Rosną płace, koszty życia i długi

Wzrost zarobków nie wybawi Polaków od kłopotów finansowych. Przeciwnie, może sprawić, że będziemy zadłużać się chętniej.

Stabilna sytuacja na starym kontynencie oraz rozwój technologiczny i wzrost gospodarczy, napełniają portfele Europejczyków, w tym i Polaków. Prognozy dają powody do optymizmu.
Według brytyjskiego raportu PwC, do 2040 r. płaca realna w naszym kraju wzrośnie o przeszło 140 proc. Dzięki temu, za dwie dekady polskie zarobki będą wynosiły 71 proc. wynagrodzeń mieszkańców Wielkiej Brytanii. Jeżeli chodzi o tempo wzrostu płac, lepszym wynikiem będą mogły pochwalić się jedynie Indie, Malezja, Indonezja i Chiny.
Z drugiej strony, najnowsze wyniki badań Intrum mówią, że co 3 osoba w naszym kraju pożycza pieniądze na pokrycie bieżących rachunków i nie jest zadowolona ze swojej kondycji finansowej. Czy zatem prognozowane podwyżki pensji oznaczają tylko powód do radości, bo wybawią nas od długów? Czy może jednak stanowią zapowiedź, że wraz ze wzrostem przychodów wzrosną także koszty życia, które według 70 proc. Polaków już są za wysokie i paradoksalnie sprawią, że będziemy zadłużać się jeszcze chętniej

Nigdy ich nie dogonimy

Według rozporządzenia Rady Ministrów minimalne wynagrodzenie w naszym kraju wynosi obecnie 2250 zł brutto miesięcznie. Jest to kwota daleko odbiegająca od pensji naszych marzeń.
Aż 40 proc. Polaków przyznaje, że nie ma wystarczających środków pozwalających na godne życie. Jesteśmy niezadowoleni z rosnących wydatków oraz z tego, ile pieniędzy zostaje nam pod koniec miesiąca po zapłaceniu rachunków i zrobieniu najpotrzebniejszych zakupów.
Pod rządami PiS, w ciągu ostatnich trzech lat wzrosły nasze rachunki za wodę, prąd, gaz, wywóz nieczystości, energię cieplną.
Mimo trudnej sytuacji finansowej niektórych Polaków okazuje się, że przyszłość może przynieść sporą poprawę. Spośród 21 państw przebadanych przez brytyjskich ekonomistów z PwC, nasz kraj pod względem dynamiki wzrostu pensji znalazł się na wysokiej, 5. pozycji.
Niestety, na tę poprawę będzie trzeba poczekać. Obecnie mieszkańcy Wielkiej Brytanii zarabiają średnio ok. 3 tys. dol, podczas gdy Polacy niewiele ponad 1,3 tys. dol. Nasze pensje w 2030 r. mają stanowić 57 proc. wynagrodzeń otrzymywanych na Wyspach.
Mimo zapowiadanego wzrostu płac w Polsce, średnie miesięczne wynagrodzenie w naszym kraju wciąż będzie niższe w porównaniu do innych, dojrzałych gospodarek na świecie. Kiedy pensja „Kowalskiego” zbliży się do 3 tys. dol., w Wielkiej Brytanii osiągnie prawie 4 tys. dol, a we Francji ponad 4 tys. dol.
To ciągle duża różnica, szczególnie biorąc pod uwagę zadłużenie, z jakim zmaga się niemała grupa Polaków. Średnio co 5. z nas pożycza pieniądze aby opłacić bieżące rachunki. Raty kredytów i pożyczek gotówkowych spłaca blisko 40 proc. Polaków, a kredytu hipotecznego 20 proc.
– Zadłużenie Polaków rośnie z każdym rokiem, a brak edukacji finansowej młodego pokolenia może prowadzić do pogłębiającego się na przestrzeni kolejnych lat kryzysu ekonomicznego zarówno w skali mikro, jaki i makro, mimo pozornie wzrostowych tendencji. Nie można także zapominać o pewnej zależności – podniesienie wynagrodzeń jest niestety często proporcjonalne do wzrostu cen, a więc w ostatecznym rozrachunku zupełnie nieodczuwalne – komentuje Tomasz Bienias, ekspert Intrum.

Czas dla wykwalifikowanych

Wysoka pozycja naszego kraju na liście państw, w których jest zapowiadany wzrost zarobków, to efekt szybkiego tempa rozwoju naszej gospodarki na tle pozostałych krajów Europy, ale także konsekwencja problemów demograficznych, które również dotyczą Polski. Chodzi tu przede wszystkim o starzenie się naszego społeczeństwa.
Powiększająca się luka kadrowa na rynku pracy widoczna w wielu branżach wpływa na wzrost wynagrodzeń. Powoli zbliżamy się do czołówki europejskich państw z minimalnym bezrobociem.
Pracownicy z wysokimi kwalifikacjami, pewni znalezienia satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy mają coraz większe wymagania dotyczące wynagrodzenia. A pracodawcy są doskonale świadomi, kto dziś dyktuje warunki na rynku pracy, dlatego nie mogą już oferować niskich pensji.
Do 2025 r. luka kadrowa w Polsce będzie się stale powiększać – możliwe, że do tego czasu konieczne będzie zatrudnienie ponad 1,5 mln osób. Takie prognozy wywierają presję na pracodawcach, którzy szukając kompetentnych i wykwalifikowanych pracowników, muszą o nich walczyć, proponując konkurencyjne warunki wynagrodzenia.
– Przez najbliższe dwie dekady wynagrodzenie w naszym kraju będzie stale rosnąć – mówi Tomasz Bienias.

Lepiej zarabiać więcej

Rozwiązaniem problemów na rynku pracy może być wzrost wynagrodzeń oraz inwestowanie w automatyzację niektórych procesów, które w niedługim czasie pomogą zastąpić pracę człowieka. Polska gospodarka ewoluuje i zmienia się. Nie tylko rynkowi giganci, ale także i mniejsze firmy w naszym kraju wdrażają najnowocześniejsze rozwiązania, by móc dalej się rozwijać i spełniać rosnące wymagania klientów.
Cyfryzacja i nowoczesne technologie wkraczają na dobre do polskich przedsiębiorstw, wyręczając człowieka, zarówno np. w kontakcie z klientem, jak i procesach produkcyjnych. Zachodzi prawdziwa rewolucja na rynku pracy. Coraz bardziej będą się na nim liczyć unikalne kompetencje i nietuzinkowe podejście do wykonywania powierzonych zadań.
Te zmiany oznaczają, że pracownicy w przyszłości będą angażowani w nowe, bardziej zaawansowane i wymagające zadania, otrzymując jednakże za swoją pracę lepsze wynagrodzenie, niż to ma miejsce obecnie.
Jest to tendencja zbliżona do panującej w rozwiniętych krajach zachodnich. Tam już dawno zauważono, że wraz z wzrostem zarobków rosną długi – ale i możliwości radzenia sobie z nimi. Dlatego, niezależnie od zadłużenia, dobrze byłoby, gdyby polskie płace wzrosły kiedyś o 140 proc.

Płaca dla każdego studenta

Teraz!

Jak co roku w marcu weryfikowana jest wysokość stypendiów na uczelniach. Tym razem mocno po kieszeniach dostali studenci UŚ, w mniejszym stopniu także doktoranci. Nagła utrata dochodu o kilkaset złotych, czasem to jest nawet 1/4 czy 1/3 czyichś miesięcznych środków utrzymania (czynsze, kredyty, raty, leki, dzieci do wykarmienia itd.). Dałem się dodać do grupy oburzonych studentów, bo może akurat jako starszy kolega mógłbym się podzielić swoimi doświadczeniami.
Zapachniało protestem, ale zapach szybko się rozszedł. Pojawił się zwyczajowy swąd.
Oskarżenia, że rząd szasta pieniędzmi na „madki” z 500+. Że czemu tu się dziwić, nie ma cudów, tabelki się muszą zgadzać. Oczywiście tabelki księgowej UŚ. Excel stypendystów jest, jak wiadomo, z gumy. Potem przyszło rozstrzygające oświadczenie samorządu studenckiego, stojącego na straży żelaznych praw ekonomii (czyt. interesów władz uczelni): „stypendia się zmniejszają w marcu, bo zawsze się wtedy zmniejszają/ są teraz niższe, bo były wyższe”. A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój. A po samorządzie kariera w rektoracie – dodajmy.
Nie piszę tego, żeby się naigrywać ze studentów-poczciwców, którym gilotyna się otwiera, ale niestety to oni lądują pod nią, bo brak im perspektywy poznawczej. A skąd by mieli ją wziąć? Żyjemy w czasach, w których to student płaci po godzinach pracodawcy za możliwość nabycia doświadczenia do CV (sic!) albo bierze kredyt na studia, który potem odpracowuje niczym niewolnik swojego wierzyciela, podczas gdy to kapitał powinien ponosić PEŁNY KOSZT kształcenia swojego przyszłego pracownika.
Tzn. student powinien się móc utrzymać z samego faktu, że studiuje, wykonuje pracę naukową. Każdy student. I tak, od takiego studenta można wtedy wymagać zaangażowania, choć jego kierunek i cele są już jego/jej dowolną sprawą.
Ale jeśli student czuje się winny, że studiuje, prawie winny, że żyje, że nie nalewa kawy, nie wklepuje faktur i nie robi bezpłatnych staży, tylko pobiera parę śmiesznych stówek z systemu szkolnictwa, w którym pełno niegospodarności, jeśli studiując nie czuje, że pracuje i nie jest nikomu nic winien, to faktycznie zostaje wzorowo dostosowany na bycie dymanym przez rynek pracy bez wazeliny, a współpraca uczelni z biznesem w dostarczaniu ledwie żywego towaru ma się doskonale.
Szacun i solidarność dla tych studentek i studentów, których horyzonty nie dały się jeszcze zawęzić do kolumny arkusza kalkulacyjnego!

