Raport z chińskiego koszmaru

Raport z chińskiego koszmaru

Spoglądam na metryczkę wydawniczą tej książki i widzę tytuł powieści napisany chińskim alfabetem obrazkowym (tak go nazywam, pewnie niefachowo, bo w dziedzinie kultury chińskiej i w ogóle w tematyce chińskiej jestem właściwie ignorantem). Obok, w nawiasie transkrypcja tytułu w alfabecie łacińskim: „Ding zhuang meng”. Po polsku to brzmi: „Sen wioski Ding”. Autor, Yan Lianke (rocznik 1958), to chiński pisarz zajmujący postawę opozycyjną w stosunku do obecnej chińskiej władzy, postawę do tego stopnia krytyczną, że został w Chinach praktycznie uwięziony przez odmowę wydania mu paszportu. A niech ktoś spróbuje nielegalnie wydostać się z ogromnych Chin! Mission impossible! Nie mówiąc już o tym, że Lianke jest w Chinach cenzurowany i niewydawany, a więc prześladowany jako pisarz. Akcja powieści rozgrywa się, zgodnie z tytułem, na wsi. Nigdy nie byłem i najpewniej nie będę w Chinach, ale wystarcza mi wyobraźni, żeby sobie wyimaginować, że chińskiej wsi nie sposób porównać do wsi, dajmy na to polskiej, bo to porównanie słonia do mrówki. Opowieść o chińskiej wsi to nie „Chłopi” Reymonta, nie „Awans” Redlińskiego, nie wiejska proza Tadeusza Nowaka czy Wiesława Myśliwskiego. Nie ta skala, nie ten paradygmat. Ośmielam się podejrzewać, że w porównaniu z chińską wsią, najdziksza wieś polska to buduar wersalskiej damy. „W przyszłym roku śmierci będzie tyle, co ziarna po żniwach” – brzmi jedno z najbardziej charakterystycznych zdań pierwszego rozdziału i pobrzmiewa w tym monumentalna chińska skala. W warstwie fabularnej „Sen”, to opowieść o apokalipsie wymierania pewnej chińskiej wsi na AIDS. W tym aspekcie ta powieść to próbka świetnego, można by rzec: klasycznego realizmu, w przekładzie kojarzącego się z tradycją europejskiego czy amerykańskiego realizmu w literaturze. Jednak pojemność prozy Lianke jest większa niż tylko zwykły, relacyjny, mimetyczny realizm, bo jest w tej powieści także esencja satyryczna, czarny humor, liryzm, a nawet delikatne rysy jakby surrealistyczne. Joanna Krenz, tłumaczka, która z chińszczyzny nam przyswoiła tę powieść (właściwie, właśnie dlatego że to przekład z chińskiego, chyba tak naprawdę napisała ja na nowo), więc doskonale wie co pisze, ujęła styl „Snu” tak: „Opowieść o tragicznych losach wioski Ding płynie w łagodnym, sennym rytmie, któremu umysł odbiorcy natychmiast się poddaje. Ów senny stan nie ma jednak nic wspólnego ze znieczulającą narkozą, to raczej hipnoza, podczas której słowa i obrazy zapisują się jeszcze głębiej w świadomości, zasiewając w nas dojmujący niepokój. Tego niepokoju nie sposób zagłuszyć. I nie wolno go zagłuszać. Yan Lianke w posłowiu przeprasza za ból zadany czytelnikom tą książką. Tylko czy to na pewno z jego ust powinny wyjść przeprosiny”. Są w tej powieści dwa, na początku i na końcu, momenty, które mogą czytelnika zaskoczyć. Pierwszym z nich jest zawartość tomu pierwszego (czterystustronicowy „Sen wioski Ding” zbudowany jest w jednym woluminie z pięciu tomów). Otóż ów tom pierwszy ma objętość jednej strony i składa się z trzech cytatów (sen podczaszego, sen przełożonego piekarzy i sen faraona) zaczerpniętych z Biblii. Jaki sens kryje ten zabieg? Czy chodziło pisarzowi o uniwersalizację sensu „Snu wioski Ding”? A może o coś innego, czego nie potrafię ocenić z braku kontekstowej wiedzy, bo nie wiem co oznacza cytowanie Biblii przez chińskiego pisarza kimkolwiek by był – konfucjanistą, chrześcijaninem czy komunistą? I zaskoczenie drugie, zawarte w odautorskim posłowiu do powieści. Opisuje w nim Yanke moment ukończenia ostatniej strony „Snu”. Na koniec zwraca się z bezpośrednią inwokacją takimi oto słowami: „Teraz czas na was czytelnicy i specjaliści. Możecie mówić, co wam ślina na język przyniesie. Możecie nawet tą śliną napluć na moją powieść. Tak czy inaczej, ja z czystym sumieniem zapewniam wszystkich razem i każdego z osobna: „Upływ czasu”, „Pocałunek Lenina” i „Sen wioski Ding” pisałem sercem i życiem. Jeśli nie chcecie, nie czytajcie „Upływu”, nie czytajcie „Pocałunków”, nie czytajcie „Snu”. Jeśli jednak czytacie, wiedzcie, że włożyłem w nie wszystko, co miałem najlepszego, i nie mam sobie nic do zarzucenia względem was. Jedyne, co mnie niepokoi, to to, że nie mogę do tego radosnego świata dołożyć od siebie odrobiny radości, a zamiast tego sprawiam wam moja powieścią ból. Za to was przepraszam. Przepraszam każdego, w kim moja książka wywołała cierpienie”. Napisał to Yan Lianke w Pekinie, na osiedlu Qinghe, 23 XI 2005 roku. W moim długim i bogatym czytelniczym życiu nie zetknąłem się dotąd z tak szorstkim wyznaniem pisarskiej wiary. Nie wiem, czy wypada rekomendować czytelnikom prozę, wprawdzie bardzo wybitną, ale jednocześnie przynoszącą w lekturze cierpienie, ale że nie jestem – wyznam szczerze – pozbawiony rysów sadystycznych, czynię to z prawdziwą satysfakcją.

Yan Lianke – „Sen wioski Ding”, przekł. Joanna Krenz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 416, ISBN 978-83-06-03575-9.