Kto może, niech oszczędza

Z jednej strony, Polacy deklarują, że planują zwiększanie oszczędności, z drugiej zaś, życie zmusza ich do tego, by coraz częściej przejadać to, co udało się im odłożyć.

Przełom roku to tradycyjnie dobry czas na składanie rozmaitych noworocznych postanowień.
Jak zbadano, na szczycie listy naszych planowanych zamierzeń znajdują się z reguły: rozpoczęcie nowej pracy, wprowadzenie zdrowego stylu życia, lepsza i uporządkowanie swego czasu, a także oszczędzanie pieniędzy.
Bezpieczeństwo najpierw
Plany związane z lepszym zarządzaniem domowym budżetem ma prawie połowa z nas – pokazuje zeszłoroczny raport Deutsche Banku,. Przede wszystkim chcemy zacząć samodzielnie odkładać na emeryturę (19 proc. odpowiedzi) oraz umieszczać swe środki pieniężne na lokatach terminowych (16 proc.). Znacznie rzadziej myślimy o inwestowaniu, co pokazuje, że w dalszym ciągu boimy się – i słusznie – podejmować ryzyko finansowe.
Cały czas nie najlepiej wyglądają oszczędności Polaków na tle sąsiadów. Stopa oszczędności w naszym kraju w ostatnich latach wahała się w okolicach 2%, podczas gdy średnia dla całej Unii Europejskiej wynosi ok. 5-6%, a najbogatsze kraje UE osiągają nawet więcej niż 10% – zgodnie z niezmienną reguła, że ci co zarabiają najwięcej, także i odkładają najwięcej.
Spośród państw „nowej Unii „ tylko Łotwa, Litwa i Cypr mają ten wskaźnik na niższym niż Polska poziomie. Co ciekawe, niewiele więcej oszczędności (w stosunku do swoich zarobków) od Polaków mają Brytyjczycy i Finowie.

Z góry czy z dołu?

– Warto zauważyć, że w latach 2009-2019 blisko trzykrotnie wzrosła liczba rodaków, którym udaje się regularnie odkładać przynajmniej niewielkie kwoty, a towarzyszy temu jednoczesny spadek odsetka osób popadających w długi – komentuje ekspert Artur Frelek.
Oszczędzanie to proces, który nie zależy wyłącznie od wysokości naszych dochodów ani silnej woli. Jesteśmy skuteczni w oszczędzaniu, jeśli założyliśmy, że co miesiąc odłożymy np. 10% naszych przychodów i faktycznie tak się dzieje. Plan jest niby prosty, ale w rzeczywistości niewielu się to udaje. Przyczyny mogą leżeć w naszej naturze, wzorcach wyniesionych z domów lub zwyczajnie wynikać ze złej strategii – a przede wszystkim biorą się stąd, że po prostu generalnie za mało zarabiamy.
Zrozumiałe, że większość z nas stara się odłożyć pieniądze dopiero na koniec miesiąca − z tego, co zostanie po uregulowaniu należności, rachunków i po prostu codziennym życiu. Jest to tzw. oszczędzanie resztowe.
– Jeśli jednak odwrócimy tę zasadę o 180 stopni i przykładowe 10% z naszych przychodów przekierujemy na bezpieczny rachunek oszczędnościowy na początku miesiąca, jeszcze przed koniecznymi płatnościami, to istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że plan się powiedzie (tzw. oszczędzanie z dołu). Może warto więc spróbować? – mówi Dominika Nawrocka z bloga Kobieta i Pieniądze.

Porządki w domowym budżecie

Generalnie, niełatwo dotrzymać noworocznych deklaracji. Często uważamy, że mamy zbyt niskie przychody, które uniemożliwiają nam odłożenie jakiejkolwiek sumy pieniędzy. Czy jednak tak jest naprawdę?
Warto w takim przypadku krytycznie przyjrzeć się swoim kosztom życia, szukając przestrzeni na uzyskanie dodatkowych oszczędności – oraz aktywnie zwiększać przychody (co oczywiście jest trudne). Dobre zarządzanie budżetem domowym to jedna z kluczowych umiejętności w całym procesie oszczędzania, dlatego, że budżet domowy może być naturalnym źródłem naszej nadwyżki finansowej. Gromadzenie oszczędności to proces wieloetapowy i wymagający od nas dość dużej aktywności. Dzięki temu zyskujemy nie tylko pieniądze, ale też wiedzę i doświadczenie, a to się może przydać na drodze do osiągania naszych długoterminowych celów finansowych.

A może nie oszczędzać?

Z pewnością pozytywną wiadomością jest to, że jak podaje GUS, nastąpił wzrost ocen dotyczących możliwości przyszłego oszczędzania pieniędzy (o 3,9 punktu proc).
Mimo rosnącej świadomości dotyczącej oszczędzania, wciąż jedynie połowa Polaków odkłada pieniądze. Reszta po prostu nie ma z czego. Jedynie co 25 osoba odkłada pieniądze z myślą o emeryturze, a jedna na 10 uzupełnia swój domowy budżet, sięgając po oszczędności.
Niepokoi natomiast to, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia zauważalnie zwiększyła się liczba Polaków, którzy zmuszeni są sięgać po oszczędności, by załatać domowy budżet – z 9,2 proc. do 11 proc.
Wszyscy namawiają nas do oszczędzania, ale wydaje się, że strategia nie oszczędzania pieniędzy na jesień życia też ma racjonalne strony. Lepiej przecież wydawać pieniądze na różne miłe strony życia wtedy, kiedy jeszcze mamy siły i zdrowie aby z nich korzystać.

Oni wiedzą wszystko

Jak pokazuje poniższa rozmowa, dziś już nie da się ukryć informacji na swój temat.

– Halo, czy to pizzeria Giuseppe?
– Dzień dobry, nie, to pizzeria Google.
– Źle się dodzwoniłem?
– Nie, proszę pana, Google kupiło tę pizzerię.
– OK. To chciałbym złożyć zamówienie.
– Dobrze, czy zamawia pan to co zwykle?
– To co zwykle? A pan mnie zna?
– Zgodnie z pańskim ID dzwoniącego, ostatnie 12 razy zamawiał pan pizzę serową z dodatkową porcją peperoni i szynki.
– OK! Taką zamawiam!
– Czy mogę panu zasugerować tym razem zamiast sera ricottę z rukolą i suszonymi
pomidorami?
– Co? Nie, ja nie lubię warzyw!
– Ale ma pan podwyższony cholesterol.
– Skąd o tym wiecie?!
– Z pańskiej karty pacjenta w klinice. Mamy wyniki pańskich badań z ostatnich 7 lat. Nie brał pan ostatnio lekarstw regularnie. 4 miesiące temu zamówił pan opakowanie 30 tabletek w aptece internetowej.
– Kupiłem więcej w innej aptece
– Nie ma tej płatności na pańskiej karcie kredytowej.
– Zapłaciłem gotówką!
– Ale nie wypłacił pan wystarczającej sumy z bankomatu według wyciągu z pańskiego konta.
– Nie trzymam wszystkich zarobionych pieniędzy w banku.
– Nie widać tego na pańskim ostatnim zeznaniu podatkowym, chyba, że jest to przychód, który zataił pan przed urzędem
skarbowym.
– Dosyć! Mam powyżej uszu Google, Facebooka, Twittera i innych WatsAppów! Wynoszę się na jakieś zadupie, w Bieszczady, albo nie, wyjadę na wyspę – bez internetu, gdzie nie ma sieci komórkowych i gdzie nie będziecie mogli mnie szpiegować!
– Rozumiem. Będzie pan musiał odnowić paszport, bo skończył swoją ważność miesiąc temu.

Autentyczne emocje są po stronie Lewicy

Lewica jest jedynym komitetem budującym swoją opowieść w oparciu o zapowiedź stworzenia państwa dobrobytu, kraju, który stawia na wyrównanie szans i odbudowę demolowanego przez lata sektora usług publicznych- uważa Jolanta Banach, kandydatka Lewicy w zbliżających się wyborach parlamentarnych. Zdaniem liderki listy Lewicy w Gdańsku na korzyść trzeciej siły w polskiej polityce grają autentyczne emocje i przeświadczenie większości Polaków o potrzebie podniesienia standardów życia w rozmowie z Maciejem Ostrowskim.

