Tolerancja na sprzedaż

Kiedyś pewien stary dziennikarz zwrócił uwagę na dość oczywistą rzecz, o której jednak nagminnie zapominamy: rozumienie słowa „tolerancja”.

 

Oznacza to ni mniej, ni więcej, że gotowi jesteśmy dopuszczać w swoim otoczeniu zjawiska i zachowania, z którymi się nie zgadzamy lub którym jesteśmy przeciwni. Robimy tak, dopuszczając zaburzanie swojego spokoju i ułożonego już obrazu świata, ponieważ uważamy, że są wartości, w imię których ci inni, z którymi się nie zgadzamy, mają prawo funkcjonować tak samo jak i my. Może to wynikać nie tylko z naszej szlachetności, może też być zimną kalkulacją: jeżeli ja pozwolę tym innym funkcjonować obok mnie, kiedy jestem od nich silniejszy i mam instrumenty uniemożliwiające ich aktywność, to kiedy role się odwrócą, oni zachowają się tak samo wobec mnie.

Czasem, słusznie lub nie, patrzę na to, jak na pewną grę. Protestujący rodzice niepełnosprawnych w Sejmie skorzystali z jej reguł. Weszli do parlamentu, by wyrazić swoje stanowisko. Czy skorzystali z pomocy opozycyjnego parlamentarzysty? Być może. A co, nie mogli? Mogli, jak najbardziej. Władza, przeciwko której demonstrowali, robiła co mogła, by protest ich jak najbardziej im uprzykrzyć, jednocześnie stwarzając wrażenie, że jest otwarta na dialog i wysłuchuje postulatów protestujących i nachyla się nad ich problemami. Choć niewiele miało to wspólnego z prawdą.

Protest eskalował w emocjach i politycznym znaczeniu. Jakaś nieszczęśliwa kobiecina mówiła, że jej śmierdzi, straż marszałkowska popychała i wyrywała hasła, protestujące chciały zwrócić na siebie uwagę międzynarodowych gości, mówiąc krótko, wszystko to mieściło się w regułach wzajemnych relacji.

Teraz jednak pan marszałek Kuchciński poszedł krok dalej. Oświadczył, że protestujący muszą za swą akcję po prostu zapłacić. Podano podstawy obliczeń:

„Kancelaria Sejmu zapewniła osobom protestującym całodzienne wyżywienie, także w dni wolne od pracy i święta. Były to codziennie przygotowywane przez pracowników Kancelarii posiłki, składające się ze śniadania, dwudaniowego obiadu oraz kolacji. Były one dostarczane w godzinach uzgodnionych z protestującymi. Kancelaria Sejmu uwzględniła też sugestie osób protestujących np. co do rodzajów pieczywa”.

Niesłusznie Kancelaria Sejmu zatrzymała się w pół drogi. A gdzie wyliczenia kosztów zużytej wody, papieru toaletowego, prądu, który szedł do rozmaitych urządzeń podtrzymujących telepiące się w niepełnosprawnych ludziach życie? Ale spokojnie, jestem pewien, że te wyliczenia zostaną dopisane do rachunku, podobnie jak ilość środków dezynfekcyjnych, którymi odkażano miejsca po koczujących protestujących i pewnie cena remontu tego kącika, który zajmowali przez 40 dni też się tam pojawi. Myślę, że i pewna posłanka powinna śmiało dorzucić wartość perfum, którymi zraszała swe nozdrza, by jej nie cuchnęli ludzie na wózkach inwalidzkich. Nie zapominajmy też o rodzajach pieczywa, to bardzo ważne i humanitarne przecież.

A przecież było wyjście: można było ich nie karmić, zamknąć łazienki i odciąć prąd. A niech cierpią, aż do ostatecznego rozwiązania swej kwestii. „Ostatecznego” proszę rozumieć dosłownie.

Ta skrupulatność pisowskiego funkcjonariusza w obliczaniu kosztów, którymi chcą obciążyć ludzi, wyrażających zgodnie z demokracją swoją niezgodę na rzeczywistość, doprawdy przypomina mi, z zachowaniem wszelkich proporcji, rachunek dla rodzin skazańców za kulę, którą ich zabijano.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *