Zielona rewolucja nie przyjdzie z dnia na dzień

Jak wygląda młody ruch na rzecz walki z kryzysem klimatycznym? Jakie stoją przed nim wyzwania, jakie odniósł do tej pory sukcesy i czego mu nadal brakuje? Czy dla młodych aktywistów walka o przyrodę to również walka z kapitalizmem? Wojciech Łobodziński (Strajk.eu) rozmawia z Janką Świerżewską, warszawską aktywistką.

Jak zaczęłaś działać w ruchu klimatycznym?
Zaczęło się od czytania. Kolejne publikacje na temat zmian klimatycznych i ich przyczyn, na które trafiałam, przekonywały mnie, że sprawa jest arcypoważna. Potem usłyszałam o Grecie Thunberg oraz o akcji Extinction Rebellion z 17 listopada, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Postanowiłam więc pojechać wraz z siostrami w grudniu na COP24 do Katowic. I tam stało się coś, co zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie.
Co takiego?
Oburzyło mnie podejście władz. Do Katowic przyjechała masa aktywistów i aktywistek, również z zagranicy. Stosowano wobec protestujących przemoc, przeszukiwano autobusy, to wszystko jasno świadczyło o stosunku polityków do nas i do problematyki zmian klimatycznych. Do tego sam szczyt zakończył się praktycznie bez żadnej konkluzji.
Dlatego po powrocie udałam się na spotkanie Earth Strike. Tam stwierdziłam, że robią oni świetne rzeczy, lecz jednak nie jest to miejsce dla mnie. Dopiero 15 marca odnalazłam się wśród protestujących uczniów i uczennic… i tak postanowiłam dołączyć do Młodzieżowego Strajku Klimatycznego.
Ty już nie jesteś uczennicą – jesteś chyba jedną ze starszych osób w MSK?
Tak, jedną z najstarszych. Wśród nas przeważają osoby uczęszczające do liceum, ale są też osoby takie jak ja, czyli studiujące.
Liderami są licealiści?
Nie mamy lidera czy liderki. Jesteśmy organizacją niehierarchiczną, decydujemy o wszystkim bezpośrednio, spotykając się co tydzień. Mieliśmy też grupy tematyczne, istniała grupa edukacyjna czy filmowa. Teraz troszkę to zmieniamy – będziemy się organizować wokół projektów, zadań. Bardzo dużo rozmawiamy, dyskutujemy, zadziwia mnie nasza aktywność i siła do całego działania.
Polska usłyszała o was przy okazji marcowej demonstracji, o której wspomniałaś. Ale to było jedno wydarzenie, jeśli wziąć pod uwagę, że powtarzacie je cyklicznie – jedno w miesiącu.
Może przypomnę, że tamta demonstracja była naprawdę gigantyczna. To była największa demonstracja klimatyczna w Polsce do tej pory. Ale faktycznie, doszliśmy do wniosku, że musimy działać bardziej regularnie. Zorganizowaliśmy między innymi kilka wykładów: tematem jednego z nich było ogólne nakreślenie problemu klimatycznego, a drugiego – dyskusja wokół strategii działania na rzecz zatrzymania zmian klimatycznych w dobie kapitalizmu. Ważne jest również tworzenie społeczności, co osiągamy, zapraszając na otwarte spotkania, np. do wspólnego malowania banerów. Wiele się przy takiej okazji można od siebie nauczyć.
Dodatkowo bardzo dużo czasu poświęciliśmy mediom, byliśmy w radiach i telewizji. Wykorzystywaliśmy każdą okazję do szerzenia wiedzy o zmianach klimatycznych. Ostatnio udało nam się spotkać z prezydentem Warszawy Rafałem Trzaskowskim.
Jak ono wyglądało? Czy prezydent rozumie wagę problemów, z jakimi przyszliście?
Pierwszy kontakt wypadł trochę szokująco. Napisaliśmy do niego list, na który on odpowiedział filmem, w którym… połączono kwestie smogu i klimatu. Tymczasem smog jest kwestią lokalną, dużo łatwiejszą do rozwiązania…
Jest to raczej symptom ludzkiego podejścia do przyrody, a nie kwestia zmian klimatycznych jako całości.