Obserwując kampanię wyborczą można dostrzec, że wszystkie komitety wyborcze wiele mówią o sektorze usług publicznych. Wydaje się, że przyszłość będzie należała do komitetu, który zaproponuje najbardziej przekonywującą wizję państwa dobrobytu. Czym na poszczególnych obszarach sektora publicznego różni się propozycja Lewicy od propozycji jej głównych konkurentów- Koalicji Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości?

To prawda, do świadomości wyborców przebije się partia, która przekona Polaków, że żyją nie tylko w kraju dalekim od swoich aspiracji jeśli chodzi o jakość życia, ale któremu zagraża całkowita zapaść usług publicznych. Państwem dobrobytu nie jest państwo, gdzie pacjenci czekają po kilka lat na zabieg wymiany stawu biodrowego czy kolanowego, a ponad rok oczekuje się w kolejce do kardiologa. Jeśli po wielu perypetiach dostaniemy się do specjalisty, to i tak na rehabilitację po zabiegu poczekamy 8 miesięcy. Taki stan rzeczy zagraża zdrowiu pacjentów, prowadząc do nieodwracalnych zmian i zwyrodnień. Służba zdrowia to tylko jeden z obszarów, gdzie nasze państwo poniosło porażkę. Polska nie gwarantuje też swoim obywatelom równego dostępu do edukacji. Dzieci z rodzin niezamożnych, wychowujące się w małych miejscowościach mogą pożegnać się z nadziejami na znalezienie dobrej szkoły. Do dobrego liceum w Trójmieście nie dostaną się ci, których rodziców nie stać na opłacenie dziecku pobytu w dużym mieście. Noclegi w internatach nie wchodzą w grę, bo je zlikwidowano. W XXI wieku nikomu nie wystarcza 500 zł na prywatne leczenie, prywatną edukację i opiekę nad dzieckiem. Samo umieszczenie dziecka w żłobku kosztuje połowę najniższego wynagrodzenia ( od 1000 do 1700 zł). Wszystko zmierza do prywatyzacji. Program Maluch + autorstwa partii rządzącej jest oczywistą kpiną i parodią publicznego programu. Program ma budżet rzędu 450 mln, zaś gmin jest w całym kraju 2400. Oznacza to, że na każdą gminę będzie przypadać 180 tys zł. Nie wiadomo na jaki cel w ogóle przeznaczyć środki tak nieadekwatne do rozmiaru zadania. W narracji Lewicy, państwo wykonując swoje konstytucyjne obowiązki wyrównuje szanse społeczne. Jak dotychczas nasze państwo nie pełniło tej funkcji. Powiem więcej, trzeba mieć duże pieniądze, by móc skorzystać z oferty placówek sektora publicznego, by wykupić lekarstwa przepisane przez lekarza w publicznej przychodni czy szpitalu. Pieniądze są też niezbędne jeśli chcemy dostać się do najlepszych publicznych szkół średnich czy studiować na najlepszych uczelniach. Co zrobiliśmy z naszym państwem? Sektor usług publicznych ma wiele do zaoferowania tym, którzy mają pieniądze, zaprojektowano go tak, by podkreślać nierówności społeczne.
Od Koalicji Obywatelskiej wyraźnie odróżnia nas zdecydowany sprzeciw wobec prywatyzacji i komercjalizacji sektora publicznego. Konsekwencje prywatyzacji obserwujemy na każdym kroku.
Coraz więcej placówek edukacyjnych jest prywatnych. Liczne prywatne szpitale rezerwują sobie przeprowadzanie najwyżej opłacanych procedur medycznych. Koniec z prywatyzacją sektora publicznego. Zerwiemy z błędnym przeświadczeniem, jakoby prywatyzacja miała zwiększyć dostępność usług sektora publicznego. Jest dokładnie odwrotnie. Komercjalizacja i prywatyzacja tworzy przepaść między poszczególnymi odbiorcami usług, sprzyja podziałom i nierównościom społecznym. Dobre prywatne przedszkola otrzymują dziś dotacje na poziomie 75 proc. kwot przeznaczanych dla placówek publicznych i jeszcze korzystają z opłat wnoszonych przez rodziców.
Rząd PO musiał potem hamować gwałtowną komercjalizację przedszkoli, która przekładała się na pierwszeństwo dzieci z rodzin zamożnych w dostępie do placówek prowadzonych za publiczne pieniądze przy pomocy programu Przedszkole za złotówkę. Stanowczość w rozgraniczaniu sfery publicznej i niepublicznej różni nas od Koalicji Obywatelskiej, która stawia na talony edukacyjne i bony na opiekę. Oznacza to, że człowiek zamożny może dołożyć z własnej kieszeni do bonu i zapewnić sobie świetną opiekę. Gorzej uposażonemu pozostają usługi na złym poziomie. Od PIS różni nas wszystko. Ta partia całkowicie ignoruje sektor usług publicznych. Połowa liczącego 230 stron programu tej partii, to odwoływanie się do tzw. „wartości”. Resztę poświęcono programowi społeczno-gospodarczemu. Tam, gdzie jest mowa o jednorazowych transferach socjalnych szczegółowo opisano sposób ich przyznawania. I tak czternasta emerytura będzie przyznawana ściśle określonej grupie uprawnionych i to na podstawie restrykcyjnego kryterium dochodowego. Akapity tekstu poświęconego np. naprawie służby zdrowia, edukacji czy transportu publicznego są zredagowane nadzwyczaj ogólnikowo. Precyzyjnie określone kwoty pieniężne mają za zadanie pozyskać nowe grupy wyborców. W sytuacji, gdy należy podjąć zagadnienia wynagrodzeń w sektorze usług publicznych, uporządkowania płac w opiece zdrowotnej, czy połączenia wzrostu minimalnej emerytury z najniższą płacą, partia rządząca nabiera wody w usta. W przeciwieństwie do PIS, Lewica przewiduje nie tylko naprawę usług publicznych, ale też mechanizm podwyżek płac nawiązujący do tempa wzrostu średniego wynagrodzenia. W służbie zdrowia i oświacie planujemy wprowadzenie obligatoryjnych układów zbiorowych pracy, których stroną będzie odpowiednie ministerstwo.
Młodzi lekarze muszą być dobrze wynagradzani i pracować w oparciu o umowy o pracę, a nie kontrakty. Na czele hierarchii polityki społecznej stawiamy pracę. Należy stworzyć wszelkie warunki ku temu, by to właśnie praca była podstawą bytu rodziny. Świadczenia mają stanowić uzupełnienie tam, gdzie rodzina rezygnuje z pracy, starsi z uwagi na ograniczone możliwości zarobkowania przechodzą na emeryturę i nie mają innych dochodów. W Polsce wiele grup społecznych żyje w barbarzyńskich warunkach, zaś seniorzy pozbawieni opieki wegetują w okropnym upokorzeniu. Na przydzielenie całodobowej opieki trzeba czekać kilka lat, a domy pomocy społecznej oferują usługi bardzo niskiej jakości. Ludzie oczekują sprawdzonych rozwiązań, które są w europejskich krajach ( np. w zakresie budowy tanich mieszkań), a nie wizerunkowych programów w wykonaniu PIS.

Kolejnym elementem podnoszenia jakości usług publicznych jest transport zbiorowy. W Polsce połączenia kolejowe stały się przywilejem mieszkańców największych miast. Sieć odpowiedniej jakości szybkich połączeń kolejowych łączy tylko główne ośrodki w centrum kraju. W Województwie Pomorskim, poza obszarem przylegającym do aglomeracji trójmiejskiej nie ma już transportu publicznego. To modelowy przykład rozmyślnego zdemolowania transportu publicznego w państwie neoliberalnym.