Nasze miliardy

To będą najdroższe wybory w historii. Obawiając się porażki, Jarosław Kaczyński położył na stole 40 miliardów.

„Piątka Kaczyńskiego” skutecznie wyeliminowała z debaty publicznej temat dwóch wieżowców, które zamierzał zbudować w Warszawie prezes PiS-u. I o to chodziło. Zostawmy na chwilę sprawę zapowiedzianych transferów społecznych. I ich bardziej lub mniej entuzjastyczne przyjęcie przez środowiska lewicy. Skupmy się wyłącznie na pieniądzach. I jak twierdzi prawica: „prezencie Kaczyńskiego”. Czy taka hojność rządzących może mieć wpływ na miliardy naszych oszczędności? Tych osobistych. I tych będących naszym wspólnym dorobkiem.

Pół biliona

Zacznijmy od naszych prywatnych kont. Dwa tygodnie temu portal analizy.pl opublikował dane dotyczące struktury oszczędności gospodarstw domowych. Na koniec 2018 roku Polacy zgromadzili 1 448 mld złotych. Tak – półtora biliona złotych. To równowartość czteroletnich wpływów do budżetu państwa.

Te ogromne liczby mogą wprowadzać w błąd. Jedna trzecia wszystkich oszczędności to stan rachunków bieżących. Tam trafiają wypłaty wynagrodzeń, emerytur i innych świadczeń. Znaczna część środków znajdujących się na takich rachunkach przeznaczana jest na bieżące wydatki i faktycznie nie stanowi oszczędności. Druga wątpliwa pozycja, to gotówka w obiegu. Wartość banknotów i monet będących w obiegu przekracza 203 miliardy złotych. Trudno ocenić jaka część tych pieniędzy znajduje się w portmonetkach, a jaka jest oszczędnościami trzymanymi „w skarpecie”. No i na koniec oszczędności w OFE. W końcówce ubiegłego roku było tego 157 mld zł. Ale wystarczy jedno nocne posiedzenie Sejmu i podpis prezydenta by te miliardy zmieniły właściciela. Jak to się robi, pokazał już kilka lat temu rząd Donalda Tuska.

Podsumujmy pozostałe pozycje, będące z pewnością oszczędnościami Polek i Polaków. Na lokatach bankowych znajduje się około 300 miliardów złotych. Wartość środków ulokowanych w funduszach inwestycyjnych (poza OFE) wyniosła na koniec 2018 roku 134 mld zł. W akcjach spółek publicznych – 55 mld zł. W ubezpieczeniowych funduszach kapitałowych – 50 mld zł. I najmniej w obligacjach – zaledwie 20 mld zł. W sumie daje to grubo ponad pół bilona złotych, dokładnie 559 miliardów.

Ważne to je

„Ważne to je, co je moje” – śpiewał przed laty Kazimierz Grześkowiak. Te ponad pół biliona złotych (plus ewentualne oszczędności na rachunkach bieżących i „w skarpetach”) są poza zasięgiem polityków. To obywatele i obywatelki decydują, gdzie je ulokować. Kiedy i na co wydać. I na dzień dzisiejszy nasze osobiste oszczędności wydają się być bezpieczne. Chociaż…

Gospodarka, ekonomia, finanse – to system naczyń połączonych. Gdyby rządzący zaczęli mnożyć różne przedwyborcze „piątki”, może to doprowadzić do wzrostu inflacji. I w konsekwencji do spadku wartości oszczędności przez lata gromadzonych na lokatach. Gdyby na potrzeby bieżących wydatków chciano pilnie spieniężyć ponad 150 mld zł ulokowane w akcjach będących w posiadaniu Otwartych Funduszy Emerytalnych – zapaść na giełdzie byłaby nie do uniknięcia. A spadek wartości akcji na GPW i wartości jednostek funduszy inwestycyjnych – trudny do wyobrażenia.

Wenezuela. Nie – nie ma najmniejszych podobieństw z sytuacją w naszym kraju. Jeśli przywołałem ten kraj, to tylko po to, by ostrzec, że nic nie jest dane raz na zawsze. Jeszcze kilka lat temu – do roku 2013 – Wenezuela była najszybciej rozwijającym się krajem Ameryki Łacińskiej. A prezydenta Hugo Cháveza stać było na „piątki”, o których Kaczyński może tylko pomarzyć. Ostatnio media podały, że inflacja w Wenezueli zbliżyła się do dwóch milionów procent w skali roku.

Publiczne miliardy

To że politycy decydują o wydatkach budżetowych – wiemy. I potrafią robić w tym budżecie dziury – też wiemy. Ale nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że mają również bezpośredni lub pośredni wpływ na setki miliardów znajdujące się poza budżetem. To przede wszystkim rezerwy walutowe – nad którymi kontrolę sprawuje Narodowy Bank Polski. A ponadto: Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, Fundusz Rezerwy Demograficznej, Otwarte Fundusze Emerytalne. I najmłodsze dziecko Morawieckiego: Pracownicze Plany Kapitałowe. Suma pieniędzy jakimi obracają te instytucje to kwota rzędu 800 miliardów złotych.

Na początek najbogatszy. I zarazem najbiedniejszy. Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

FUS

Po budżecie państwa to największy beneficjent naszych podatków i składek. Na konta Funduszu Ubezpieczeń Społecznych rocznie wpływa niemal 200 miliardów złotych. Ale to, co otrzymujemy z ZUS jako stan naszych składek emerytalnych, to wyłącznie zapis księgowy. Bo każdego roku wydatki Funduszu są o kilkadziesiąt miliardów wyższe niż wpływy. Dziura zwykle jest łatana dotacją z budżetu państwa.

Rządzący chwalą się rewelacyjnymi wynikami FUS za ubiegły rok. To prawda, dobra koniunktura spowodowała, że wpływy z tytułu składek były wyższe od zaplanowanych. Ale „sukces” przypomina nieco anegdotę o rabinie i kozie. W ustawie budżetowej na rok 2018 zaplanowano kwotę 46,6 mld zł jako dotację dla Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Fundusz wykorzystał jedynie 35,8 mld zł z pieniędzy otrzymanych z budżetu. I właśnie dzięki tym „znalezionym” 10 miliardom uda się sfinansować tegoroczną „trzynastkę” dla emerytów i rencistów.

Ale „trzynastka” ma cieszyć emerytów tylko w roku wyborczym. W kolejnych latach dziura w budżecie FUS będzie rosła. Według średnich prognoz ZUS, w 2023 roku wyniesie 58,1 mld zł. W wariancie pesymistycznym, nawet 77,3 mld zł. Dwa razy więcej niż obecnie. I to bez wypłacania „trzynastek”.

FRD

Fundusz Rezerwy Demograficznej powstał w 2002 roku, aby gromadzić środki na dopłaty do emerytur i przyszłą pomoc ZUS-owi. Pieniądze miały być uruchomione dopiero po 2025 roku. Na rachunku powinna znajdować się kwota rzędu stu miliardów złotych. Jest: 27 mld zł.

Absolutny „dołek” Fundusz zaliczył w 2014 roku, gdy na rachunku FRD znalazło się zaledwie 14,7 mld zł. Był to skutek nieodpowiedzialności ministra Jacka Rostowskiego, który z pieniędzy przeznaczonych dla przyszłych pokoleń uczynił sobie wygodne źródełko służące zasypywaniu dziury budżetowej. W sumie w latach 2010-14 „podebrano” z FUS 16,9 mld zł.

Fakt, obecny rząd zadbał o odbudowanie zasobów Funduszu Rezerwy Demograficznej. Jednak trzeba rządzącym patrzeć na ręce. By obecna lub kolejna „piątka” Kaczyńskiego nie doprowadziła do ponownego „podkradania” pieniędzy z FRD.

OFE

Pomijam fakt ewidentnych skandali związanych z funkcjonowaniem Otwartych Funduszy Emerytalnych. Jak choćby pobieranie gigantycznych prowizji przez zarządzających funduszami. Skupmy się na pieniądzach. Połowę składek emerytów (twierdzę, że to były nasze pieniądze, nie publiczne) znacjonalizował rząd Donalda Tuska. Zamiast oszczędności, otrzymaliśmy świstek papieru z ZUS-u z zapisaną kwotą wirtualnych składek.

Drugi etap „reformy OFE” zapowiedział ponad dwa lata temu premier Mateusz Morawiecki. Wedle ówczesnych założeń, 75 proc. aktywów OFE miało trafić na prywatne konta emerytalne. Reszta byłaby de facto znacjonalizowana i przekazana do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Ale w sprawie dalszych losów OFE rządzący nabrali wody w usta.

Jedną z przyczyn odstąpienia od planów dotyczących OFE może być obawa o konsekwencje na rynku kapitałowym. Po przekazaniu 153 miliardów z OFE do ZUS w 2014 roku, w funduszu pozostały już tylko akcje – o wartości ponad 150 mld zł. Próba spieniężenia znacznej liczby tych akcji, by gotówkę przekazać na konta przyszłych emerytów, skończyłaby się totalną zapaścią giełdy.

