Raport z chińskiego koszmaru

29 maj 2019

Raport z chińskiego koszmaru

Spoglądam na metryczkę wydawniczą tej książki i widzę tytuł powieści napisany chińskim alfabetem obrazkowym (tak go nazywam, pewnie niefachowo, bo w dziedzinie kultury chińskiej i w ogóle w tematyce chińskiej jestem właściwie ignorantem). Obok, w nawiasie transkrypcja tytułu w alfabecie łacińskim: „Ding zhuang meng”. Po polsku to brzmi: „Sen wioski Ding”. Autor, Yan Lianke (rocznik 1958), to chiński pisarz zajmujący postawę opozycyjną w stosunku do obecnej chińskiej władzy, postawę do tego stopnia krytyczną, że został w Chinach praktycznie uwięziony przez odmowę wydania mu paszportu. A niech ktoś spróbuje nielegalnie wydostać się z ogromnych Chin! Mission impossible! Nie mówiąc już o tym, że Lianke jest w Chinach cenzurowany i niewydawany, a więc prześladowany jako pisarz. Akcja powieści rozgrywa się, zgodnie z tytułem, na wsi. Nigdy nie byłem i najpewniej nie będę w Chinach, ale wystarcza mi wyobraźni, żeby sobie wyimaginować, że chińskiej wsi nie sposób porównać do wsi, dajmy na to polskiej, bo to porównanie słonia do mrówki. Opowieść o chińskiej wsi to nie „Chłopi” Reymonta, nie „Awans” Redlińskiego, nie wiejska proza Tadeusza Nowaka czy Wiesława Myśliwskiego. Nie ta skala, nie ten paradygmat. Ośmielam się podejrzewać, że w porównaniu z chińską wsią, najdziksza wieś polska to buduar wersalskiej damy. „W przyszłym roku śmierci będzie tyle, co ziarna po żniwach” – brzmi jedno z najbardziej charakterystycznych zdań pierwszego rozdziału i pobrzmiewa w tym monumentalna chińska skala. W warstwie fabularnej „Sen”, to opowieść o apokalipsie wymierania pewnej chińskiej wsi na AIDS. W tym aspekcie ta powieść to próbka świetnego, można by rzec: klasycznego realizmu, w przekładzie kojarzącego się z tradycją europejskiego czy amerykańskiego realizmu w literaturze. Jednak pojemność prozy Lianke jest większa niż tylko zwykły, relacyjny, mimetyczny realizm, bo jest w tej powieści także esencja satyryczna, czarny humor, liryzm, a nawet delikatne rysy jakby surrealistyczne. Joanna Krenz, tłumaczka, która z chińszczyzny nam przyswoiła tę powieść (właściwie, właśnie dlatego że to przekład z chińskiego, chyba tak naprawdę napisała ja na nowo), więc doskonale wie co pisze, ujęła styl „Snu” tak: „Opowieść o tragicznych losach wioski Ding płynie w łagodnym, sennym rytmie, któremu umysł odbiorcy natychmiast się poddaje. Ów senny stan nie ma jednak nic wspólnego ze znieczulającą narkozą, to raczej hipnoza, podczas której słowa i obrazy zapisują się jeszcze głębiej w świadomości, zasiewając w nas dojmujący niepokój. Tego niepokoju nie sposób zagłuszyć. I nie wolno go zagłuszać. Yan Lianke w posłowiu przeprasza za ból zadany czytelnikom tą książką. Tylko czy to na pewno z jego ust powinny wyjść przeprosiny”. Są w tej powieści dwa, na początku i na końcu, momenty, które mogą czytelnika zaskoczyć. Pierwszym z nich jest zawartość tomu pierwszego (czterystustronicowy „Sen wioski Ding” zbudowany jest w jednym woluminie z pięciu tomów). Otóż ów tom pierwszy ma objętość jednej strony i składa się z trzech cytatów (sen podczaszego, sen przełożonego piekarzy i sen faraona) zaczerpniętych z Biblii. Jaki sens kryje ten zabieg? Czy chodziło pisarzowi o uniwersalizację sensu „Snu wioski Ding”? A może o coś innego, czego nie potrafię ocenić z braku kontekstowej wiedzy, bo nie wiem co oznacza cytowanie Biblii przez chińskiego pisarza kimkolwiek by był – konfucjanistą, chrześcijaninem czy komunistą? I zaskoczenie drugie, zawarte w odautorskim posłowiu do powieści. Opisuje w nim Yanke moment ukończenia ostatniej strony „Snu”. Na koniec zwraca się z bezpośrednią inwokacją takimi oto słowami: „Teraz czas na was czytelnicy i specjaliści. Możecie mówić, co wam ślina na język przyniesie. Możecie nawet tą śliną napluć na moją powieść. Tak czy inaczej, ja z czystym sumieniem zapewniam wszystkich razem i każdego z osobna: „Upływ czasu”, „Pocałunek Lenina” i „Sen wioski Ding” pisałem sercem i życiem. Jeśli nie chcecie, nie czytajcie „Upływu”, nie czytajcie „Pocałunków”, nie czytajcie „Snu”. Jeśli jednak czytacie, wiedzcie, że włożyłem w nie wszystko, co miałem najlepszego, i nie mam sobie nic do zarzucenia względem was. Jedyne, co mnie niepokoi, to to, że nie mogę do tego radosnego świata dołożyć od siebie odrobiny radości, a zamiast tego sprawiam wam moja powieścią ból. Za to was przepraszam. Przepraszam każdego, w kim moja książka wywołała cierpienie”. Napisał to Yan Lianke w Pekinie, na osiedlu Qinghe, 23 XI 2005 roku. W moim długim i bogatym czytelniczym życiu nie zetknąłem się dotąd z tak szorstkim wyznaniem pisarskiej wiary. Nie wiem, czy wypada rekomendować czytelnikom prozę, wprawdzie bardzo wybitną, ale jednocześnie przynoszącą w lekturze cierpienie, ale że nie jestem – wyznam szczerze – pozbawiony rysów sadystycznych, czynię to z prawdziwą satysfakcją.

