Koniec jednobiegunowego świata

Przy długu publicznym sięgającym 37 bilionów dolarów i wobec coraz wyraźniejszego kształtowania się wielobiegunowego ładu, Stany Zjednoczone znalazły się w punkcie zwrotnym. Mogą ograniczyć swoje ambicje i dostosować strategię do realiów nowej epoki – albo dalej podążać drogą imperialnego przeciążenia, które w dziejach wielokrotnie kończyło się upadkiem wielkich potęg.

Przez lata elity polityczne w Waszyngtonie żyły w przekonaniu, że – jak pisał Francis Fukuyama – „historia się skończyła” i że zakończyła się po ich stronie. Rozpad ZSRR miał potwierdzić trwałość liberalnego porządku, a globalna dominacja USA wydawała się bezdyskusyjna. Jednak pod tą narracją triumfu narastały sprzeczności, które dziś stają się widoczne – era niekwestionowanej hegemonii Ameryki dobiegła końca.

Pytanie nie brzmi, czy zmiana nastąpi, czy już nastąpiła, lecz jak Stany Zjednoczone na nią odpowiedzą. Czy będą zużywać siły, broniąc przestarzałej wizji jednobiegunowości? Czy też zaakceptują ograniczenia wynikające z długu publicznego, geografii i rosnącej potęgi konkurentów, dostosowując swoją strategię do realiów świata wielobiegunowego?

Nie chodzi tu o kapitulację, lecz o realizm. W XXI wieku o pozycji Stanów Zjednoczonych zdecyduje nie wiara w nieograniczoną wszechmoc, lecz zdolność adaptacji i długofalowa odporność systemu.

Przez dekady Waszyngton utrzymywał sieć baz i sojuszy wojskowych, działając tak, jakby zasoby gospodarcze i militarne były niewyczerpane. „Moment jednobiegunowy” po zimnej wojnie wydawał się to potwierdzać. Dziś jednak sytuacja wygląda inaczej: dług publiczny USA sięga 37 bilionów dolarów, roczny deficyt przekracza 2 biliony, a koszty obsługi zadłużenia przewyższają budżet obronny. Owszem, Ameryka posiada wyjątkowy przywilej – emitując własną walutę, w której zadłuża się cały świat, nie grozi jej klasyczne bankructwo. Ale ten przywilej nie czyni jej odporną na skutki rosnących kosztów: każda kolejna podwyżka odsetek oznacza mniej środków na zdrowie, edukację czy infrastrukturę. To nie tylko liczby w tabelach – to granice realnych możliwości państwa, które musi wybierać między finansowaniem swojej globalnej obecności a utrzymaniem fundamentów własnej potęgi.

Historia wielkich imperiów pokazuje jasno – każde z nich upadało, gdy ich ambicje przerastały realne zasoby. Wielka Brytania po I wojnie światowej czy Francja po II wojnie są tego przykładami. Stany Zjednoczone nie będą wyjątkiem. Jeśli nie dostosują zobowiązań do własnych możliwości, powtórzą schemat imperialnego przeciążenia.

Rosnąca pozycja Chin czyni te ograniczenia jeszcze bardziej widocznymi. W ciągu kilku dekad Państwo Środka przeszło drogę od „fabryki świata” do samodzielnego centrum cywilizacyjnego i gospodarczego. Dysponuje dziś ogromnymi zdolnościami przemysłowymi, w wielu dziedzinach technologicznych dogania, a nawet wyprzedza Zachód, a zmodernizowana armia podważa dotychczasowe przekonanie o niekwestionowanej dominacji USA na Pacyfiku. Atutem Pekinu jest również głęboka integracja z globalnymi łańcuchami dostaw i strategiczne partnerstwo z Rosją, które zapewnia stabilny dostęp do energii i surowców. Równie istotnym źródłem przewagi jest geografia – Chiny zajmują centralne położenie w Azji, z naturalnym dostępem do szlaków lądowych prowadzących ku Azji Centralnej i dalej w głąb Eurazji. Mogą dzięki temu projektować siłę w swoim bezpośrednim otoczeniu, minimalizując koszty i ryzyka. Stany Zjednoczone operują natomiast po drugiej stronie Pacyfiku, opierając się na sieci rozproszonych baz i długich liniach zaopatrzenia narażonych na zakłócenia. W klasycznej logice geopolitycznej przewaga kontynentalnej potęgi zakorzenionej w sercu Azji nad odległym mocarstwem morskim jest trudna do podważenia i nie zależy od bieżącej przewagi technologicznej czy finansowej.

Dlatego Waszyngton znalazł się dziś w punkcie, którego nie może dłużej ignorować. Stany Zjednoczone muszą zdecydować, czy będą dalej prowadzić kosztowną politykę globalnej obecności – utrzymując dziesiątki baz wojskowych, gwarancje bezpieczeństwa i zobowiązania na wszystkich kontynentach – czy też ograniczą swoje ambicje i dostosują strategię do realiów epoki wielobiegunowego świata. Redukcja zobowiązań nie musi oznaczać porażki czy kapitulacji, lecz racjonalne gospodarowanie tym, co wciąż stanowi fundament amerykańskiej pozycji: położeniem geograficznym chronionym przez dwa oceany, ogromnym i chłonnym rynkiem wewnętrznym oraz faktem, że w odróżnieniu od większości mocarstw USA nie stoją w obliczu bezpośredniego zagrożenia militarnego na swoich granicach. To właśnie te przewagi strukturalne pozwalają im myśleć o długofalowej strategii przetrwania, pod warunkiem że nie roztrwonią ich w niekończącej się próbie podtrzymania hegemonii, która już się zakończyła.