Druga przyczyna zatrzymania reformy OFE może być bardziej prozaiczna. Rządzący doszli do wniosku, że nie warto ot tak sobie oddawać pieniędzy ubezpieczonym. Znacznie lepiej zostawić rezerwę na kolejne „piątki” Kaczyńskiego. Lub jego następcy. I kiedyś przerobić te miliardy na kiełbasę wyborczą. Niezależnie od krytycznego stosunku lewicy do OFE, pieniądze które wpłacili ubezpieczeni, są ich pieniędzmi. I żaden rząd nie musi dawać ich im w prezencie.

PPK

Zaaferowani wynagrodzeniami pań dyrektorek w NBP i niezbudowanymi przez Kaczyńskiego wieżowcami, mało interesujemy się nowym wcieleniem OFE. Pracownicze Plany Kapitałowe. Nowe OFE rozpoczęło swój żywot 1 stycznia. Warto kiedyś dokładniej przyjrzeć się pomysłowi Morawieckiego. Dzisiaj krótko. To zupełnie nowy podatek, obciążający zarówno pracownika (składka 2 proc.), jak i pracodawcę (1,5 proc.). Ma być dobrowolny. Ale jednocześnie jest tak skonstruowany, by wypisanie się z PPK jak najbardziej skomplikować.

Cel nowego podatku jest taki sam jak w przypadku OFE. By stać nas było na emeryturę spędzaną pod palmami. Lub przynajmniej pod palmą. W doniczce. Poważnie? Prawdziwy cel wprowadzenia PPK wyjawił przypadkiem były szef KNF Marek Chrzanowski w nagranej rozmowie z Leszkiem Czarneckim. Jeśli budżet będzie miał kłopoty, zawsze „dziurę” będzie można zasypać pieniędzmi z Pracowniczych Planów Kapitałowych. Nic nowego pod słońcem.

W bieżącym roku wpływy z PPK mogą sięgnąć 5 mld zł, w kolejnym – 10 mld zł. Wypada więc zgodzić się z Kaczyńskim – są pieniądze na „prezenty”. Hipokryzję rządzących ilustruje następujące wyliczenie. Zapowiedziana obniżka PIT z 18 do 17 proc. oznacza zmniejszenie podatku dochodowego o około 194 złote w skali roku dla pracownika otrzymującego płacę minimalną. W tym samym czasie składki odprowadzone przez pracownika i pracodawcę na konto PPK wyniosą netto 695 złotych.

Rezerwy walutowe

Na koniec waga ciężka. Niemal pół biliona złotych. Stan aktywów rezerwowych Polski na koniec stycznia wyniósł 98,987 mld euro. Po przeliczeniu na złotówki daje to astronomiczną kwotę 422 miliardów złotych. Odpowiadającą rocznemu budżetowi Polski. Rezerwy walutowe są ważnym elementem stabilizacji sytuacji gospodarczo-finansowej kraju. Ale czy tak wysokie rezerwy walutowe są konieczne? Zwłaszcza że poziom polskich rezerw walutowych przekracza wskaźniki uznawane przez ekonomistów jako bezpieczne. Niech o tym decydują fachowcy.

Mnie ciarki przechodzą po plecach, gdy pomyślę, że o miliardach polskich oszczędności ulokowanych w dolarach, euro i złocie może decydować najbliższy kumpel Kaczyńskiego. Pokazujący jednocześnie, jak lekką ręką jest w stanie wydawać wielkie pieniądze dla swoich zaufanych koleżanek zatrudnionych w NBP. Kierowany przez Glapińskiego bank zapewne będzie w tym roku jednym z istotnych ogniw finansujących „piątkę” Kaczyńskiego.

Pieniądze z zysku NBP nie zostały zapisane w budżecie na rok 2019. Niemniej ekonomiści spodziewają się, że w sprawozdaniu finansowym za rok 2018 Narodowy Bank Polski pokaże zysk. I zgodnie z przepisami prawa, 95 proc. tego zysku przeleje do budżetu. Będzie to prawdopodobnie kwota rzędu 4-5 mld zł. Tak potrzebna rządzącym w roku wyborczym.

Zasilanie budżetu zyskiem NBP od lat budzi kontrowersje. Bowiem lwia część zysku wynika z różnic kursowych, a nie z realnie zarobionych pieniędzy. Nominalnie bank centralny ma pełną niezależność. Ale nigdy nie możemy być w 100 procentach pewni, że na takie czy inne decyzje dotyczące inwestycji związanych z rezerwami walutowymi nie ma wpływu polityka. I przemożna chęć, aby zyski pojawiały się wtedy, gdy są rządzącym politykom najbardziej potrzebne.

Bezpieczniejszą sytuacją, moim zdaniem, byłaby pełna autonomia banku centralnego w zakresie obrotu powierzonymi aktywami – bez konieczności dzielenia się zyskiem z budżetem. Tymczasem od roku 2001 Narodowy Bank Polski przelał do budżetu w sumie 45 mld zł.

Nasze miliardy

Uff! Nie zmieściłem się na jednej stronie w wyliczance naszych – prywatnych i publicznych – miliardowych oszczędności. Ale zależało mi, abyśmy w roku wyborczym spojrzeli na politykę trochę szerzej. Gra nie toczy się o to, czy dyrektorki Glapińskiego będą zarabiały mniej? Czy Kaczyński postawi dwa wieżowce? Czy Bartłomiej M. zostanie skazany, czy wyratuje go z opresji Rydzyk?

Dobre rządy to takie, które potrafią zapewnić bezpieczeństwo tego, co udało nam się zgromadzić przez dziesięciolecia wytężonej pracy. I ten dorobek pomnażać. Cieszy mnie większa ilość pieniędzy, którą rodzice dostaną na wychowanie dzieci. Ale nie mam zaufania do Kaczyńskiego. I do jego „piątki”. Przekonania, że to część spójnego i długofalowego programu socjalnego państwa. A nie jedynie miliardy naszych pieniędzy, które mają ułatwić zwycięstwo wyborcze ich partii.

Bigos tygodniowy

„Yes, yes, yes!!! – znalazły się pieniądze! Aż 40 miliardów! A jednak dali radę! A byli tacy naiwni, co to mówili, że PiS nie ma już nic do rozdawania. Tymczasem władza złożyła publicznie hojną przedwyborczą propozycję korupcyjną. Wyjątkowo bezczelna kiełbasa wyborcza, bo przecież przez minione trzy lata rządzący nie chcieli wprowadzenia tego świadczenia na pierwsze dziecko. A teraz jest nawet na trzynastkę dla emerytów i PIT plus dla młodych! Pomijając już to, że pachnie to Grecją, całkowicie zrozumiałe jest oburzenie protestujących przed rokiem niepełnosprawnych, a także nauczycieli, pielęgniarek i innych pracowników budżetówki, którym rząd odmawia znacznie mniejszych pieniędzy na świadczenia podwyżki.

Gdański pomnik księdza Henryka Jankowskiego był przez kilka dni wańką-wstańką. Jednej nocy aktywiści ulicznej opozycji: Rafał Suszek, Konrad Korzeniowski i Michał Wojcieszczuk obalili tego solidarnościowego bałwana, innej – „stoczniowcy” Karola Guzikiewicza postawili go z powrotem. Opozycyjnym aktywistom przynajmniej na krotko udało się pomnik pedofila obalić, ale już władze miasta nie zapobiegły jego przywróceniu. A wystarczyło postawić tam oddział strażników miejskich, by zapobiec samowoli budowlanej. Jedno jest pewne – na tym skwerze spokoju nie będzie. Pomnik jest teraz na okrągło pilnowany nie tylko przez policję i „stoczniowców”, ale też ze specjalnie wynajętego, pobliskiego mieszkania. Wolter mówił o TYM: „Zgnieść tę ohydę”.

Swoją drogą patrzcie, jak prawactwo gorliwie i walecznie dba o swoje tradycje! A kiedy ja zwracałem się do prominentnych przedstawicieli lewicy z sugestią, by powrócić do zarzuconej przed laty idei wystawienia pomnika Kazimierza Łyszczyńskiego, którego Kościół kazał spalić na stosie za ateizm (dobry król Jan III Sobieski zamienił to na ścięcie mieczem), to patrzyli na mnie jak na zielonego kota i ledwo hamowali się przed ziewaniem. I potem niektórzy się dziwią, że kler i prawica wygrywają z lewicą i innymi wolności owcami w przestrzeni publicznej, a potem w wyborach…

Prezentacja „jedynek” i „dwójek” na listach PiS do Parlamentu Europejskiego na chwilę zrównała się medialnie z aferą Srebrnej i nowym konfliktem polsko-izraelskim. Opozycja mówi o „ewakuacji” ważnych postaci PiS do Brukseli przed przewidywaną porażką w jesiennych wyborach krajowych. Być może jest coś na rzeczy, ale od siebie dodałbym jeszcze inną prawdopodobną motywację Kaczyńskiego. Chce on mieć w Brukseli ekipę gwarantującą bezwzględne posłuszeństwo rozkazom, wiernopoddańczą. Gdyby chciał ekipy wartościowej merytorycznie i intelektualnie, znalazłby kilku takich ludzi. Natomiast o jakimkolwiek formacie intelektualnym Beaty Mazurek, Beaty Szydło, Beaty Kempy, Elżbiety Kruk, Jadwigi Wiśniewskiej, Joanny Kopcińskiej Joachima Brudzińskiego i kilkorga innych trudno mówić. Poza tym prezes boi się tych wyborów, więc postawił na osoby bardzo dobrze identyfikowalne przez elektorat.

Ruszyły przygotowania do absurdalnego przekopu Mierzei Wiślanej czyli pisowskiego „biełomorkanału”. Kanału raczej nie będzie, ale kolejną połać lasu czyli naturalnych płuc w naszym zatrutym kraju już wycięto. Wszystko tylko po to, żeby okazać niechęć Rosji, bo żadnego – realnego – stojącego za tym argumentu ekonomicznego nie ma. Bywam co roku na Mierzei Wiślanej, w Kątach Rybackich i wiem jak niekomfortowe i także niebezpieczne jest przemieszczanie się wąskim chodnikiem wzdłuż tamtejszego, zatłoczonego, głównego traktu drogowego wzdłuż cyplu, od Gdańska po Krynicę Morską. Już sobie wyobrażam, co mogę tam zastać w najbliższe wakacje, kiedy ruszą ciężarówki.

Nawykowe myślenie z odległej przeszłości, że związek „Solidarność” z towarzyszem Alfredem Bujarą, to jakaś szeroki pas transmisyjny do mas pracowniczych, popchnęło PiS do ustawy o zakazie handlu w niedziele. Wygląda jednak na to, że masom kupującym miast i wsi ten pomysł się nie podoba, bo tylko 19 procent akceptuje całkowity zakaz, a aż 36 procent chce handlu nieskrępowanego. Władza wycofa się więc z tego rakiem, co już zasygnalizował Młody Morawiecki. Na początek najprawdopodobniej wprowadzą model pół na pół, czyli dwie niedziele handlowe i dwie niehandlowe. A wprowadzą to na krótko przed wyborami, żeby wzbudzić świeżą wdzięczność mas kupujących miast i wsi. Wdzięczność dla władzy za to, że wsłuchuje się w głos mas kupujących, które liczbowo przekraczają przecież liczbę mas pracujących miast i wsi.

Prawactwo zawyło, bo przywrócono poprzednich patronów ulic warszawskich, a zluzowano patronów prawackich. Oni mogą oczywiście starać się o nadawanie ulicom i placom imion swoich idoli, ale pod warunkiem, że nie w miejsce dotychczasowych, niemiłych im patronów, n.p. lewicowych. Niech prawactwo znajdzie poletko dla swoich patronów, a nie pcha się miejsca już zajęte. Nie jest ono wyłącznym właścicielem przestrzeni publicznej i symbolicznej w Polsce.

Prawactwo zawyło też z powodu zapowiedzi wprowadzenia do szkół warszawskich programu ochrony uczniów LGBT. Krzyczą że to homopropaganda za pieniądze katolików-podatników. A religia w szkole to nie jest krzewiona za moje i nie tylko moje podatki propaganda religijnej nieprawdy i chwały Kościoła, organizacji pasożytniczej?

Prawactwo zawyło też z powodu nieudostępnienia przez władze Wrocławia zwyczajowego miejsca na obchody wyjątkowo odstręczającego i haniebnego kultu tzw. „żołnierzy wyklętych”, których wolę nazywać bandytami przeklętymi.

Pojawił się pierwszy od lat sondaż, w którym PiS nie ma prowadzenia. Według badania IBRIS Koalicja Europejska ma poparcie 38 procent do 34 procent dla PiS. Warto pamiętać, że IBRIS stoi na czele pracowni prezentującej wyniki badań o najwyższej trafności przewidywania. N.p. przewidzieli zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego w pierwszej turze wyborów prezydenta Warszawy, podczas, gdy inne pracownie wskazywały, że Jaki Taki wejdzie do drugiej tury. Brawo SLD! To była dobra decyzja.

Opanowane przez pisiorów Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich Krzysztofa Skowrońskiego wysunęło Cezarego Łazarewicza na kandydata do tytułu „Dziennikarskiej Hieny Roku”. Dziennikarz podał przeciw SDP sprawę do sądu o zniesławienie. Informuję, że ja zgłosiłem kandydaturę Adriana Klarenbacha z TVPiS, choć stałą konkurencją jest dla niego zespół „Wiadomości” TVPiS. Moja kandydatura nie miała jednak najmniejszych szans, bo pisiorstwo i prawactwo jest w SDP rozwielmożnione bez żadnych hamulców.

Pani minister zwiewa

Zanim Anna Zalewska uda się na zasłużony odpoczynek do europarlamentu, warto skorzystać z niedawnej oferty rządowej dla nauczycieli. Mają oni dostać podwyżki w formie nagród za odstrzelenie dzika.

Nastąpił nieoczekiwany zwrot w negocjacjach nauczycieli z minister edukacji Anną Zalewską.
Jak informuje ASZdziennik, zgodzono się na proponowane przez Związek Nauczycielstwa Polskiego 1000 złotych podwyżki, ale strona rządowa postawiła swoje warunki. Pieniądze będą wypłacone jako nagroda za odstrzelenie dzika.
Minister Zalewska za przykład podała nam asystentkę prezesa NBP – przyznaje pani Dagmara, polonistka z Białegostoku. – Podobno „aniołek prezesa” osobiście co miesiąc przynosi do skupu dziczyzny po 100 dorodnych odyńców i 150 loch, za co związki łowieckie płacą jej po 65 tysięcy złotych.
Propozycja Ministerstwa Edukacji Narodowej zakłada, że nauczyciel stażysta będzie mógł odstrzelić do dwóch odyńców i jednej lochy miesięcznie, za co ma otrzymać nawet 1250 złotych dodatku do pensji.
– Limity będą rosły wraz z awansem zawodowym – podkreśla Anna Zalewska. – I tak nauczyciel kontraktowy może liczyć na 3 trzy odyńce i dwie lochy, dla nauczycieli dyplomowanych limity zwierzyny nie będą obowiązywać, sezon łowiecki trwał będzie cały rok, a dyrektorzy szkół raz do roku będą mogli ustrzelić żubra.
Polowania mogą odbywać się w ramach zajęć pozalekcyjnych. Zdaniem resortu, w czasie nagonki dzieci rozwiną kulturę fizyczną, a pokot i liczenie ubitej zwierzyny to doskonała okazja do utrwalenia sobie tabliczki mnożenia.
– Nauczyciele dostaną dodatek motywacyjny na wabiki zapachowe oraz nagrody jubileuszowe za co setnego ustrzelonego odyńca – obiecuje MEN. – Szczególną szansę na rozwój zawodowy upatrujemy tu dla polonistów, którzy wreszcie będą mogli wiarygodnie zinterpretować scenę polowania w „Panu Tadeuszu”.
Anna Zalewska przypomina, że broń i naboje nauczyciele powinni kupić sobie sami. Tak jak i inne pomoce szkolne i naukowe.
Pojawiają się niekiedy opinie, że propozycja MEN będzie obowiązywać tylko do chwili, gdy minister Anna Zalewska nie zostanie posłem do Parlamentu Europejskiego. Są to jednak nieuzasadnione obawy.
Pani minister realizuje zadania o tak wiekopomnym znaczeniu dla polskiej oświaty, iż wyborcy z pewnością nie zgodzą się na to, by ktokolwiek spróbował przerwać tę wielką misję – i swymi głosami umożliwią jej dalszą pracę w kraju dla dobra polskiej młodzieży.

Wciąż nie chcą płacić

Nie pomagają różne metody, wymyślane przez nasze państwo przeciwko niesolidnym alimenciarzom. Trzeba na własną rękę walczyć z nimi o należne pieniądze.

 

Przypadki, gdy były partner uchyla się od obowiązku alimentacyjnego, nie są rzadkie. Według danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, skala problemu wzrosła w ciągu pierwszego półrocza 2018 r. Łączne zaległości w płaceniu alimentów na dzieci wynoszą blisko 11,9 mld zł i dotyczą prawie 319 tys. osób. Średnio na jednego dłużnika alimentacyjnego przypada ponad 37 tys. zł zaległości. Nie oznacza to jednak, że odzyskanie przyznanych przez sąd pieniędzy jest zupełnie niemożliwe.
Jak podaje Stowarzyszenie „Alimenty to nie prezenty”, problem zaległych alimentów dotyka w Polsce ponad 1 mln dzieci. Gdy zobowiązany rodzic nie płaci, ciężar utrzymania rodziny spoczywa na jednej osobie. Nawet miesiąc opóźnienia lub braku płatności może oznaczać początek problemów finansowych dla rodzica, który sprawuje realną opiekę nad dzieckiem.
Pierwszym z kroków, jakie należy podjąć w takiej sytuacji, jest próba polubownego rozwiązania sprawy.
– Przedstawmy byłemu mężowi lub żonie, na jak wysoką sumę zalega i wyznaczmy nowy termin na przekazanie środków. Niestety, zdarza się, że po rozwodzie mamy utrudniony kontakt z eks-partnerem. Wtedy o pomoc możemy poprosić firmę windykacyjną. Jest to wskazane, jeżeli drugi rodzic unika wszelkiego kontaktu. Firma windykacyjna podejmie się za nas mediacji z dłużnikiem alimentacyjnym – mówi radca prawny Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Jeśli mimo to były partner nie płaci alimentów przez dłuższy okres i unika polubownych rozwiązań, pozostaje nam oddanie sprawy do sądu i skorzystanie z pomocy komornika. Decyzja sądu, czyli wydany tytuł wykonawczy oraz sporządzony wniosek są podstawą do wszczęcia przez komornika egzekucji z majątku dłużnika. Komornik podejmuje wtedy działania, które mają na celu odzyskanie należności, zajmując np. do 60 proc. wynagrodzenia niepłacącego rodzica, z której pokrywane są roszczenia.
–W przypadku alimenciarzy posiadających legalne zatrudnienie, możliwe jest także złożenie bezpośrednio u pracodawcy wniosku o potrącenie wierzytelności alimentacyjnych zgodnie z tytułem wykonawczym. Wówczas pracodawca potrąca z pensji dłużnika zasądzoną kwotę i wypłaca ją osobie, która ma ustalone prawo do alimentów – dodaje radca Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Mając prawomocny wyrok sądu, nakazujący wypłacenie zaległych alimentów, można wpisać dłużnika do Krajowego Rejestru Długów. Osoba na takiej liście staje się niewiarygodnym kredytobiorcą w oczach banku i to będzie mieć nie tylko problem z zaciągnięciem kredytu, ale nawet z zakupami na raty. Gdy egzekucja komornicza jest bezskuteczna, można starać się o świadczenie alimentacyjne. Prawo do niego ma jednak wąska grupa rodziców, którzy znajdują się w szczególnej trudnej sytuacji finansowej (dochód na jednego członka rodziny nieprzekraczający 725 zł).

