Przedwyborczy ład propagandowy

„Polski Ład” jest ważnym dokumentem marketingowo-politycznym, mającym przybliżyć PiS do sukcesu wyborczego.
Kilka dni temu, dziennik „Trybuna” odnosząc się do PiS-owskiego „Polskiego Ładu”, stwierdził, że jest to tylko program propagandowy, którego jedynym celem jest przybliżenie PiS do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Cóż, okazuje się, że były to prorocze słowa, a podobny pogląd zaczyna wyrażać coraz więcej specjalistów.
I tak, zdaniem ekonomistów z Forum Obywatelskiego Rozwoju, dokument „Polski Ład” to wydmuszka marketingowa bez kompleksowych reform oraz adekwatnych i skutecznych działań. To nie jest plan zwiększania dobrobytu, lecz plan wydawania pieniędzy i dokupywania głosów w tych obszarach, gdzie władza ma swój elektorat i może uzyskać jeszcze jakieś punkty.
Tymczasem, aby dogonić najbogatsze kraje Unii Europejskiej i zwiększyć dobrobyt społeczeństwa potrzebujemy prawdziwych reform, wykraczających poza jedną kadencję, a nawet poza jedną dekadę. Jak wskazuje FOR kołami zamachowymi takich reform powinny być 4 filary: praca, praworządność, inwestycje i innowacje, a nie PR-owe zapisy „Polskiego Ładu”.
Zdaniem ekonomistów FOR, Sławomira Dudka, Rafała Trzeciakowskiego i Marcina Zielińskiego, „Polski Ład” jest jedynie dokumentem propagandowo-politycznym. To nie jest plan gospodarczy ani tym bardziej dokument strategiczny, który pokazywałby jak sobie poradzić z największymi wyzwaniami stojącymi przed polską gospodarką w kolejnych dekadach.
Do zwiększenia dobrobytu, czyli też lepszych i profesjonalnych usług publicznych, w tym opieki zdrowotnej, konieczny jest wzrost gospodarczy. Dobrobytu nie tworzą tylko podatki, transfery czy wydatki usztywnione w stosunku do produktu krajowego brutto PKB. Aby podtrzymać szybki wzrost gospodarczy, szczególnie w obliczu kryzysu demograficznego, niezbędne są odpowiednie, dobrze przygotowane i zaplanowane reformy. Niestety w „Polskim Ładzie” rząd PIS takich reform nie pokazał.
Ten dokument to lista ogólników, haseł i życzeń, często bardzo lakonicznie opisanych. To marketingowa wydmuszka – podkreślają ekonomiści FOR. Generalna koncepcja „Polskiego Ładu” stanowi zapowiedź redystrybucji dochodów na dużą skalę – w dużej części od klasy średniej, bogatszych i przedsiębiorców do emerytów i osób nieaktywnych zawodowo. Filary „Polskiego Ładu” nie składają się jednak w spójną całość. Nie pozwalają też na osiągnięcie stawianych w dokumencie ambitnych (a przy tym nierealnych) celów rozwojowych. W większości są to obietnice kolejnych transferów, dotacji, instrumentów wsparcia i większych wydatków. W sumie, w „Polskim Ładzie” dominują propagandowe grafiki i wykresy. Brakuje w nim zaś reform, treści i konkretów.
Jedynym elementem, za którym kryją się jakieś analizy i bardziej skonkretyzowane rozwiązania, jest propozycja zmian w podatkach, bo rządowi zależy na ściągnięciu jak największej kasy do budżetu. Jednak i w tym obszarze mamy wiele istotnych przemilczeń i niedomówień.
PiS w „Polskim Ładzie” podbiło swój cel z wcześniejszego Krajowego Panu Odbudowy, zakładający osiągnięcie 95 proc. PKB per capita Unii Europejskiej w 2030 roku. Teraz ma to być aż 100 proc., jednak bez pokazania wiarygodnie, w jaki sposób władza zamierza to zrealizować.
Jak wskazują cytowaniu tu trzej ekonomiści, pozytywem „Polskiego Ładu” jest to, że PiS pokazało w końcu prawdziwą koncepcję modelu społeczno-gospodarczego, do którego chce dążyć. Jeszcze przed poprzednimi wyborami premier głosił wszem i wobec, że mamy cud w uszczelnianiu podatków, a dzięki uszczelnieniu VAT partia rządząca sfinansuje swoje obietnice. Nie mówił nic o nowych podatkach. Stwierdził nawet, że możemy pozwolić sobie jeszcze na rozszerzenie 500+ i „trzynaste” emerytury.
Jednak luka VAT liczona według metodologii Komisji Europejskiej pokazuje, że całkowite efekty uszczelniania VAT w Polsce do 2020 r. dają budżetowi ok. 24 mld zł rocznie, co nie pokrywa nawet rocznego kosztu 500+. A co z „trzynastkami” i wszystkimi pozostałymi obietnicami PiS?. Są one finansowane długiem i lawiną nowych podatków, przede wszystkim sektorowych. Minister finansów zarzekał się, że nie będzie żadnego podnoszenia podatków. A gdy po wyborach pojawiły się nowe daniny i opłaty, tłumaczył, że to wcale nie podatki.
W „Polskim Ładzie” dosyć cicho jest o „cudzie uszczelniania”. Pojawiła się za to narracja antagonizująca mniej zarabiających przeciw zarabiającym więcej i przedsiębiorcom (oczywiście z wyjątkiem bogacących się prominentów PiS). Także premier Mateusz Morawiecki, zgodnie z PiS-owską strategią napuszczania jednych na drugich, aktywnie i publicznie antagonizuje mniej zarabiających z zarabiającymi więcej. Jak podkreśla FOR, widać, że to jest zaprogramowana akcja.
PiS chce kupić poparcie dla siebie za pieniądze podatników – ale o tym dowiemy się już po wyborach. Dokument zawiera więc bardzo bogatą listę różnego rodzaju obietnic, od bardzo drobnych po wielkie i pokazowe inwestycje. Nie pokazuje jednak realnych źródeł finansowania tych wszystkich obietnic.

