Podłość święci tryumfy

Dzięki USAID, amerykańskiemu programowi pomocy krajom biednym w latach 2001-2021 udało się uniknąć 91 milionów zgonów. Chodzi głównie o leczenie chorób uleczalnych. Obcięcie decyzją Donalda Trumpa o 83% funduszy na ten cel może spowodować, że umrą dziesiątki milionów ludzi. Program kosztował przeciętnego Amerykanina 13 centów dziennie. To przykład, jak wiele dobrego można zdziałać tak tanim kosztem. Decyzja Trumpa to wyrok śmierci dla milionów. Ameryka, która dzięki swej szczodrobliwości była wielka, stała się — wbrew zapewnieniom prezydenta USA — żałośnie mała. A wszystko w ramach hasła Ameryka najpierw. Podobnie zresztą jak odejmując od ust dzieciom uchodźców z Ukrainy prezydent Nawrocki usprawiedliwiał to podłe posunięcie hasłem „Najpierw Polska, najpierw Polacy”.

Nacjonalizm czyni nas nieczułymi na cierpienia innych. Te nacjonalistyczne oszczędności zadają cierpienia, nie przynosząc odczuwalnych oszczędności. Polska i USA to kraje wielkich kontrastów społecznych i trudnego dostępu do leczenia dla ludzi, którzy nie mogą za ten dostęp zapłacić. Ale obcinając pomoc dla obcych ani w USA, ani w Polsce dostęp do leczenia się nie zwiększył. Oszczędzonych funduszy nie skierowano na poprawę losu uboższych warstw społecznych. Stworzono jednak wrażenie, że samo odebranie pomocy potrzebującym nie-Polakom i nie-Amerykanom zrobiono coś dobrego dla „naszych”. To wierutne kłamstwo.

Nie tylko odcinanie od pomocy potrzebujących nie poprawia sytuacji rodzimej biedoty, ale jeszcze odwołuje się do najniższych instynktów, pozwalając cieszyć się z cudzego nieszczęścia. Jak gdybyśmy, mogąc obcym coś odebrać, czuli się ważni, a nawet bogaci.

Egoizm wyniesiony na sztandary powoduje spustoszenie moralne. Nic więc dziwnego, że siostra Małgorzata Chmielewska, znana z niesienia pomocy bliźniemu, była jedną z pierwszych, które skrytykowały ograniczenie do zasiłków dla dzieci ukraińskich. Amerykanie, naród bardzo religijny, nieśli tę pomoc, bo jako najbogatszy kraj świata mieli się czym dzielić.

Wiele się mówi, że sposobem dzielenia się z krajami, z których pochodzą imigranci zarobkowi, jest pomaganie na miejscu. Ale USA zamiast jakkolwiek pomagać deportują ludzi, którzy ciężko zarobione w Stanach dolary wysyłają rodzinom w kraju pochodzenia. Dzięki tym dolarom mniej braci, sióstr, synów i córek decyduje się na niebezpieczną drogę przez pustynię. Szacuje się, że od 1994 roku zginęło około 10 000 osób, próbując przekroczyć granicę amerykańsko-meksykańską. Ta liczba obejmuje osoby, które zostały zastrzelone przez pograniczników, oraz te, które zginęły w innych tragicznych okolicznościach związanych z próbą przekroczenia granicy.

Polska próbuje iść śladem USA i też zaczynamy deportować. Tyle że u nas zdecydowana większość imigrantów ma ważne prawo pobytu i pracuje. Deportujemy więc ludzi podejrzanych o udział w grupach przestępczych, co nie znaczy, że coś większości deportowanych udowodniono. Często wystarczy być Gruzinem i wpaść w ręce służb.

Polska klasa polityczna jest zapatrzona w Amerykę. I to nie tylko jako gwaranta naszego bezpieczeństwa, ale w styl sprawowania władzy przez amerykańskiego prezydenta. Podobnie jak USA, zrezygnowaliśmy ze stosowania prawa do azylu. W Stanach polega to między innymi na wyłączeniu aplikacji, przez którą można się było umówić na rozmowę o udzieleniu prawa pobytu. U nas wyłączono prawa azylowego wszędzie tam, gdzie ktoś mógłby o azyl poprosić.

Wydajemy krocie na sprzęt wojskowy z USA, a nasz „sojusznik”, Donald Trump, kiedy wlatują do nas ruskie drony, snuje przypuszczenia, czy to aby nie była pomyłka. Krytykowanie prezydenta USA to już prawie zdrada narodowa. I już tylko tego brakuje, żeby sojusz z USA był wpisany do Konstytucji, jak za PRL-u wpisany był sojusz z ZSRR.

Kiedy Trump wygrał, przedstawiciele polskiej prawicy triumfowali, jak gdyby władza Trumpa sięgała do Polski. I żądali, żeby rząd podał się do dymisji, bo przecież Trump woli obóz nacjonalistyczny i antyunijny.

Kiedyś popularna była teza, że przed wojną uchroni nas handel. Ale agresja Rosji na Ukrainę wyleczyła nas z tych mrzonek. A Trump je dobił, wypowiadając wojnę celną całemu niemal światu.

Jest jeszcze jedno niepokojące podobieństwo między naszymi krajami. I Trump, i Nawrocki mają nieposkromione ambicje. Chcą mieć jak największą władzę i to jak najdłużej. Prezydent USA już daje do zrozumienia, że nie zamierza rezygnować z kandydowania po raz kolejny na urząd prezydenta, co jest sprzeczne z Konstytucją. Jednak jak wynika z badań opinii publicznej, jego poparcie spada. Nowy sondaż Washington Post–Ipsos przedstawia nie najlepszy obraz prezydentury Donalda Trumpa po ośmiu miesiącach jego drugiej kadencji. Większość Amerykanów nie pochwala jego działań w polityce zagranicznej, imigracji, handlu, zwalczaniu przestępczości ani ogólnego sposobu sprawowania urzędu.

Inaczej rzecz ma się z naszym Karolem Nawrockim, który rwie się do władzy — i to władzy absolutnej — cieszy się dużym poparciem. Pozytywnie w roli prezydenta ocenia Nawrockiego 57,5% ankietowanych. U nas jednak prezydent, mimo starań, nie sprawuje realnej władzy. Więc łatwiej punktować władzę realną, rząd, samemu nie mając wpływu na rzeczywistość. Wszystko jednak wskazuje, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż idąca jak burza po władzę prawica może zmienić nasz ustrój na prezydencki, rozpoczynając epokę „Karola Wielkiego”. Strach się bać.

Piotr Ikonowicz

Poprzedni

Koniec jednobiegunowego świata

Następny

Neoliberalna degeneracja człowieczeństwa