Tak. Więc my też odpowiedzieliśmy filmem, w którym wyjaśniliśmy tę kwestię. W odpowiedzi dostaliśmy zaproszenie na spotkanie. W jego trakcie przedstawiliśmy Rafałowi Trzaskowskiemu ideę zorganizowania obywatelskiego panelu dotyczącego zmian klimatycznych. Prezydent zgodził się, że byłaby to pożyteczna inicjatywa. Również dość mocno wybrzmiała kwestia edukacji. Okazało się, że w ratuszu zauważono nasze działania na tym polu, między innymi spotkania edukacyjne, które odbywały się w Teatrze Powszechnym. Mamy w tej sprawie współpracować, prezydent zaangażował się między innymi w wyznaczanie symbolicznej linii jednego metra na budynku Pałacu Kultury.
Zadowoliło was to w pełni?
Początkowo tak. Pierwszy raz zostaliśmy potraktowani poważnie przez jakąkolwiek władzę, wcześniej nawet nie mieliśmy okazji się sprawdzić w kontakcie z jej przedstawicielami. Ale teraz musimy pilnować, żeby ta teoretyczna zgoda przełożyła się na praktyczne rozwiązania.
Na razie bilans władz Warszawy w walce o klimat wygląda tak, że Rafał Trzaskowski nadal tę walkę zapowiada, a na posiedzeniu rady miasta niemal równocześnie wprowadzono „alarm klimatyczny” i uchwalono zabudowę otuliny Jeziorka Czerniakowskiego.
Dlatego walczymy o to, by wraz z innymi ekologami i ekolożkami zakotwiczyć w świadomości pojęcie kryzysu klimatycznego, by pokazać, że to już się dzieje. Susze, powodzie, burze, nagłe wahania temperatur, to wszystko już tu jest i będzie się potęgować. Staramy się zmienić język, wprowadzić do debaty publicznej pojęcia i problematykę kryzysu klimatycznego. A przy tym doskonale rozumiemy, że to nie jest sprawa, którą da się załatwić jedną ustawą, zmianami prawnymi. Wymaga zupełnie innych taktyk, które dopiero wypracowujemy.
Jeśli mowa o taktykach… Byłaś teraz w Niemczech, bywasz często w Londynie. Masz obraz tego, jak działają tamtejsze ruchy klimatyczne, na przykład Ende Gelände. Jakie wnioski? Jak ma się Polska do europejskiej całości?
Młodzieżowy Strajk Klimatyczny jest częścią globalnego ruchu Fridays for Future, który rzeczywiście wziął się ze szwedzkiego strajku Grety. Są też ruchy bardziej radykalne, takie jak Extinction Rebellion, organizatorzy niezwykle głośnego i konfrontacyjnego Extinction Week w Londynie.
Główną różnicą jest to, że zagraniczne ruchy nie będące częścią Fridays for Future mówią o szybszej, rewolucyjnej zmianie, ich zdaniem nie ma czasu na budowanie ruchu ponad podziałami.
Extinction Rebellion twierdzi, że by móc wywrzeć niezbędną do zmiany presję na polityków i władzę, musi najpierw przekonać do siebie i zaktywizować 3,5 proc. społeczeństwa. Oni mają określoną strategię działania podług tych danych, również skupiają się na klasowych, ekonomicznych oraz postkolonialnych aspektach zmian klimatycznych.
Fridays for Future i MSK raczej chcą pozyskać jak najwięcej ludzi, o różnych poglądach, bez względu na przynależność klasową, poglądy polityczne i miejsce zamieszkania. Dążymy do tego by każdy i każda mogła się zaangażować.
Wierzysz, że masowy ruch klimatyczny w Polsce jest możliwy?
Chcę w to wierzyć. Wydaje mi się jednak, że tu ze strony politycznej i społecznej jest trudniej niż w Europie Zachodniej. Gdy wraz z ekipą z MSK pojechałam na protest do Niemiec, dokładnie do Aachen, gdzie było 40 tysięcy osób, czułam tam, że tak powinno być wszędzie i zastanawiałam się, dlaczego u nas dotąd protesty nie mają tej skali.
Nawet jeśli czuję, że przez te kilka miesięcy udało nam się mnóstwo rzeczy, uważam, że to nie jest wystarczająco dużo. Można byłoby robić więcej.
Ale czego można by robić więcej i z kim? Wiosna Biedronia, która wprowadziła do mainstreamu temat zmian klimatycznych, sprowadzała kwestię do zamknięcia kopalń do 2035 r. Albo robiła sobie zdjęcie z Ingą Zasowską i z wami. Jednym słowem puste show. Razem ma dobry i dokładny program środowisko-energetyczny… i 1 proc. poparcia. Reszta znaczących partii problem omija lub go neguje.