Komisja weryfikacyjna potknęła się o Żoliborz

Tempo naprawiania krzywd reprywatyzacyjnych w Warszawie będzie zależeć od tego, kto zostanie prezydentem stolicy – i jak przypilnuje go samorząd.

 

Wybory samorządowe już za chwilę, a ja mam nadzieję, że w Warszawie nie zwycięży w nich Patryk Jaki.
Trochę obawiam się bowiem, że może spełnić swoją zapowiedź – i podjąć próbę rozwiązania tzw. komisji do spraw usuwania skutków prawnych decyzji reprywatyzacyjnych dotyczących nieruchomości warszawskich, wydanych z naruszeniem prawa (czyli komisji weryfikacyjnej).
Oczywiście możliwe, że to tylko zwykła lipa, typowa dla polskich pożal się Boże „polityków” – czyli zapowiedź o której zapominają od razu po wyborach.
Możliwe też jednak, że słowa o rozwiązaniu komisji weryfikacyjnej będą tak często przypominane Patrykowi Jakiemu (zakładając, że wygra w Warszawie), iż uzna on, że należy jednak z nią skończyć. I zabierze się za jej kończenie całkiem chętnie, bo w końcu Murzyn zrobił swoje, doprowadził go do prezydentury stolicy, więc nie ma sensu, by teraz kto inny się promował dzięki tej komisji.

 

Urząd miasta niczego nie przejmie

Ściśle biorąc, kandydat PiS na prezydenta oświadczył, że jeśli wygra to komisja weryfikacyjna zostanie rozwiązana, a jej kompetencje przejmie urząd miasta stołecznego Warszawy.
W tej zapowiedzi Patryka Jakiego było wiele bufonady, bo nie on powołał komisję do badania warszawskiej reprywatyzacji, tylko parlament (Sejm i Senat), przyjmując stosowną ustawę – i parlament może ją zlikwidować. A nie wiceminister sprawiedliwości (którym Patryk Jaki zresztą przestanie być, jeśli zostanie prezydentem stolicy). Dlatego na początku tego artykułu napisałem, iż może on „podjąć próbę rozwiązania komisji”, a nie, że ją „rozwiąże”.
Ważniejsze od bufonady jest jednak to, iż „zapowiedź likwidacyjna” Jakiego jest tylko częściowo prawdziwa.
To znaczy, możliwe, że po swym ewentualnym zwycięstwie w wyborach Patryk Jaki zechce doprowadzić do wstrzymania bądź osłabienia aktywności komisji weryfikacyjnej. Niewykluczone, że to mu się uda. Niemożliwe jest natomiast to, że jej kompetencje przejmie urząd m.st. Warszawy.
Komisja weryfikacyjna do spraw stołecznej reprywatyzacji ma specjalne uprawnienia władcze. Może nakazywać sądom dokonywanie zmian w księgach wieczystych, samodzielnie odbierać własność i przenosić ją na inne podmioty, wzywać na przesłuchania i karać za niestawiennictwo, oceniać, co jest zgodne z prawem, a co nie.
Tak szerokiego zestawu uprawnień nie ma i mieć nie będzie prezydent stolicy, ani jakiegokolwiek innego polskiego miasta. Urząd m.st. Warszawy nie może więc w żaden sposób przejąć kompetencji komisji weryfikacyjnej. Patryk Jaki doskonale o tym wie, więc tak tylko mówi, żeby mówić.

 

Grzęźnięcie w papierach

Jeżeli Jaki zostanie prezydentem stolicy, to komisja weryfikacyjna najprawdopodobniej zwolni swe prace niemal do zera – ale urząd m.st. Warszawy bynajmniej nie zacznie kontrolować stołecznej reprywatyzacji i nie będzie wydawać decyzji, odbierających nieuczciwie zwrócone nieruchomości. Naprawianie krzywd reprywatyzacyjnych utknie w urzędniczych gabinetach pod zalewem papierów.
Można przypuścić, że o to właśnie będzie chodzić – bo zbyt dokładne wgłębianie się w rozstrzygnięcia reprywatyzacyjne musiałoby doprowadzić do wykrycia wątpliwych decyzji, podejmowanych w czasie, gdy to ekipa z Prawa i Sprawiedliwości rządziła stolicą. A przecież trudno przypuścić, by PiS chciał uderzać w „swoich”.
Oczywiście, tak samo może się stać, jeśli prezydentem zostanie Trzaskowski – tyle, że wtedy komisja weryfikacyjna będzie nadal działać, razem z jej obecnym szefem. I to dość aktywnie, bo Jaki zechce za wszelką cenę dowieść, że Trzaskowski też był umoczony w reprywatyzację.

 

Żoliborskie oddawanie

Niestety, już dziś można odnieść wrażenie, iż komisja weryfikacyjna pobłażliwie traktuje tych „swoich” .
Przykład tego widzieliśmy przy badaniu reprywatyzacji żoliborskiej kamienicy przy ul. Lutosławskiego 9.
Kamienica została zrujnowana podczas II wojny światowej i odbudowana ze środków publicznych. Urząd m.st. Warszawy zwrócił ją w ramach reprywatyzacji w 2013 r. Wtedy zaczęła się gehenna lokatorów.
Na posiedzeniu komisji weryfikacyjnej w lutym tego roku świadkowie mówili o poniżaniu, wyzwiskach, zastraszaniu, pobiciach, ciągłym kontrolowaniu, wyrzucaniu ich rzeczy przez okna. Trzy osoby zostały bezdomne, jeden z byłych lokatorów zmarł na ulicy z wychłodzenia.
Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji komisja weryfikacyjna ds. reprywatyzacji podejmie jedynie słuszną decyzję – i uchyli reprywatyzację oraz przekaże z powrotem budynek do zasobu miasta, co wielokrotnie czyniła w mniej drastycznych przypadkach. Tak się jednak nie stało.
Rzecz w tym, iż w obronie nowych właścicieli kamienicy przy Lutosławskiego 9 zabrała głos wpływowa poseł Prawa i Sprawiedliwości Krystyna Pawłowicz.
Napisała do szefa komisji weryfikacyjnej Patryka Jakiego, iż ma nadzieję, że nie pozwoli on wykorzystać komisji do „prywatnej zemsty lokatorów” na właścicielach kamienicy – i zadba, by komisja nie służyła do innych celów, niż te, dla których ją powołano.
Upomnienie ze strony pani poseł natychmiast podziałało. Komisja weryfikacyjna najpierw odłożyła sprawę, a w lipcu uchyliła decyzję o reprywatyzacji kamienicy przy Lutosławskiego 9.
Nie orzekła jednak, jak w przypadkach innych nieruchomości, że żoliborska kamienica znowu staje się własnością stolicy – lecz że jedynie wraca tymczasowo w zarząd miasta. Prezydent Warszawy jeszcze raz ma zaś rozpatrzyć sprawę jej zwrotu.
Jak widać, akurat w tym przypadku komisja weryfikacyjna wykazała duże zaufanie do rzetelności decyzji zwrotowej prezydent Hanny Gronkiewicz Waltz. Wygląda więc na to, że obecni właściciele kamienicy przy Lutosławskiego 9 mogą spać spokojnie.

 

Trzeba jeszcze wielu lat

Najważniejszy problem z komisją weryfikacyjną jest jednak taki, że dotychczas jeszcze niczego nie załatwiła ona ostatecznie.
Owszem, komisja podjęła decyzje dotyczące zwrotu kilkunastu nieruchomości. Są one jednak sukcesywnie zaskarżane do sądu administracyjnego. Postępowania przed nimi wciąż trwają.
Taktyka „łowców kamienic”, którym władze Warszawy oddawały nieruchomości, polega na tym, że najpierw składają wnioski o ponowne rozpatrzenie sprawy przez komisję weryfikacyjną. Gdy to nastąpi i komisja, tak jak się działo dotychczas (z wyjątkiem kamienicy przy ul. Lutosławskiego 9), podtrzyma orzeczenie cofające reprywatyzację, wnoszą oni skargę do sądu administracyjnego.
Postępowanie sądowe może w takich przypadkach potrwać i parę lat. Dopóki nie ma zaś prawomocnego wyroku sądu administracyjnego, niemożliwe jest dokonanie wpisu do księgi wieczystej, zmieniającego prawo użytkowania wieczystego ustanowione wcześniej na rzecz „łowców kamienic”.
Komisja weryfikacyjna może wprawdzie nakazywać sądom niezwłoczne wpisywanie do ksiąg wieczystych zakazów sprzedaży oraz informacji o prowadzonym przez nią postępowaniu – nie może jednak zastępować sądów w wpisywaniu do ksiąg wieczystych praw majątkowych.