Pomorskie przoduje w „dziele” likwidacji połączeń lokalnych. W Nowym Dworze Gdańskim, mieście położonym 30 km od Gdańska mamy 10 proc. bezrobocie, podczas gdy w Trójmieście brakuje rąk do pracy. Miasto powiatowe łączy ze stolicą województwa tylko autostrada. Kolejnym miastem powiatowym, do którego bardzo trudno jest dojechać jest Bytów. Te przykłady ilustrują, w jaki sposób wykluczenie komunikacyjne wpływa na codzienne życie mieszkańców mniejszych miejscowości, np. możliwość znalezienia zatrudnienia. Dlatego programy Kolej +, a także Krajowy Program Kolejowy muszą stawiać sobie za cel przynajmniej rewitalizację kolei. Za pieniądze Unii Europejskiej trzeba odtworzyć sieć starych połączeń kolejowych. Unijna strategia transportowa kładzie nacisk na elektryfikację połączeń kolejowych. Taka strategia jest podyktowana koniecznością ochrony klimatu i unijną polityką spójności. W naszym przekonaniu unijne fundusze nie są właściwie wydatkowane. Pierwszeństwo finansowania mają połączenia drogowe. Należy przywrócić równowagę i sięgnąć szerzej po unijne pieniądze i postawić na rozbudowę połączeń lokalnych.
Lewica przedstawiła ambitny plan elektryfikacji nowych połączeń w województwie pomorskim.
Koszt jest obliczany na sumę 6 mld zł. Program jest rozłożony na wiele etapów, tak więc jego koszty nie obciążą nadmiernie budżetu. Za rządowymi deklaracjami o przywróceniu Polski lokalnej do komunikacyjnego krwiobiegu kraju, nie stoją żadne działania. Cynicznie wykalkulowano, że bezpośrednie transfery pieniężne są najszybciej zwracającą się inwestycją jeśli chodzi o pozyskiwanie wyborców.

Zbierali Państwo podpisy pod projektem ustawy zakładającej powołanie komisji rozliczającej pedofilię w kościele katolickim. Jakie są szanse na wprowadzenie projektu w życie? W Polsce nie brakuje ludzi, którzy życzyliby sobie wyciszenia tematu.

To przerażające. Po publikacjach Justyny Kopińskiej, Bożeny Aksamit i Piotra Głowackiego oraz filmie dokumentalnym braci Sekielskich wydawało się, że ludzie są przygotowani na zmianę cywilizacyjno-mentalną. Jednak pewna część społeczeństwa niczym dziecko po traumie, wypiera odpowiedzialność kościoła za tworzenie szczególnej niszy dla bezkarności duchownych dopuszczających się nadużyć. W pewnym sensie nasza inicjatywa już spełniła swoją rolę. Gdy rok temu zaczęliśmy pracę nad projektem ustawy, rząd szybko przygotował własne rozwiązanie. Wiemy już, że nie da się pójść drogą Irlandii i Belgii- katolickich społeczeństw zmagających się z problemami nadużyć seksualnych duchownych. W cywilizowanych krajach nie można unikać rozliczania przypadków ukrywania pedofilii. Projekt Prawa i Sprawiedliwości całkowicie uzależnia działanie komisji od rządu, udaje, że nie istnieje problem systemowego ukrywania nadużyć, tworzenia wrażenia bezkarności. Naszym zadaniem jest przypominać o problemie, który musi być rozwiązany osobnym trybem. W Polsce ukrywanie przypadków pedofilii przez wymiar sprawiedliwości nie stanowi problemu. W przeciwieństwie do sądów, władze zwierzchnie kościoła mają niemało pomysłów na tuszowanie spraw, uchylanie się od wyroków i wywieranie presji na rodziny ofiar. Jeśli w Sejmie przyszłej kadencji proporcje podziału mandatów ułożą się tak, że opozycja będzie stanowiła dużą siłę i będzie mogła utworzyć rząd, trzeba będzie uzupełnić dotychczasowe przepisy o rozwiązania wyszczególnione w projekcie obywatelskim tak, by zmusić władze kościelne do wydania stosownych dokumentów oraz powiadamiania Policji i prokuratury o przestępstwach pod groźbą dużych sankcji w razie zaniechania tego obowiązku.

Państwa główni konkurenci – PIS i Koalicja Obywatelska opierają kampanię na silnych emocjach. Podstawą narracji jest wzajemne straszenie sobą. Wydaje się, że w Polsce polityką rządzą emocje. Czy Lewica potrafi je wzbudzać?

Obawiam się, że oglądanie zmagań dwóch głównych stronnictw politycznych nie wywołują już u widza wypieków na twarzy. Koalicji Obywatelskiej brakuje emocji i żarliwości, a także wiary w własne przesłanie i misję. Z kolei PIS koncentruje się na agresywnych atakach. To właśnie Lewica snuje opowieść, w której jest miejsce na autentyczne emocje. Autentyczne emocje są w publicznych wystąpieniach Adriana Zandberga, w zapowiedzi Włodzimierza Czarzastego, odnośnie rozliczenia niekonstytucyjnych działań PIS. W wystąpieniach lewicowych polityków jest szczerość, ideowość i autentyczne zaangażowanie. Jak dotychczas demokratyczne media słabo eksponują te cechy.
Dominują drętwe debaty. Dyskusje są mało przekonujące. Uważam, że wynika to z braku pomysłu na prowadzenie debat albo zapraszania wciąż tych samych osób do studia telewizyjnego. Rzucamy wyzwanie takiemu stanowi rzeczy, bo żarliwość i szczerość to właśnie atut Lewicy.

Dwiesta z państwowego

Koledzy z grupy Kult opowiadali mi, że onegdaj, kiedy dopiero zaczynali być w światku muzycznym rozpoznawalni, zaprosił ich na koncert do bydgoskiego Myślęcinka miejscowy impresario, co z kolei zaowocowało pewną ciekawą historyjką, która jak ulał pasuje mi do pewnej innej zabawnej historyjki z tu i teraz.

Impresario, nazwijmy go Pan Janusz, ponieważ człowiek może jeszcze nawet żyje, zafundował moim kolegom w latach schyłkowej komuny warunki iście estradowe, o których wcześniej mogli tylko pomarzyć. Zakwaterowano ich w najlepszym na owe czasy w Bydgoszczy hotelu „Brda”, w którym zdarza nam się nocować i dziś. Zapewniono im ciepły posiłek, zwrot za podróż a nawet niewielkie, ale jednak, honorarium. Nad wszystkim czuwał i wszystkiego doglądał Pan Janusz. Podczas występu grupy, siedział sobie na „melexie”, palił papieroska i popijał niemieckie piwo z puszki, ruszając do taktu nóżką. Miał do tego oczywiście wąsy, był gruby i nosił ciemne okulary oraz przerzedzone włosy spięte w kitkę. Kiedy koncert się skończył i zespół chciał się rozliczyć z organizatorem, pan Janusz podjechał „melexem” do kapeli, wyciągnął z kieszeni pęgę z pieniędzmi, przeliczył, wydał umówioną kwotę, po czym to co zostało schował sobie do drugiej kieszeni, mówiąc: „Z państwowego to i dwiesta warto”, a następnie serdecznie się uśmiechnął.
Marszałek Sejmu Kuchciński, zabierał na pokład samolotu służbowego zupełnie prywatnych członków rodziny, którzy z nim latali z Rzeszowa albo do Rzeszowa, bo marszałek akuratnie stamtąd. Naturalnie, nie płacił za nich, bo to przecież za państwowe, znaczy za niczyje. Nie dość że nie zarabia na stanowisku najmniej, to oczywiście nie będzie ze swoich pieniędzy finansował fanaberii swoich bliskich, bo i po co. Z państwowego to i dwiesta warto, jak mawiał klasyk. Oczywiście, jak większość polskich polityków, marszałek Kuchciński nie uczy się na błędach oraz posiada silny imposybilizm wewnętrzny, który nie pozwała mu na przyznanie się do błędu. Bo wszak nie on pierwszy i najpewniej niestety, nie ostatni, tnie na państwowym jak golarz Filip. A za Platformy Borusewicz nie latał psa wyprowadzać do domu na Wybrzeżu? Każdy z nich po jednych pieniądzach. Państwowych, ma się rozumieć. Gdyby marszałek Kuchciński, jakimś cudem umiał antycypować skutki tego, co się wydarzy przy okazji wpadki wizerunkowej z lataniem za państwowe, na oczach kamer przeprosiłby za nadużycie i pokazał kwitek z poczty, z potwierdzaniem przelewu na umówioną kwotę którą wylatali na państwowym pokładzie jego prywatni bliscy. I po sprawie. Jest oczywiście tak, jak mówią koledzy z PiS-u i z Kancelarii Sejmu; czy lecę ja sam, czy lecę z żoną czy z synem, czy z marszałkiem województwa albo dziennikarzami, to samolot i tak leci, pali tyle samo paliwa i tyle samo kosztuje jego eksploatacja, ale oczywiście, macie Państwo rację, nie jest w porządku, żeby swoje prywatne sprawy załatwiać przy okazji służbowych obowiązków, choć, umówmy się, zawsze się u nas tak robiło i nikt sobie nie krzywdował, ale fakt, jeśli chcemy coś zmieniać na lepsze, dać dobrą zmianę, winniśmy zacząć od samych siebie, więc ja, Marszałek Sejmu, przepraszam, oddaję po cenie komercyjnej za bilety i obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. W cywilizowanym państwie, w którym rządzą i się opozycjonują rozsądni i rzeczowi politycy zapewne by tak było. U nas jednak, w ustroju na pograniczu zachodniej demokracji i bantustanu, nadal, czy to postkomunę czy styropianową opozycję od siedmiu boleści, obwiązują zasady barwnie nakreślone przez Pana Janusza.
Oczywiście, opozycja dziś krzyczy jaki to z Marszałka darmozjad, ale sama też nie jest lepsza. To, że chce przed wyborami zbić na każdej wpadce rządu kapitał jest wszak czymś oczywistym i zupełnie normalnym; gdybym był opozycją, też bym tak robił. Mnie bardziej jednak martwi to, że polski polityk, en masse, w swoich poczynaniach nie zakłada horyzontu dłuższego niż dzień, dwa. Jak atakują, znaczy trzeba przejść do kontrataku, najbardziej trywialnymi i łopatologicznymi metodami. Zarzucacie mi marnotrawstwo? Taaak? A kto przehulał kapitał narodowy? Kto sprzedał Niemcom stocznie? Kto kamienice Żydom chce oddawać? Przy tych waszych geszeftach, te moje latanie to jest bzyk komara. I takim cepem ładują się po łbach, jedni z drugimi, a ja na to wszystko patrzę, i czuję, jakby ktoś mi dał w mordę. Jedni i drudzy traktują mnie jak wsiowego głupka, który rozdziawia gębę i gapi się, jak się psy na łańcuchach żrą pod budą. Założę się, że macie Państwo podobnie. Ale ja tak łatwo ogolić się nie dam!
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Państwo vs. Człowiek Pracy Ważny tunajt

