O (braku) demokracji

Wielkie pieniądze i jeszcze większe nierówności przesądziły o tym, że demokracja w Ameryce jest fikcją.

,,Nie znam kraju, w którym miłości pieniądza zajmowałaby więcej miejsca w ludzkich sercach i w którym żywiono by głębszą niechęć do idei równości majątkowej” – pisał Alexis de Tocqueville w swoim klasycznym dziele ,,O demokracji w Ameryce”.
Niedawno administracja prezydenta Trumpa w ramach ,,pakietów pomocowych dla gospodarki” podarowała wielkim korporacjom setki miliardów dolarów, podczas gdy w tym czasie większość społeczeństwa w obliczu kryzysu i ogromnego wzrostu bezrobocia nie mogła liczyć na choćby symboliczne wsparcie. Co ciekawe, decyzja o takiej właśnie formie ,,ratowania gospodarki” spotkała się z aprobatą całej klasy politycznej. Demokraci, mający większość w Kongresie, nawet nie zaproponowali objęcia dystrybucji środków z pakietów pomocowych jakąkolwiek kontrolą. Wszyscy ,,wybrańcy narodu” wspólnie poparli tym samym bardzo kosztowny prezent dla wielkich firm, jednocześnie będąc całkowicie ślepymi na problemy społecznej większości. Skąd ta niespodziewana jednomyślność?
Partię Demokratyczną i Republikańską dzieli bowiem bardzo wiele, ale jedno łączy – siedzenie w kieszeni wielkiego biznesu. Było tak zawsze, jednak teraz, w obliczu rosnących bardzo szybko nierówności społecznych i osiągających niewyobrażalne rozmiary fortun najbogatszych przybrało to karykaturalne rozmiary. Politycy w USA coraz częściej nie udają już nawet mężów stanu i otwarcie ograniczają się do roli lobbystów swoich sponsorów. Warto więc w tym czasie przyjrzeć się mechanizmom, które umożliwiły amerykańskiej finansjerze całkowite podporządkowanie sobie aparatu państwowego.
Pierwszym z nich jest finansowe uzależnianie od siebie polityków. Uprawianie polityki kosztuje, trzeba dużych pieniędzy na kampanie wyborcze, spoty, banery, ulotki organizację wieców i spotkań, etc. Według ostatnich wyliczeń udana kampania do Izby Reprezentantów kosztuje ok. 2,5 mln dolarów. W większości państw europejskich jest tak, że te pieniądze pochodzą prawie wyłącznie z dwóch źródeł: składek członków partii oraz dofinansowania publicznego, a darowizny mogą wpłacać tylko osoby fizyczne (nie firmy) i są one ograniczone z reguły do niezbyt wysokich kwot (w Polsce jest to 15 – krotność minimalnego wynagrodzenia na rok).
W Stanach Zjednoczonych też oficjalnie istnieją bardzo podobne limity i ograniczenia. Jednak wyrok Sądu Najwyższego z 2010 roku otworzył nawet nie furtkę, ale szeroką bramę do ich obejścia. Zgodnie z nim wolność słowa oznacza wolność wydawania pieniędzy, ponieważ ,,pieniądze to też słowo”. W uzasadnieniu napisano, że skoro konstytucja gwarantuje każdemu Amerykaninowi nieograniczoną wolność słowa, to nie można ograniczać nikomu prawa do kupowania miejsca w mediach na głoszenie swoich poglądów. Daje to pole do nieograniczonego finansowania pośredniego kandydatów. Dalej nie wolno po prostu dawać partii czy politykowi pieniędzy, ale można bardzo łatwo założyć Political Action Committee, inaczej Super PAC. Takie Komitety mogą bez żadnych ograniczeń publikować mediach materiały wspierające swoich kandydatów i szaklujące ich konkurentów. Jest tylko jeden warunek, który realnie nie jest żadnym warunkiem – Super PAC nie mogą oficjalnie koordynować tych działań ze sztabem wyborczym.
Obecność we wszelkiego rodzaju mediach to szczególnie dzisiaj, w erze cyfrowej, podstawa wyborczego sukcesu. Pokazuje choćby zwycięska droga Donalda Trumpa do prezydentury. Jak w praktyce wygląda współdziałanie polityków i Super PAC? W trakcie jednej z ostatnich kampanii wyborczych Mitch McConnell, republikański senator, wrzucił na YouTube krótki, ale bardzo dziwny z pozoru film: widać na nim najpierw McConnella siedzącego przy biurku, w następnej scenie senator rozmawia z żoną, potem w kasku gawędzi z robotnikami, dalej przemawia do tłumów na spotkaniu. Wszystko to jednak bez żadnego dźwięku ani napisów. Taki materiał bowiem może sobie następnie wziąć wspierający go Super PAC, pociąć go i zrobić z tego spoty, dla których za miliony dolarów wykupi miejsce w mediach.
Kolejne orzeczenie Sądu Najwyższego jeszcze wielokrotnie tę patologię spotęgowało. W wyroku sąd uznał, że korporacja jest jak człowiek i też ma swoje niezbywalne prawo do wolności słowa, czyli w praktyce – że na Super PAC pieniądze mogą dawać też wielkie firmy. Dobrym przykładem tego, do jakich wynaturzeń prowadzą takie możliwości, jest działalność braci Koch – właścicieli paliwowej korporacji Koch Industries. Jako libertarianie przez dziesięciolecia wspierali oni w Partii Republikańskiej jej skrajnie wolnorynkowe skrzydło – tzw. TEA Party na czele z Tedem Cruzem. To ich setki milionów dolarów przesunęły poglądy Republikanów tak skrajnie na prawo w kwestiach gospodarczych.
Kupowanie sobie posłuszeństwa urzędników i deputowanych to jednak nie jedyny sposób, za pomocą którego wielki biznes robi z państwa prywatny folwark. Drugi to stała wymiana kadrowa na linii Wall Street – Waszyngton. Robert Rubin, najpierw współprezes Goldman Sachs, został potem w gabinecie Billa Clintona sekretarzem skarbu. W rządzie popierał daleko idącą deregulację rynku finansowego, która doprowadziła do kryzysu z 2008 roku. Henry Paulson, sekretarz skarbu G. Busha Jr., także był wcześniej prezesem Goldman Sachs. Larry Summers, dyrektor zarządzający funduszu arbitrażowego D. E. Shaw, został szefem Narodowej Rady Ekonomicznej w administracji Baracka Obamy. Obecny sekretarz skarbu Steve Mnuchin w czasie kryzysu w 2008 roku przewodził bankowi Indy Mac i dorobił się fortuny na wyrzucaniu ludzi z mieszkań z byle powodu. Liczne związki osobiste występują także na niższych szczeblach. To model tzw. ,,drzwi obrotowych” – członkowie zarządów banków obejmują wysokie urzędy publiczne, zyskując wpływ na legislację i regulacje finansowe, a byli funkcjonariusze publiczni trafiają do banków, gdzie mogą dorobić się milionowych fortun. Jest już swoistą tradycją, że pracownicy Goldman Sachs i JPMorgan po opuszczeniu pracy w banku idą do administracji, gdzie robią za misjonarzy światopoglądu Wall Street i pilnują, by nie działo się nic, co mogłoby zaszkodzić interesom wielkiej finansjery. Wszyscy kolejni prezydenci USA otaczają się takimi ludźmi.
W maju 2016 roku kolportowana była w USA broszura, wydana przez kogoś, kto podpisał się jako ,,kongresmen X”. Autor bez ogródek opisuje, jak naprawdę wyglądają działania ,,wybrańców narodu”: ,,Jesteśmy marionetkami interesów specjalnych, doprowadzając kraj do bankructwa. Robimy to po to, żeby usłać gniazdka własne oraz tych, którzy nas popierają. Kongres stworzył kulturę egoizmu i korupcji, która niszczy samą ideę demokracji”. ,,Waszyngton jest ściekiem pijawek. Każdy próbuje manipulować systemem politycznym dla swojej korzyści, często ze szkodą dla kraju” – pisze X. Ciężko o lepszy opis systemu politycznego USA. Fragment z refrenu hymnu Stanów Zjednoczonych, który mówi o nich jako ,,kraju wolnych ludzi” brzmi teraz w najlepszym razie jak bardzo ponury żart – dzisiaj USA to bankowa oligarchia, która zapisany w konstytucji ,,dobrobyt powszechny” ma w bardzo głębokim poważaniu. Wielki biznes cały czas przekracza kolejne granice bezczelności w pokazywaniu, jak bardzo zdanie i sytuacja obywateli nie mają dla niego żadnego znaczenia. Byle tylko zgadzała się liczba dolarów i sztabek w skarbcach, a burżuazyjna policja chroniła ich głowy i interesy. Alexis de Tocqueville mógłby obecnie pojechać do USA najwyżej w celach turystycznych, bowiem ,,O demokracji w Ameryce” można napisać tylko tyle, że jej nie ma.

