Wesoły żywot grabarza…

…czyli o tzw. „Kanonie literackim 100 książek na stulecie” tygodnika „Polityka”.

 

Stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości wypada w bardzo niekorzystnym dla organizowania jakichkolwiek obchodów momencie. W polityce rok bieżący jest rokiem przejściowym, w którym jedno, do końca nie wiadomo co, zdaje się przechodzić w inne, jeszcze nie do końca nie wiadomo co, o którym, nie wiadomo do końca, czym będzie. Podobnie, chociaż w dłuższej perspektywie, rzecz wygląda w gospodarce, życiu społecznym i kulturze. Rozpoczynając w roku 1989 roku tzw. transformację jej inicjatorzy nawet w najczarniejszych snach nie sądzili, że otwierają drzwi, które nie dadzą się już zamknąć.

Efektem tych wszystkich procesów jest to, że zupełnie nie wiadomo co i jak świętować, ani tym bardziej co i jak podsumowywać. Nie chodzi tutaj tylko o to, że świętujemy w momencie gdy jeszcze nie wiadomo, czy zwycięży schetynizm czy kaczyzm. Że nie wiemy, czy w Polsce utrwali się autorytarna dyktatura czy powróci platformerska pseudodemokracja po liftingu. W Polsce następują głębokie przemiany społeczne i kulturowe. To nie polityka kreuje zmiany gospodarki, społeczeństwa i kultury ale głębokie zmiany cywilizacyjnego podglebia kreują nasza współczesność i to one czynią obecne wydarzenia głęboko niewydarzonymi.

Niewątpliwie jedną z najbardziej znamiennych cech współczesnej rzeczywistości jest krach wyobrażenia o sobie Polaków jako o narodzie, którego tożsamość wyznacza kultura i narodziny narodu określanego przez historię. W sposób dla siebie niezauważalny przestaliśmy być narodem, którego tożsamość wyznaczyły onegdaj Włócznia Św. Maurycego, Drzwi Gnieźnieńskie, Ołtarz Wita Stwosza, Kaplica Zygmuntowska, Arrasy Wawelskie, poezje Jana Kochanowskiego, Łazienki Królewskie i rymy Ignacego Krasickiego, strofy Adama Mickiewicza etc., a zaczęliśmy się samookreślać poprzez dokonania Mieszka I, zdobycie Kijowa i gwałt na Przecławie Bolesława Chrobrego, bitwę pod Legnicą, wojnę trzynastoletnią, dokonania Jana III Sobieskiego (nie chodzi tutaj o listy do Marysieńki), konfederatów barskich, Józefa Piłsudskiego, Romana Dmowskiego, dr hab. (sic!) Sławomira Cenckiewicza i prof. (sic!) Antoniego Dudka. IBL (dla „nie znających poezji” Instytut Badań Literackich) został zastąpiony przez IPN.

To, że Platforma Obywatelska zawdzięcza zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego gremialnej mobilizacji emerytów, gdy nieliczna młodzież w większości głosowała na PiS nie jest tylko efektem 500plusa, ale głębokiej zmiany hierarchii wartości organizujących wspólne myślenie. Miejsce uniwersalnych standardów etycznych i moralnych zajmuje w nich grupowy egoizm i relatywizm. Polskość przestaje istnieć jako przepustka ku wartościom uniwersalnym i jej miejsce zajmuje ksenofobiczne Polactwo jako miara wszechrzeczy.

W starciu z neofaszystowskim populizmem kultura w Polsce okazała się cienkim i zwietrzałym papierkiem owijającym, niestety nieszczelnie, przaśne, plemienne guano. Nie stało się to jednak wskutek jędrności owego guana a rozpadu opakowania. Niewątpliwym, ponurym dowodem owego rozpadu jest wytwór niegdyś „opiniotwórczego” tygodnika „Polityka” określony jako „kanon literacki stulecia niepodległości” (nr 43/2018). Jest to zresztą jedyny powód by się owym skrajnie niewydarzonym wydarzeniem zająć jako, że odpowiedzi dziewiętnastu osób (nawet jeżeli połowa z nich ma profesorskie tytuły) trudno uznać za miarodajne dla ustanawiania czegokolwiek, już, o jakimkolwiek kanonie, nie wspominając.