Jak powiedział dyrektor spółdzielni mieszkaniowej w serialu „Alternatywy 4” do oczekującego kilkadziesiąt lat na przydział lokalu najstarszego jej członka: „czekaliście, czekaliście, no i w końcu się doczekaliście”. Takoż i dzisiaj, naród czekał, czekał aż wreszcie się doczekał, i dostał od Platformy Obywatelskiej coś na kształt programu wyborczego, szumnie nazwanego „szóstką Schetyny”. Nie powiem, na papierze, momentami, jest to całkiem z sensem napisane. Ale jakby się tak bliżej przyjrzeć…

…to wyjdzie na to, że na te wszystkie pomysły nie bardzo jest skąd wziąć. Tzn. może i jest skąd, ale rachmistrze z PO nie mają rozeznania w rządowych rachunkach i jasno nie wskazują źródeł finasowania swoich własnych pomysłów. Może trochę z dywidendy spółek Skarbu Państwa, może zabrać TVP i IPN-owi. Ale jak się w końcu dobiorą do słupków w ministerstwach, to na pewno znajdą pieniądze pochowane po kątach i poupychane pod powałą. Jedna rzecz w tych propozycjach Platformy warta jest odnotowania i szerszego skomentowania. Platforma, chyba po raz pierwszy od czasu ogłoszenia swoich tez programowych w hali „Olivii” w Gdańsku pokazuje, że…chce niższych podatków. I to dla kogo? Nie dla przedsiębiorców, ale dla ludzi na etatach. Oczywiście nie tak od razu. Jeszcze by kto pomyślał, że PO zaproponuje zatrważający pomysł odwrotu od opodatkowania pracy. Do tego jeszcze nie dorośli, lub jak się tu u nas zwykło mawiać, nie ma odpowiedniego politycznego klimatu dla podobnych rozwiązań. Bo trzeba wiedzieć Szanownym Państwu, że pobieranie podatku od pracy nie jest czymś oczywistym, ale wymysłem stosunkowo niedawnym. Ongiś, pracę podatkiem okładano, gdy trzeba było znaleźć pieniądze na wojny czy inne łupieżcze wyprawy, a później jakoś to już poszło. No i tak w kapitalizmie zostało. Przez lata „wolnej Polski” kapitał wmówił tłuszczy, że PIT trzeba płacić, bo na nim ten kraj stoi, a bez tego wszystko się posypie. Ale już gdy się baczniej przyjrzeć liczbom okazuje się, że wpływy z PIT-u dla budżetu Bóg wie jak niezbędne nie są. Państwo poradziłoby sobie i bez nich. Trzeba by co prawda jakoś połatać kilka dziur i może nawet nieco przyciąć na początku socjal, ale wreszcie człowiek pracy, który uczciwie zarabia na chleb, nie byłby przez państwo okradany. Bo właśnie do konfliktu Państwo-Człowiek, proszę ja Was, sprowadza się dziś współczesny konflikt w Polsce, a może nawet i w Europie zachodniej.
Dziś w Polsce praca obłożona jest podatkami, niemal tak samo, jak używki-wódka czy papierosy. Jak mamy na papierku, że zarabiamy 5 koła, to do kieszeni dostaniemy 3 z kawałkiem. Innymi słowy, pieniądze z pracy ludzkich rąk i umysłów są grabione dodatkowo przez państwo, bo to nie wymyśliło jak dotąd lepszego sposobu żeby zadbać o swoich obywateli, niż okradanie ich samych. Państwo i jego ludzie od czarnej roboty powiedzą Wam, że to nie ono tak dużo zabiera, ale pracodawcy mało płacą. I jakby płacili więcej, powiedzmy, 6,5 tys. zamiast 5, to wtedy państwo zabrałoby co jego, a człowiek dostałby 5 na rękę. Ale nie mówi już to samo państwo, jak przedsiębiorca ma sfinansować tę podwyżkę, bo od tego już nie jest. Państwo, jak widać, jest od zabierania pracownikowi. Aaa, no i od dawania temu samemu pracownikowi, jemu podobnemu, lub bezrobotnemu, ochłapów z tego, co zabrało ludziom z pensji. Dopłacając 6 tysięcy złotych do podatku dochodowego, odbieram, w miesięcznych ratach, 6 tysięcy złotych rocznie na pierwsze dziecko. Przecież to zupełnie bez sensu. Po co robić takie idiotyczne przelewanie z kubka do szklani? Ano po to, żeby było widać, że państwo nie tylko zabiera. Że, jak dobry pan, również daje, a zły pan to dorobkiewicz, który was strzyże co miesiąc na zakładzie. I to myślenie, o zgrozo, do wielu trafia. Ci wszyscy, którzy widzą we współczesnym świecie alegoryczne odbicie „Kapitału”, obserwując stosunki państwo-człowiek pracy w Polsce, potwierdzają tylko swoją utopijną wizję: konflikt dzisiejszy, to nadal konflikt kapitał vesrus uspołecznienie środków produkcji. Państwo natomiast stoi na straży ludzi pracy i trzepie po kieszeni kapitalistę. Co do jednego zgoda-państwo nahajem łamie dziś kapitalistom ręce. I to nie tym wielkim, ci mają sztab ludzi do obrony. Dostaje się najbardziej średniakom. No i przy okazji też pracownikowi. O staniu na straży nie ma mowy, a wie to ten, kto widział jak się w firmach ewidencjonuje czas pracy, jak rozpisuje urlopy, jak na stacji benzynowej koleś z Sanepidu pije wódkę z kierownikiem zmiany, a w tym czasie szeregowy pracownik napełnia mu bak prywatnego auta państwową benzyną. Oczywiście, są w biznesie i tacy, którym zawsze będzie mało i nawet gdyby zwolnić ich z obowiązku łożenia opłat i podatków za pracę, i tak obetną pracownikom pensje i kupią sobie kolejny jacht. Ale jest też spora grupa, która dałaby ludziom zarobić, ale nie może, bo jak podniesie pobory, to wszyscy pójdą z torbami sczyszczeni przez fiskus.
Platforma niestety nie odwraca w swoich propozycjach tego paradygmatu. Dalej chce opodatkowywać pracę, ale proponuje jednocześnie dawanie premii za pracowniczą aktywność. Tylko po co. Wystarczy ludziom nie zabierać, żeby później im nie oddawać ułamka tego, co się nakradło niby to do wspólnego budżetu. Ten da się zbilansować bez konieczności drenowania pieniędzy z kieszeni pracownika. I to jest właśnie, moim zdaniem, myślenie progresywne, na które nawet polska lewica jak dotąd nie wpadła. Chcesz być po stronie ludzi pracy-to stań obok nich i nie pozwól ich okradać. Nie grubemu biznesmenowi z cygarem (a są nadal i tacy) jak z obrazka, ale państwu, bo to ono najwięcej zabiera.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Widmo inflacji

Rosnące z dnia na dzień ceny stały się faktem. Komu sprzyja, a komu szkodzi inflacja?