 

Pieniądze, których nie ma

Teoretycznie, szybszy skutek mogłoby przynieść nakazywanie zwrotu pieniędzy, uzyskiwanych ze sprzedaży niesłusznie oddawanych kamienic. Komisja weryfikacyjna wydaje także takie decyzje.
Patryk Jaki już pochwalił się tym, że Andrzej Waltz, mąż prezydent stolicy, oznajmił, że zwróci 5 mln zł otrzymane z tytułu sprzedaży udziałów w zreprywatyzowanym budynku. Marian Robełek, inny beneficjent nieszczęsnej stołecznej reprywatyzacji, oddał zaś 6,5 mln zł.
W rzeczywistości jednak, tych pieniędzy wcale nie ma. Andrzej Waltz rzeczywiście zwrócił, wprawdzie nie 5, ale (wraz z córką) ok. 2,1 mln zł. Robełek przelał zaś wspomniane 6,5 mln zł. Tyle, że to nie jest zwrot, ale przekazanie w depozyt.
I Robełek, i Waltz, musieli przelać te pieniądze, bo tak nakazują przepisy regulujące działalność komisji weryfikacyjnej. Decyzje komisji mają bowiem rygor natychmiastowej wykonalności i choć można się od nich odwołać, stanowią podstawę wszczęcia egzekucji. Gdyby więc tego nie zrobili, kasę zabrałby komornik. Mają oni jednak prawo zaskarżyć do sądu administracyjnego decyzję komisji nakazującą im zwrot pieniędzy. I oczywiście to zrobili.
Do czasu wydania prawomocnego wyroku przez sąd administracyjny, pieniądze są więc jedynie w depozycie. Jeśli okaże się, że decyzja komisji była niesłuszna, Robełek i Waltz odzyskają te miliony wraz z odsetkami.
Dotychczas działania komisji weryfikacyjnej nie zaowocowały więc żadnymi ostatecznymi rezultatami. Na pewno jednak funkcjonowanie komisji już przynosi pożytek lokatorom zreprywatyzowanych budynków.
Decyzje, uchylające użytkowanie wieczyste kamienicznikom, powodują, że ludziom, którzy nie dali się dotychczas przegonić z mieszkań, nie grożą już eksmisje i komornicy egzekwujący długi z tytułu wyśrubowanych czynszów. Mogą też liczyć, że te czynsze spadną.

 

Samorząd się nie popisuje

Przykro to stwierdzić, ale obecne władze Warszawy dość opornie biorą się za naprawianie skutków rabunkowej reprywatyzacji. W praktyce, lokatorzy sami, od razu po decyzjach komisji, zanim zapadną prawomocne wyroki, zaczynają płacić czynsze takie, jak przed podwyżkami narzuconymi przez kamieniczników.
Nie zawsze jednak mają komu płacić, bo urząd m.st. Warszawy, czekając na ostateczne rozstrzygnięcia losów nieruchomości, z dużym opóźnieniem, jeżeli w ogóle, zakłada rachunki bankowe przeznaczone na czynsze z odzyskanych kamienic. Ślamazarnie idzie też ponowne przejmowanie kamienic w zarząd miasta.
Duża w tym wina Rady Warszawy, która w swej większości niespecjalnie przykłada się do odwracania skutków reprywatyzacji, uważając, że jest bardzo wiele ważniejszych zadań. I to się nie zmieni, dopóki ze stołecznego samorządu nie zostaną wyeliminowani ewidentni hamulcowi naprawiania krzywd.

 

Fot. Kamienica przy ul. Lutosławskiego 9 na Żoliborzu stała się twardym orzechem do zgryzienia dla komisji naprawiającej warszawskie krzywdy reprywatyzacyjne.

Pieniądze albo przyjaźń?

Pożyczać od kogoś można i czasem warto. Pożyczać komuś? – tylko w ostateczności i z wszelkimi zabezpieczeniami. Brzmi to cynicznie ale taka jest prawda.

 

Dobry zwyczaj – nie pożyczaj. Tę przestrogę słyszał chyba każdy w życiu. Powszechnie uważa się, że pieniądze mogą być nie tylko źródłem problemów w związku, ale również mogą przyczynić się do końca przyjaźni. Ma to miejsce głównie wtedy, gdy bliska osoba, której pomogliśmy finansowo, zaczyna nas unikać i nie spieszy się ze zwrotem długu.
Czy to oznacza, że powinniśmy odmówić przyjacielowi pożyczki, kiedy jest w potrzebie? Niekoniecznie. Dlatego warto wiedzieć, jak pożyczać pieniądze znajomym i rodzinie, żeby nie żałować (mowa tu o znajomych i rodzinie, bo osobom słabo znanym w ogóle nie należy pożyczać ani grosza).

 

Trzeba móc udowodnić

Najważniejszą kwestią, o której należy pamiętać udzielając przyjacielowi pożyczki, jest zadbanie o potwierdzenie, że taka pomoc finansowa z naszej strony w ogóle miała miejsce.
W razie konieczności dochodzenia swoich praw i wymuszenia na znajomym zwrotu pożyczki, zadbanie o tę formalność znacznie ułatwi sprawę. Tak więc, jeżeli chcemy pomóc bliskiej osobie w potrzebie, nie decydujemy się na przekazanie gotówki „do ręki”, a na przelew bankowy. W ten sposób uzyskujemy potwierdzenie, że pożyczka została udzielona.
Jeszcze bezpieczniejszym rozwiązaniem jest spisanie umowy, pod którą podpisze się pożyczkobiorca i tym samym potwierdzi otrzymanie pieniędzy. Zawrzyjmy w niej takie niezbędne informacje, jak: kwota pożyczki, data udzielenia wsparcia oraz ta, do której znajomy zobowiązuje się zwrócić dług. Zgodnie z kodeksem cywilnym (art. 720), umowa może być także udokumentowana w innej formie. Może być potwierdzona np.: mailem, sms’em albo nagraniem rozmowy zawierającej uzgodnienia stron – radzi Agnieszka Chechelska-Wrześniak, radca prawny z kancelarii Intrum Król & Wspólnicy.

 

Nie warto „na gębę”

Należy również pamiętać, że zgodnie z polskim prawem, dopuszczalne jest zawierane umów także w formie ustnej, które są tak samo wiążące, jak te zawierane drogą pisemną.
W przypadku pożyczania pieniędzy, zawieranie umowy „na słowo” nie jest jednak dobrym rozwiązaniem, ponieważ na tej podstawie, będzie nam zdecydowanie trudniej dochodzić swoich roszczeń. Ale i w takim przypadku odzyskanie pieniędzy jest możliwe.
– Wszystko zależy od tego, jaką sumę pożyczyliśmy. Jeżeli było to mniej niż 1000 zł, dowodem udzielenia wsparcia będzie przelew bankowy (jeżeli przekazanie pieniędzy odbyło się na konto), ale również zeznania świadków. Warto jednak wiedzieć, że zgodnie z kodeksem cywilnym (art. 720 § 2), gdy wysokość pożyczki przekracza wspomnianą kwotę, powinniśmy sporządzić stosowną umowę cywilnoprawną. Tego zapisu nie powinniśmy traktować jako obowiązku, ale jako zalecenie. Jednak pamiętajmy, że gdy nie dopełnimy tej formalności i nie postaramy się o sporządzenie umowy, mamy mniejsze możliwości na odzyskanie pieniędzy od nieuczciwego znajomego – podpowiada Agnieszka Chechelska-Wrześniak.

 

Trzeba się zabezpieczać

W przypadku, gdy chcemy komuś pożyczyć dużą sumę pieniędzy, warto dodatkowo wybrać jeden ze sposobów zabezpieczenia spłaty pożyczki. Decydując się na takie rozwiązanie, zwiększamy prawdopodobieństwo, że przyjaciel nie będzie unikał spłaty zobowiązania, bo w przeciwnym razie, będzie musiał liczyć się z poważniejszymi konsekwencjami, niż w przypadku podpisania „zwykłego” oświadczenia, w którym deklaruje zwrot pożyczonej kwoty. Jak to działa w praktyce?
Jedną z popularniejszych form zabezpieczenia, jest poręczenie pożyczki. Jeżeli pożyczkobiorca będzie uchylał się od zwrotu należności, ten obowiązek spadnie na żyranta, czyli osobę, która poręcza spłatę długu. Niełatwo jednak kogoś takiego znaleźć, bo przecież żyrant doskonale wie, że w każdej chwili może zostać obciążony poręczonym długiem. Poza ty,m, wybierając to rozwiązanie, warto upewnić się, że sytuacja finansowa poręczyciela pozwoli mu na ewentualny zwrot pieniędzy.
Znajomy lub bliska osoba, której pożyczamy pieniądze, może również zgodzić się na dobrowolne poddanie się egzekucji długu, czyli na odgórne dochodzenie spłaty pożyczki przez komornika. A co ważne – bez konieczności wszczynania postępowania sądowego.
– Pożyczając pieniądze z takim zabezpieczeniem, pożyczkobiorca zgadza się ponieść konsekwencje niespłacenia długu w terminie, co oznacza przeprowadzenie egzekucji z jego majątku. Zastosowanie tego sposobu zabezpieczenia spłaty pożyczki wymaga sporządzenia odpowiedniego aktu notarialnego, który będzie informował o obowiązku zapłaty określonej sumy pieniędzy lub wydania rzeczy o wartości równej pożyczonej kwocie – wyjaśnia Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Osoba, której pożyczamy pieniądze, może również podpisać weksel, który zobowiąże ją do spłaty kwoty o wysokości w nim wymienionym. Znaczenie weksla jako formy zabezpieczenia dodatkowo wzrasta, gdy zostaje poręczony przez osobę trzecią.