Wciąż kupujemy i wydajemy, ale inaczej

Zaczynamy wracać do stosowania prostych, sprawdzonych oraz skutecznych od stuleci strategii gospodarowania swoimi pieniędzmi.
Obecna sytuacja gospodarcza skłoniła wielu z nas do uważniejszego planowania wydatków I bardziej racjonalnego robienia zakupów. Najczęstszą strategią praktykowaną przez Polaków jest powstrzymanie się od kupowania rzeczy, które nie są nam niezbędne (72 proc.).
Jesteśmy również bardziej skłonni oszczędzać na produktach spożywczych (także 72 proc.), niż na dobrach trwałych i usługach (66 proc.). O tym, że nasze zakupy będą miały bardziej przemyślany charakter, świadczy również fakt, że zdecydowanie mniej osób (39 proc.) chce rezygnować z jakości i sprawdzonych marek, szukając tańszych zamienników, za to 48 proc. częściej niż do tej pory będzie szukało promocji.
Takie wyniki przyniosło badanie nastrojów społecznych przeprowadzone przez ING wspólnie z firmą GFK w maju tego roku, a opracowane i upublicznione pod koniec lipca.
Okazuje się, że Polacy nadal martwią się o przyszłości polskiej gospodarki. Na pogorszenie sytuacji w kraju w ciągu najbliższych 12 miesięcy wskazuje aż 77 proc. Polaków. Ponad dwie trzecie (69 proc. ) spodziewa się kryzysu gospodarczego i wzrostu bezrobocia w perspektywie najbliższych 5 lat. Niemal połowa oczekuje znacznego wzrostu cen. Ponad jedna trzecia (36 proc.) ocenia finanse gospodarstwa domowego gorzej niż rok temu. 46 proc. spodziewa się zmiany sytuacji finansowej swego gospodarstwa w najbliższym roku na gorsze.
Nastroje konsumenckie w Polsce są bardziej pesymistyczne niż w czasie światowego kryzysu finansowego. Widać jednak, że z każdym kolejnym etapem uwalniania gospodarki, ulegają one stopniowej poprawie. Pod koniec kwietnia indeks nastrojów wzrósł o 5 punktów, a na początku maja poprawił się o kolejne 9 punktów. Generalnie, bardziej pesymistyczne są osoby lepiej wyedukowane i starsze (powyżej 50 lat). Bardziej optymistyczni – ludzie młodzi, do 29 roku życia.
Ponad dwie trzecie Polaków obawia się kryzysu gospodarczego i bezrobocia z którymi będziemy prawdopodobnie borykać się w ciągu najbliższych pięciu lat. Częściej takiego zdania są mieszkańcy większych miast, osoby najlepiej wykształcone, a także te, które już obecnie muszą sięgać po swoje oszczędności.
Mimo planów ograniczenia zakupów i wprowadzenia oszczędności, widać, że z każdym tygodniem znoszenia ograniczeń w funkcjonowaniu gospodarki Polacy zaczynali patrzeć bardziej optymistycznie w przyszłość. Wróciła chęć kupna sprzętu komputerowego, telewizora, dużego AGD, a w związku z porą roku – rzeczy do ogrodu czy wyposażenia warsztatu. Do łask wracają też plany zakupów nieruchomości, a w konsekwencji skorzystania z usług finansowych (kredyt lub inwestycje).
Polacy coraz mniej obawiają się znacznego wzrostu cen. 14 proc. z nas (pytanie czy to aż, czy tylko 14 proc.?) deklaruje problemy z pokryciem codziennych kosztów życia tylko z bieżących dochodów.
Chociaż zaczynamy patrzeć bardziej optymistycznie w przyszłość, jesteśmy cały czas ostrożni i uważnie planujemy wydatki. Ta ostrożność może być bardzo pomocna w nauce zrównoważonego zarządzania zasobami finansowymi.

-Planowanie inwestycji z jednoczesnym uważniejszym podejściem do finansów to dowód na to, że trudne okoliczności ostatnich kilku miesięcy pomogły nam wrócić do sprawdzonych strategii zarządzania finansami – również takich jak zapisywanie i kontrolowanie wydatków, wyznaczanie sobie limitów, bardziej przemyślane planowanie zakupów. Jest szansa, że zaczniemy rezygnować z tych wydatków, które nie są niezbędne, a zaczniemy więcej oszczędzać i inwestować, jednocześnie ostrożniej wydając pieniądze – mówi psycholog Maria Rotkiel.
Jesteśmy więc zmotywowani przez okoliczności do coraz bardziej efektywnego i racjonalnego wydawania pieniędzy oraz do codziennego zarządzania budżetem. Epidemia koronawirusa może stać się katalizatorem nowych trendów związanych z świadomą konsumpcją i bardziej zrównoważonym podejściem do życia i świata.

Europejskie widma

Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu. Nie tylko politycy , ale ekonomiści, a nawet część wielkiego biznesu odkrywa, że państwo ma jakieś pieniądze.

Nawet Richard Branson pobiegł do kolejki po publiczne pieniądze. Nigdy, nie ani on, ani jego firma nie płacili podatków więc chyba zaczął wierzyć w cuda… albo w socjalizm. Ciekawy moment, bo nawet Boris Jonhnson, znany jako człowiek którzy pokonał Unię Europejską i (podobno) wirusa powiedział, że potrzeba nam trochę socjalizmu. Brytyjski konserwatywny (skrajnie) Daily Telegraph”, domaga się wręcz od Premiera wprowadzenia socjalizmu, by ocalić liberalizm. Zdaje się przy tym, że oprócz koronawirusa, Brytyjczyków dręczy schizofrenia.

Socjalistami, przynajmniej w oczach Polaków, od dawna są już Skandynawowie. Nie powinno więc dziwić, że duński rząd ogranicza pomoc dla firm tylko do tych, które rzetelnie płacą w w Danii podatki. Sadyści.
Choć podobno w Dani płacenie podatków,
to taki ichniejszy standard.

O socjalizmie mówią teraz Hiszpanie i Portugalczycy (ci to akurat nic dziwnego), Włosi, Niemcy a nawet Papież. Wygląda na to, że jest całkiem inaczej niż wtedy gdy Karol Marks pisał Manifest, wtedy „Wszystkie potęgi starej Europy połączyły się dla świętej nagonki przeciw temu widmu, papież i car, Metternich i Guizot, francuscy radykałowie i niemieccy policjanci. (…) Dwojaki wniosek wypływa z tego faktu. Komunizm jest już przez wszystkie potęgi europejskie uznany za potęgę.”

No właśnie, wszyscy mówią. Tyle, że wcale nie chodzi o socjalizm.

Rację ma brytyjski Telegraph. Rządy muszą zrobić wszystko… byle się nic nie zmieniło. Nawet na chwilę udawać socjalizm.

Bo wszystkie te postulowane działania mają chronić interesy tych, którzy i tak wszystko mają. Wskazują na to używane pojęcia, drugi plan Marshalla, tarcza antykryzysowa. Zresztą sam plan Marshalla miał bardziej polityczne i symboliczne znaczenie niż gospodarcze.

Dziś łączne plany pobudzenie europejskich gospodarek po wielokroć przekraczają kwoty pomocy w ramach Planu nawet po przeliczeniu jej na dzisiejsze wartości.

To co jest czymś nowym i różnicą, to uwzględnienie w tych planach pracowników a nawet uzależnienie pomocy dla przedsiębiorstw od powstrzymania się lub ograniczenia skali zwolnień. W Europie.
Nie powinno dziwić, że wojewodowie wstrzymali wydawanie paszportów, chroniąc naszych obywateli przed kontaktami z takim, nawet niezbyt wyraźnym, widmem. Jeszcze wyjadą i nie wrócą, albo nasiąkną widmową propagandą.

Kryzys ekonomiczny był oczekiwany.

Walka z koronawirusem przyspieszyła go i pogłębiła. Taki kryzys zmieni rzeczywistość ekonomiczną w krótkiej perspektywie a zapewne też w dłuższej. Da szansę do konsolidacji, przejęć, monopolizacji. Jedni upadną inni się wzmocnią. Frank Fertitta amerykański magnat na rynku kasyn, hoteli i rozrywki, zwolnił wszystkich pracowników, by jako pierwsi stanęli w kolejce po zasiłki. Jego majątek szacowany jest na prawie 5 mld dolarów. Raczej nie zmaleje a on sam nie będzie raczej stał w kolejce.
Obawiam się, że Europie nie wystarczy skrzyżowanie Keynes’a z Galbraith’em … Naprawdę potrzebujemy co najmniej Kautsky’ego. Nie wystarczy Kapitał Piketty’ego… trzeba sięgnąć do Karola. Nie wystarczy widmo krążące po Europie, potrzeba jest wiosna ludu… albo jesień.

Zabawa, prawa i pieniądze

Zdarza się, że uczniowie zmuszani są do zapłacenia obowiązkowej opłaty „na studniówkę”, mimo, że nie mają zamiaru na nią iść.