Trudno jest zrozumieć destrukcyjny charakter deflacji, czyli ujemnej inflacji. Systematycznie spadających cen. Wydawać by się mogło, że im taniej, tym lepiej. Nie do końca tak jest. Rozwój gospodarczy państwa związany jest z rosnącym popytem wewnętrznym, czyli chęcią nabywców do kupowania towarów i usług. Tymczasem deflacja do kupowania zniechęca. Po co kupować w tym roku nowy samochód (lodówkę, meble, buty), po co zabierać się za remont mieszkania – skoro za rok będzie taniej. Klasycznym przykładem, jeśli chodzi o problemy z deflacją, jest oczywiście Japonia. Deflacja jest zmorą gospodarki Japonii od dziesięcioleci. To między innymi za sprawą deflacji wzrost PKB tego kraju, również od dziesięcioleci, oscyluje w granicach od -1 proc. do +1 proc.

Po 1989 roku deflacja w rocznym wymiarze pojawiła się w Polsce dwukrotnie: w roku 2015 odnotowano ujemną inflację wynoszącą -0,9 proc., a w 2016 -0,6 proc. Ale to już głęboka historia. Po rzuceniu przez rząd PiS na rynek dodatkowych kilkudziesięciu miliardów złotych, głównie za sprawą programu 500+, wzrost inflacji był tylko kwestią czasu. Żeby była jasność, pomijam aspekt społeczny transferów. Potem było dodatkowe 9 mld zł z trzynastej emerytury. A na dniach rusza kolejna wielomiliardowa transza wypłat 500+ na pierwsze dziecko.
Inflacja będzie rosła. Nie ukrywa tego nawet premier Morawiecki. A my widzimy to przy każdych zakupach, szczególnie na straganie z warzywami i owocami. Komu ta rosnąca inflacja jest na rękę? A dla kogo stanowi zagrożenie?

Więcej podatków

W krótkim horyzoncie czasowym z rosnącej inflacji najbardziej cieszy się minister finansów. Wyjaśnijmy to na przykładzie zwykłej pietruszki. Gdy jej cena wahała się w okolicach 2 złotych za kilogram (Tesco, październik 2011r.: pietruszka korzeń luz – 1,79 zł/kg), z 5-procentowego VAT-u do budżetu wpływało zaledwie 10 groszy. Przy aktualnej cenie 15 złotych, każdy kilogram sprzedanej pietruszki zasila budżet państwa 75 groszami z VAT-u.
W 2018 roku wpływy z podatku VAT wyniosły 174 mld zł. Narodowy Bank Polski w swoich „Założeniach polityki pieniężnej na rok 2019” określił cel inflacyjny na poziomie 2,5 proc. z możliwym odchyleniem +/- 1 pkt proc. A więc inflacja na koniec tego roku może wynieść nawet 3,5 proc. To oczywiście pewne uproszczenie, ale gdy przeliczmy te 3,5 proc. na zwiększone wpływy z VAT-u, to otrzymamy kwotę ponad 6 mld zł.

Rosną też wpływy z innych podatków. A więc akcyza, na przykład od paliw, których cena (oprócz gazu) chyba już na stałe przekroczyła barierę 5 zł. Wraz ze wzrostem inflacji z reguły rosną płace, a więc i podatki od dochodów osobistych. W przyszłym roku rekordowy będzie wzrost składek ZUS dla przedsiębiorców. I tak dalej…
Ale inflacyjne eldorado budżetu państwa ma bardzo krótkie nóżki.

1000000000000

Jak podało niedawno ministerstwo finansów, na koniec I kwartału 2019 roku dług sektora rządowego i samorządowego przekroczył 1 bilion złotych (jedynka i dwanaście zer). A w ciągu dwóch lat rządów PiS 2016-2018 wzrósł o 110 mld zł. Takie duże liczby niekoniecznie działają na wyobraźnię. Więc powiedzmy inaczej: gdy po 15 minutach skończycie Państwo czytać ten tekst, zadłużenie naszego kraju wzrośnie w tym czasie o 1 milion złotych!
Bilion bilionem, ale ci co pożyczyli takie pieniądze muszą zarabiać. W obecnej chwili koszty obsługi długu publicznego są na rekordowo niskim poziomie. Budżet państwa przeznacza na ten cel około 30 mld zł. Niski poziom kosztów obsługi długu ma oczywisty związek z niską inflacją lub wręcz deflacją w latach ubiegłych i tym samym rekordowo niskimi stopami procentowymi. Gdyby inflacja przekraczająca 3 proc. stała się w najbliższych latach regułą, koszty obsługi długu muszą wzrosnąć. A jeśli wzrost inflacji zbiegnie się w czasie z okresem ogólnej dekoniunktury, budżet może mieć dodatkowe kłopoty z obsługą wszystkich zobowiązań. I będzie musiał pożyczać więcej. Zawsze znajdą się tacy co pożyczą. Tylko więcej ryzykując, będą żądać większej zapłaty. I okaże się, że wzrost wpływów do budżetu spowodowany inflacją zostanie w całości skonsumowany zwiększonymi kosztami obsługi długu publicznego.
Koniec o problemach rządzących. Teraz my. Co rosnąca inflacja oznacza dla pracowników, emerytów, rodzin z dziećmi?

Na etacie

Najmniej mogą się obawiać rosnącej inflacji pracujący w sektorze gospodarki prywatnej. Dramatyczny brak rąk do pracy powoduje, że mamy dzisiaj klasyczny rynek pracownika. Można się spodziewać, że wywalczenie podwyżek przynajmniej rekompensującej wzrastające koszty życia będzie w zasięgu niemal wszystkich grup pracowniczych.
Tak łatwo nie przyjdzie to już pracownikom sfery budżetowej. Przez lata rządów koalicji PO-PSL jednym z ważnych elementów łatania dziury budżetowej było zamrożenie płac w budżetówce. Dramatyczny protest nauczycieli wiosną tego roku był w dużej mierze skutkiem tamtej „zamrażarki”, Ale rządzący PiS pokazał, że wcale nie jest skory do zaspokajania słusznych postulatów płacowych sfery budżetowej. Obawiam się, że już od jesieni protesty płacowe i strajki różnych grup pracowników budżetówki mogą stać się codziennością. Pomoc tym pracownikom, to moim zdaniem, najważniejsze zadanie związków zawodowych w najbliższym czasie.

Emeryci i renciści

Co do zasady, emeryci i renciści mają zapewnioną waloryzację swoich świadczeń wraz z rosnącą inflacją. Problem w tym, że przysłowiową pietruszkę po 15 złotych za kilogram trzeba kupić dziś, a wyższa emerytura trafi na konto dopiero w marcu 2020 roku. Drugi problem, to skala tych podwyżek.

W jednej z gazet przeczytałem tytuł: „Rekordowe podwyżki emerytur w 2020 roku”. Ileż ten „rekord” wyniesie? Najniższa emerytura i renta, najniższa renta rodzinna oraz renta z tytułu całkowitej niezdolności do pracy oraz renta rolnicza wzrosną o 35,64 zł. Super. Ponad 1 złoty na codzienne wydatki. Obawiam się, że taki „rekordowy” wzrost świadczeń nie pokryje nawet rosnących kosztów mediów: prądu, gazu, wody.

