Z politycznych „uniwersytetów” Jarosława Kaczyńskiego

„Zapadał wczesny grudniowy zmierzch. Było zimno i bezśnieżnie. Na Placu Trzech Krzyży gwałtowny wiatr tarzał się dookoła ruin kościoła, oplecionych rusztowaniami. (…) z drugiej strony ulicy, koło trawnika z dwoma krzyżami, na wąskim chodniku samotny mężczyzna w ciemnym kapeluszu i krótkiej jesionce. Spojrzał na zegarek. (…) Podniósł głowę w stronę Nowego Światu. (…) Odwrócił się, zrobił parę kroków. Z tyłu zaskowytały opony. Mały, przedwojenny Opel zahamował tuż koło niego. Z wewnątrz otworzono drzwiczki. Szybko dookoła obejrzał się i wsiadł”.

Tak oto, w stylistyce powieści kryminalnej rozpoczynają się „Małowierni” (1967) Jerzego Putramenta. Nie jest to jednak „kryminał”, lecz powieść polityczna dotykająca wczesnych lat pięćdziesiątych w Polsce, czyli apogeum okresu stalinowskiego. Powieść, do której w wywiadzie udzielonym braciom Karnowskim nawiązał sam prezes PiS Kaczyński. Być może umknęłoby to mojej uwadze, gdyby nie redaktor Piotr Gadzinowski, który zacytował fragment wypowiedzi prezesa. Zapytany przez braci o znaczenie sformułowania „zmarszczyło się”, którego użył w stosunku do koalicji rządowej, Kaczyński tak oto zaspokoił ich ciekawość: „To określenie z książki Jerzego Putramenta „Małowierni”, którą przed marcem 1968 roku ludzie pożyczali sobie na jedną noc i my z Leszkiem też tak przeczytaliśmy. Była to powieść z kluczem, dość łatwa do rozszyfrowania. Komitet Centralny PZPR występuje tam jako Komitet Ekonomiczny. Rzecz jest o zdradzie literatów, którzy popierali stalinizm. Pojawia się tam oczywiście i ubecja. Jeden z sowieckich nadzorców mówi w pewnym momencie do młodego ubeka: „Pamiętaj, jak coś się zmarszczy, od razu tnij, bo zawsze coś z tego będzie. I przykro mówić, ale w polityce to prawda”. „I tak dzięki panom braciom Karnowskim wiemy już, jaki to mędrzec ukształtował filozofię i praktykę polityki uprawianej przez pana prezesa Kaczyńskiego” – skonkludował redaktor Gadzinowski, a następnie osobiście zainspirował mnie do podrążenia wątku.
Tak się szczęśliwie złożyło, że nie tylko mam „Małowiernych” w swojej domowej biblioteczce, ale zaliczam ją do moich ulubionych powieści politycznych, gatunku w którym gustuję od lat. Skorzystałem więc z tej okazji, by powrócić do tej lektury. Kilka uwag na wstępie. Zbyt nonszalanckie wydaje się sformułowanie Kaczyńskiego, że ta powieść z kluczem „jest dość łatwa do rozszyfrowania”. Otóż nie jest, tym bardziej dziś, 54 lata po wydaniu powieści, a 70 lat od czasu powieściowej akcji. Nie była jednak łatwa do rozszyfrowania tuż po jej ukazaniu się, zwłaszcza dla czytelników postronnych, pewnie nieco łatwiejsza pod tym względem dla ludzi tak czy inaczej związanych lub ocierających się o kręgi władzy. Po drugie, wspomniany organ występuje w powieści nie jako Komitet Ekonomiczny, lecz jako Związek Ekonomistów. Po trzecie, sformułowanie, że „rzecz jest o zdradzie literatów, którzy popierali stalinizm” jest niejasne, a przy tym zawężające problematykę powieści. Po pierwszej lekturze „Małowiernych” sporządziłem sobie skromny i niekompletny „słowniczek”. Jedna z najważniejszych postaci powieści, Lichtner, to – co istotnie nietrudno nietrudno odgadnąć – Józef Światło, wysokiej rangi funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który w 1953 roku uciekł na Zachód korzystając z pobytu służbowego w Berlinie, poprosił o azyl, a następnie po przewiezieniu do USA udzielił obszernych wypowiedzi Radiu Wolna Europa, emitowanych przez długi czas w ramach w cyklu „Za kulisami bezpieki i partii”. Radoniak to Bolesław Bierut, Winert, to Jakub Berman, druga osoba w partii po Bierucie, a Motyczyna to Melania Kierczyńska. Na tym jednak moje możliwości „odkrywcze” się skończyły, a tożsamości niektórych innych postaci mogłem się jedynie domyślać. Niestety moja wiedza nie poszerzyła się także po lekturze wstępu do dzieł zebranych Jerzego Putramenta, które ukazały się w 1979 roku (bez „Małowiernych”). Autorem znakomitego skądinąd wstępu był wybitny krytyk i eseista Wacław Sadkowski, który jednak uznał powieść za najsłabszą w dorobku Putramenta i poświęcił jej zaledwie krótką, ogólnikową wzmiankę. Szczęśliwie natrafiłem jednak na tekst Stanisława Majchrowskiego, „Od „Małowiernych” do „Pasierbów” i „Bołdyna”, który ukazał się w 1978, w 34 numerze periodyku „Prace Polonistyczne” i który prawdopodobnie jest owocem najbardziej wnikliwego przeanalizowania powieści.