Możemy wymrzeć zanim zbiedniejemy

Pandemia koronawirusa nie wpędza nas w biedę. Problem jest inny. Za sprawą nieudolności rządu PiS i jego obojętności na cierpienia Polaków, wpędza nas do grobu.
COVID-19 wprawdzie uderza w portfele wielu gospodarstw domowych, ale w znacznie mniejszym stopniu niż się obawiano. Nie sprawdziły się też obawy o wzrost zadłużenia konsumentów – dziewięć na dziesięć osób zaprzecza, by aktualna sytuacja gospodarcza zmusiła ich do sięgnięcia po kredyt lub pożyczkę. Co więcej, ponad połowa ankietowanych (55 proc.) odrzuca taką możliwość w kolejnych miesiącach. W czasach kryzysu nie chcemy zaciągać długów, a częściej wspieramy się zaskórniakami.
Koronawirus uszczuplił oszczędności co trzeciej rodziny. Choć ekonomicznych skutków pandemii trudno nie zauważyć, to jednak nie są one aż tak dotkliwe jak spodziewano się jeszcze sześć miesięcy temu. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Federację Konsumentów i Fundację Rozwoju Rynku Finansowego, 61 proc. gospodarstw domowych nie odczuwa negatywnych efektów pandemii dla stanu swoich finansów.
Pogorszenie sytuacji materialnej zadeklarowała jedna trzecia badanych. W grupie tej, co oczywiste przeważają osoby młode, w wieku 18 – 24 lata i 25 – 34 lata. Mimo zauważalnego pogorszenia, nie zmienili oni jednak swoich dotychczasowych nawyków finansowych. Nie zajęli się też większą kontrolą swoich wydatków – do ich ograniczania przyznaje się bowiem jedynie 16 proc. ankietowanych. Generalnie, w większości rodzin w Polsce (56 proc.) poziom wydatków pozostał na takim samym poziomie jak przed marcem 2020 r.
COVID-19 nie spowodował również zbytnich trudności w spłacie stałych miesięcznych zobowiązań, takich jak np. czynsz za mieszkanie czy rata kredytu. Tylko 1 na 10 osób wskazuje na taki problem.
Pomimo dosyć powszechnego przekonania, że Polacy często żyją na kredyt i chętnie sięgają po pożyczki, to w przypadku gorszych i niepewnych czasów sytuacja jest niemal odwrotna. Raczej nie zaciągamy długów, gdy istnieje realne ryzyko, że możemy mieć problem z ich spłatą. Zresztą, gdybyśmy nawet wtedy chcieli je zaciągać, trudno byłoby znaleźć chętnych do udzielania pożyczek.
Polacy, spytani o to jakie byłyby ich zachowania finansowe w przypadku znalezienia się w trudnej sytuacji ekonomicznej wskazują w pierwszej kolejności na rezygnację z wydatków na abonament za telefon, internet czy dostęp do popularnych serwisów muzycznych i filmowych. Co drugi badany uznaje ów scenariusz za prawdopodobny.
Następnym w kolejności rozwiązaniem, wskazywanym przez jedną trzecią respondentów jest sprzedaż części swojego majątku, np. biżuterii czy samochodu. Dopiero na trzecim miejscu znalazła się możliwość zaciągnięcia kredytu lub pożyczki – taką opcję rozważyłoby 30 proc. ankietowanych. Świadczy to o tym, że Polacy realnie oceniają działalność banków komercyjnych w swoim kraju i rozumieją, że gdy znajdą się w trudnej sytuacji finansowej, żaden bank nie pożyczy im nawet grosza. Wiadomo, że banki w Polsce najchętniej pożyczają pieniądze ludziom zamożnym. Firmy pożyczkowe wprawdzie pożyczą – ale tym bardziej zaostrzają warunki zwrotu i zdzierają skórę z pożyczkobiorców, im są oni biedniejsi.
Zastawienie swojego majątku w lombardzie lub innym podobnym miejscu dopuszcza co piąty respondent. Natomiast jako ostateczność traktujemy zaprzestanie spłacania stałych zobowiązań – aż 72 proc. osób wprost odrzuca ten wariant zachowania, nawet w razie kłopotów finansowych. Rozumiemy bowiem, że niepłacenie stałych rachunków grozi poważnymi konsekwencjami, nawet tak groźnymi jak utrata mieszkania. – Jedną z obaw, jaka towarzyszy nam przy decyzji kredytowej, jest ryzyko nagłej utraty zdolności do terminowej spłaty długu. To świadczy o ostrożnym i odpowiedzialnym podejściu konsumentów do kwestii zadłużania się – uważa Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.
Tak więc, wyniki badania nie tylko wskazują na to, że w czasach kryzysu z dystansem podchodzimy do kredytów i pożyczek, ale równocześnie obalają popularny mit, że te służą nam głównie do regularnego uzupełniania luk w budżecie domowym. – Jako główny powód zaciągania kredytów i pożyczek konsumenci wskazują na pojawienie się u nich dużego wydatku, którego nie są w stanie pokryć z bieżących dochodów. Częściej w ten sposób finansujemy impulsywne zakupy, na przykład związane z atrakcyjną promocją na jakiś produkt lub usługę, niż ratujemy się pożyczkami w razie chwilowych problemów finansowych – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów.
Respondenci wskazali, że w razie kłopotów finansowych częściej skorzystamy z debetu na koncie lub karty kredytowej niż wesprzemy się kredytem bądź pożyczką. Jednak zamiast sięgać po produkt kredytowy z dużą dozą prawdopodobieństwa w pierwszej kolejności sięgniemy po nasze zaskórniaki. Problem jednak w tym, że one mocno stopniały w ostatnich miesiącach.
Koronawirus uszczuplił nasze oszczędności. Wprawdzie większość Polaków radzi sobie finansowo, a przynajmniej nie narzeka na kondycję swojego domowego budżetu w czasie pandemii. Jednakże fakt, iż co trzecia osoba przyznaje, że jej oszczędności zmalały w związku z COVID-19, wyraźnie zmniejsza poczucie naszego bezpieczeństwa finansowego. Dochody wielu z nas nieco zmniejszyły się w czasie kolejnych lockdownów, więc te ubytki pokrywaliśmy w pierwszej kolejności właśnie oszczędnościami. Po to zresztą odkładamy pieniądze. Respondenci zapytani o cel gromadzenia oszczędności wskazują właśnie na nieprzewidziane wydatki (53 proc.) oraz na tzw. czarną godzinę, związaną z chorobą, jakimś nieszczęściem losowym, utratą pracy lub innego źródła dochodu (46 proc.).
Niepokojący jest fakt, że 14 na 100 Polaków informuje, iż nie posiada jakiegokolwiek zabezpieczenia finansowego. Badani nie widzą też większych szans na zmianę sytuacji w kolejnych miesiącach. Oznacza to, że dosyć łatwo można w Polsce osunąć się w biedę – ale jakoś nie widać, aby taka ewentualność specjalnie nas martwiła.
Ponadto, nie za bardzo wierzymy, że doświadczenia z pandemii zmotywują Polaków do oszczędzania. Zaledwie co trzecia osoba uważa COVID-19 za jakiś impuls do gromadzenia środków na gorsze czasy. Czyli, koronawirus nie uderzył na po kieszeni na tyle boleśnie, byśmy zaczęli poważnie martwić się o naszą finansową przyszłość.
Tak więc, pandemia na razie nie wpędza nas w biedę. Problem jest inny. Za sprawą nieudolności rządu PiS i jego obojętności na cierpienia Polaków, wpędza nas do grobu. Dzienne liczby zgonów przerażają – są najwyższe w Europie, choć przecież wiele krajów europejskich ma znacznie więcej mieszkańców niż Polska.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości w ubiegłym roku chwalił się, jak to świetnie radzi sobie z pandemią. W rzeczywistości radzi sobie fatalnie. Rząd dysponował wszelkimi możliwościami, aby przygotować Polskę na nadejście koronawirusa. Miał czas, pieniądze i wiedzę o doświadczeniach krajów, które wcześniej zostały dotknięte tym nieszczęściem. Mimo to, nie uchronił Polaków przed tragicznym wymiarem pandemii – zresztą, nawet wcale się nie starał. Dla członków obecnej ekipy istotna jest bowiem władza i stanowiska, a nie życie ich poddanych – bo za takich uważają oni obywateli.