Gdy byłem posłem, opowiadała mi jedna z mieszkanek małego miasta. Panie Pośle, ja nigdy nie wylewam wody z wanny po kąpieli. Trzymam wiaderko wypełniane wodą z kąpieli w toalecie. Oszczędzam dzięki temu miesięcznie 15 złotych. Żadne sztuczki z przedwyborczą trzynastą emeryturą tej chorej sytuacji najgorzej sytuowanych emerytów i rencistów nie uzdrowią. Konieczna jest systemowa radykalna podwyżka takich świadczeń. Na którą rząd nie ma pieniędzy. Dlatego pobierający niskie świadczenia społeczne będą pierwszymi ofiarami wysokiej inflacji.

Dzieci

Rząd PiS najhojniej obdarował rodziny z dziećmi. Ale, ale. Któraś z gazet policzyła, że wypłacane od 2016 roku 500 zł na drugie i następne dzieci ma już realną wartość tylko 270 zł. Mocno pan redaktor przesadził, bo nie samą pietruszką po 15 złotych człowiek żyje. Ale rosnące koszty żywności (mający dzieci wiedzą, ile dziecko potrafi zjeść) uderzają w budżety rodzin z dziećmi szczególnie dotkliwie. Bez bawienia się w szczegółowe wyliczenia szacowałbym, że pierwotne 500+ to dzisiaj tak naprawdę 400+.
Być może jest to celowy zabieg Jarosława Kaczyńskiego – brak mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Dzięki temu programowi zamierza wygrać drugie z kolei wybory. A po kilku kolejnych latach wysokiej inflacji (inflację liczy się wg zasad procentu składanego) zostanie realnie z tego tylko połowa. Albo i mniej.
Adrian Zandberg apelował w tym tygodniu o wprowadzenie mechanizmu waloryzacji świadczeń 500+. Przyłączam się do tego apelu. Tylko w ten sposób zapewnić możemy trwałą realną wartość wypłacanych kwot. Inaczej program 500+ przejdzie do historii jako trick służący wygrywaniu wyborów.

Kredytobiorcy

Historia pokazała, że kredyty frankowe były metodą na obniżenie comiesięcznych rat tylko przez krótki czas. Dzisiaj kilkaset tysięcy rodzin boryka się z horrendalnie wysokimi ratami tych kredytów. A nowi kredytobiorcy kupujący mieszkania biorą kredyty w złotówkach. Mając przy tym nadzieję, że nie spotka ich los frankowiczów. Tylko czy na pewno? Z pewnością nie zmieni się kurs złotówki do złotówki, tak jak to miało miejsce w przypadku kursu złotego do franka. Ale jeśli wzrosną stopy procentowe?

Z cennika banku Millenium: oprocentowanie kredytu hipotecznego sięga 4,52 proc. rocznie. Składa się na to 2,8 proc. marży banku plus aktualna stopa referencyjna WIBOR3M wynosząca 1,72 proc. Bardzo niska! Ale jeszcze nie tak dawno, do końca roku 2012 WIBOR przekraczał 4 proc. Przy wzroście inflacji ówczesne poziomy stóp referencyjnych mogą powrócić. Co to oznacza? Wzrost oprocentowania kredytu hipotecznego do poziomu 7-8 proc. w skali roku. I wzrost miesięcznej raty z na przykład 2000 złotych do blisko 3000 złotych.

Kongres PiS

Na odbywającym się w ubiegłą sobotę w Katowicach kongresie programowym Prawa i Sprawiedliwości wiele mówiono o świetlanej przyszłości czekającej Polki i Polaków pod rządami Jarosława Kaczyńskiego. Nie odnotowałem, by ktoś z uczestników krytykował galopujące w górę ceny – szczególnie żywności. By ktoś martwił się rosnącą inflacją.
Tymczasem wysoka inflacja jest ogromnym zagrożeniem dla gorzej sytuowanych ludzi starszych. Rencistów i emerytów. Ale również dla ludzi młodych. Tych mających dzieci. I cieszących się z nowego mieszkania. Kupionego na kredyt. Rządzący nie mówią nic o tych zagrożeniach w przedwyborczej debacie. Ale opozycja, a szczególnie lewica – powinny!

Pieniądze w rękach dziecka to pożar?

Jeśli już dajemy im kasę, to pozwalajmy wydawać na co chcą. Najwyżej udzielajmy dobrych rad, żeby nie wydawały na kompletne już bzdury. A jak wszystko wydadzą, nie wypłacajmy im przed terminem.

Czy dzieci powinny mieć własne pieniądze? – to pytanie chyba nie budzi kontrowersji. Wiadomo, że jakieś powinny mieć. Jednak, jeśli zapytamy czy powinny je samodzielnie wydawać w dowolny sposób – to prostej odpowiedzi już nie uzyskamy. Dzieci o finansach będą wiedziały tyle ile przekażą im rodzice, bądź nauczyciele.
Dorośli zaś do tego zadania powinni podchodzić w sposób odpowiedzialny, bo przecież nikt nie chce by jego dziecko przekonane było, że pieniądze biorą się z bankomatu i nie trzeba na nie pracować.

Od najmłodszych lat

Z badań barometru Providenta wynika, że aż 90 procent z nas uważa, że dzieci w wieku szkolnym powinny być edukowane finansowo.
Z drugiej jednak strony dwa raporty – jeden Fundacji Kronenberga, a drugi Banku Santander pokazują, że więcej niż połowa Polaków nie włącza dzieci do rozmów o finansach ani nie edukuje ich ekonomicznie.
Któż jednak, jak nie rodzice, powinien to robić? Szkoła może nie do końca wywiązać się z tego obowiązku, bo w programie edukacji podstawowej wciąż nie ma przedmiotów na serio dotyczących finansów czy przedsiębiorczości.
Główny ciężar spoczywa, więc na rodzicach. I warto zdać sobie z tego sprawę, bo na razie zaledwie 17 procent dorosłych zachęca dzieci do odkładania pieniędzy. Jak ważna jest nauka oszczędzania chyba nikogo przekonywać nie trzeba? A o tym, że warto zacząć ją jak najwcześniej przypomina mądre przysłowie; „Czym skorupka za młodu nasiąknie…”.
Trzeba też wiedzieć, że odpowiednia edukacja ekonomiczna dziecka ma potem wyraźnie przełożenie na to jak finansowo radzi sobie ono w dorosłym życiu.

Zaświecić przykładem

Z drugiej jednak strony, nic nie działa na dzieci tak skutecznie, jak osobisty przykład rodziców.
Jeśli więc rodzice pieniędzy nie oszczędzają, bo, jak większość Polaków, po prostu nie mają czego odkładać, albo uważają za bzdurę odejmowanie sobie od ust teraz, by mieć trochę więcej w podeszłym wieku, kiedy już nie będzie zdrowia ani ochoty, by korzystać z oszczędności, to nie pomogą żadne perory edukacyjne.
Jeśli jednak w ogóle zaczynać przekonywanie potomstwa do oszczędzania, to w istocie odpowiedź jest jedna – najlepiej zaczynać jak najwcześniej.
Najpierw przez zabawę, a potem poprzez dawanie kieszonkowego. I nie ma większego znaczenia czy to będą drobne przekazywane codziennie do szkoły, czy też jedna większa suma przeznaczona na tydzień czy też na cały miesiąc. W te oba sposoby jesteśmy w stanie uczyć dziecko gospodarowania pieniędzmi na prawdziwych przykładach.

Duże pieniądze u małych

Co jednak zrobić, jeśli bachor będzie chciał za jednym razem wydać wszystkie pieniądze, które otrzyma na początku miesiąca na słodycze, jakieś karty z postaciami z gier czy na inne bzdury? Czy mu zabronić?
Raczej nie, może lepiej wytłumaczyć, jakie będzie miało to konsekwencje – i potem konsekwentnie nie dać mu ani grosza do końca miesiąca. Bo dziecko powinno poznać konsekwencje swoich decyzji.
Wbrew pozorom, nielaty mają co wydawać. To jak wielkimi pieniędzmi dysponują dzieci, obrazuje kwota pokazana w badaniu GfK Polonia w 2017 r. Chodzi bowiem o 285 milionów złotych miesięcznie, które wydają dzieci w wieku 5-17 lat w Polsce. Teraz, gdy działa program Rodzina 500 plus, ta kasa jest jeszcze większa.
Wspomniane pieniądze są zapewne nie całkiem samodzielnie wydawane przez dzieci, ale zawsze. Dodatkowo warto też pamiętać, że dzieci niemały wpływ na zakupowe decyzje rodziców. Wyjący bachor potrafi dla świętego spokoju, niemało wymusić na starych.
To wszystko razem czyni z dzieci ważną grupę konsumencką. Dlatego już dawno nikogo nie dziwi, że bardzo wiele reklam skierowanych jest bezpośrednio do dzieci a nie do dorosłych.