Taka zmiana nie pozostanie bez konsekwencji dla sojuszników Stanów Zjednoczonych. Jako Europejczycy, przez dekady przyzwyczajeni do amerykańskiego parasola NATO, będziemy musieli wreszcie poważnie potraktować kwestię własnego bezpieczeństwa. Brak pełnej zależności od Waszyngtonu oznacza konieczność odbudowy zdolności do samodzielnego kształtowania polityki bezpieczeństwa i przyjęcia większej odpowiedzialności za stabilność regionalną. Polska już dziś przeznacza na obronę jedne z najwyższych wydatków w Europie w relacji do PKB i staje się jednym z filarów bezpieczeństwa kontynentu. Ale ciężar ten nie może spoczywać tylko na garstce — reszta Europy musi wyjść z cienia i ponieść proporcjonalne koszty wspólnej obrony i odporności. Nie zapominajmy jednak, że wydatki militarne to nie wszystko — bezpieczeństwo wymaga także wspólnej polityki zagranicznej, silnych instytucji europejskich, współpracy gospodarczej i inwestycji w odporność społeczeństw. Jeśli Ameryka ograniczy swoją obecność, my — Europejczycy — musimy być gotowi przejąć większą odpowiedzialność nie tylko w postaci środków na obronność, ale przede wszystkim przez politykę, dyplomację i budowanie struktur, które zapewnią stabilność obywatelom.

Era amerykańskiej szczodrości dobiegła końca nie z wyboru, lecz z konieczności. Czasy, w których Waszyngton mógł finansować globalną sieć baz wojskowych i programów pomocowych bez oglądania się na własne finanse, przeminęły. Dziś to ekonomia staje się kluczem do polityki zagranicznej – a nie odwrotnie. Bez silnej gospodarki i stabilnych finansów nawet największa armia traci fundament swojej potęgi. Dlatego w kształtowaniu strategii rośnie znaczenie nie generałów, lecz urzędników gospodarczych: sekretarza skarbu czy przedstawiciela ds. handlu. To odzwierciedlenie nowego rozumienia potęgi: w świecie wielobiegunowym zdolności przemysłowe, kontrola nad technologiami i łańcuchami dostaw ważą tyle samo, co lotniskowce. Kryzys Ameryki nie sprowadza się więc jedynie do długu publicznego, lecz także do erozji krajowej bazy przemysłowej i zaniedbań infrastrukturalnych, które osłabiają realne podstawy siły.

Na tym tle widać wyraźnie przewagi rywali. Partnerstwo chińsko-rosyjskie, oparte na komplementarności zasobów i bliskości geograficznej, wzmacnia ich strategiczne możliwości. Pekin dysponuje potężnym zapleczem przemysłowym, Moskwa – energią i surowcami. Razem tworzą układ, którego Waszyngton, zmuszony do obrony rozciągniętych szlaków handlowych i utrzymywania odległych baz, nie jest w stanie łatwo zrównoważyć. Próby izolowania Chin na wzór zimnowojennego scenariusza są mrzonką – prowadziłyby jedynie do szybszego drenażu amerykańskich zasobów.

Wielobiegunowy świat nie jest już scenariuszem przyszłości, lecz rzeczywistością, która nabiera kształtu na naszych oczach. Chiny, Rosja, Indie, Turcja, Brazylia czy państwa Globalnego Południa tworzą własne ośrodki siły, a Eurazja staje się przestrzenią wieloośrodkową. Coraz śmielej zaznaczają się też ambicje państw Afryki i Ameryki Łacińskiej, które podważają dawną logikę zależności od USA i Zachodu. Stany Zjednoczone nadal pozostają potężne, ale przestają być wszechmocne – i to właśnie uznanie tej zmiany będzie punktem wyjścia do ich dalszej strategii.

Strategicznym wyzwaniem nie jest dziś obrona hegemonii, ale adaptacja do wielobiegunowego ładu w sposób, który pozwoli USA zachować wpływy i przetrwać w nowych warunkach. Oznacza to ograniczanie zobowiązań, unikanie zbędnych wojen, wykorzystywanie przewag geograficznych i gospodarczych.

Prawdziwa wiarygodność nie wynika z deklaracji obecności wszędzie, ale z umiejętności selekcji i koncentracji siły. Państwo, które rozprasza zasoby globalnie, staje się słabe wszędzie i silne nigdzie. Państwo, które ogranicza się do kluczowych interesów, zyskuje wiarygodność, bo łączy zobowiązania z realnymi możliwościami.

Przed Stanami Zjednoczonymi stoi wybór — albo kontynuować kurs prowadzący do przyspieszonego upadku, albo zaakceptować logikę wielobiegunowego świata i dostosować do niej swoją strategię. Od tej decyzji zależy, czy Ameryka pozostanie jednym z głównych aktorów przyszłego ładu międzynarodowego.

Epoka niekwestionowanej dominacji USA już się zakończyła. Im szybciej Waszyngton uzna ten fakt i porzuci złudzenia wszechmocy, tym lepiej przygotuje się na przyszłość. Wstrzemięźliwość i priorytetyzacja nie są oznaką słabości, lecz warunkiem przetrwania w świecie, który coraz wyraźniej kształtują wielobiegunowość i nowe ośrodki siły. Dla Stanów Zjednoczonych oznacza to przyjęcie nowej roli — nie samotnego hegemona, lecz jednego z wielu kluczowych aktorów globalnej sceny.

Mateusz Stolarz

Poprzedni

Plan Trumpa dla Gazy

Następny

Podłość święci tryumfy