 

Koniec z przyjaźnią

Jeżeli pożyczkobiorca nie wywiąże się ze spłaty, weksel, jak i pozostałe wymienione sposoby zabezpieczenia spłaty pożyczki, mogą pełnić rolę dowodu w postępowaniu sądowym.
A to się zdarza, bo zadbanie o pisemne potwierdzenie udzielenia pożyczki i wdrożenie formalnych środków zabezpieczenia jej spłaty, niestety mogą nie uchronić nas przed nieuczciwym znajomym, który zwleka z oddaniem pieniędzy i co więcej – unika wszelakich kontaktów i polubownych próśb o zwrot należności.
Co wtedy nam pozostaje? Jeżeli skorzystaliśmy ze wszystkich ugodowych sposobów wpłynięcia na pożyczkobiorcę i to nie przyniosło efektów, jesteśmy zmuszeni oddać sprawę do sądu.
– W kancelarii prawnej otrzymamy pomoc w przygotowaniu wezwania do zapłaty, kierowanego do osoby, której udzieliliśmy pożyczki, domagającego się natychmiastowego zwrotu pieniędzy. Taka korespondencja powinna być przesyłana listem poleconym z potwierdzeniem odbioru. Jest ono dowodem dla sądu, że wierzyciel najpierw starał się polubownie rozwiązać spór. Treść takiego wezwania jest dowolna, jednak na pewno należy zawrzeć w nim informacje o terminie zwrotu, wysokości udzielonej pożyczki, a przede wszystkim pouczenie, że po upływie wskazanej daty, sprawa zostanie skierowana do sądu, co spowoduje naliczenie dodatkowych kosztów, które ponieść będzie musiał pożyczkobiorca. Jeżeli wezwanie nie odniesie zamierzonego rezultatu, pożyczkobiorca otrzyma następne pismo o podobnej treści już z sądu – dodaje Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Oddanie sprawy do sądu zdecydowanie zwiększa nasze szanse na odzyskanie pieniędzy. Jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli i przedstawimy dowody na to, że pożyczka miała miejsce, sąd zapewne nakaże pożyczkobiorcy zwrot należności wraz z odsetkami. Wydany przez sąd tytuł wykonawczy może być także podstawą do wszczęcia egzekucji z majątku dłużnika. Takie rozstrzygnięcie będzie oznaczać koniec przyjaźni lub znajomości, ale może być jedynym sposobem na to, by odzyskać pożyczone pieniądze.

Memento dla wszystkich

Przed zbliżającymi się, pozbawionymi niezbędnej głębszej refleksji, obchodami 100-lecia niepodległości należy wiedzieć, że jesteśmy na najlepszej drodze ku kolejnej jej stracie.

 

W początkowych latach III Rzeczpospolitej, w jednym z pierwszych numerów „Nie” Jerzy Urban pisał – oceniając ówczesną politykę – że nowi włodarze naszego kraju doprowadzą do sytuacji, w której powtórzy się tragiczna historia, a podzielona Polska znajdzie się pod protektoratem obcych. Wtedy, pomimo krytycznego oglądu postsolidarnościowej władzy, i mnie, i zapewne innym czytelnikom, powyższa prognoza wydawała się co najmniej przesadzona, i traktowałem ją tylko jako bardzo mocny, protestacyjny głos publicysty. Samospełniającym się proroctwem, w myśl niektórych socjologów, ta wizja niewątpliwie nie była, ale jednak…

 

W swoim czasie

szczekaliśmy na siebie, jak to lapidarnie określił, podczas naszego spotkania, prof. Andrzej Romanowski. Dziś każdą jego prasową wypowiedź, podobnie jak Bronisława Łagowskiego i Ludwika Stommy, czytam z wielkim zainteresowaniem, bowiem przynoszą nie tylko myśli poparte głęboką wiedzą i żelazną logiką, ale także wyrażają, tak rzadko okazywaną wśród polskich intelektualnych elit, odwagę w nazywaniu po imieniu rzeczy oczywistych.
Na przykład – warto przypomnieć – Andrzej Romanowski uważa, że „wszelka sensowna dyskusja… musi zacząć się od przyjęcia tezy o historycznej zasłudze polskich komunistów. Bo tylko oni – namiestnicy Stalina – mogli zbudować powojenne państwo polskie”.
Opublikowany w ostatnim sobotnio-niedzielnym magazynie „Gazety Wyborczej” esej Profesora pt. „Jak zepsuliśmy polski zegarek” powinien być powszechnie czytany, przede wszystkim na zapełnionych sejmowych i senackich salach oraz w siedzibach wszystkich polskich partii i ugrupowań politycznych. Niestety nie można liczyć na Kościół katolicki, którego cele – pisze Romanowski – niekoniecznie są zbieżne z polską racją stanu. No i także na beneficjentów różnych 500+,300+ oraz wszystkich innych+, i tych pozostałych, którym takie rozważania przeszkadzają w konsumpcji piwka.

 

Pierwsza konstatacja

prezentowanego tekstu dotyczy współczesności: „Bo czegoś takiego jak III Rzeczpospolita nigdy nie zaznaliśmy. Państwo przedrozbiorowe miało granice wschodnie dość płynne, a było niemal wyłącznie domeną szlachty. Państwo międzywojenne po rozstroju sejmowładztwa prowadziło dyktaturę. Obie te Rzeczpospolite padły łupem sąsiadów. Państwo powojenne, noszące od 1952 r. nazwę Polska Rzeczpospolita Ludowa, nie stało się przedmiotem obcej agresji, wykazało ponad dwa razy dłuższą trwałość niż Polska międzywojenna, a kształt terytorialny przekroczył czas jego istnienia. Ale było to państwo niesuwerenne, z egzotycznym ustrojem, strzeżone przez potężnego hegemona, państwo partii. Wcześniejsze zaś polskie państwa kadłubowe – Księstwo Warszawskie i Królestwo Polskie – byty zależne od woli mocarstw i upadały wraz z wojnami czy powstaniami. Na takim tle III RP doprawdy nie miała konkurencji. A i sukces, jaki osiągnęła, był na miarę tysiąclecia”.
Współczesna Rzeczpospolita była niewątpliwie historyczną szansą Polaków, acz niestety przez nich samych, konkretnie przez postsolidarnościowe rządy i prawicę, częściowo tylko wykorzystaną, za przyczyną kolejnych ideologicznych dogmatów i politycznych fobii. Narodziła się, jak poprzednio w 1918 roku, w wyjątkowo sprzyjających międzynarodowych okolicznościach, ale i dzięki nadzwyczajnemu gremium postaci – co prawda z odmiennych czy nawet wrogich obozów politycznych – dostrzegających jednak ten moment, w którym można i należy zacząć zaprowadzać inny porządek na naszej ziemi. Świadomość wyczerpania się wcześniejszych atutów Polski Ludowej i obowiązującej ideologii była powszechna nie tylko w licznych kręgach władzy, a socjaldemokratyczny kierunek przemian został zaakceptowany przez zdecydowaną większość aktywnych członków rozwiązywanej PZPR.
Nadzieję na lepszą Polskę mieli wiec nie tylko byli opozycjoniści, czego nie dostrzega się i o czym tak niewiele dziś się mówi. Niestety, poza niewątpliwymi osiągnięciami III RP, za dużo było w niej niespełnionych obietnic, nieprawości, łamania prawa, rozlicznej ekonomicznej prywaty i najzwyklejszej społecznej znieczulicy. Nie wystarczyło dla jej sukcesu zaklinanie rzeczywistości ciągle powtarzanym hasłem o odzyskanej wolności.

 

Przyczyn aktualnej

sytuacji w Polsce poszukuje autor w szerokiej panoramie historycznej, sięgającej czasów średniowiecza, w okresach późniejszych i w szczególnych losach tej części Europy, nie będącej ani jej zachodem, ani też wschodem. Przywołuje także liczne, minione głosy ostrzeżenia o „polskiej młodości i kruchości”, zagrażającym jej dalszemu istnieniu. Opisując bardzo niepochlebnie fenomen i stan PiS-owskiego sukcesu odczytuje go również, co zresztą stanowi kontynuację rozważań sprzed wielu lat, w szczególnych cechach Polaków, potwierdzonych licznymi, także zagranicznymi, krytycznymi opiniami. Kończy te rozważania słowami: „Ale jest też PiS partią gorszą, bo ustrój wodzowski jest tu posunięty dalej niż w PZPR, a opresja płynie z wewnątrz, z samych narodowych trzewi. Wobec komunistycznej indoktrynacji można było zatkać uszy jako przed czymś obcym i narzuconym, można się było przed nią schronić w kościele. Przed indoktrynacją PiS-owską nie ma schronienia. No i komuniści – cokolwiek powiedzieć – rządzili się racją stanu państwa, które zostało im dane. PiS, deklamując o państwie i narodzie, okazuje się antypaństwowy i antynarodowy równocześnie”.