Pieniądze państwowe czyli niczyje

W instytucjach publicznych brakuje troski o ograniczenie wysokości rachunków płaconych za dostarczanie energii elektrycznej.
Jednostki sektora finansów publicznych w Polsce nie stosują zasady oszczędnego wydawania środków publicznych przy zakupie energii elektrycznej. Pracownicy tych podmiotów zazwyczaj nie posiadali niezbędnej wiedzy o możliwych sposobach oszczędzania na opłatach za prąd. W efekcie nie prowadzono rzetelnych i kompleksowych analiz danych zamieszczonych w fakturach – a bez takich analiz niemożliwe było podjęcie skutecznych działań ograniczających wielomilionowe wydatki na energię.
Takie są najważniejsze wnioski z najnowszej kontroli NIK, która zajęła się tym, w jaki sposób od 2017 roku takie instytucje jak uczelnie, sądy, prokuratury, komendy policji. służby skarbowe i różne inne urzędy troszczą się o ograniczenie wydatków na energię. Ponieważ wyniki analizy przedkontrolnej wykazały, że istnieje ryzyko wystąpienia „istotnych nieprawidłowości w zakresie realizacji wydatków jednostek sektora finansów publicznych na usługi dystrybucji energii elektrycznej”, Najwyższa Izba Kontroli postanowiła to zbadać.
Chodzi właśnie o dystrybucję energii, gdyż jej odbiorcy mają tu niemałe możliwości zmniejszenia wydatków. Mogą to zrobić m.in. poprzez zamówienie mocy umownej dostosowanej do faktycznych potrzeb jednostki w poszczególnych okresach; zastosowanie taryfy wielostrefowej dopasowanej do zużycia prądu w określonych godzinach doby; instalowanie tzw. układów kompensacji pozwalających na zmniejszenie zużycia energii. Nie podejmują jednak takich działań oszczędnościowych, bo przecież chodzi o pieniądze państwowe, a nie o prywatne. Dlatego w ogromnej większości badanych jednostek NIK stwierdziła nieprawidłowości mające negatywne konsekwencje finansowe dla działalności tych podmiotów.
Wystąpiły również przypadki, w których jednostki sektora finansów publicznych nie podejmowały działań w celu zwiększenia mocy umownej w sytuacjach, gdy na fakturach wystąpiły opłaty za przekroczenie poboru mocy. Nie analizowano przyczyn występowania przekroczeń mocy i akceptowano ponoszenie wysokich opłat, płaconych przecież nie z prywatnej kasy zarządców tych jednostek.
NIK podkreśla, że cztery przedsiębiorstwa państwowe (PGE Dystrybucja, Energa-Operator, Tauron Dystrybucja, PKP Energetyka) ustaliły różne wartości stawek dla poszczególnych stref czasowych. Tymczasem ujednolicenie systemu jest niezbędne ze względu na powiązanie tej opłaty z kosztami. Odbiorcy płacą za pobór energii w strefach czasowych według odmiennych zasad, a kryterium jest lokalizacja geograficzna (czyli podłączenie instalacji odbiorcy do sieci konkretnego dostawcy energii będącego monopolistą). Dlatego, zdaniem Izby, system naliczania opłat sieciowych (stałej i zmiennej), powinien zostać poddany weryfikacji w celu jego ujednolicenia i uproszczenia.
Jak stwierdza NIK, jedynie w trzech kontrolowanych podmiotach prawidłowo i w sposób kompleksowy prowadzono działania w kierunku ograniczenia wydatków ponoszonych na usługi dystrybucji energii elektrycznej. Po przeprowadzeniu stosownych analiz zamontowano układy do kompensacji energii biernej i obniżono opłaty za ponadumowny pobór energii biernej. Dostosowano moc umowną do rzeczywistego zapotrzebowania na moc czynną w poszczególnych okresach rozliczeniowych i w efekcie obniżono opłaty sieciowe stałe. Ponadto w jednostkach wprowadzono wielostrefowe grupy taryfowe, skutkiem czego obniżono opłaty sieciowe zmienne. W efekcie tych działań wydatki Politechniki Opolskiej na energię zmniejszyły się w 2019 r. o 280 tys. zł., Izby Administracji Skarbowej w Gdańsku o ok. 100 tys. zł, a Sądu Okręgowego w Lublinie o ponad 50 tys.
NIK przeprowadziła eksperyment. Biegły w zakresie statystyki, we współpracy z biegłym w zakresie elektroenergetyki, oszacował roczne nieuzasadnione wydatki poniesione na dwie z czterech opłat dystrybucyjnych. Kwotę potencjalnych oszczędności w 2019 r. w skali całego kraju oszacowano na ponad 115 mln zł – odpowiednio 92,6 mln zł za ponadumowny pobór energii biernej i 22,6 mln zł za przekroczenie mocy umownej.
Izba zwraca też uwagę na fakt, że w jednostkach sektora finansów publicznych istniało przekonanie o „niemożliwości optymalizacji wydatków ponoszonych na opłaty za usługi dystrybucji energii elektrycznej”. Jest to jednak możliwe, tyle, że nikomu nie chce się zadbać o ograniczenie tych wydatków. Chodzi wszak – powtórzmy – o pieniądze państwowe czyli niczyje.

Gospodarka 48 godzin

Nowa moneta
Narodowy Bank Polski wprowadził do obiegu srebrną monetę kolekcjonerską o nominale 10 zł, z serii „Wielcy polscy ekonomiści”. Tym razem uhonorowanym w ten sposób ekonomistą został Leopold Caro (ur. 27 maja 1864 zm. 8 lutego 1939). Uważany jest on za wybitnego przedstawiciela tzw. polskiego solidaryzmu katolickiego. Głosił potrzebę szerokiej ingerencji państwa w gospodarce, za pośrednictwem zarówno środków interwencjonistycznych, jak i poprzez rozwijanie sektora państwowego. Zajmował się też polityką emigracyjną, co m.in, sprawiło, że zarzucano mu antysemityzm. Był pochodzenia żydowskiego, a krytyka ze strony środowisk żydowskich była istotną przyczyną przejścia Leopolda Caro na katolicyzm. Na awersie wyemitowanej przez NBP monety znajduje się stylizowany napis „Solidaryzm”. Na rewersie: wizerunek Caro oraz daty jego urodzin i śmierci. W serii „Wielcy polscy ekonomiści”. dotychczas wprowadzono do obiegu monety na których widnieją Mikołaj Kopernik (2017), Fryderyk Skarbek (2018), Roman Rybarski (2019), Stanisław Głąbiński (2020) i Stanisław Grabski (2020). Jak widać na na przykładzie trzech ostatnich monet, władze NBP najwyżej cenią ekonomistów o poglądach narodowo-prawicowych.

Gdy trzeba pomóc
Od dziesięciu już lat działa fundacja Dorastaj z Nami, zbierająca pieniądze dla dzieci, które straciły mamę lub tatę w trakcie pełnienia służby publicznej. Od początku istnienia fundacja objęła opieką 262 podopiecznych, których ojcowie byli m.in. żołnierzami, strażakami, policjantami, ratownikami. Osierocone dzieci wspierane są przede wszystkim przez duże firmy, ale i przez darczyńców indywidualnych. Celem działania fundacji jest długofalowe wsparcie edukacji dzieci i młodzieży od ich najmłodszych lat do osiągnięcia pełnoletności lub, jeżeli będą kontynuować naukę, do ukończenia 25 roku życia. Środki na rzecz fundacji przekazują np. Bank Gospodarstwa Krajowego, PZU, PKN Orlen, Orange Polska, Boeing Koncepcja funkcjonowania fundacji Dorastaj z Nami stanowi rozwinięcie działalności fundacji Jolanty Kwaśniewskiej Porozumienie bez Barier, a szczególnie jej akcji wakacyjnej Otwórzmy Dzieciom Świat. Obecnie pod opieką fundacji Dorastaj z Nami jest 131 dzieci. – Mam nadzieję, że dzięki naszej pracy, a także ofiarności darczyńców biznesowych i indywidualnych, pomożemy im nie tylko uporać się z traumą, ale śmiało i z sukcesami przejść przez życie – powiedziała Magdalena Pawlak, prezes Fundacji Dorastaj z Nami.