Jak dawać pieniądze?

Jeśli chodzi o dawanie dzieciom pieniędzy to rodziców można podzielić na trzy grupy – jedna trzecia daje im kieszonkowe regularnie, ponad połowa nie daje pieniędzy w ogóle, a piętnaście procent daje im na wszystkie potrzeby i na każdą zachciankę.
Dzieci tej ostatniej grupy rodziców w przyszłości mogą być najbardziej pokrzywdzone, choć nie muszą.
Przyzwyczajenie dzieci do tego, że dostają od rodziców pieniądze na wszystko i wszędzie może doprowadzić do rozrzutności czy nieumiejętności oszczędzania w dorosłym życiu – ale też może wyzwolić u nich życiowy spryt, polegający na umiejętności znajdowania bogatego partnera życiowego (co dobrze wychodzi zwłaszcza paniom).
Eksperci, np. z portalu edukacyjnego Viem.pl, uważają, że tym najmniejszym dzieciom, najlepiej dawać gotówkę, którą będą gromadziły w skarbonce. Starszym zaś dobrze jest założyć prosty rachunek bankowy – najlepiej poszukać takiego konta, które jest darmowe i będzie w jasny i przejrzysty sposób pokazywało stan finansów dziecka, by dowiedziało się ono czegoś o finansach i bankowości oraz przekonało czym są odsetki?
Problem w tym, że dziś w Polsce odpowiedź na to pytanie może być dość myląca, bo dzieci dowiedzą się najwyżej, że odsetki są dodatkową sumą, która po jakimś czasie powinna być dopisywana do kwoty rachunku – ale w naszym kraju jej wysokość jest niezauważalna, co oznacza, że nie warto oszczędzać w banku. Nauka może więc przynieść owoce odwrotne od zamierzonych.

Edukacja, głupcze

Dzieci jednak warto uczyć o pieniądzach, bo pod względem wiedzy i świadomości finansowej Polska zajmuje miejsce w ogonie trzydziestu państw OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju), co w oczywisty sposób odbija się na naszym dobrobycie.
– Edukacja finansowa powinna być jednym z kluczowych elementów w rozwoju młodych ludzi. Dzięki niej kształtują oni swoje finansowe postawy i w przyszłości są w stanie podejmować właściwe decyzje dotyczące np. inwestycji, które pomogą im zgromadzić oszczędności na emeryturę i zabezpieczyć rodzinę – wypowiada, dość oczywisty pogląd, ekspertka Agnieszka Książek.
Często nie uczymy jednak dzieci tak jak należy. Może to wynikać z tego, że choć naprawdę chcielibyśmy przekazać im wiedzę finansową, to sami niewiele wiemy, więc przekazujemy ją w zły sposób. Podejście większości Polaków do finansów, ekonomii czy przedsiębiorczości jest w wielu przypadkach negatywne i na sam dźwięk słowa „ekonomia” czy „gospodarka finansowa” dostajemy drgawek, a przecież każdy z nas nosi portfel w kieszeni.
Co robimy nie tak? Największym błędem jest oczywiście wyłączanie dzieci z dyskusji o finansach, pracy, zarobkach czy na przykład o promocjach w sklepach i tłumaczeniu, na czym one polegają (zwłaszcza jeśli, co częste, są one oszukańcze).
Często jest też tak, że jeśli jednak dajemy już pieniądze naszym pociechom to na przykład płacimy im za pracę w domu, czyli wyrzucanie śmieci, wieszanie prania. Najgorszym zaś rozwiązaniem jest płacenie za posprzątanie swojego pokoju – bo trzeba od dzieciństwa uczyć się, że we wspólnocie jaką stanowi rodzina, pewne czynności wykonywane są za darmo. Innymi błędami są chociażby finansowe nagradzanie za dobre oceny w szkole lub wreszcie, nie pozwalanie wydawania kieszonkowego na zachcianki dzieci.
Zasada powinna więc być taka – jeśli już dajemy i te pieniądze stają się ich, to należy im pozwalać wydawać na to co chcą. Rolą rodziców powinno zaś być udzielanie dobrych rad (których dzieci oczywiście mogą nie słuchać).

Więcej bezpieczeństwa finansowego

Mniej troszczymy się o teraźniejszość, ale bardziej boimy się przyszłości.

Poczucie bezpieczeństwa finansowego ma 64% Polaków, czyli o 12% więcej niż w ubiegłym roku.
Po raz kolejny, najwyższy poziom poczucia bezpieczeństwa wykazali ludzie najzamożniejsi – mieszkańcy dużych miast (68% w roku 2019, czyli 5 % więcej niż w ubiegłym) oraz osoby z wyższym wykształceniem (62% w roku 2019, również o 5% więcej niż w ubiegłym).
Polacy czują się obecnie bezpiecznie finansowo – jednak równocześnie coraz bardziej obawiają się o finansową przyszłość. Takie obawy deklaruje już 56% z nas, czyli 15% więcej niż w ubiegłym roku.
Wbrew pozorom rosnąca obawa o finansową przyszłość może być dobrym przejawem. Może ona oznaczać, że lepiej rozumiemy zagadnienia finansowe i zatroszczymy się skuteczniej o stałe przychody w przyszłości.
79% Polaków rozmawia z rodziną i znajomymi na temat pieniędzy. Natomiast 55% polskich gospodarstw domowych posiada oszczędności. Tak więc, częściej rozmawiamy o pieniądzach i częściej oszczędzamy na przyszłość, co oznacza, że zamiast myśleć „jakoś to będzie”, dokonujemy bardziej świadomych wyborów finansowych.
Generalnie, ufamy, że produkty oferowane przez banki są bezpieczne. O bezpieczeństwo swoich środków ulokowanych w banku nie martwi się 81% Polaków. Największe zaufanie mamy do rachunków bankowych i kont oszczędnościowych (84% opinii, że są bezpieczne) oraz lokat (76%).

Rosną płace, koszty życia i długi

Wzrost zarobków nie wybawi Polaków od kłopotów finansowych. Przeciwnie, może sprawić, że będziemy zadłużać się chętniej.

Stabilna sytuacja na starym kontynencie oraz rozwój technologiczny i wzrost gospodarczy, napełniają portfele Europejczyków, w tym i Polaków. Prognozy dają powody do optymizmu.
Według brytyjskiego raportu PwC, do 2040 r. płaca realna w naszym kraju wzrośnie o przeszło 140 proc. Dzięki temu, za dwie dekady polskie zarobki będą wynosiły 71 proc. wynagrodzeń mieszkańców Wielkiej Brytanii. Jeżeli chodzi o tempo wzrostu płac, lepszym wynikiem będą mogły pochwalić się jedynie Indie, Malezja, Indonezja i Chiny.
Z drugiej strony, najnowsze wyniki badań Intrum mówią, że co 3 osoba w naszym kraju pożycza pieniądze na pokrycie bieżących rachunków i nie jest zadowolona ze swojej kondycji finansowej. Czy zatem prognozowane podwyżki pensji oznaczają tylko powód do radości, bo wybawią nas od długów? Czy może jednak stanowią zapowiedź, że wraz ze wzrostem przychodów wzrosną także koszty życia, które według 70 proc. Polaków już są za wysokie i paradoksalnie sprawią, że będziemy zadłużać się jeszcze chętniej