Jak na urągowisko we wstępie do publikacji padają słowa poety Zbigniewa Macheja, uczestnika omawianej tu żałosnej imprezy: „Kanon jest jak kręgosłup. Bez niego trudno stanąć, zrobić krok do przodu i wybić się na oświeconą, nieegoistyczną niepodległość”. Zawsze, łatwiej powiedzieć niż zrobić, ale trudno uznać pozbawioną jakiegokolwiek kośćca, ciemną, subiektywną i prymitywną amebę za drogę wybijania się gdziekolwiek poza salonową kanapą, której znaczenie maleje zmierzając ku przysłowiowemu „wąskiemu kręgowi ograniczonych osób”.

Tym co najbardziej uderza w „kanonie-kręgosłupie” jest bezpruderyjna dekomunizacja idąca nawet dalej niż ta polityczna. Nie ma tu nie tylko tracących ulice jak Leon Kruczkowski, Lucjan Szenwald czy Zbigniew Załuski ale nawet Władysława Broniewskiego.

Trudno o lepszą rekomendację dla „oświeconej, nieegoistycznej niepodległości” chociaż dekomunizacja kanonu jest tylko wisienką na torcie. Dalej dzieją się rzeczy nie mniej niezwykłe. W dwudziestoleciu „Panny z Wilka” przegoniły z kanonu „Dziewczęta z Nowolipek”. Literatura jak ją kiedyś określił Ignacy Fik „choromaniaków” wykreśliła literaturę etycznie, społecznie i politycznie zaangażowaną. Nie ma więc nie tylko „Granicy” Nałkowskiej, ale nawet „Kariery Nikodema Dyzmy” czy „Pamiętnika Pani Hanki” Tadeusza Dołęgi Mostowicza. Drobne formy wyparły epopeję. „Panny z Wilka” zastąpiły nie tylko” Dziewczęta z Nowolipek”, ale w co już trudno uwierzyć „Noce i Dnie” Marii Dąbrowskiej. Zastąpiły także w twórczości samego Iwaszkiewicza „Sławę i chwałę”.

W „kanonie” drobiazg i miernota nadają ton konsekwentnie i nieubłaganie. Znalazła się tu np. Zuzanna Ginczanka – autorka, w sumie jednego, dobrego wiersza. Trafił tam Rafał Wojaczek niewątpliwie najsłabszy z polskich „poetów niespełnionych”.

Licznie reprezentowani są twórcy, którzy być może jeszcze nie wykroczyli poza krąg własnego środowiska i wywarli wpływ na grono najbliższych admiratorów, i być może już nie wykroczą – Piotr Sommer, Marcin Świetlicki, Andrzej Sosnowski, Eugeniusz Traczyszyn-Dycki . Poeci którzy zawsze byli nawet nie drugorzędni (albowiem chyba słusznie Adam, Sandauer nazwał Czesława Miłosza poetą drugorzędnym) ale trzecio – i czwartorzędni – Jerzy Ficowski, Witold Wirpsza, Tymoteusz Karpowicz, Jarosław Marek Rymkiewicz. Feministki – Jolanta Brach-Czajna i Maria Janion. Genderowcy – Michał Witkowski. Nad kołyską „kanonu” stoją trzy tradycyjne polskie „matki chrzesne” – Malizna, Miernota i Niedoródźba.

Kolejną kwestia jest odmóżdżenie „kanonu” a więc jednostronny i żenujący dobór krytyki literackiej, eseistyki i publicystyki. Tadeusz Żeleński-Boy okazuje się twórcą kanonu jako autor felietonów „Piekło kobiet”. Na tym poziomie „kanoniczności” nie ma nawet możliwości mówić o jego dokonaniach krytycznoliterackich, ani przywołać chociażby Karola Irzykowskiego, Jerzego Stempowskiego, czy po wojnie Artura Sandauera. Eseistyka i publicystyka to Bolesław Miciński (sic!), Czesław Miłosz, „Rodowody niepokornych” Bogdana Cywińskiego, i najgłupsza niewątpliwie książka Leszka Kołakowskiego „Obecność mitu”. Książka, która jeśli ma jakąś wartość to jedynie dokumentalną, pokazującą, że Kołakowski, chociaż przeżył II wojnę światową, nie zrozumiał o co w niej chodziło i na gruncie intelektualnym otworzył z trudem zamkniętą bramę odrodzenia mitu prowadzącą ku obecnej restytucji faszyzmu – od torującego drogę nazistom mitu o ciosie w plecy (Dolchstoß) – do torującego drogę kaczystom mitu o smoleńskim ciosie w plecy. Kwestia książki Kołakowskiego, nie tylko żałosnej gdy idzie o treść ale i pozbawionej wszelkich walorów literackich, jest miarą „profesjonalizmu” tego „kanonu”, jako, że nawet w twórczości Kołakowskiego można znaleźć, jeśli już nie coś mądrzejszego, to napisanego znacznie lepiej.