Choć większość uczniów i uczennic z radością wyczekuje studniówki, to wielu młodym ludziom ta pierwsza „dorosła” impreza już kojarzy się z przymusem i łamaniem ich praw. Lista studniówkowych grzechów szkół jest niestety długa:
Koszty studniówki nieoczekiwanie rosną, wpłaty nie są zwracane w przypadku wycofania się („bo nie”). Szkoła często oczekuje, że zostaną zaproszeni wszyscy nauczyciele, a nie tylko ci uczący rocznik (co oczywiście powoduje wzrost kosztów, których nauczyciele nie ponoszą). Zdarza się, że uczniowie zmuszani są do zapłacenia obowiązkowej opłaty „na studniówkę”, na którą nie mają zamiaru iść (tłumaczenie: to na ciasta/wodę/obiady/kwiaty dla nauczycieli podczas matur, nawet 120 zł). Nauczyciele wyznaczają, z kim można pójść, a z kim nie (z osobą tej samej płci – nie wolno, z osobą poniżej 16 lat – nie wolno). Uczniowie zapraszający osoby towarzyszące, zobowiązani są podać najpóźniej na 14 dni przed Studniówką wychowawcom dane osobowe z dokumentów tożsamości zapraszanych osób towarzyszących tj. imię i nazwisko, data urodzenia (to się nadaje od razu do zgłoszenia do Inspektora Ochrony Danych Osobowych).
Bezprawne regulaminy
Dyrektorzy powielają hulające w internecie bezprawne „regulaminy studniówek”, czyniąc z ich podpisania warunek uczestniczenia w studniówce. Ustalają w nich zasadę, że nie wolno opuścić budynku studniówki – kto wyjdzie się przewietrzyć (lub na papierosa, o zgrozo! – A przecież mówimy o dorosłych osobach) – nie ma prawa powrotu (choć zapłacił za imprezę 600 zł).
W czasie studniówki obowiązuje zakaz picia alkoholu i stosowania używek. Jakim prawem goście zabraniają dorosłym organizatorom pić alkohol na ich własnej imprezie? Jeśli ma być studniówka w szkole to zakaz podawania i spożywania w niej alkoholu wynika wtedy z przepisów ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Na prywatnej imprezie nie wolno szkole wydawać zakazów, do których nie ma podstawy prawnej.
Niektóre szkoły przyznały sobie prawo do stawiania minusów z zachowania uczniowi czy uczennicy za to, że jej osoba towarzysząca została przyłapana na paleniu papierosów lub piciu alkoholu. Niejednokrotnie należy podać prywatnym osobom (komitetowi organizacyjnemu) dane osobowe, w tym czasem nawet PESEL, osoby towarzyszącej. To nie jednostkowe przypadki, lecz coraz popularniejsze praktyki. Wystarczy wpisać: „regulamin studniówki” w wyszukiwarkę albo wejść na grupy, w których uczniowie i uczennice szukają rad. Szkoły to instytucje publiczne, uczniowie mają za sobą kilka lat nauki o praworządności i społeczeństwie ale w wielu szkołach to wszystko jakby było teorią, a nie praktyką. „Gospodarze” studniówki w zgłaszanych mi przypadkach nie wiedzą nawet, do kogo trafiają te pieniądze, co właściwie za nie zostanie kupione, nie mają żadnego wpływu na ich własny – w teorii – bal. Wszystko jest zadecydowane ponad ich głowami, przez dorosłych – dyrekcję i komitet złożony z rodziców. Młodzi mają zapłacić, przyjść i zachowywać się według narzuconych przez dorosłych, często bezprawnych zasad. A rodzice często nie chcą dopytywać, z troski aby żeby dziecko nie miało problemów – lepiej zapłaćmy i miejmy spokój. Trudniej przełknąć tę metodę w przypadku mniej zamożnych rodzin, ale skoro inni milczą, to nie będziemy nadstawiać głowy – cóż, będziemy oszczędzać, byle dziecko nie poczuło się gorsze. Gotówkę daje się do ręki skarbnikowi klasowemu, wpłaca na komitet rodzicielski. W niektórych szkołach to wychowawca zbiera pieniądze i pilnuje terminowości wpłat, pogania zwlekających, w innych – uczniowie wpłacają w sekretariacie (z jakiego tytułu? To jest niezgodne z prawem). I pytają kolegów i koleżanek na grupie facebookowej, czy naprawdę muszą płacić za napoje dla nauczycieli i obiady dla nich w trakcie matur, czy można nie wpłacić na „obowiązkowe” kwiaty. Uczniowie w większości tych przypadków nie zobaczą faktur, umów, nie dowiedzą się, za co konkretnie zapłacili.
A koszty? Przykłady z tego roku: 150 zł za siebie, 150 za osobę towarzyszącą, 120 „na kwiaty, matury, nauczycieli” – wychodzi średnio 420 zł – 600 zł (para) i ok. 300 zł (singiel).
Święto uczniów
Cofnijmy się w czasie. Dawno, dawno temu studniówka, czyli impreza na 100 dni przed maturą, to był pierwszy „dorosły” własny bal, organizowany w szkole, przez uczniów i uczennice. Miało to edukacyjny i oświatowy sens i cel – młodzież samodzielnie organizowała uroczystą zabawę w szkole: sama wyłaniała spośród siebie komitet organizacyjny, sama rozdzielała zadania, wyłaniała chętnych do organizacji programu artystycznego, dekorowała salę szkolną, dogadywała się, kto organizuje napoje, ustalała, czy jest zrzutka, na co, po ile, piekła ciasta, robiła sałatki, organizowała muzykę. Brała na siebie odpowiedzialność. Udział rodziców to w najwyższym razie upieczenie tortu.
Żadnych regulaminów, bo są po prostu zasady, które się zna i respektuje, które się przegadało na przestrzeni lat w normalnym życiu, przy okazji, przy obiadach, zasłyszało dyskusje ciotek i wujków przy rodzinnej imprezie, które się nabyło w trakcie uczestniczenia w życiu rodziny i społeczności albo pogadankach w szkole, więc tworzenie regulaminu o tym, że należy mieć „strój podnoszący rangę imprezy”, było nie do pojęcia
Tak rozumiana studniówka mieściła się w zadaniach szkoły. Było wzięcie jakiegoś ciężaru odpowiedzialności przez młodzież, była samoorganizacja, współpraca. Oczywiście pewnie był i nielegalny alkohol, ukryty podczas dekorowania sali za kotarami, choć pewnie nie w takiej ilości jak dziś. A sam bal był zwieńczeniem pewnej wspólnej pracy, pomysłów, wysiłku. Nauczyciele byli „gośćmi” – piszę w cudzysłowie, ponieważ de facto byli u siebie, w szkole, a uczniowie – czuli się „gospodarzami”. Studniówka nigdy nie była i nie jest imprezą obowiązkową. Była i jest świętem uczniów i uczennic, kończących szkołę. Jest zwyczajem, niestety coraz częściej wypaczanym, a wiele szkół w to święto wtłacza przymus – zauważa sieć Watchdog. Staje się bezrefleksyjnie i bezsensownie reprodukowaną imprezą, a z tradycją łączy ją często już tylko nazwa.
Jak to w wielu szkołach wygląda dziś? Coraz rzadziej (bywa, że z braku większej sali) studniówki odbywają się w szkole, coraz rzadziej młodzież te studniówki organizuje. Szkolne bale masowo „wyszły” ze szkół, odbywają się w hotelach, restauracjach, ośrodkach wczasowych. Organizacją zajmuje się zazwyczaj komitet złożony z rodziców, czasem nawet z nauczycieli, albo rada rodziców (naruszając przepisy o zadaniach rady rodziców, określone w prawie oświatowym, art. 84), a postanowienia dotyczące miejsca, menu, wymagają często akceptacji dyrektora. Organizacja tego młodzieżowego balu jest w wielu szkołach tak daleko odsunięta od uczniów, że ich rola jest sprowadzona do zapłacenia kilku stów oraz podporządkowania się absurdalnemu i łamiącemu prawo regulaminowi – i w ten sposób odhaczana jest wyprana z sensu „tradycja”. Często młodzi nawet nie podpisują tego regulaminu – to rodzice dorosłego człowieka mają złożyć swój podpis pod zestawem zasad, ograniczających jego prawa i wolności, co jest niegodne z prawem: od 18 roku życia mamy pełnię czynności prawnych, a rodzice już nie są naszymi ustawowymi przedstawicielami (art. 11 kodeksu cywilnego).
Słowa „studniówka” nie znajdziemy w żadnej ustawie ani rozporządzeniu. W oficjalnym systemie oświaty takie wydarzenie nie istnieje. Jest to zwyczaj, tradycja – tak jak tradycją u polskich katolików jest np. 12 potraw na wigilijnym stole – i chyba nikomu nie przyszłoby do głowy tworzenie regulaminu Wigilii albo prawne regulowanie dawania prezentów, przymuszanie do śpiewanie kolęd oraz tworzenia systemu kar za zjedzenie plastra szynki na śniadanie 24 grudnia. Nie tworzymy też regulaminu wesela, nakazu białej sukni i kar za skandaliczne upicie się do nieprzytomności. Zwyczaju i norm kulturowych nie obwarowuje się przymusem, nakazami, zakazami i karami.
To nie zajęcia szkolne
Studniówka nie jest zajęciem dydaktycznym, wyjściem grupowym, wycieczką, a opinia prawna o tym, że studniówka jest imprezą szkolną (co w efekcie rodziłoby skutki prawne), jest pomyłką. Opinia ta opiera się na błędnym rozumieniu paragrafu 2. rozporządzenia ministra w sprawie bezpieczeństwa i higieny w publicznych i niepublicznych szkołach i placówkach, który brzmi: „Dyrektor zapewnia bezpieczne i higieniczne warunki pobytu w szkole lub placówce, a także bezpieczne i higieniczne warunki uczestnictwa w zajęciach organizowanych przez szkołę lub placówkę poza obiektami należącymi do tych jednostek”.
To, czym są zajęcia szkolne, określają ustawy – a każdy podmiot władzy publicznej jest zobowiązany działać na podstawie i w granicach prawa (art. 7 Konstytucji), nie na podstawie zwyczaju, tradycji, tego, co się wydaje albo na podstawie „bo zawsze tak było”, tylko że się po drodze wypaczyło – wskazuje Watchdog. Wszystkie zajęcia, realizowane przez szkołę, służą realizacji celów oświatowych, wpisanych w ustawy (ustawa o systemie oświaty, prawo oświatowe) lub realizacji podstawy programowej, określonej w rozporządzeniu. Także te zajęcia, odbywające się poza szkołą, a określone w paragrafie 2. wspomnianego wyżej rozporządzenia w sprawie bezpieczeństwa i higieny.
Studniówka tymczasem żadnego celu oświatowego ani żadnej podstawy programowej nie realizuje. Nawet tańczenia poloneza w stroju wieczorowym nie podciągniemy do podstawy programowej WF-u. Studniówka nie stwarza również warunków do rozwoju zainteresowań i uzdolnień uczniów – nie może być zatem uznana za zajęcie, do realizacji którego powołana jest szkoła. Studniówka nie jest dla nikogo wydarzeniem obowiązkowym. Ani dla uczniów, ani dla nauczycieli. Jest imprezą prywatną, środowiskową, składkową. W związku z tym nie można nikogo zmusić do zapłacenia za studniówkę, na którą nie ma zamiaru iść, zaś składkowicze powinni mieć wpływ i wgląd w to, co ile kosztuje i na co idą ich pieniądze, ustalić zakres dóbr, za które płacą.
To tak jak w grupie znajomych: dajmy na to 10 osób wyprawia razem urodziny. I umawiają się: po ile się składamy, co za to kupujemy, po ile osób zapraszamy, jak drogiego DJ-a bierzemy. Jak Marek kupuje składniki do pieczenia ciasta – to pokazuje reszcie rachunek ze sklepu. Jak Kaśka załatwia lokal – to pokazuje reszcie umowę, którą zawarła jako osoba prywatna, „na siebie”.
Te 10 osób w tym przykładzie – to maturzyści. A goście – to nauczyciele. Brakiem kultury byłoby na takiej imprezie urodzinowej, gdyby goście narzucali, jak się mają gospodarze ubrać i zachowywać, prawda? I zakazywali dorosłym osobom wypić alkohol na ich imprezie, czyż nie? A już szczytem absurdu byłoby tworzenie przez gości regulaminu zachowania się gospodarzy podczas imprezy z obowiązkiem podpisania go przez gospodarzy, bo jak nie – to nie masz wstępu na Twoje urodziny.
Pomysł, aby regulować każdy najmniejszy aspekt życia społecznego, jest wypaczaniem tego życia.
Biorąc na siebie organizację studniówki, zastanówmy się – rodzice, nauczyciele, dyrektorki – czy nie odbieramy młodym ludziom dorosłości, możliwości wpływu, wzięcia odpowiedzialności, decydowania, czy tworząc absurdalne regulaminy, nie spychamy ich do roli zwierzątek, mających karnie zapłacić, nie pytać, ładnie ubrać się, grzecznie bawić? Albo zupełnie inaczej – czy nie rozpuszczamy ich, przekładając organizację na barki rodziców?
Co można zrobić? Zastanowić się, czego chcemy. Popracować nad motywacją. Uczniowie mogą zrobić zebranie jeszcze w trzeciej klasie, bo od przyszłego roku studniówka będzie w czwartej klasie, i ustalić, czy chcemy studniówki – bo jeśli tak, to wszystkie ręce na pokład, i MY to organizujemy – i mamy z tego fun. Dorośli niech służą radą i wsparciem, ale nie wyręczają i nie obsługują.