 

Druga konstatacja

dotyczy więc naszych perspektyw: „A przecież przed 30 prawie laty ofiarowano nam więcej niż złoty róg w „Weselu”. Uzyskaliśmy niemal za darmo, bez kropli krwi, niepodległość i demokrację, przyjazne granice, NATO i Unię Europejską. Dziś własne, polskie ręce rozmontowały najlepszą Rzeczpospolitą w polskich dziejach. Nie mając pod ręką państwa zaborczego, podniesiono rękę na państwo własne. Gdy więc horyzont polityczny ostatecznie się zachmurzy, gdy Tramp porozumie się wreszcie z Putinem, to przynajmniej nie krzyczmy, że Europa nas zdradziła. Europę zdradziliśmy my sami. Europa, tak zresztą jak Polska, okazała się dla Polaków zbyt trudnym wyzwaniem”.

 

Toczący się z wielkim sukcesem

sondażowy walec Prawa i Sprawiedliwości wywołuje, co zrozumiałe, takie właśnie ponure prognozy i, bardzo możliwe, jeszcze gorsze perspektywy. Stanowiąc protest przeciw obecnej polskiej rzeczywistości mają zachęcić innych – przede wszystkim inteligencję, klasy średnie, ludzi młodych (bo nie robotnicy i chłopi czytają ten tytuł) – do antypisowskiego czynu, gdyż w przeciwnym razie Polska może przestać istnieć nie tylko jako państwo demokratyczne ale i suwerenne.
Natomiast Witold Gadomski w swoim czasie napisał, że uwzględniając zasadnicze podziały w opozycji, nie wierzy w żaden wspólny, zorganizowany ruch antypisowski, a szansę na zwycięstwo widzi w destrukcji i rozpadzie Zjednoczonej Prawicy. Biorąc pod uwagę deklarację Jarosława Kaczyńskiego, iż nie wybiera się na polityczną emeryturę, przyjdzie nam jeszcze długo czekać na ten rozkład PiS, jeśli w ogóle my go doczekamy.

 

Mimo tych niepocieszających przewidywań

rodzi się w Polsce bardziej optymistyczna realność, oparta na poszukiwaniu przyczyn obecnego stanu rzeczy. Robert Biedroń mówi: „Chcę, żeby ludzie poczuli, że nie jesteśmy już na zawsze skazani na tę alternatywę, którą znamy. Czyli że albo będzie tak, jak dotąd mówiła opozycja: będziecie mieli wolność, ale jesteście zdani tylko na siebie. Albo jak to, co proponuje obecna władza: damy wam wsparcie materialne, ale odbierzemy wam wolność i wszystko w państwie będzie tak, jak my chcemy. W 2018 roku Polki i Polacy zasługują na jedno i drugie – godne warunki materialne i osobistą wolność. I że nie musimy ciągle patrzeć na tę polityczną jatkę, lecz możemy się zająć wprowadzaniem nowych pomysłów i rozwiązań, które poprawią nasze życie.” I dodaje: „Polacy jednak umieją ważyć, co jest dla nich ważniejsze: czy autorytaryzm w imię ochrony tradycyjnych wartości i tożsamości, czy europejska stabilizacja i bezpieczeństwo. Wiedzą, że skoro stoję w obronie geja lub feministki, to stanę też w obronie wyrzuconych z pracy”.

 

Silny samorząd, demokratyczna Polska

to hasło wyborcze SLD-Lewica Razem, ale równie celnym jest stwierdzenie Włodzimierza Czarzastego: „Uważamy, że nie może być tak, że jedynym spoiwem budowania jakiejkolwiek koalicji jest nienawiść do PiS. Uważamy, że przyszłość Polski, sposób w jaki będzie wyglądała programowo, jest ważniejsze niż nienawiść… w Polsce toczy się dyskusja czy mają być dwa bloki – PiS i anty-PiS, czy oparty na programach model trzech bloków – PiS-owski, chadecko-liberalny pod przywództwem Platformy Obywatelskiej i socjaldemokratyczno-progresywny. Każdy ma prawo do swojej drogi. My, SLD Lewica-Razem opowiadamy się za tym drugim rozwiązaniem, opartym na systemie wartości, na wizji państwa, na przyszłości Polski” – zadeklarował Czarzasty. Ponadto skierował także ofertę pomocy Robertowi Biedroniowi, o ile ten stworzy program lewicowy i będzie chciał stanąć na czele ruchu lewicowego.

 

A może jednak nie jest

z tymi Polakami najgorzej, bowiem nie raz dowiedli, i niekoniecznie w walce, że potrafią zbudować Gdynię i Centralny Okręg Przemysłowy, ale także odbudować kraj po straszliwych pożogach, dwukrotnie scalić Polskę w nowych granicach, dokonać wielkich dzieł oświatowych i industrialnych, ale także zachować umiar, odpowiedzialność i narodowe porozumienie. Miejmy więc nadzieję, że gorsze pisowskie zło nie wyprze na dłużej lepszego, polskiego dobra.

 

Ps. Tekst prof. Romanowskiego opatrzony jest informacją, że poleca go redaktor Adam Michnik, zapewne nadal nie świadom, że do aktualnego, naszego bagna pośrednio się także przyłożył ze swoją gazetą.

Apel Polskich Twórców

…w sprawie wprowadzenia do dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym prawa twórców do wynagrodzenia za eksploatację utworów w internecie.

 

Szanowny Panie Premierze,
Szanowne Panie, Szanowni Panowie – Ministrowie kultury, spraw zagranicznych, nauki, edukacji, cyfryzacji, rozwoju i przedsiębiorczości!
Szanowne Panie Europosłanki! Szanowni Panowie Europosłowie!
My, polscy twórcy oraz organizacje zrzeszające środowiska twórcze, tworzący kulturę polską i europejską, budujący tożsamość narodową i więzi społeczne, zwracamy się do Państwa, mających wpływ na stanowienie prawa, z prośbą o wsparcie projektu „Dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym” i poparcie rozwiązań, które pomogą przetrwać polskiemu sektorowi kreatywnemu, oraz o zaangażowanie w jak najszybsze jej uchwalenie i implementowanie do polskich przepisów.
To my jesteśmy autorami utworów szeroko udostępnianych i wykorzystywanych w Internecie. Nie jest prawdą, że chcemy ograniczyć ludziom dostęp do naszej twórczości. Wręcz przeciwnie, chcemy by odbiorcy szeroko się nią interesowali. Nie chcemy również kontrolować komunikacji prywatnych użytkowników. Chcemy jedynie, żeby nasz trud i wysiłki w tworzenie wartościowych treści były właściwie opłacane przez tych przedsiębiorców, którzy bezprawnie korzystają z naszej twórczości. Bez wynagrodzenia nie będziemy w stanie dalej tworzyć i żyć.
Trwa cyniczna kampania przeciwko wprowadzeniu dyrektywy prowadzona przez duże koncerny technologiczne. Firmy te kierują ją do użytkowników nieświadomych kosztów jakie ponoszą twórcy i producenci treści. Kampania dezinformuje i opóźnia wprowadzenie potrzebnych i etycznych zasad obiegu treści chronionych prawem autorskim w sieci. Korporacje technologiczne nie chcą zmian bo zarabiają na niedostosowaniu przepisów do ich działalności. Co roku z powodu nieszczelnego systemu ochrony praw autorskich w Internecie polska gospodarka traci około trzech miliardów złotych.
Na początku września na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego odbędzie się głosowanie, którego przedmiotem będą uwagi szczegółowe do zapisów dyrektywy. Projekt ten normalizuje przyszłość funkcjonowania kultury, związanych z nią branż kreatywnych i obiegu treści kreatywnych w wymagającym środowisku cyfrowym. Reforma prawa autorskiego jest gwarantem wolności słowa i niezależności twórców, bo nie ma skuteczniejszej cenzury od cenzury ekonomicznej.
Nowe możliwości cyfrowego kopiowania i powszechnego udostępniania wymagają rozszerzenia praw pokrewnych. Autorzy projektu dyrektywy jasno wskazują, że większość aktywności konsumentów treści ma formę cyfrową. Dlatego prawo autorskie musi działać także w Internecie.
Zwracamy się do Państwa, jako naszych reprezentantów, o ochronę praw autorów w Internecie poprzez poparcie Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.
Reforma prawa autorskiego nie ograniczy wolności w Internecie, ale uczyni go etycznym!
#internetfairplay

 

Apel powstał z inicjatywy

Stowarzyszenia Kreatywna Polska

Organizacje twórców, które przyłączają się do apelu:

Stowarzyszenie Autorów i Wydawców „Copyright Polska”;
Stowarzyszenie Autorów Polskich – ZAIKS;
Stowarzyszenie Dziennikarzy i Wydawców REPROPOL;
Stowarzyszenie Filmowców Polskich SFP – ZAPA;
Stowarzyszenie Fotoreporterów;
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich;
Stowarzyszenie Unia Literacka
Związek Kompozytorów Polskich

 

PS. W lipcu Parlament Europejski odmówił przyjęcia stanowiska do dyrektywy zaproponowanego przez Komisję Prawną. Polscy europosłowie w ogromnym stopniu przyczynili się do takiego wyniku głosowania, ponieważ prawie wszyscy zagłosowali przeciwko przyjęciu stanowiska i udzieleniu mandatu negocjacyjnego. Za kilka dni, 12 września, Parlament Europejski będzie głosował nad przyjęciem stanowiska do dyrektywy na sesji plenarnej. Jest to ostatnia szansa na zapewnienie sukcesu tego projektu.