Rzecz znamienna, że w „kanonie” nie pojawia się żadna książka ucząca myśleć, coś na miarę „Rozprawy o metodzie” Kartezjusza w literaturze francuskiej. Nie ma więc arcydzieła Floriana Znanieckiego „Ludzie teraźniejsi a cywilizacja przyszłości”, nie ma Bogdana Suchodolskiego „Wychowania dla przyszłości” (w wersji z 1947 roku), nie ma Stanisława Andreskiego „Czarnoksięstwa w naukach społecznych”, nie ma „Dziejów głupoty w Polsce” Aleksandra Bocheńskiego, nie ma „Margrabiego Wielopolskiego” Ksawerego Pruszyńskiego, ani nawet Pawła Jasienicy.

To, że w „kanonie” nie znalazło się żadne dzieło uczące myśleć samodzielnie jest ponurym świadectwem czegoś więcej niż tylko antyintelektualizmu, ukazuje ona uwiąd samej zdolności do debaty, która stanowi siłę napędowa każdej kultury.

Z kanonu wyleciała również literatura dla dzieci i młodzieży. „Twórcy” „kanonu” nie uznali jak widać Jana Brzechwy za godnego „kanonizacji”. Trudno oczywiście „kanonierom” nie pamiętać, że „Pana Kleksa” ekranizowano w stanie wojennym, ale nawet przedwojenny „jeż stalowy”, który zawsze dążył „w prawo” nie zasłużył na ich życzliwość. W „kanonie” nie znalazło się też żadne dzieło literatury popularnej. Science fiction uobecniła się w postaci „Solaris” Stanisława Lema. Nie pojawił się ani jeden kryminał chociaż ostanie dwudziestolecie w tych dziedzinach było chyba najpłodniejsze.

Oczywiście, uwagi nad tym, co się w „kanonie” nie znalazło zawsze można zbyć uwagą, że żaden kanon nie jest tak pojemny żeby zmieścić wszystko, co warto by w nim umieścić. Prawdziwy podziw budzi to co się kanonie znalazło! a są to prawdziwe cudeńka.

Niewątpliwie dokonaniem na miarę czasów jest „kanonizacja” „Złego” Leopolda Tyrmanda. Ta obecność niewątpliwie zwraca uwagę na niesprawiedliwe potraktowanie dzieła podobnej rangi i literackiego geniuszu „Czterech pancernych i psa” Janusza Przymanowskiego. O nieobecności jakichkolwiek kryteriów świadczy obecność kiczowatego do bólu zębów „Weisera Dawidka” Pawła Huelle. Rozczula „kanonizowanie” prezydenckiego teścia Juliana Kornhausera (ponieważ niewiele osób czytało onegoż poetę i można by powziąć podejrzenie, że kpię nie wiedząc z czego, oświadczam, że czytałem go jeszcze w latach siedemdziesiątych, w ramach przygotowań do Olimpiady Polonistycznej, rozpoczynając od tomu „Świat nie przedstawiony” popełnionego razem z Adamem Zagajewskim i od tej pory spotykając się z kolejnymi dokonaniami prezydenckiego teścia wyrobiłem sobie zdanie, iż zasłużenie otwiera on drugi tysiąc twórców w rankingu znaczących twórców literatury polskiej XX stulecia). W kontekście relacji „kanonierów” z władzą zwraca uwagę nieobecność pamiętnika Danuty Wałęsy, dzieła nie mniej zasługującego na uwagę niż poetycka twórczość profesora Kornhausera. Niezręcznością wydaje się również brak poezji papieża Jana Pawła II ale, jak sądzę, ludzie związani z tygodnikiem „Polityka” starają się być na bieżąco.