Kto może, niech oszczędza

Z jednej strony, Polacy deklarują, że planują zwiększanie oszczędności, z drugiej zaś, życie zmusza ich do tego, by coraz częściej przejadać to, co udało się im odłożyć.

Przełom roku to tradycyjnie dobry czas na składanie rozmaitych noworocznych postanowień.
Jak zbadano, na szczycie listy naszych planowanych zamierzeń znajdują się z reguły: rozpoczęcie nowej pracy, wprowadzenie zdrowego stylu życia, lepsza i uporządkowanie swego czasu, a także oszczędzanie pieniędzy.
Bezpieczeństwo najpierw
Plany związane z lepszym zarządzaniem domowym budżetem ma prawie połowa z nas – pokazuje zeszłoroczny raport Deutsche Banku,. Przede wszystkim chcemy zacząć samodzielnie odkładać na emeryturę (19 proc. odpowiedzi) oraz umieszczać swe środki pieniężne na lokatach terminowych (16 proc.). Znacznie rzadziej myślimy o inwestowaniu, co pokazuje, że w dalszym ciągu boimy się – i słusznie – podejmować ryzyko finansowe.
Cały czas nie najlepiej wyglądają oszczędności Polaków na tle sąsiadów. Stopa oszczędności w naszym kraju w ostatnich latach wahała się w okolicach 2%, podczas gdy średnia dla całej Unii Europejskiej wynosi ok. 5-6%, a najbogatsze kraje UE osiągają nawet więcej niż 10% – zgodnie z niezmienną reguła, że ci co zarabiają najwięcej, także i odkładają najwięcej.
Spośród państw „nowej Unii „ tylko Łotwa, Litwa i Cypr mają ten wskaźnik na niższym niż Polska poziomie. Co ciekawe, niewiele więcej oszczędności (w stosunku do swoich zarobków) od Polaków mają Brytyjczycy i Finowie.

Z góry czy z dołu?

– Warto zauważyć, że w latach 2009-2019 blisko trzykrotnie wzrosła liczba rodaków, którym udaje się regularnie odkładać przynajmniej niewielkie kwoty, a towarzyszy temu jednoczesny spadek odsetka osób popadających w długi – komentuje ekspert Artur Frelek.
Oszczędzanie to proces, który nie zależy wyłącznie od wysokości naszych dochodów ani silnej woli. Jesteśmy skuteczni w oszczędzaniu, jeśli założyliśmy, że co miesiąc odłożymy np. 10% naszych przychodów i faktycznie tak się dzieje. Plan jest niby prosty, ale w rzeczywistości niewielu się to udaje. Przyczyny mogą leżeć w naszej naturze, wzorcach wyniesionych z domów lub zwyczajnie wynikać ze złej strategii – a przede wszystkim biorą się stąd, że po prostu generalnie za mało zarabiamy.
Zrozumiałe, że większość z nas stara się odłożyć pieniądze dopiero na koniec miesiąca − z tego, co zostanie po uregulowaniu należności, rachunków i po prostu codziennym życiu. Jest to tzw. oszczędzanie resztowe.
– Jeśli jednak odwrócimy tę zasadę o 180 stopni i przykładowe 10% z naszych przychodów przekierujemy na bezpieczny rachunek oszczędnościowy na początku miesiąca, jeszcze przed koniecznymi płatnościami, to istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że plan się powiedzie (tzw. oszczędzanie z dołu). Może warto więc spróbować? – mówi Dominika Nawrocka z bloga Kobieta i Pieniądze.

Porządki w domowym budżecie

Generalnie, niełatwo dotrzymać noworocznych deklaracji. Często uważamy, że mamy zbyt niskie przychody, które uniemożliwiają nam odłożenie jakiejkolwiek sumy pieniędzy. Czy jednak tak jest naprawdę?
Warto w takim przypadku krytycznie przyjrzeć się swoim kosztom życia, szukając przestrzeni na uzyskanie dodatkowych oszczędności – oraz aktywnie zwiększać przychody (co oczywiście jest trudne). Dobre zarządzanie budżetem domowym to jedna z kluczowych umiejętności w całym procesie oszczędzania, dlatego, że budżet domowy może być naturalnym źródłem naszej nadwyżki finansowej. Gromadzenie oszczędności to proces wieloetapowy i wymagający od nas dość dużej aktywności. Dzięki temu zyskujemy nie tylko pieniądze, ale też wiedzę i doświadczenie, a to się może przydać na drodze do osiągania naszych długoterminowych celów finansowych.

A może nie oszczędzać?

Z pewnością pozytywną wiadomością jest to, że jak podaje GUS, nastąpił wzrost ocen dotyczących możliwości przyszłego oszczędzania pieniędzy (o 3,9 punktu proc).
Mimo rosnącej świadomości dotyczącej oszczędzania, wciąż jedynie połowa Polaków odkłada pieniądze. Reszta po prostu nie ma z czego. Jedynie co 25 osoba odkłada pieniądze z myślą o emeryturze, a jedna na 10 uzupełnia swój domowy budżet, sięgając po oszczędności.
Niepokoi natomiast to, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia zauważalnie zwiększyła się liczba Polaków, którzy zmuszeni są sięgać po oszczędności, by załatać domowy budżet – z 9,2 proc. do 11 proc.
Wszyscy namawiają nas do oszczędzania, ale wydaje się, że strategia nie oszczędzania pieniędzy na jesień życia też ma racjonalne strony. Lepiej przecież wydawać pieniądze na różne miłe strony życia wtedy, kiedy jeszcze mamy siły i zdrowie aby z nich korzystać.

Oni wiedzą wszystko

Jak pokazuje poniższa rozmowa, dziś już nie da się ukryć informacji na swój temat.

– Halo, czy to pizzeria Giuseppe?
– Dzień dobry, nie, to pizzeria Google.
– Źle się dodzwoniłem?
– Nie, proszę pana, Google kupiło tę pizzerię.
– OK. To chciałbym złożyć zamówienie.
– Dobrze, czy zamawia pan to co zwykle?
– To co zwykle? A pan mnie zna?
– Zgodnie z pańskim ID dzwoniącego, ostatnie 12 razy zamawiał pan pizzę serową z dodatkową porcją peperoni i szynki.
– OK! Taką zamawiam!
– Czy mogę panu zasugerować tym razem zamiast sera ricottę z rukolą i suszonymi
pomidorami?
– Co? Nie, ja nie lubię warzyw!
– Ale ma pan podwyższony cholesterol.
– Skąd o tym wiecie?!
– Z pańskiej karty pacjenta w klinice. Mamy wyniki pańskich badań z ostatnich 7 lat. Nie brał pan ostatnio lekarstw regularnie. 4 miesiące temu zamówił pan opakowanie 30 tabletek w aptece internetowej.
– Kupiłem więcej w innej aptece
– Nie ma tej płatności na pańskiej karcie kredytowej.
– Zapłaciłem gotówką!
– Ale nie wypłacił pan wystarczającej sumy z bankomatu według wyciągu z pańskiego konta.
– Nie trzymam wszystkich zarobionych pieniędzy w banku.
– Nie widać tego na pańskim ostatnim zeznaniu podatkowym, chyba, że jest to przychód, który zataił pan przed urzędem
skarbowym.
– Dosyć! Mam powyżej uszu Google, Facebooka, Twittera i innych WatsAppów! Wynoszę się na jakieś zadupie, w Bieszczady, albo nie, wyjadę na wyspę – bez internetu, gdzie nie ma sieci komórkowych i gdzie nie będziecie mogli mnie szpiegować!
– Rozumiem. Będzie pan musiał odnowić paszport, bo skończył swoją ważność miesiąc temu.