Przybywa bankructw
Liczba niewypłacalności polskich firm opublikowanych w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) była w trzecim kwartale tego roku na rekordowym poziomie – 369. Tak więc lipiec, sierpień i wrzesień br. to miesiące z trzema najwyższymi dotychczas liczbami niewypłacalności. Natomiast w ciągu trzech kwartałów 2020 opublikowano informacje o 849 niewypłacalnościach, to jest o 12 proc. więcej niż przed rokiem i najwięcej w obecnej dekadzie – policzyli eksperci Euler Hermes, którzy badali kondycję przedsiębiorstw w Polsce. Największy, bo wynoszący aż 83 proc. w trzecim kwartale wzrost liczby niewypłacalności, miał miejsce w sektorze usług.

Gospodarka 48 godzin

Złoże bez decyzji
Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska uchyliła w całości decyzję środowiskową, określającą uwarunkowania potencjalnego wydobycia węgla kamiennego ze złoża Imielin Północ na Śląsku. Wcześniej, w 2018 r., taką decyzję wydała Regionalna Dyrekcja Ochrony Srodowiska w Katowicach. Oznacza to, że ewentualna budowa kopalni węgla kamiennego mającej eksploatować te złoże zostanie odłożona w czasie, bądź w ogóle zarzucona. Konieczne będzie teraz wydanie nowej decyzji środowiskowej przez katowicką RDOŚ. Jak oszacowano, w złożu Imielin Północ znajduje się ok. 70 mln ton węgla kamiennego wysokiej jakości. Polska Grupa Górnicza wstępnie planowała tam po 2025 r. rozpoczęcie wydobycia, ale ostatnio te plany stały się mało realne z powodu kłopotów finansowych polskiego górnictwa węgla kamiennego.

Sezon smogowy
Zbliża się szczyt polskiego sezonu smogowego. Szacuje się, że w Polsce smog powoduje przedwczesną śmierć około 20 tys. osób rocznie. Natomiast wszystkie koszty związane ze smogiem mają, zdaniem ekologów, wynosić około 100 mld zł rocznie – aczkolwiek nie jest znana metodologia sporządzania takich wyliczeń.

Co dają pieniądze
Podejście Polaków do kwestii finansów jest zróżnicowane. Podczas gdy część z nas czuje się bezpiecznie jedynie posiadając oszczędności na czarną godzinę, inni wolą wydawać i korzystać z życia. Tak więc, choć prawie połowa Polaków uważa, że pieniądze dają nam szczęście, to jednak sens ich wydawania jest rozumiany rozmaicie – tak wynika z raportu przygotowanego w lipcu 2020 r. dla ING przez Difference. Różnice są widoczne przede wszystkim w czerpaniu przyjemności z robienia zakupów. Prawie połowa z Polaków (45 proc.) uważa, że pieniądze dają szczęście. Podchodzimy do nich nie tylko w sposób ilościowy ale i jakościowy. Utożsamiamy nasze finanse z podróżami, wolnym czasem spędzanym z rodziną, komfortem życia i bezpieczeństwem. Co trzeci Polak przyznaje się, że uwielbia robić zakupy, czyli z tych pieniędzy w taki sposób korzysta i sprawia mu to przyjemność. Wspomniane podejście jakościowe potwierdzone jest też faktem, że niemal dwóch na trzech badanych mogłoby zamienić pieniądze na czas spędzony z rodziną. Oczywiście mając stabilność finansową. Tę natomiast można osiągnąć dzięki zgromadzeniu odpowiedniej ilości pieniędzy.
W kwestii sensu gromadzenia pieniędzy jesteśmy dosyć zgodni – prawie 80 proc. pytanych osób odpowiedziało, że oszczędności są dla nich ważne. Różnimy się natomiast niekiedy co do sposobów ich gromadzenia, a zwłaszcza wydawania. Jak pokazało badanie, zdania są podzielone niemal po równo. Część z nas uważa, że pieniądze powinny być zabezpieczeniem (22 proc. badanych), pozostali, że jedynie środkiem do korzystania (21 proc.). Oczywiście jedno nie wyklucza drugiego, więc ta różnica poglądów zwykle nie wpływa na sposób zarządzania jednym budżetem rodzinnym. Różne podejścia do kasy nie muszą bowiem być przeszkodą, która nas podzieli. W badaniu ING wyszło, że w prawie 80 proc. przypadków, szczęśliwe pary są bardziej skłonne do rozmowy o pieniądzach. Szczęśliwe to zaś częściej takie, którym tych pieniędzy nie brakuje. Mogą wtedy coś wspólnie planować, zastanowić się, co jest pilne, a co nie, mówić otwarcie o własnych potrzebach. Gdy nie brakuje kasy, łatwo można przekonać jedną stronę na przykład do racjonalnego zakupu auta, a drugą do wycieczki nad morze (przez dłuższy czas, tylko nad krajowe).