Nigdy ich nie dogonimy

Według rozporządzenia Rady Ministrów minimalne wynagrodzenie w naszym kraju wynosi obecnie 2250 zł brutto miesięcznie. Jest to kwota daleko odbiegająca od pensji naszych marzeń.
Aż 40 proc. Polaków przyznaje, że nie ma wystarczających środków pozwalających na godne życie. Jesteśmy niezadowoleni z rosnących wydatków oraz z tego, ile pieniędzy zostaje nam pod koniec miesiąca po zapłaceniu rachunków i zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów.
Pod rządami PiS, w ciągu ostatnich trzech lat wzrosły nasze rachunki za wodę, prąd, gaz, wywóz nieczystości, energię cieplną.
Mimo trudnej sytuacji finansowej niektórych Polaków okazuje się, że przyszłość może przynieść sporą poprawę. Spośród 21 państw przebadanych przez brytyjskich ekonomistów z PwC, nasz kraj pod względem dynamiki wzrostu pensji znalazł się na wysokiej, 5. pozycji.
Niestety, na tę poprawę będzie trzeba poczekać. Obecnie mieszkańcy Wielkiej Brytanii zarabiają średnio ok. 3 tys. dol, podczas gdy Polacy niewiele ponad 1,3 tys. dol. Nasze pensje w 2030 r. mają stanowić 57 proc. wynagrodzeń otrzymywanych na Wyspach.
Mimo zapowiadanego wzrostu płac w Polsce, średnie miesięczne wynagrodzenie w naszym kraju wciąż będzie niższe w porównaniu do innych, dojrzałych gospodarek na świecie. Kiedy pensja „Kowalskiego” zbliży się do 3 tys. dol., w Wielkiej Brytanii osiągnie prawie 4 tys. dol, a we Francji ponad 4 tys. dol.
To ciągle duża różnica, szczególnie biorąc pod uwagę zadłużenie, z jakim zmaga się niemała grupa Polaków. Średnio co 5. z nas pożycza pieniądze aby opłacić bieżące rachunki. Raty kredytów i pożyczek gotówkowych spłaca blisko 40 proc. Polaków, a kredytu hipotecznego 20 proc.
– Zadłużenie Polaków rośnie z każdym rokiem, a brak edukacji finansowej młodego pokolenia może prowadzić do pogłębiającego się na przestrzeni kolejnych lat kryzysu ekonomicznego zarówno w skali mikro, jaki i makro, mimo pozornie wzrostowych tendencji. Nie można także zapominać o pewnej zależności – podniesienie wynagrodzeń jest niestety często proporcjonalne do wzrostu cen, a więc w ostatecznym rozrachunku zupełnie nieodczuwalne – komentuje Tomasz Bienias, ekspert Intrum.

Czas dla wykwalifikowanych

Wysoka pozycja naszego kraju na liście państw, w których jest zapowiadany wzrost zarobków, to efekt szybkiego tempa rozwoju naszej gospodarki na tle pozostałych krajów Europy, ale także konsekwencja problemów demograficznych, które również dotyczą Polski. Chodzi tu przede wszystkim o starzenie się naszego społeczeństwa.
Powiększająca się luka kadrowa na rynku pracy widoczna w wielu branżach wpływa na wzrost wynagrodzeń. Powoli zbliżamy się do czołówki europejskich państw z minimalnym bezrobociem.
Pracownicy z wysokimi kwalifikacjami, pewni znalezienia satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy mają coraz większe wymagania dotyczące wynagrodzenia. A pracodawcy są doskonale świadomi, kto dziś dyktuje warunki na rynku pracy, dlatego nie mogą już oferować niskich pensji.
Do 2025 r. luka kadrowa w Polsce będzie się stale powiększać – możliwe, że do tego czasu konieczne będzie zatrudnienie ponad 1,5 mln osób. Takie prognozy wywierają presję na pracodawcach, którzy szukając kompetentnych i wykwalifikowanych pracowników, muszą o nich walczyć, proponując konkurencyjne warunki wynagrodzenia.
– Przez najbliższe dwie dekady wynagrodzenie w naszym kraju będzie stale rosnąć – mówi Tomasz Bienias.

Lepiej zarabiać więcej

Rozwiązaniem problemów na rynku pracy może być wzrost wynagrodzeń oraz inwestowanie w automatyzację niektórych procesów, które w niedługim czasie pomogą zastąpić pracę człowieka. Polska gospodarka ewoluuje i zmienia się. Nie tylko rynkowi giganci, ale także i mniejsze firmy w naszym kraju wdrażają najnowocześniejsze rozwiązania, by móc dalej się rozwijać i spełniać rosnące wymagania klientów.
Cyfryzacja i nowoczesne technologie wkraczają na dobre do polskich przedsiębiorstw, wyręczając człowieka, zarówno np. w kontakcie z klientem, jak i procesach produkcyjnych. Zachodzi prawdziwa rewolucja na rynku pracy. Coraz bardziej będą się na nim liczyć unikalne kompetencje i nietuzinkowe podejście do wykonywania powierzonych zadań.
Te zmiany oznaczają, że pracownicy w przyszłości będą angażowani w nowe, bardziej zaawansowane i wymagające zadania, otrzymując jednakże za swoją pracę lepsze wynagrodzenie, niż to ma miejsce obecnie.
Jest to tendencja zbliżona do panującej w rozwiniętych krajach zachodnich. Tam już dawno zauważono, że wraz z wzrostem zarobków rosną długi – ale i możliwości radzenia sobie z nimi. Dlatego, niezależnie od zadłużenia, dobrze byłoby, gdyby polskie płace wzrosły kiedyś o 140 proc.

Płaca dla każdego studenta

Teraz!

Jak co roku w marcu weryfikowana jest wysokość stypendiów na uczelniach. Tym razem mocno po kieszeniach dostali studenci UŚ, w mniejszym stopniu także doktoranci. Nagła utrata dochodu o kilkaset złotych, czasem to jest nawet 1/4 czy 1/3 czyichś miesięcznych środków utrzymania (czynsze, kredyty, raty, leki, dzieci do wykarmienia itd.). Dałem się dodać do grupy oburzonych studentów, bo może akurat jako starszy kolega mógłbym się podzielić swoimi doświadczeniami.
Zapachniało protestem, ale zapach szybko się rozszedł. Pojawił się zwyczajowy swąd.
Oskarżenia, że rząd szasta pieniędzmi na „madki” z 500+. Że czemu tu się dziwić, nie ma cudów, tabelki się muszą zgadzać. Oczywiście tabelki księgowej UŚ. Excel stypendystów jest, jak wiadomo, z gumy. Potem przyszło rozstrzygające oświadczenie samorządu studenckiego, stojącego na straży żelaznych praw ekonomii (czyt. interesów władz uczelni): „stypendia się zmniejszają w marcu, bo zawsze się wtedy zmniejszają/ są teraz niższe, bo były wyższe”. A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój. A po samorządzie kariera w rektoracie – dodajmy.
Nie piszę tego, żeby się naigrywać ze studentów-poczciwców, którym gilotyna się otwiera, ale niestety to oni lądują pod nią, bo brak im perspektywy poznawczej. A skąd by mieli ją wziąć? Żyjemy w czasach, w których to student płaci po godzinach pracodawcy za możliwość nabycia doświadczenia do CV (sic!) albo bierze kredyt na studia, który potem odpracowuje niczym niewolnik swojego wierzyciela, podczas gdy to kapitał powinien ponosić PEŁNY KOSZT kształcenia swojego przyszłego pracownika.
Tzn. student powinien się móc utrzymać z samego faktu, że studiuje, wykonuje pracę naukową. Każdy student. I tak, od takiego studenta można wtedy wymagać zaangażowania, choć jego kierunek i cele są już jego/jej dowolną sprawą.
Ale jeśli student czuje się winny, że studiuje, prawie winny, że żyje, że nie nalewa kawy, nie wklepuje faktur i nie robi bezpłatnych staży, tylko pobiera parę śmiesznych stówek z systemu szkolnictwa, w którym pełno niegospodarności, jeśli studiując nie czuje, że pracuje i nie jest nikomu nic winien, to faktycznie zostaje wzorowo dostosowany na bycie dymanym przez rynek pracy bez wazeliny, a współpraca uczelni z biznesem w dostarczaniu ledwie żywego towaru ma się doskonale.
Szacun i solidarność dla tych studentek i studentów, których horyzonty nie dały się jeszcze zawęzić do kolumny arkusza kalkulacyjnego!