Autentyczne emocje są po stronie Lewicy

Lewica jest jedynym komitetem budującym swoją opowieść w oparciu o zapowiedź stworzenia państwa dobrobytu, kraju, który stawia na wyrównanie szans i odbudowę demolowanego przez lata sektora usług publicznych- uważa Jolanta Banach, kandydatka Lewicy w zbliżających się wyborach parlamentarnych. Zdaniem liderki listy Lewicy w Gdańsku na korzyść trzeciej siły w polskiej polityce grają autentyczne emocje i przeświadczenie większości Polaków o potrzebie podniesienia standardów życia w rozmowie z Maciejem Ostrowskim.

Obserwując kampanię wyborczą można dostrzec, że wszystkie komitety wyborcze wiele mówią o sektorze usług publicznych. Wydaje się, że przyszłość będzie należała do komitetu, który zaproponuje najbardziej przekonywującą wizję państwa dobrobytu. Czym na poszczególnych obszarach sektora publicznego różni się propozycja Lewicy od propozycji jej głównych konkurentów- Koalicji Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości?

To prawda, do świadomości wyborców przebije się partia, która przekona Polaków, że żyją nie tylko w kraju dalekim od swoich aspiracji jeśli chodzi o jakość życia, ale któremu zagraża całkowita zapaść usług publicznych. Państwem dobrobytu nie jest państwo, gdzie pacjenci czekają po kilka lat na zabieg wymiany stawu biodrowego czy kolanowego, a ponad rok oczekuje się w kolejce do kardiologa. Jeśli po wielu perypetiach dostaniemy się do specjalisty, to i tak na rehabilitację po zabiegu poczekamy 8 miesięcy. Taki stan rzeczy zagraża zdrowiu pacjentów, prowadząc do nieodwracalnych zmian i zwyrodnień. Służba zdrowia to tylko jeden z obszarów, gdzie nasze państwo poniosło porażkę. Polska nie gwarantuje też swoim obywatelom równego dostępu do edukacji. Dzieci z rodzin niezamożnych, wychowujące się w małych miejscowościach mogą pożegnać się z nadziejami na znalezienie dobrej szkoły. Do dobrego liceum w Trójmieście nie dostaną się ci, których rodziców nie stać na opłacenie dziecku pobytu w dużym mieście. Noclegi w internatach nie wchodzą w grę, bo je zlikwidowano. W XXI wieku nikomu nie wystarcza 500 zł na prywatne leczenie, prywatną edukację i opiekę nad dzieckiem. Samo umieszczenie dziecka w żłobku kosztuje połowę najniższego wynagrodzenia ( od 1000 do 1700 zł). Wszystko zmierza do prywatyzacji. Program Maluch + autorstwa partii rządzącej jest oczywistą kpiną i parodią publicznego programu. Program ma budżet rzędu 450 mln, zaś gmin jest w całym kraju 2400. Oznacza to, że na każdą gminę będzie przypadać 180 tys zł. Nie wiadomo na jaki cel w ogóle przeznaczyć środki tak nieadekwatne do rozmiaru zadania. W narracji Lewicy, państwo wykonując swoje konstytucyjne obowiązki wyrównuje szanse społeczne. Jak dotychczas nasze państwo nie pełniło tej funkcji. Powiem więcej, trzeba mieć duże pieniądze, by móc skorzystać z oferty placówek sektora publicznego, by wykupić lekarstwa przepisane przez lekarza w publicznej przychodni czy szpitalu. Pieniądze są też niezbędne jeśli chcemy dostać się do najlepszych publicznych szkół średnich czy studiować na najlepszych uczelniach. Co zrobiliśmy z naszym państwem? Sektor usług publicznych ma wiele do zaoferowania tym, którzy mają pieniądze, zaprojektowano go tak, by podkreślać nierówności społeczne.
Od Koalicji Obywatelskiej wyraźnie odróżnia nas zdecydowany sprzeciw wobec prywatyzacji i komercjalizacji sektora publicznego. Konsekwencje prywatyzacji obserwujemy na każdym kroku.
Coraz więcej placówek edukacyjnych jest prywatnych. Liczne prywatne szpitale rezerwują sobie przeprowadzanie najwyżej opłacanych procedur medycznych. Koniec z prywatyzacją sektora publicznego. Zerwiemy z błędnym przeświadczeniem, jakoby prywatyzacja miała zwiększyć dostępność usług sektora publicznego. Jest dokładnie odwrotnie. Komercjalizacja i prywatyzacja tworzy przepaść między poszczególnymi odbiorcami usług, sprzyja podziałom i nierównościom społecznym. Dobre prywatne przedszkola otrzymują dziś dotacje na poziomie 75 proc. kwot przeznaczanych dla placówek publicznych i jeszcze korzystają z opłat wnoszonych przez rodziców.
Rząd PO musiał potem hamować gwałtowną komercjalizację przedszkoli, która przekładała się na pierwszeństwo dzieci z rodzin zamożnych w dostępie do placówek prowadzonych za publiczne pieniądze przy pomocy programu Przedszkole za złotówkę. Stanowczość w rozgraniczaniu sfery publicznej i niepublicznej różni nas od Koalicji Obywatelskiej, która stawia na talony edukacyjne i bony na opiekę. Oznacza to, że człowiek zamożny może dołożyć z własnej kieszeni do bonu i zapewnić sobie świetną opiekę. Gorzej uposażonemu pozostają usługi na złym poziomie. Od PIS różni nas wszystko. Ta partia całkowicie ignoruje sektor usług publicznych. Połowa liczącego 230 stron programu tej partii, to odwoływanie się do tzw. „wartości”. Resztę poświęcono programowi społeczno-gospodarczemu. Tam, gdzie jest mowa o jednorazowych transferach socjalnych szczegółowo opisano sposób ich przyznawania. I tak czternasta emerytura będzie przyznawana ściśle określonej grupie uprawnionych i to na podstawie restrykcyjnego kryterium dochodowego. Akapity tekstu poświęconego np. naprawie służby zdrowia, edukacji czy transportu publicznego są zredagowane nadzwyczaj ogólnikowo. Precyzyjnie określone kwoty pieniężne mają za zadanie pozyskać nowe grupy wyborców. W sytuacji, gdy należy podjąć zagadnienia wynagrodzeń w sektorze usług publicznych, uporządkowania płac w opiece zdrowotnej, czy połączenia wzrostu minimalnej emerytury z najniższą płacą, partia rządząca nabiera wody w usta. W przeciwieństwie do PIS, Lewica przewiduje nie tylko naprawę usług publicznych, ale też mechanizm podwyżek płac nawiązujący do tempa wzrostu średniego wynagrodzenia. W służbie zdrowia i oświacie planujemy wprowadzenie obligatoryjnych układów zbiorowych pracy, których stroną będzie odpowiednie ministerstwo.
Młodzi lekarze muszą być dobrze wynagradzani i pracować w oparciu o umowy o pracę, a nie kontrakty. Na czele hierarchii polityki społecznej stawiamy pracę. Należy stworzyć wszelkie warunki ku temu, by to właśnie praca była podstawą bytu rodziny. Świadczenia mają stanowić uzupełnienie tam, gdzie rodzina rezygnuje z pracy, starsi z uwagi na ograniczone możliwości zarobkowania przechodzą na emeryturę i nie mają innych dochodów. W Polsce wiele grup społecznych żyje w barbarzyńskich warunkach, zaś seniorzy pozbawieni opieki wegetują w okropnym upokorzeniu. Na przydzielenie całodobowej opieki trzeba czekać kilka lat, a domy pomocy społecznej oferują usługi bardzo niskiej jakości. Ludzie oczekują sprawdzonych rozwiązań, które są w europejskich krajach ( np. w zakresie budowy tanich mieszkań), a nie wizerunkowych programów w wykonaniu PIS.

Kolejnym elementem podnoszenia jakości usług publicznych jest transport zbiorowy. W Polsce połączenia kolejowe stały się przywilejem mieszkańców największych miast. Sieć odpowiedniej jakości szybkich połączeń kolejowych łączy tylko główne ośrodki w centrum kraju. W Województwie Pomorskim, poza obszarem przylegającym do aglomeracji trójmiejskiej nie ma już transportu publicznego. To modelowy przykład rozmyślnego zdemolowania transportu publicznego w państwie neoliberalnym.

Pomorskie przoduje w „dziele” likwidacji połączeń lokalnych. W Nowym Dworze Gdańskim, mieście położonym 30 km od Gdańska mamy 10 proc. bezrobocie, podczas gdy w Trójmieście brakuje rąk do pracy. Miasto powiatowe łączy ze stolicą województwa tylko autostrada. Kolejnym miastem powiatowym, do którego bardzo trudno jest dojechać jest Bytów. Te przykłady ilustrują, w jaki sposób wykluczenie komunikacyjne wpływa na codzienne życie mieszkańców mniejszych miejscowości, np. możliwość znalezienia zatrudnienia. Dlatego programy Kolej +, a także Krajowy Program Kolejowy muszą stawiać sobie za cel przynajmniej rewitalizację kolei. Za pieniądze Unii Europejskiej trzeba odtworzyć sieć starych połączeń kolejowych. Unijna strategia transportowa kładzie nacisk na elektryfikację połączeń kolejowych. Taka strategia jest podyktowana koniecznością ochrony klimatu i unijną polityką spójności. W naszym przekonaniu unijne fundusze nie są właściwie wydatkowane. Pierwszeństwo finansowania mają połączenia drogowe. Należy przywrócić równowagę i sięgnąć szerzej po unijne pieniądze i postawić na rozbudowę połączeń lokalnych.
Lewica przedstawiła ambitny plan elektryfikacji nowych połączeń w województwie pomorskim.
Koszt jest obliczany na sumę 6 mld zł. Program jest rozłożony na wiele etapów, tak więc jego koszty nie obciążą nadmiernie budżetu. Za rządowymi deklaracjami o przywróceniu Polski lokalnej do komunikacyjnego krwiobiegu kraju, nie stoją żadne działania. Cynicznie wykalkulowano, że bezpośrednie transfery pieniężne są najszybciej zwracającą się inwestycją jeśli chodzi o pozyskiwanie wyborców.

Zbierali Państwo podpisy pod projektem ustawy zakładającej powołanie komisji rozliczającej pedofilię w kościele katolickim. Jakie są szanse na wprowadzenie projektu w życie? W Polsce nie brakuje ludzi, którzy życzyliby sobie wyciszenia tematu.

To przerażające. Po publikacjach Justyny Kopińskiej, Bożeny Aksamit i Piotra Głowackiego oraz filmie dokumentalnym braci Sekielskich wydawało się, że ludzie są przygotowani na zmianę cywilizacyjno-mentalną. Jednak pewna część społeczeństwa niczym dziecko po traumie, wypiera odpowiedzialność kościoła za tworzenie szczególnej niszy dla bezkarności duchownych dopuszczających się nadużyć. W pewnym sensie nasza inicjatywa już spełniła swoją rolę. Gdy rok temu zaczęliśmy pracę nad projektem ustawy, rząd szybko przygotował własne rozwiązanie. Wiemy już, że nie da się pójść drogą Irlandii i Belgii- katolickich społeczeństw zmagających się z problemami nadużyć seksualnych duchownych. W cywilizowanych krajach nie można unikać rozliczania przypadków ukrywania pedofilii. Projekt Prawa i Sprawiedliwości całkowicie uzależnia działanie komisji od rządu, udaje, że nie istnieje problem systemowego ukrywania nadużyć, tworzenia wrażenia bezkarności. Naszym zadaniem jest przypominać o problemie, który musi być rozwiązany osobnym trybem. W Polsce ukrywanie przypadków pedofilii przez wymiar sprawiedliwości nie stanowi problemu. W przeciwieństwie do sądów, władze zwierzchnie kościoła mają niemało pomysłów na tuszowanie spraw, uchylanie się od wyroków i wywieranie presji na rodziny ofiar. Jeśli w Sejmie przyszłej kadencji proporcje podziału mandatów ułożą się tak, że opozycja będzie stanowiła dużą siłę i będzie mogła utworzyć rząd, trzeba będzie uzupełnić dotychczasowe przepisy o rozwiązania wyszczególnione w projekcie obywatelskim tak, by zmusić władze kościelne do wydania stosownych dokumentów oraz powiadamiania Policji i prokuratury o przestępstwach pod groźbą dużych sankcji w razie zaniechania tego obowiązku.

Państwa główni konkurenci – PIS i Koalicja Obywatelska opierają kampanię na silnych emocjach. Podstawą narracji jest wzajemne straszenie sobą. Wydaje się, że w Polsce polityką rządzą emocje. Czy Lewica potrafi je wzbudzać?

Obawiam się, że oglądanie zmagań dwóch głównych stronnictw politycznych nie wywołują już u widza wypieków na twarzy. Koalicji Obywatelskiej brakuje emocji i żarliwości, a także wiary w własne przesłanie i misję. Z kolei PIS koncentruje się na agresywnych atakach. To właśnie Lewica snuje opowieść, w której jest miejsce na autentyczne emocje. Autentyczne emocje są w publicznych wystąpieniach Adriana Zandberga, w zapowiedzi Włodzimierza Czarzastego, odnośnie rozliczenia niekonstytucyjnych działań PIS. W wystąpieniach lewicowych polityków jest szczerość, ideowość i autentyczne zaangażowanie. Jak dotychczas demokratyczne media słabo eksponują te cechy.
Dominują drętwe debaty. Dyskusje są mało przekonujące. Uważam, że wynika to z braku pomysłu na prowadzenie debat albo zapraszania wciąż tych samych osób do studia telewizyjnego. Rzucamy wyzwanie takiemu stanowi rzeczy, bo żarliwość i szczerość to właśnie atut Lewicy.

Dwiesta z państwowego

Koledzy z grupy Kult opowiadali mi, że onegdaj, kiedy dopiero zaczynali być w światku muzycznym rozpoznawalni, zaprosił ich na koncert do bydgoskiego Myślęcinka miejscowy impresario, co z kolei zaowocowało pewną ciekawą historyjką, która jak ulał pasuje mi do pewnej innej zabawnej historyjki z tu i teraz.

Impresario, nazwijmy go Pan Janusz, ponieważ człowiek może jeszcze nawet żyje, zafundował moim kolegom w latach schyłkowej komuny warunki iście estradowe, o których wcześniej mogli tylko pomarzyć. Zakwaterowano ich w najlepszym na owe czasy w Bydgoszczy hotelu „Brda”, w którym zdarza nam się nocować i dziś. Zapewniono im ciepły posiłek, zwrot za podróż a nawet niewielkie, ale jednak, honorarium. Nad wszystkim czuwał i wszystkiego doglądał Pan Janusz. Podczas występu grupy, siedział sobie na „melexie”, palił papieroska i popijał niemieckie piwo z puszki, ruszając do taktu nóżką. Miał do tego oczywiście wąsy, był gruby i nosił ciemne okulary oraz przerzedzone włosy spięte w kitkę. Kiedy koncert się skończył i zespół chciał się rozliczyć z organizatorem, pan Janusz podjechał „melexem” do kapeli, wyciągnął z kieszeni pęgę z pieniędzmi, przeliczył, wydał umówioną kwotę, po czym to co zostało schował sobie do drugiej kieszeni, mówiąc: „Z państwowego to i dwiesta warto”, a następnie serdecznie się uśmiechnął.
Marszałek Sejmu Kuchciński, zabierał na pokład samolotu służbowego zupełnie prywatnych członków rodziny, którzy z nim latali z Rzeszowa albo do Rzeszowa, bo marszałek akuratnie stamtąd. Naturalnie, nie płacił za nich, bo to przecież za państwowe, znaczy za niczyje. Nie dość że nie zarabia na stanowisku najmniej, to oczywiście nie będzie ze swoich pieniędzy finansował fanaberii swoich bliskich, bo i po co. Z państwowego to i dwiesta warto, jak mawiał klasyk. Oczywiście, jak większość polskich polityków, marszałek Kuchciński nie uczy się na błędach oraz posiada silny imposybilizm wewnętrzny, który nie pozwała mu na przyznanie się do błędu. Bo wszak nie on pierwszy i najpewniej niestety, nie ostatni, tnie na państwowym jak golarz Filip. A za Platformy Borusewicz nie latał psa wyprowadzać do domu na Wybrzeżu? Każdy z nich po jednych pieniądzach. Państwowych, ma się rozumieć. Gdyby marszałek Kuchciński, jakimś cudem umiał antycypować skutki tego, co się wydarzy przy okazji wpadki wizerunkowej z lataniem za państwowe, na oczach kamer przeprosiłby za nadużycie i pokazał kwitek z poczty, z potwierdzaniem przelewu na umówioną kwotę którą wylatali na państwowym pokładzie jego prywatni bliscy. I po sprawie. Jest oczywiście tak, jak mówią koledzy z PiS-u i z Kancelarii Sejmu; czy lecę ja sam, czy lecę z żoną czy z synem, czy z marszałkiem województwa albo dziennikarzami, to samolot i tak leci, pali tyle samo paliwa i tyle samo kosztuje jego eksploatacja, ale oczywiście, macie Państwo rację, nie jest w porządku, żeby swoje prywatne sprawy załatwiać przy okazji służbowych obowiązków, choć, umówmy się, zawsze się u nas tak robiło i nikt sobie nie krzywdował, ale fakt, jeśli chcemy coś zmieniać na lepsze, dać dobrą zmianę, winniśmy zacząć od samych siebie, więc ja, Marszałek Sejmu, przepraszam, oddaję po cenie komercyjnej za bilety i obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. W cywilizowanym państwie, w którym rządzą i się opozycjonują rozsądni i rzeczowi politycy zapewne by tak było. U nas jednak, w ustroju na pograniczu zachodniej demokracji i bantustanu, nadal, czy to postkomunę czy styropianową opozycję od siedmiu boleści, obwiązują zasady barwnie nakreślone przez Pana Janusza.
Oczywiście, opozycja dziś krzyczy jaki to z Marszałka darmozjad, ale sama też nie jest lepsza. To, że chce przed wyborami zbić na każdej wpadce rządu kapitał jest wszak czymś oczywistym i zupełnie normalnym; gdybym był opozycją, też bym tak robił. Mnie bardziej jednak martwi to, że polski polityk, en masse, w swoich poczynaniach nie zakłada horyzontu dłuższego niż dzień, dwa. Jak atakują, znaczy trzeba przejść do kontrataku, najbardziej trywialnymi i łopatologicznymi metodami. Zarzucacie mi marnotrawstwo? Taaak? A kto przehulał kapitał narodowy? Kto sprzedał Niemcom stocznie? Kto kamienice Żydom chce oddawać? Przy tych waszych geszeftach, te moje latanie to jest bzyk komara. I takim cepem ładują się po łbach, jedni z drugimi, a ja na to wszystko patrzę, i czuję, jakby ktoś mi dał w mordę. Jedni i drudzy traktują mnie jak wsiowego głupka, który rozdziawia gębę i gapi się, jak się psy na łańcuchach żrą pod budą. Założę się, że macie Państwo podobnie. Ale ja tak łatwo ogolić się nie dam!
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Państwo vs. Człowiek Pracy Ważny tunajt