Bieda atakuje Polaków

Nieudolność rządu PiS w zwalczaniu pandemii wpędza mieszkańców naszego kraju nie tylko do grobu, ale także i w nędzę.
Nie jest dobrze z oszczędnościami Polaków. Po prostu, są one zbyt niskie albo zgoła żadne. Aż 56 proc. rodaków oświadcza, że nie ma w ogóle oszczędności, bądź ma, ale tak skromne, że nie zapewniające im żadnego poczucia bezpieczeństwa życiowego. Trudno się temu dziwić, bo co jak co, ale bezpieczeństwo życiowe to wyjątkowo deficytowy towar w Polsce pod panowaniem Prawa i Sprawiedliwości.
Mówiąc bardziej konkretnie, 19 proc. Polaków nie posiada żadnych oszczędności, zaś 37 proc. jakieś zgromadziło, ale znikome i nie dające poczucia bezpieczeństwa.
Wyniki te pochodzą z badania zatytułowanego „Finansowe DNA Polek i Polaków 2020”, wykonanego w wrześniu tego roku. przez Instytut Badań Społecznych i Rynkowych IBRiS na zlecenie Santander Bank Polska, we współpracy z firmą Analizy Online. Badanie zostało przeprowadzone w dość szczególnym momencie: niedługo po wakacjach, gdy polska gospodarka była jeszcze „odmrożona”, a pandemia dopiero szykowała się do jesiennego skoku na nasz nieprzygotowany kraj. Ponadto, przechwałki rządu PiS o tym, jak jesteśmy świetnie przygotowani do jej odparcia, nieco poprawiały nastroje rodaków, nie mających przecież pojęcia o skali zbrodniczych wręcz zaniedbań obecnej ekipy. W tej sytuacji o optymizm było nieco łatwiej niż na przykład w maju.
Spośród tych 56 proc. Polaków bez żadnych oszczędności, bądź z tak znikomymi, że nie zapewniającymi żadnego bezpieczeństwa, jedna trzecia oświadcza, że jeszcze przed pandemią miała oszczędności. Jednak w czasie kilku miesięcy trwania pandemii stopniały one do zera. Ten smutny wynik pokazuje, jak szybko pogarsza się sytuacja majątkowa mieszkańców naszego kraju.
Tylko 43 proc. Polek i Polaków deklaruje, że czuje się bezpiecznie z posiadanymi oszczędnościami. Ile udało się odłożyć osobom, które deklarują, że mają jakieś oszczędności? Otóż, z badania instytutu IBRIS wynika, że czterech na dziesięciu badanych posiada takie, które przewyższające ich sześciomiesięczne dochody. To jest poziom, który zwykle uznaje się za poduszkę finansową, mogącą dawać poczucie finansowego bezpieczeństwa (z tym, że „mogącą dawać” nie oznacza tego samego co „gwarantującą”).
Natomiast 26 proc. badanych ma odłożone pieniądze, które odpowiadają równowartości dwu lub trzymiesięcznych przychodów gospodarstwa domowego. W warunkach nasilającego się w Polsce pandemicznego kryzysu gospodarczego, tak skromne oszczędności nie gwarantują minimum stabilności.
Czy pieniądze dają poczucie bezpieczeństwa? Oczywiście, że dają.
– Przyjmuje się, że poduszka finansowa zapewniająca poczucie bezpieczeństwa, powinna wynosić równowartość co najmniej sześciokrotności miesięcznych dochodów lub w innym ujęciu stałych, miesięcznych wydatków. Z naszych badań wynika natomiast, że próg, po przekroczeniu którego wszyscy badani czują się zabezpieczeni finansowo to równowartość 8 miesięcznych pensji – wyjaśnia Monika Szlosek z Santander Banku Polska.
Taką poduszkę finansową czyli minimum 6 – krotność miesięcznego wynagrodzenia, ma pod głową zaledwie co czwarty Polak lub Polka (24 proc.) W grupie osób, które zgromadziły jakiekolwiek oszczędności odsetek ten wynosi zaś 39 proc.
Ta sytuacja sprawia, że ludzie z największym poczuciem bezpieczeństwa finansowego to dziś w Polsce generalnie emeryci, którzy mają wprawdzie skromne bo skromne, ale jednak stałe dochody. Przynajmniej na razie stałe, bo nie wiadomo, czy rząd PiS, łatając dziury, nie sięgnie po pieniądze seniorów. – Badania jasno wskazują, że wysokość oszczędności mierzona wielokrotnością wynagrodzeń rośnie wraz z dochodami. Osoby zarabiające do 2 000 zł najczęściej deklarują, że odłożyły 6 – 7 miesięcznych pensji, podczas gdy badani zarabiający minimum 4 000 zł miesięczne najczęściej odpowiadali, że mają oszczędzoną ponad 12 – krotność wynagrodzenia – dopowiada Monika Szlosek.
Na wysokość oszczędności ma wpływ także liczba osób, będących w jednym gospodarstwie domowym. Najczęściej posiadanie odłożonych pieniędzy deklarują rodziny czteroosobowe (53 proc.), natomiast trudno jest je odłożyć gospodarstwom jednoosobowym, w których koszty stałe nie rozkładają się na więcej zarabiających członków rodziny.
Z drugiej jednak strony warto zauważyć, że najwyższe kwoty oszczędności deklarują gospodarstwa jedno lub dwuosobowe. Badania wskazują, że w ponad 42 proc. z nich odłożone pieniądze przekraczają sześciokrotność miesięcznego wynagrodzenia. Najniższe oszczędności posiadają, co zrozumiałe, gospodarstwa z większą liczbą dzieci, co najmniej pięcioosobowe – w prawie co czwartym z nich, wysokość odłożonych pieniędzy to równowartość pensji z zaledwie jednego miesiąca.
Wysokość posiadanych oszczędności Polaków generalnie rośnie wraz z wiekiem. Podczas gdy w grupie młodych dorosłych (18 – 29 lat) posiadanie zasobów w wysokości minimum 12 -krotności miesięcznego wynagrodzenia deklaruje mniej niż jeden na 10 badanych (7 proc.), to w grupie osób od 50 do 69 lat jest ich już prawie trzykrotnie więcej. Tu pozytywny wpływ na wzrost oszczędności zaczyna już wywierać emerytura.
Trudno jednak o dobre perspektywy życiowe dla mieszkańców kraju, w którym grupa mająca największe poczucie bezpieczeństwa finansowego to emeryci.

Niezbyt szczerze o kasie

O pieniądzach kobiety chętniej rozmawiają z mężczyznami, niż mężczyźni z kobietami. Czyżby pokazywało to, komu na czym bardziej zależy?
Wbrew dość powszechnym opiniom, Polacy w zdecydowanej większości deklarują, że pieniądze są dla nich naturalnym tematem rozmowy. Jednak nie do końca. Jeśli spojrzy się bardziej wnikliwie, można się dowiedzieć, że co piąty z nas uważa rozmowę o finansach za źródło konfliktów, a co czwarty woli szukać informacji na ten temat w internecie, niż wśród najbliższych. Tak wynika z badań ING.
Owszem, o pieniądzach rozmawiamy, ale ostrożnie. Pomimo deklarowania otwartości do rozmów, przyznajemy się też do konfliktów wynikających z dyskusji o pieniądzach (doświadcza ich19 proc. pytanych). Powodem takiego stanu rzeczy może być to, jak duże znaczenie mają dla nas pieniądze. To wszak środek służący realizacji naszych potrzeb, czy życiowemu zabezpieczeniu, który – jak wierzymy – daje nam szczęście. Prawie 80 proc. Polaków przyznaje, że oszczędności są bardzo ważne dla nich i ich rodzin. Zapewne jest to pogląd tak powszechny, gdyż nasze oszczędności są nikłe – a wiadomo, że najbardziej ceni się to, czego się nie ma.
Pieniądze nie są łatwym tematem ani dla singli, ani dla par – 16 proc. z nas nie lubi rozmawiać z drugą połówką na ten temat. Kończy się bowiem zwykle na wyrzutach, kto za mało zarabia i dlaczego. Z badania ING wynika również, że 75 proc. kobiet deklaruje, że podejmowało ten temat z partnerem w ciągu ostatniego tygodnia, ale twierdząco na to samo pytanie odpowiada jedynie 62 proc. To się zgadza, bo kobiety chętniej rozmawiają z mężczyznami o kasie, niż odwrotnie – więc niekiedy mówią na ten temat, choć nie są słuchane. Mamy zatem do czynienia z różnicami zdań, które wpływają również na nasze bliskie relacje.
„W rozmowie o pieniądzach powinniśmy nie tylko przedstawić swoje zdanie, ale również zobaczyć, co sprawia nam trudność w tej komunikacji. Kiedy już dowiemy się, czy wstydzimy się, czy może mamy odmienne zdanie, dużo łatwiej będzie nam dojść do kompromisu. Rozmowa jest dla nas naturalna, ale już jej jakość może być różna. A właśnie dbając o jakość komunikacji, bardzo wpływamy na nasze relacje, bo faktycznie przekazujemy to, co mamy w sobie. Aby nauczyć się rozmawiania o pieniądzach, trzeba spojrzeć na nie z innej perspektywy – tej drugiej strony, czyli naszego rozmówcy. To zupełnie naturalne, że jedno z nas może mieć podejście bardziej instrumentalne, a drugie bardziej emocjonalne. Im więcej będziemy mówić i argumentować, tym lepiej się zrozumiemy i nie będziemy utożsamiać rozmowy o finansach z konfliktem” – taką, dość oczywistą opinię prezentuje Maria Rotkiel, psycholożka rodzinna.
Efektywna i szczera komunikacja w tym ważnym temacie, jakim są pieniądze, jest oczywiście możliwa. Aż 74 proc. proc. badanych przyznających się do bycia w szczęśliwym związku, zadeklarowało, że rozmawiało o pieniądzach w ostatnim tygodniu. Być może to droga do zdrowej i szczęśliwej relacji.