Tym, co uderza najbardziej, jest brak w resztkach „opiniotwórczego” środowiska, jakim była niegdyś „Polityka”, jakiegokolwiek wyczucia kryteriów. Jeżeli można mówić o kanonie jako o „kręgosłupie”, to tylko wtedy, gdy wiadomo czego ma stanowić podstawę. Można budować go na wartościach artystycznych, profesjonalnych, można na moralnych. Prowadzi to jednak do wewnętrznej sprzeczności albowiem, jak to zauważył Miłosz, (niezbyt mądrze odnosząc to do Szenwalda) – „poezja nie jest kwestią moralności”. Gdy poddajemy arcydzieła cenzurze moralnej, wychodzi nam nieuchronnie apologia miernoty. Jedynym wyjściem czyniącym kanon sensownym jest obrona wielkości przed politycznym i moralistycznym utylitaryzmem. Kanon literacki to wspólnota, która rozwija się niezależnie od politycznych i etycznych podziałów jako poczucie uczestnictwa wykraczającego poza doraźne podziały, kulturowe źródło odradzania się rozrywanej walkami społeczności w ramach wewnętrznego kręgu „ojczyzny polszczyzny”, gdzie znajduje schronienie to co niszczone i deptane, w życiu zewnętrznym. Niewątpliwie polskim tzw. „elitom” kultury polskiej udało się to źródło zasypać. IBL przestał być antytezą IPN na długo przed swoimi narodzinami.

W latach powojennych utrapieniem dla literatów była cenzura. Cenzura nie należy jednak do porządku kultury. Należy do porządku polityki, moralności, ładu społecznego. Niewątpliwie największą rewolucją w relacjach państwa z kulturą stało się przeniesienie cenzury na grunt kultury. W stanie wojennym to „ludzie kultury” wycieli z kultury tych, którzy go poparli. Wykreślenie Wojciecha Żukrowskiego i Romana Bratnego z literatury polskiej okazało się „wielkim sukcesem”. Podobnie – wykreślenie Przewodniczącego Narodowej Rady Kultury Bogdana Suchodolskiego. Najbardziej znany polski intelektualista zeszłego wieku znikł bez śladu. Był człowiek, nie ma człowieka. Można było popaść w euforię. I popadnięto. Uzasadnień teoretycznych dostarczył postmodernistyczny relatywizm i konstruktywizm. Nastąpiła masakra na miarę osławionych rzezi z czasów schyłku republiki rzymskiej, Każdy mógł zostać Sullą lub Mariuszem i chętnych nie zabrakło.
W wykreślaniu i konstruowaniu znaleziono sens kultury, powołanie jej twórców i radość kreacji. Spełniły się po latach wizje Czesława Miłosza, z „Traktatu moralnego”:

Żywot grabarza jest wesoły.
Grzebie systemy, wiary, szkoły,
Ubija nad tym ziemię gładko
Piórem, naganem czy łopatką,
Pełen nadziei, że o wiośnie
Cudny w tym miejscu kwiat wyrośnie.

Takie rozumienie kultury ma to do siebie, że pociąga za sobą pewne koszta. Realizując „wielkie czystki”, trzeba bardzo uważać, żeby samemu nie znaleźć się przed rewolucyjnym trybunałem. Czasem wystarczy jedno słowo za dużo, czasem za mało entuzjastyczne oklaski, żeby nas wykreślono i zrekonstruowano „kulturę” już bez nas. Efektem czystek jest zawsze konformizm i „słuszność”. Tym, co uderza najmocniej w tej rewii drugorzędnych autorów i dzieł jaką stał się „kanon” na Stulecie Niepodległości, jest wszechogarniająca „słuszność”. Dominują dzieła bezwzględnie słuszne – o Zagładzie, o Kresach, martyrologii takiej bądź innej ale zawsze „słusznej”. Aby być w kanonie trzeba być albo politycznie „słusznym”, albo „słusznie” apolitycznym. Trzeba urodzić się w „słusznym” czasie i żyć „słusznie”. Tzw. „poprawność polityczna” w krajach zachodnich jest tylko namiastką polskiej „słuszności”.

W kanonie nie znalazło się, z „oczywistych” względów, jedno z – niestety – najważniejszych, chociaż może nie najlepszych formalnie, dzieł polskiej poezji – „Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka. Ta bezwzględna rozprawa z infantylizmem i niedojrzałością w literaturze, (której kryteriom nie podołał sam Ważyk) od chwili publikacji nie straciła niestety ani na moment aktualności. Zawiera też niezwykle trafny nekrolog „kulturotwórczych” elit, którym udało się, być może już nieodwracalnie, zaprzepaścić narodotwórczą rolę kultury polskiej:

Wyłowiono z Wisły topielca.
Znaleziono kartkę w kieszeni.
„Mój rękaw jest słuszny,
mój guzik niesłuszny,
mój kołnierz niesłuszny,
ale patka słuszna.”
Pochowano go pod wierzbą.