Jak powiedział dyrektor spółdzielni mieszkaniowej w serialu „Alternatywy 4” do oczekującego kilkadziesiąt lat na przydział lokalu najstarszego jej członka: „czekaliście, czekaliście, no i w końcu się doczekaliście”. Takoż i dzisiaj, naród czekał, czekał aż wreszcie się doczekał, i dostał od Platformy Obywatelskiej coś na kształt programu wyborczego, szumnie nazwanego „szóstką Schetyny”. Nie powiem, na papierze, momentami, jest to całkiem z sensem napisane. Ale jakby się tak bliżej przyjrzeć…

…to wyjdzie na to, że na te wszystkie pomysły nie bardzo jest skąd wziąć. Tzn. może i jest skąd, ale rachmistrze z PO nie mają rozeznania w rządowych rachunkach i jasno nie wskazują źródeł finasowania swoich własnych pomysłów. Może trochę z dywidendy spółek Skarbu Państwa, może zabrać TVP i IPN-owi. Ale jak się w końcu dobiorą do słupków w ministerstwach, to na pewno znajdą pieniądze pochowane po kątach i poupychane pod powałą. Jedna rzecz w tych propozycjach Platformy warta jest odnotowania i szerszego skomentowania. Platforma, chyba po raz pierwszy od czasu ogłoszenia swoich tez programowych w hali „Olivii” w Gdańsku pokazuje, że…chce niższych podatków. I to dla kogo? Nie dla przedsiębiorców, ale dla ludzi na etatach. Oczywiście nie tak od razu. Jeszcze by kto pomyślał, że PO zaproponuje zatrważający pomysł odwrotu od opodatkowania pracy. Do tego jeszcze nie dorośli, lub jak się tu u nas zwykło mawiać, nie ma odpowiedniego politycznego klimatu dla podobnych rozwiązań. Bo trzeba wiedzieć Szanownym Państwu, że pobieranie podatku od pracy nie jest czymś oczywistym, ale wymysłem stosunkowo niedawnym. Ongiś, pracę podatkiem okładano, gdy trzeba było znaleźć pieniądze na wojny czy inne łupieżcze wyprawy, a później jakoś to już poszło. No i tak w kapitalizmie zostało. Przez lata „wolnej Polski” kapitał wmówił tłuszczy, że PIT trzeba płacić, bo na nim ten kraj stoi, a bez tego wszystko się posypie. Ale już gdy się baczniej przyjrzeć liczbom okazuje się, że wpływy z PIT-u dla budżetu Bóg wie jak niezbędne nie są. Państwo poradziłoby sobie i bez nich. Trzeba by co prawda jakoś połatać kilka dziur i może nawet nieco przyciąć na początku socjal, ale wreszcie człowiek pracy, który uczciwie zarabia na chleb, nie byłby przez państwo okradany. Bo właśnie do konfliktu Państwo-Człowiek, proszę ja Was, sprowadza się dziś współczesny konflikt w Polsce, a może nawet i w Europie zachodniej.
Dziś w Polsce praca obłożona jest podatkami, niemal tak samo, jak używki-wódka czy papierosy. Jak mamy na papierku, że zarabiamy 5 koła, to do kieszeni dostaniemy 3 z kawałkiem. Innymi słowy, pieniądze z pracy ludzkich rąk i umysłów są grabione dodatkowo przez państwo, bo to nie wymyśliło jak dotąd lepszego sposobu żeby zadbać o swoich obywateli, niż okradanie ich samych. Państwo i jego ludzie od czarnej roboty powiedzą Wam, że to nie ono tak dużo zabiera, ale pracodawcy mało płacą. I jakby płacili więcej, powiedzmy, 6,5 tys. zamiast 5, to wtedy państwo zabrałoby co jego, a człowiek dostałby 5 na rękę. Ale nie mówi już to samo państwo, jak przedsiębiorca ma sfinansować tę podwyżkę, bo od tego już nie jest. Państwo, jak widać, jest od zabierania pracownikowi. Aaa, no i od dawania temu samemu pracownikowi, jemu podobnemu, lub bezrobotnemu, ochłapów z tego, co zabrało ludziom z pensji. Dopłacając 6 tysięcy złotych do podatku dochodowego, odbieram, w miesięcznych ratach, 6 tysięcy złotych rocznie na pierwsze dziecko. Przecież to zupełnie bez sensu. Po co robić takie idiotyczne przelewanie z kubka do szklani? Ano po to, żeby było widać, że państwo nie tylko zabiera. Że, jak dobry pan, również daje, a zły pan to dorobkiewicz, który was strzyże co miesiąc na zakładzie. I to myślenie, o zgrozo, do wielu trafia. Ci wszyscy, którzy widzą we współczesnym świecie alegoryczne odbicie „Kapitału”, obserwując stosunki państwo-człowiek pracy w Polsce, potwierdzają tylko swoją utopijną wizję: konflikt dzisiejszy, to nadal konflikt kapitał vesrus uspołecznienie środków produkcji. Państwo natomiast stoi na straży ludzi pracy i trzepie po kieszeni kapitalistę. Co do jednego zgoda-państwo nahajem łamie dziś kapitalistom ręce. I to nie tym wielkim, ci mają sztab ludzi do obrony. Dostaje się najbardziej średniakom. No i przy okazji też pracownikowi. O staniu na straży nie ma mowy, a wie to ten, kto widział jak się w firmach ewidencjonuje czas pracy, jak rozpisuje urlopy, jak na stacji benzynowej koleś z Sanepidu pije wódkę z kierownikiem zmiany, a w tym czasie szeregowy pracownik napełnia mu bak prywatnego auta państwową benzyną. Oczywiście, są w biznesie i tacy, którym zawsze będzie mało i nawet gdyby zwolnić ich z obowiązku łożenia opłat i podatków za pracę, i tak obetną pracownikom pensje i kupią sobie kolejny jacht. Ale jest też spora grupa, która dałaby ludziom zarobić, ale nie może, bo jak podniesie pobory, to wszyscy pójdą z torbami sczyszczeni przez fiskus.
Platforma niestety nie odwraca w swoich propozycjach tego paradygmatu. Dalej chce opodatkowywać pracę, ale proponuje jednocześnie dawanie premii za pracowniczą aktywność. Tylko po co. Wystarczy ludziom nie zabierać, żeby później im nie oddawać ułamka tego, co się nakradło niby to do wspólnego budżetu. Ten da się zbilansować bez konieczności drenowania pieniędzy z kieszeni pracownika. I to jest właśnie, moim zdaniem, myślenie progresywne, na które nawet polska lewica jak dotąd nie wpadła. Chcesz być po stronie ludzi pracy-to stań obok nich i nie pozwól ich okradać. Nie grubemu biznesmenowi z cygarem (a są nadal i tacy) jak z obrazka, ale państwu, bo to ono najwięcej zabiera.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Widmo inflacji

Rosnące z dnia na dzień ceny stały się faktem. Komu sprzyja, a komu szkodzi inflacja?

Trudno jest zrozumieć destrukcyjny charakter deflacji, czyli ujemnej inflacji. Systematycznie spadających cen. Wydawać by się mogło, że im taniej, tym lepiej. Nie do końca tak jest. Rozwój gospodarczy państwa związany jest z rosnącym popytem wewnętrznym, czyli chęcią nabywców do kupowania towarów i usług. Tymczasem deflacja do kupowania zniechęca. Po co kupować w tym roku nowy samochód (lodówkę, meble, buty), po co zabierać się za remont mieszkania – skoro za rok będzie taniej. Klasycznym przykładem, jeśli chodzi o problemy z deflacją, jest oczywiście Japonia. Deflacja jest zmorą gospodarki Japonii od dziesięcioleci. To między innymi za sprawą deflacji wzrost PKB tego kraju, również od dziesięcioleci, oscyluje w granicach od -1 proc. do +1 proc.

Po 1989 roku deflacja w rocznym wymiarze pojawiła się w Polsce dwukrotnie: w roku 2015 odnotowano ujemną inflację wynoszącą -0,9 proc., a w 2016 -0,6 proc. Ale to już głęboka historia. Po rzuceniu przez rząd PiS na rynek dodatkowych kilkudziesięciu miliardów złotych, głównie za sprawą programu 500+, wzrost inflacji był tylko kwestią czasu. Żeby była jasność, pomijam aspekt społeczny transferów. Potem było dodatkowe 9 mld zł z trzynastej emerytury. A na dniach rusza kolejna wielomiliardowa transza wypłat 500+ na pierwsze dziecko.
Inflacja będzie rosła. Nie ukrywa tego nawet premier Morawiecki. A my widzimy to przy każdych zakupach, szczególnie na straganie z warzywami i owocami. Komu ta rosnąca inflacja jest na rękę? A dla kogo stanowi zagrożenie?