Państwo, które przestaje funkcjonować

Rządowych notabli nie obchodzi, na jakie przedsięwzięcia przeznacza się państwowe pieniądze – byle mogli jakąś część tej kasy uszczknąć dla siebie.
Wszyscy widzimy, że pod rządami Prawa i Sprawiedliwości nasze państwo działa tylko teoretycznie. Pewną sprawność wykazuje jedynie w ściąganiu pieniędzy od obywateli i w wypłacaniu apanaży PiS-owskim krewnym i znajomym królika, którzy obsiedli państwowe posady. Jeśli natomiast chodzi o realizację funkcji państwa (na które łożą Polacy), to mamy tu pełną katastrofę. Koronawirus bardzo wyraźnie pogłębił jej skalę.
Państwo sanacyjne, na którego tradycje tak chętnie powołują się prominenci PiS, rozpadło się we wrześniu 1939 r. w kilkanaście dni. Dzisiejsze państwo polskie pod nieszczęsnymi rządami prawicy, na naszych oczach zmierza właśnie ku rozpadowi. Nie trzeba do tego wybuchu wojny światowej.
Ów rozpad i marnowanie pieniędzy obywateli widać na niemal wszystkich płaszczyznach – także i dalekich od tak strategicznych dziedzin jak konieczność ratowania ludzkiego życia i zdrowia w obliczu pandemii (z czym oczywiście państwo PiS również nie daje sobie rady – ale też i się specjalnie nie stara).
Oto jeden z przykładów, zresztą nieco zbliżony – rozwijanie aktywności fizycznej społeczeństwa. Okazuje się, jak stwierdziła właśnie Najwyższa Izba Kontroli, że zwiększenie za czasów PiS o blisko 100 proc. środków publicznych na realizację programów pobudzających aktywność fizyczną dzieci i młodzieży, nie przełożyło się bynajmniej na realizację tego celu. Przeciwnie – zmalał odsetek dzieci i młodzieży (w wieku 11 – 17 lat) podejmujących aktywność fizyczną w wymiarze zgodnym z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) – co najmniej 60 minut dziennie przez 7 dni w tygodniu.
NIK skontrolowała, czy realizacja programów Ministra Sportu i Turystyki w latach 2016 – 2019 wpłynęła na wzrost aktywności fizycznej dzieci i młodzieży. Otóż nie wpłynęła – to znaczy, jak widać wpłynęła, ale ujemnie. Od razu więc wypada wystosować apel do rządu: zwróćcie ludziom te zmarnowane przez was pieniądze, które przeznaczyliście jakoby na poprawę kondycji fizycznej młodzieży.
Jak powszechnie wiadomo, aktywność fizyczna jest niezbędna dla prawidłowego rozwoju fizycznego, psychicznego i społecznego oraz dla zapobiegania otyłości i zaburzeniom układu ruchu. Stanowi też ważny element zapobiegania rozlicznym chorobom (zgodnie z zasadą, że ruch może być najlepszym lekarstwem).
Tymczasem badanie aktywności fizycznej przeprowadzone w 2013 r. i w 2018 r. na grupie dzieci i młodzieży pokazało, że większość nie spełniała zaleceń WHO. Aktywność umiarkowaną, czyli co najmniej 60 minut dziennie aktywności fizycznej przez 7 dni w tygodniu, osiągnęło w 2013 r. tylko ponad 21 proc., a w 2018 r. ponad 15 proc. osób w wieku 11 – 17 lat. Spadek o 6 punktów procentowych!
Taki właśnie efekt uzyskał rząd Prawa i Sprawiedliwości za cenę dwukrotnego zwiększenia nakładów publicznych na poprawę kondycji fizycznej młodzieży! Oto PiS-owscy mistrzowie sprawnego działania i spełnianych obietnic!
Warto tu dodać, że na poprawę aktywności fizycznej dzieci i młodzieży w latach 2016-2018 przeznaczono (z Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej i Funduszu Zajęć Sportowych dla Uczniów) ponad 415 mln zł, co stanowiło 78 proc. wszystkich wydatków na sport powszechny. Jeszcze w 2016 r wydano na ten cel 91,6 mln publicznych złotych. W 2018 r. już 180,7 mln zł.
Tak więc, w ciągu tych trzech lat wydatki na kondycję fizyczną młodzieży zwiększyły się o ponad 97 proc. Liczba dzieci i młodzieży objęta działaniem różnych programów mających rozwijać aktywność społeczną, wzrosła zaś nie o 97 proc., lecz tylko o około 32 proc. – z 1,17 mln do 1,55 mln osób. Wzrosła jednak i tak głównie teoretycznie, skoro w efekcie nastąpił spadek poziomu aktywności fizycznej młodych Polaków. „Nie było to współmierne do wzrostu finansowania programów. Realizowane przez Ministra Sportu i Turystyki programy nie przełożyły się na zakładany wzrost aktywności fizycznej dzieci i młodzieży w wieku 11 – 17 lat” – podkreśla NIK.
Rodzą się więc kolejne pytania do rządu PiS: co u Boga ojca zrobiliście z tą kasą? Czy naprawdę tak dużo poszło na wasze premie, nagrody, limuzyny służbowe, ochronę, specjalną opiekę lekarską, szczepionki których nie ma dla „zwykłych” ludzi itd.?
NIK spróbowała znaleźć odpowiedź choćby na pierwsze z tych pytań. Bez rezultatu.
„Nie wiadomo dokładnie, jakie efekty przyniosły finansowane ze środków publicznych programy, bo Minister Sportu i Turystyki nie określił mierzalnych celów, mierników realizacji celów ani narzędzi do pomiaru wzrostu lub poprawy aktywności fizycznej. /…/ W konsekwencji nie oceniano, które z realizowanych programów wpłynęły na wzrost lub poprawę aktywności fizycznej dzieci i młodzieży. Tym samym nie posiadano wiedzy, które z programów warto kontynuować, w odróżnieniu od przedsięwzięć nieprzynoszących efektów i wymagających korekty lub zakończenia – tak by środki lokować w programy, które wpływają realnie na poprawę aktywności fizycznej” – wskazuje Najwyższa Izba Kontroli.
Ten brak zainteresowania PiS-owskiej administracji, na co wydawano publiczne pieniądze, jest zupełnie zrozumiały. Chodziło przecież o lokowanie pieniędzy uzyskanych od obywateli, a nie swoich, prywatnych. Rządowych notabli guzik więc obchodziło, na jakie przedsięwzięcia je przeznaczano – byle można było część kasy uszczknąć dla siebie.
Żeby zaś trudniej było się połapać w kierunkach i celowości tych wydatków, zrezygnowano z dwóch ważnych wskaźników dotyczących rozwoju szkolnej infrastruktury sportowo – rekreacyjnej. Chodziło o odsetek szkół mających dostęp do sali gimnastycznej, oraz szkół z dostępem do jakiegokolwiek boiska lub urządzenia sportowego. Ministerstwo Sportu i Turystyki odstąpiło od monitorowania realizacji tych wskaźników. Jak tłumaczy, z powodu braku danych. Przypomina się więc stara zasada: żeby nie mieć gorączki, należy stłuc termometr.
Jest jednak jakiś jaśniejszy punkt na tym ponurym obrazie marnowania publicznych pieniędzy. Otóż, realizowane pod egidą resortu sportu i turystyki programy inwestycyjne przyczyniły się do poprawy szkolnej bazy sportowej. Efektem wsparcia w wysokości ponad 466 mln zł było w latach 2016-2018 wybudowanie i przebudowanie 1 080 oraz modernizacja 131 obiektów sportowych w 986 szkołach w Polsce. Stało się to głównie dzięki wysiłkowi samorządowców, zaangażowanych w te działania.
Pod adresem władz samorządowych w Polsce można sformułować bardzo wiele uwag krytycznych – ale niekiedy umieją się one postarać o to, by wydawane pieniądze przyniosły jakieś efekty.