Yan Lianke – „Sen wioski Ding”, przekł. Joanna Krenz, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 416, ISBN 978-83-06-03575-9.

Najnowsze

Sprawdź również

Zakochany Ziemkiewicz

Zakochany Ziemkiewicz

Rafał Ziemkiewicz pokochał Chiny. Naprawdę ! Ten Rafał Aleksander Ziemkiewicz polski publicysta, komentator polityczny i ekonomiczny, powiązany ze środowiskami polskiej prawicy. A także pisarz fantastyczno- naukowy, zdeklarowany antykomunista, współzałożyciel...

Chiny stawiają granicę zwolnieniom przez AI

Chiny stawiają granicę zwolnieniom przez AI

Chiński sąd postawił granicę automatyzacji. Korporacja może wdrażać AI, ale nie może używać jej jako alibi dla zwolnienia człowieka. To nie algorytm wręcza wypowiedzenie. Robi to pracodawca. To ważny sygnał globalnie, także dla Polski. Rewolucja już wchodzi na rynek...

Nie ufamy sądom

Nie ufamy sądom

Dlaczego ludzie boją się sądów? Bo człowiek, którego nie stać na adwokata, jest na z góry przegranej pozycji. W dodatku sądy niechętnie przyznają pełnomocnika z urzędu, twierdząc bardzo często niesłusznie, że sprawa jest prosta. Zaczyna się od tego, że język, którym...

Pochód to moje środowisko naturalne

Pochód to moje środowisko naturalne

Urodziłem się w świętym mieście Częstochowie. Tam, kiedy tylko śniegi z Alej zeszły, roiło się od maszerujących. Płci wszystkich, zwykle pod księżowskimi przewodem. Wtedy nie było tygodnia bez przynajmniej jednej pielgrzymki. Szli górnicy i hutnicy, młodzież...

Mit o pomaganiu

Mit o pomaganiu

Wczoraj pisałem o Łatwogangu, 251 mln zł zebranych dla dzieci chorujących onkologicznie, dziurze w NFZ, politykach ogrzewających się przy obywatelskiej mobilizacji, bogatych firmach, influencerach i konieczności patrzenia fundacjom na ręce. Dzisiaj chciałbym zejść na...