest więcej ludzi niż prawdziwych pasjonatów. Futbol jest tu pretekstem i środkiem do Geszeftu. Zarówno dla machiny biznesowo-marketingowej (ta z równym powodzeniem wyciąga kokosy z dowolnych zapotrzebowań i fascynacji zbiorowych), jak i dla samych piłkarzy, nawet jeśli w punkcie wyjścia nie takie mają intencje, lecz kierują się zdrową ambicją i nawet szczerym zapałem patriotycznym.

Ale nie jest to przypadłością jedynie futbolu, piłkarzy, trenerów. Rozejrzyjmy się dookoła. To tendencja typowa dla współczesnego turbokapitalizmu. Celebrytyzm w dowolnej dziedzinie jedynie za odskocznię, trampolinę ma formalne czy początkowe zajęcie gwiazdorów jako aktorów (potem znamy ich tylko z reklam), modelek, sportowców, muzyków. Doktorat i etat wykładowcy na uniwersytecie to tylko stała przystań dla prawnika czy ekonomisty, który jak marynarz opływa świat cały i tam szuka przygód , ale gdzieś musi być „zaczepiony”. „Reformy” szkolnictwa wyższego wymuszają teraz, by praca w roli wykładowcy była tylko tytułem do bitwy o prawdziwe pieniądze i awanse z grantów. Placówki poczty musiałyby być zamknięte natychmiast (wszystkie), gdyby nie prowadziły pod swoim szyldem sklepiku z dewocjonaliami, bibułą z IPN i zakonnych poradników kulinarnych. Stewardessy na pokładzie tanich linii lotniczych mają za zadanie główne i właściwe nie tyle dopilnować zapięcia pasów, ile wcisnąć pasażerom kosmetyki, losy loterii, bynajmniej nie tanie napitki.

 

Dualizm wiary i biznesu

Charakterystycznym kontrastem euromundialowej cyklicznej gorączki jest też jej dwoistość. Awersem jest tu stan wrzenia, najwyższego napięcia (paraseksualnego) i przy tym „patriotycznego wzmożenia” kibiców – w jakiejś mierze spontaniczny, ale w większym stopniu podgrzewany do poziomu histerii, do balansowania między wszystkim lub maximum w oczekiwaniach a niczym lub minimum w efektach. Rewersem – wspomniana machina nakręcania popytu, obrotu, podaży, która żeruje właśnie na tej zbiorowej egzaltacji. Lecz ta sprzeczność jest tylko zewnętrzna. Mamy tu klasyczny związek funkcjonalny. Przekształcanie meczu i całego turnieju z zawodów sportowych, w których można wygrać, można też przegrać bez poczucia katastrofy w misterium patriotyczne to idealne koło zamachowe dla Geszeftu. Jest też wygodne dla polityków, rządów. Nic nowego pod słońcem. To nawet nie jest wynalazek dopiero współczesnego kapitalizmu. Tradycja i inspiracja jest znacznie starsza: kościelny sakrobiznes. Tu pobożność żarliwa, jak i konformistyczna wiernych z nadwyżką jest zagospodarowana przez obrót relikwiami, dewocjonaliami, inwestycje sakralne i płatne „co łaska” posługi.

Futbolowe święto pod hasłem „trzymamy kciuki za naszych” ma w sobie oczywiście wiele cech sympatycznych. Nie tylko wtedy, gdy chodzi o emocje czysto sportowe, ale i wtedy, gdy staje się obrzędem rytualnego patriotyzmu. Miła jest atmosfera powszechnej identyfikacji, zgodnego zainteresowania, poczucia wspólnoty („bo wszyscy Polacy to jedna rodzina”). Sympatyczne, choć jednak śmieszne, gdy każdy Polak w chwilach sukcesu czuje się już nie tylko rodakiem, ale zgoła kuzynem Lewandowskiego. Gorzej, gdy staje się to narzędziem wychowania w duchu infantylizmu, naiwności, życzeniowych snów o potędze. Nie można by tak normalnie?