O (braku) demokracji

Wielkie pieniądze i jeszcze większe nierówności przesądziły o tym, że demokracja w Ameryce jest fikcją.

,,Nie znam kraju, w którym miłości pieniądza zajmowałaby więcej miejsca w ludzkich sercach i w którym żywiono by głębszą niechęć do idei równości majątkowej” – pisał Alexis de Tocqueville w swoim klasycznym dziele ,,O demokracji w Ameryce”.
Niedawno administracja prezydenta Trumpa w ramach ,,pakietów pomocowych dla gospodarki” podarowała wielkim korporacjom setki miliardów dolarów, podczas gdy w tym czasie większość społeczeństwa w obliczu kryzysu i ogromnego wzrostu bezrobocia nie mogła liczyć na choćby symboliczne wsparcie. Co ciekawe, decyzja o takiej właśnie formie ,,ratowania gospodarki” spotkała się z aprobatą całej klasy politycznej. Demokraci, mający większość w Kongresie, nawet nie zaproponowali objęcia dystrybucji środków z pakietów pomocowych jakąkolwiek kontrolą. Wszyscy ,,wybrańcy narodu” wspólnie poparli tym samym bardzo kosztowny prezent dla wielkich firm, jednocześnie będąc całkowicie ślepymi na problemy społecznej większości. Skąd ta niespodziewana jednomyślność?
Partię Demokratyczną i Republikańską dzieli bowiem bardzo wiele, ale jedno łączy – siedzenie w kieszeni wielkiego biznesu. Było tak zawsze, jednak teraz, w obliczu rosnących bardzo szybko nierówności społecznych i osiągających niewyobrażalne rozmiary fortun najbogatszych przybrało to karykaturalne rozmiary. Politycy w USA coraz częściej nie udają już nawet mężów stanu i otwarcie ograniczają się do roli lobbystów swoich sponsorów. Warto więc w tym czasie przyjrzeć się mechanizmom, które umożliwiły amerykańskiej finansjerze całkowite podporządkowanie sobie aparatu państwowego.
Pierwszym z nich jest finansowe uzależnianie od siebie polityków. Uprawianie polityki kosztuje, trzeba dużych pieniędzy na kampanie wyborcze, spoty, banery, ulotki organizację wieców i spotkań, etc. Według ostatnich wyliczeń udana kampania do Izby Reprezentantów kosztuje ok. 2,5 mln dolarów. W większości państw europejskich jest tak, że te pieniądze pochodzą prawie wyłącznie z dwóch źródeł: składek członków partii oraz dofinansowania publicznego, a darowizny mogą wpłacać tylko osoby fizyczne (nie firmy) i są one ograniczone z reguły do niezbyt wysokich kwot (w Polsce jest to 15 – krotność minimalnego wynagrodzenia na rok).
W Stanach Zjednoczonych też oficjalnie istnieją bardzo podobne limity i ograniczenia. Jednak wyrok Sądu Najwyższego z 2010 roku otworzył nawet nie furtkę, ale szeroką bramę do ich obejścia. Zgodnie z nim wolność słowa oznacza wolność wydawania pieniędzy, ponieważ ,,pieniądze to też słowo”. W uzasadnieniu napisano, że skoro konstytucja gwarantuje każdemu Amerykaninowi nieograniczoną wolność słowa, to nie można ograniczać nikomu prawa do kupowania miejsca w mediach na głoszenie swoich poglądów. Daje to pole do nieograniczonego finansowania pośredniego kandydatów. Dalej nie wolno po prostu dawać partii czy politykowi pieniędzy, ale można bardzo łatwo założyć Political Action Committee, inaczej Super PAC. Takie Komitety mogą bez żadnych ograniczeń publikować mediach materiały wspierające swoich kandydatów i szaklujące ich konkurentów. Jest tylko jeden warunek, który realnie nie jest żadnym warunkiem – Super PAC nie mogą oficjalnie koordynować tych działań ze sztabem wyborczym.
Obecność we wszelkiego rodzaju mediach to szczególnie dzisiaj, w erze cyfrowej, podstawa wyborczego sukcesu. Pokazuje choćby zwycięska droga Donalda Trumpa do prezydentury. Jak w praktyce wygląda współdziałanie polityków i Super PAC? W trakcie jednej z ostatnich kampanii wyborczych Mitch McConnell, republikański senator, wrzucił na YouTube krótki, ale bardzo dziwny z pozoru film: widać na nim najpierw McConnella siedzącego przy biurku, w następnej scenie senator rozmawia z żoną, potem w kasku gawędzi z robotnikami, dalej przemawia do tłumów na spotkaniu. Wszystko to jednak bez żadnego dźwięku ani napisów. Taki materiał bowiem może sobie następnie wziąć wspierający go Super PAC, pociąć go i zrobić z tego spoty, dla których za miliony dolarów wykupi miejsce w mediach.
Kolejne orzeczenie Sądu Najwyższego jeszcze wielokrotnie tę patologię spotęgowało. W wyroku sąd uznał, że korporacja jest jak człowiek i też ma swoje niezbywalne prawo do wolności słowa, czyli w praktyce – że na Super PAC pieniądze mogą dawać też wielkie firmy. Dobrym przykładem tego, do jakich wynaturzeń prowadzą takie możliwości, jest działalność braci Koch – właścicieli paliwowej korporacji Koch Industries. Jako libertarianie przez dziesięciolecia wspierali oni w Partii Republikańskiej jej skrajnie wolnorynkowe skrzydło – tzw. TEA Party na czele z Tedem Cruzem. To ich setki milionów dolarów przesunęły poglądy Republikanów tak skrajnie na prawo w kwestiach gospodarczych.
Kupowanie sobie posłuszeństwa urzędników i deputowanych to jednak nie jedyny sposób, za pomocą którego wielki biznes robi z państwa prywatny folwark. Drugi to stała wymiana kadrowa na linii Wall Street – Waszyngton. Robert Rubin, najpierw współprezes Goldman Sachs, został potem w gabinecie Billa Clintona sekretarzem skarbu. W rządzie popierał daleko idącą deregulację rynku finansowego, która doprowadziła do kryzysu z 2008 roku. Henry Paulson, sekretarz skarbu G. Busha Jr., także był wcześniej prezesem Goldman Sachs. Larry Summers, dyrektor zarządzający funduszu arbitrażowego D. E. Shaw, został szefem Narodowej Rady Ekonomicznej w administracji Baracka Obamy. Obecny sekretarz skarbu Steve Mnuchin w czasie kryzysu w 2008 roku przewodził bankowi Indy Mac i dorobił się fortuny na wyrzucaniu ludzi z mieszkań z byle powodu. Liczne związki osobiste występują także na niższych szczeblach. To model tzw. ,,drzwi obrotowych” – członkowie zarządów banków obejmują wysokie urzędy publiczne, zyskując wpływ na legislację i regulacje finansowe, a byli funkcjonariusze publiczni trafiają do banków, gdzie mogą dorobić się milionowych fortun. Jest już swoistą tradycją, że pracownicy Goldman Sachs i JPMorgan po opuszczeniu pracy w banku idą do administracji, gdzie robią za misjonarzy światopoglądu Wall Street i pilnują, by nie działo się nic, co mogłoby zaszkodzić interesom wielkiej finansjery. Wszyscy kolejni prezydenci USA otaczają się takimi ludźmi.
W maju 2016 roku kolportowana była w USA broszura, wydana przez kogoś, kto podpisał się jako ,,kongresmen X”. Autor bez ogródek opisuje, jak naprawdę wyglądają działania ,,wybrańców narodu”: ,,Jesteśmy marionetkami interesów specjalnych, doprowadzając kraj do bankructwa. Robimy to po to, żeby usłać gniazdka własne oraz tych, którzy nas popierają. Kongres stworzył kulturę egoizmu i korupcji, która niszczy samą ideę demokracji”. ,,Waszyngton jest ściekiem pijawek. Każdy próbuje manipulować systemem politycznym dla swojej korzyści, często ze szkodą dla kraju” – pisze X. Ciężko o lepszy opis systemu politycznego USA. Fragment z refrenu hymnu Stanów Zjednoczonych, który mówi o nich jako ,,kraju wolnych ludzi” brzmi teraz w najlepszym razie jak bardzo ponury żart – dzisiaj USA to bankowa oligarchia, która zapisany w konstytucji ,,dobrobyt powszechny” ma w bardzo głębokim poważaniu. Wielki biznes cały czas przekracza kolejne granice bezczelności w pokazywaniu, jak bardzo zdanie i sytuacja obywateli nie mają dla niego żadnego znaczenia. Byle tylko zgadzała się liczba dolarów i sztabek w skarbcach, a burżuazyjna policja chroniła ich głowy i interesy. Alexis de Tocqueville mógłby obecnie pojechać do USA najwyżej w celach turystycznych, bowiem ,,O demokracji w Ameryce” można napisać tylko tyle, że jej nie ma.