Więcej podatków

W krótkim horyzoncie czasowym z rosnącej inflacji najbardziej cieszy się minister finansów. Wyjaśnijmy to na przykładzie zwykłej pietruszki. Gdy jej cena wahała się w okolicach 2 złotych za kilogram (Tesco, październik 2011r.: pietruszka korzeń luz – 1,79 zł/kg), z 5-procentowego VAT-u do budżetu wpływało zaledwie 10 groszy. Przy aktualnej cenie 15 złotych, każdy kilogram sprzedanej pietruszki zasila budżet państwa 75 groszami z VAT-u.
W 2018 roku wpływy z podatku VAT wyniosły 174 mld zł. Narodowy Bank Polski w swoich „Założeniach polityki pieniężnej na rok 2019” określił cel inflacyjny na poziomie 2,5 proc. z możliwym odchyleniem +/- 1 pkt proc. A więc inflacja na koniec tego roku może wynieść nawet 3,5 proc. To oczywiście pewne uproszczenie, ale gdy przeliczmy te 3,5 proc. na zwiększone wpływy z VAT-u, to otrzymamy kwotę ponad 6 mld zł.

Rosną też wpływy z innych podatków. A więc akcyza, na przykład od paliw, których cena (oprócz gazu) chyba już na stałe przekroczyła barierę 5 zł. Wraz ze wzrostem inflacji z reguły rosną płace, a więc i podatki od dochodów osobistych. W przyszłym roku rekordowy będzie wzrost składek ZUS dla przedsiębiorców. I tak dalej…
Ale inflacyjne eldorado budżetu państwa ma bardzo krótkie nóżki.

1000000000000

Jak podało niedawno ministerstwo finansów, na koniec I kwartału 2019 roku dług sektora rządowego i samorządowego przekroczył 1 bilion złotych (jedynka i dwanaście zer). A w ciągu dwóch lat rządów PiS 2016-2018 wzrósł o 110 mld zł. Takie duże liczby niekoniecznie działają na wyobraźnię. Więc powiedzmy inaczej: gdy po 15 minutach skończycie Państwo czytać ten tekst, zadłużenie naszego kraju wzrośnie w tym czasie o 1 milion złotych!
Bilion bilionem, ale ci co pożyczyli takie pieniądze muszą zarabiać. W obecnej chwili koszty obsługi długu publicznego są na rekordowo niskim poziomie. Budżet państwa przeznacza na ten cel około 30 mld zł. Niski poziom kosztów obsługi długu ma oczywisty związek z niską inflacją lub wręcz deflacją w latach ubiegłych i tym samym rekordowo niskimi stopami procentowymi. Gdyby inflacja przekraczająca 3 proc. stała się w najbliższych latach regułą, koszty obsługi długu muszą wzrosnąć. A jeśli wzrost inflacji zbiegnie się w czasie z okresem ogólnej dekoniunktury, budżet może mieć dodatkowe kłopoty z obsługą wszystkich zobowiązań. I będzie musiał pożyczać więcej. Zawsze znajdą się tacy co pożyczą. Tylko więcej ryzykując, będą żądać większej zapłaty. I okaże się, że wzrost wpływów do budżetu spowodowany inflacją zostanie w całości skonsumowany zwiększonymi kosztami obsługi długu publicznego.
Koniec o problemach rządzących. Teraz my. Co rosnąca inflacja oznacza dla pracowników, emerytów, rodzin z dziećmi?

Na etacie

Najmniej mogą się obawiać rosnącej inflacji pracujący w sektorze gospodarki prywatnej. Dramatyczny brak rąk do pracy powoduje, że mamy dzisiaj klasyczny rynek pracownika. Można się spodziewać, że wywalczenie podwyżek przynajmniej rekompensującej wzrastające koszty życia będzie w zasięgu niemal wszystkich grup pracowniczych.
Tak łatwo nie przyjdzie to już pracownikom sfery budżetowej. Przez lata rządów koalicji PO-PSL jednym z ważnych elementów łatania dziury budżetowej było zamrożenie płac w budżetówce. Dramatyczny protest nauczycieli wiosną tego roku był w dużej mierze skutkiem tamtej „zamrażarki”, Ale rządzący PiS pokazał, że wcale nie jest skory do zaspokajania słusznych postulatów płacowych sfery budżetowej. Obawiam się, że już od jesieni protesty płacowe i strajki różnych grup pracowników budżetówki mogą stać się codziennością. Pomoc tym pracownikom, to moim zdaniem, najważniejsze zadanie związków zawodowych w najbliższym czasie.

Emeryci i renciści

Co do zasady, emeryci i renciści mają zapewnioną waloryzację swoich świadczeń wraz z rosnącą inflacją. Problem w tym, że przysłowiową pietruszkę po 15 złotych za kilogram trzeba kupić dziś, a wyższa emerytura trafi na konto dopiero w marcu 2020 roku. Drugi problem, to skala tych podwyżek.

W jednej z gazet przeczytałem tytuł: „Rekordowe podwyżki emerytur w 2020 roku”. Ileż ten „rekord” wyniesie? Najniższa emerytura i renta, najniższa renta rodzinna oraz renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy oraz renta rolnicza wzrosną o 35,64 zł. Super. Ponad 1 złoty na codzienne wydatki. Obawiam się, że taki „rekordowy” wzrost świadczeń nie pokryje nawet rosnących kosztów mediów: prądu, gazu, wody.

Gdy byłem posłem, opowiadała mi jedna z mieszkanek małego miasta. Panie Pośle, ja nigdy nie wylewam wody z wanny po kąpieli. Trzymam wiaderko wypełniane wodą z kąpieli w toalecie. Oszczędzam dzięki temu miesięcznie 15 złotych. Żadne sztuczki z przedwyborczą trzynastą emeryturą tej chorej sytuacji najgorzej sytuowanych emerytów i rencistów nie uzdrowią. Konieczna jest systemowa radykalna podwyżka takich świadczeń. Na którą rząd nie ma pieniędzy. Dlatego pobierający niskie świadczenia społeczne będą pierwszymi ofiarami wysokiej inflacji.

Dzieci

Rząd PiS najhojniej obdarował rodziny z dziećmi. Ale, ale. Któraś z gazet policzyła, że wypłacane od 2016 roku 500 zł na drugie i następne dzieci ma już realną wartość tylko 270 zł. Mocno pan redaktor przesadził, bo nie samą pietruszką po 15 złotych człowiek żyje. Ale rosnące koszty żywności (mający dzieci wiedzą, ile dziecko potrafi zjeść) uderzają w budżety rodzin z dziećmi szczególnie dotkliwie. Bez bawienia się w szczegółowe wyliczenia szacowałbym, że pierwotne 500+ to dzisiaj tak naprawdę 400+.
Być może jest to celowy zabieg Jarosława Kaczyńskiego – brak mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Dzięki temu programowi zamierza wygrać drugie z kolei wybory. A po kilku kolejnych latach wysokiej inflacji (inflację liczy się wg zasad procentu składanego) zostanie realnie z tego tylko połowa. Albo i mniej.
Adrian Zandberg apelował w tym tygodniu o wprowadzenie mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Przyłączam się do tego apelu. Tylko w ten sposób zapewnić możemy trwałą realną wartość wypłacanych kwot. Inaczej program 500+ przejdzie do historii jako trick służący wygrywaniu wyborów.

Kredytobiorcy

Historia pokazała, że kredyty frankowe były metodą na obniżenie comiesięcznych rat tylko przez krótki czas. Dzisiaj kilkaset tysięcy rodzin boryka się z horrendalnie wysokimi ratami tych kredytów. A nowi kredytobiorcy kupujący mieszkania biorą kredyty w złotówkach. Mając przy tym nadzieję, że nie spotka ich los frankowiczów. Tylko czy na pewno? Z pewnością nie zmieni się kurs złotówki do złotówki, tak jak to miało miejsce w przypadku kursu złotego do franka. Ale jeśli wzrosną stopy procentowe?

Z cennika banku Millenium: oprocentowanie kredytu hipotecznego sięga 4,52 proc. rocznie. Składa się na to 2,8 proc. marży banku plus aktualna stopa referencyjna WIBOR3M wynosząca 1,72 proc. Bardzo niska! Ale jeszcze nie tak dawno, do końca roku 2012 WIBOR przekraczał 4 proc. Przy wzroście inflacji ówczesne poziomy stóp referencyjnych mogą powrócić. Co to oznacza? Wzrost oprocentowania kredytu hipotecznego do poziomu 7-8 proc. w skali roku. I wzrost miesięcznej raty z na przykład 2000 złotych do blisko 3000 złotych.

Kongres PiS

Na odbywającym się w ubiegłą sobotę w Katowicach kongresie programowym Prawa i Sprawiedliwości wiele mówiono o świetlanej przyszłości czekającej Polki i Polaków pod rządami Jarosława Kaczyńskiego. Nie odnotowałem, by ktoś z uczestników krytykował galopujące w górę ceny – szczególnie żywności. By ktoś martwił się rosnącą inflacją.
Tymczasem wysoka inflacja jest ogromnym zagrożeniem dla gorzej sytuowanych ludzi starszych. Rencistów i emerytów. Ale również dla ludzi młodych. Tych mających dzieci. I cieszących się z nowego mieszkania. Kupionego na kredyt. Rządzący nie mówią nic o tych zagrożeniach w przedwyborczej debacie. Ale opozycja, a szczególnie lewica – powinny!