Czytamy u Majchrowskiego: „Są więc „Małowierni” powieścią z kluczem. Szyfry i pseudonimy w dużej mierze dają się rozwiązywać właśnie za pomocą tomu „Pół wieku” (kilkutomowy cykl wspomnieniowy Putramenta, a w tym przypadku chodzi przede wszystkim o tom zatytułowany „Literaci”), chociaż i tu występuje szyfr osobowy. Rozwiązanie klucza osobowego nie przynosi jednak odkrywczych rewelacji, nie ujawnia tajemnic osobowości, nie przyczynia się do zerwania jakichkolwiek masek. Podstawienie rzeczywistych osób w miejsce postaci powieściowych wprawdzie pozwala zorientować się w personalnych układach danego środowiska, lecz nie zmienia i w gruncie rzeczy nie poszerza ogólnej zawartości poznawczej utworu. Putrament z reguły kreacje swoich bohaterów opiera na konkretnych, historycznie istniejących ludziach, nawet jeśli tworzy postacie syntetyczne, noszące cechy kilku osób. Wynika to ze ściśle mimetycznego charakteru jego twórczości. Pisarza nie interesuje psychologia indywidualna, charaktery jednostkowe. Człowiek jest dlań ważny jako nosiciel określonego światopoglądu, reprezentant postawy, „narzędzie i ilustracja działania w określonym kierunku”.
Dalej Majchrowski dokonuje drobiazgowej egzegezy znaczenia i postaw politycznych poszczególnych, bardzo licznych postaci „Małowiernych”. Tworzy ona niejako galerię, katalog najbardziej reprezentatywnych postaw tego okresu, najbardziej charakterystycznych motywów i sytuacji (m.in. samokrytyka, rozliczenia z przeszłością przedwojenną, donosy ideologiczne, charakterystyczna frazeologia itd.) i w tym aspekcie można ją potraktować – pomimo formalnie wąskiego zakresu środowiskowego, jaki obejmowany jest przez fabułę – jako obraz „okresu błędów i wypaczeń w pigułce” w kręgach politycznych lub pozostających w bliskiej orbicie politycznej (dziennikarze, literaci). Nie ma możliwości by przeanalizować tu całość zawartości i problematyki „Małowiernych”. Zainteresowanych odsyłam do tekstu powieści jak i do studium Majchrowskiego, aczkolwiek jej lektura utworu nie jest łatwa, zwłaszcza po dziesięcioleciach, ponieważ Putrament, znający od podszewki problematykę władzy, od strukturalnych prawidłowości, którymi rządziły się jej kręgi po kulturalno-personalną naturę tych stosunków, posłużył się specyficznym, kryptonimicznym językiem, swoistym „narzeczem”, który jest trudny do zrozumienia dla czytelników postronnych.
Wróćmy jednak na koniec do wyjściowego wątku podjętego przez redaktora Gadzinowskiego: kto i co „ukształtowało filozofię i praktykę polityki uprawianej przez prezesa Kaczyńskiego”. Biorąc pod uwagę fakt, że można się domyślać, iż pamięć lektury tej powieści jest u prezesa raczej wybiórcza i po latach osłabiona (co zrozumiałe), a jej faktura mocno skomplikowana, nie jest łatwo na to pytanie odpowiedzieć, tym bardziej jeśli się tę kwestię potraktuje poważnie. Wymagałoby to gruntownej i wszechstronnej analizy. Być może warto jednak pójść takim oto tropem – to, co uderza w „Małowiernych”, to atmosfera wszechobecnych gier, rozgrywek personalnych, intryg politycznych, walk frakcyjnych, itd. Polityka jawi się tu tylko w tym kształcie. Może właśnie to, poza motywem „marszczenia się i cięcia”, wywarło na młodym (18-letnim) czytelniku Jarosławie najsilniejsze wrażenie i może to najsilniej odcisnęło się w świadomości przyszłego „emerytowanego zbawcy Polski”? A psychologia uczy, że dziecięce i młodzieńcze doświadczenia, wrażenia, lektury, etc. w decydującym stopniu (reguła „imprinting” – wdrukowanie) wpływają na kształtowanie się jednostki, że ją w znacznym stopniu determinują na przyszłość. Dokonawszy analizy postaw licznych, pomniejszych postaci powieści, jej analityk Stanisław Majchrowski napisał: „Pozostaje Lichtner. Na nim skupiła się oskarżycielska pasja narratora. Wątkiem Lichtnera zilustrował Putrament najgroźniejszy proces polityczny tego okresu. Uosabia on bowiem (…) władzę w stanie czystym, bez domieszki ideologii, a tę traktuje wyłącznie jako dogodny środek do zdobycia i utrzymania władzy”.
Może właśnie tu można odnaleźć część odpowiedzi lub przynajmniej trop, jakim należy podążyć, aby odpowiedzieć na pytanie, jaki to mędrzec ukształtował późniejszego prezesa PiS i jaki „kamień filozoficzny” legł u źródeł jego politycznej drogi.