Wciąż kupujemy i wydajemy, ale inaczej

Zaczynamy wracać do stosowania prostych, sprawdzonych oraz skutecznych od stuleci strategii gospodarowania swoimi pieniędzmi.
Obecna sytuacja gospodarcza skłoniła wielu z nas do uważniejszego planowania wydatków I bardziej racjonalnego robienia zakupów. Najczęstszą strategią praktykowaną przez Polaków jest powstrzymanie się od kupowania rzeczy, które nie są nam niezbędne (72 proc.).
Jesteśmy również bardziej skłonni oszczędzać na produktach spożywczych (także 72 proc.), niż na dobrach trwałych i usługach (66 proc.). O tym, że nasze zakupy będą miały bardziej przemyślany charakter, świadczy również fakt, że zdecydowanie mniej osób (39 proc.) chce rezygnować z jakości i sprawdzonych marek, szukając tańszych zamienników, za to 48 proc. częściej niż do tej pory będzie szukało promocji.
Takie wyniki przyniosło badanie nastrojów społecznych przeprowadzone przez ING wspólnie z firmą GFK w maju tego roku, a opracowane i upublicznione pod koniec lipca.
Okazuje się, że Polacy nadal martwią się o przyszłości polskiej gospodarki. Na pogorszenie sytuacji w kraju w ciągu najbliższych 12 miesięcy wskazuje aż 77 proc. Polaków. Ponad dwie trzecie (69 proc. ) spodziewa się kryzysu gospodarczego i wzrostu bezrobocia w perspektywie najbliższych 5 lat. Niemal połowa oczekuje znacznego wzrostu cen. Ponad jedna trzecia (36 proc.) ocenia finanse gospodarstwa domowego gorzej niż rok temu. 46 proc. spodziewa się zmiany sytuacji finansowej swego gospodarstwa w najbliższym roku na gorsze.
Nastroje konsumenckie w Polsce są bardziej pesymistyczne niż w czasie światowego kryzysu finansowego. Widać jednak, że z każdym kolejnym etapem uwalniania gospodarki, ulegają one stopniowej poprawie. Pod koniec kwietnia indeks nastrojów wzrósł o 5 punktów, a na początku maja poprawił się o kolejne 9 punktów. Generalnie, bardziej pesymistyczne są osoby lepiej wyedukowane i starsze (powyżej 50 lat). Bardziej optymistyczni – ludzie młodzi, do 29 roku życia.
Ponad dwie trzecie Polaków obawia się kryzysu gospodarczego i bezrobocia z którymi będziemy prawdopodobnie borykać się w ciągu najbliższych pięciu lat. Częściej takiego zdania są mieszkańcy większych miast, osoby najlepiej wykształcone, a także te, które już obecnie muszą sięgać po swoje oszczędności.
Mimo planów ograniczenia zakupów i wprowadzenia oszczędności, widać, że z każdym tygodniem znoszenia ograniczeń w funkcjonowaniu gospodarki Polacy zaczynali patrzeć bardziej optymistycznie w przyszłość. Wróciła chęć kupna sprzętu komputerowego, telewizora, dużego AGD, a w związku z porą roku – rzeczy do ogrodu czy wyposażenia warsztatu. Do łask wracają też plany zakupów nieruchomości, a w konsekwencji skorzystania z usług finansowych (kredyt lub inwestycje).
Polacy coraz mniej obawiają się znacznego wzrostu cen. 14 proc. z nas (pytanie czy to aż, czy tylko 14 proc.?) deklaruje problemy z pokryciem codziennych kosztów życia tylko z bieżących dochodów.
Chociaż zaczynamy patrzeć bardziej optymistycznie w przyszłość, jesteśmy cały czas ostrożni i uważnie planujemy wydatki. Ta ostrożność może być bardzo pomocna w nauce zrównoważonego zarządzania zasobami finansowymi.

-Planowanie inwestycji z jednoczesnym uważniejszym podejściem do finansów to dowód na to, że trudne okoliczności ostatnich kilku miesięcy pomogły nam wrócić do sprawdzonych strategii zarządzania finansami – również takich jak zapisywanie i kontrolowanie wydatków, wyznaczanie sobie limitów, bardziej przemyślane planowanie zakupów. Jest szansa, że zaczniemy rezygnować z tych wydatków, które nie są niezbędne, a zaczniemy więcej oszczędzać i inwestować, jednocześnie ostrożniej wydając pieniądze – mówi psycholog Maria Rotkiel.
Jesteśmy więc zmotywowani przez okoliczności do coraz bardziej efektywnego i racjonalnego wydawania pieniędzy oraz do codziennego zarządzania budżetem. Epidemia koronawirusa może stać się katalizatorem nowych trendów związanych z świadomą konsumpcją i bardziej zrównoważonym podejściem do życia i świata.