Niestety to wszystko jest prawdą. Dlatego nie liczę na partie polityczne. Raczej na to, że różne ruchy klimatyczne będą musiały się widocznie połączyć i zacząć współpracować. Na razie każdy ma swój program i pomysł na to, jak zawalczyć o środowisko i zadbać o przyszłość klimatu. Na przykład MSK jest bardzo legalistyczny, nie będzie podejmował akcji silnie konfrontacyjnych. Dla mnie jest to jednak oczywiste, że jeśli nikt nas nie będzie słuchał, to dojdzie do przesilenia.
Już teraz zamierzamy doprowadzić do tego, by temat kryzysu klimatycznego wybrzmiał jak najbardziej w najbliższych wyborach parlamentarnych. Partie polityczne nie chcą wprowadzić tej sprawy do swojej agendy – a my chcemy je do tego zmusić. Trzeba zacząć mówić po nazwiskach, obarczać polityków odpowiedzialnością, gdy jej unikają. Wprost trzeba rozliczać partie, które nic kompletnie nie robią. Tutaj nie ma miejsca na puste hasła. Będziemy chodzić na wieczory wyborcze i na konferencje, pisać o tym w mediach
społecznościowych.
A czy to nie będzie wołanie „bogatych dzieci z dużych miast”? Fajnie opublikować tekst na Krytyce Politycznej, dobrze jest komentować sprawy klimatu w TOK FM czy GW, ale czy to wystarczy, żeby wyjść poza określoną banieczkę, przekonywać nowych ludzi?
Non stop o tym dyskutujemy. Zastanawiamy się, jak działać, jednocześnie nie tworząc wokół siebie atmosfery uprzywilejowanych i wyedukowanych dzieciaków. Szukamy odpowiedzi na pytanie: jak poszerzać świadomość ludzi bez wstępnego wykluczania, często nieświadomego, jak wytłumaczyć akcje i formy działania osobom, dla których działalność polityczna jest czymś kompletnie świeżym. Musimy wchodzić do szkół, do normalnych ludzi, wyjść z banieczki „aktywistycznej elity”.
Z pewnością niebawem będziemy przeprowadzać happeningi edukacyjne w miejscach publicznych, nie na uniwersytetach, lecz na bulwarach wiślanych, na ulicach i chodnikach, tak by wyjść do wszystkich, a nie siedzieć w przysłowiowym Barze Studio.
Patrząc na ruchy w Europie zachodniej Europy mam wrażenie, że one wyrastają z innej rzeczywistości społecznej. Tam istniały tradycje polityczne, na ich fundamentach partie, fundacje, stowarzyszenia oraz skłoty, razem będąc potężnie usieciowione. W Polsce środowisko jest bardzo małe, z zaledwie kilkoma tytułami medialnymi, skupione przede wszystkim w Warszawie.
Wiemy, że z pewnością nie będziemy mieli sponsorów, nawet europejskich. Mamy zamiar działać oddolnie ze zrzutek. Nie zamierzamy również powoływać stowarzyszenia czy fundacji, nie zamierzamy się zbiurokratyzować i wyłaniać automatycznie liderów czy liderki. Jednocześnie bardzo staramy się nie być tylko warszawscy.
I na ile to się udaje?
W marcu w naszej akcji wzięło udział łącznie trzydzieści miast, w każdym z nich miały miejsce demonstracje.
Jak liczne?
Zdecydowanie mniejsze niż w Warszawie. Jednak były! To jest najważniejsze. Młodzi ludzie wyszli na ulice i zaczęli domagać się walki z kryzysem klimatycznym.
Szczecin czy region śląski to nasze najbardziej liczne i aktywne grupy spoza stolicy. Śląsk ma tutaj do spełnienia niezwykle ważną rolę ze względu na środowisko górnicze.
Rozmawialiście, czy też będziecie rozmawiać ze związkami zawodowymi górników?
Do tej pory nie mieliśmy takiej okazji, jednak do tego dojdzie. Zrobimy to jako cały Blok Klimatyczny – wszystkie organizacje walczące z kryzysem klimatycznym.
Nie może być tak, że będziemy mówić o odejściu od węgla jednocześnie omijając górników i ich rodziny, musimy ich szanować i uwzględnić ich w rozmowie dotyczącej kryzysu klimatycznego. Jeśli ma nadejść jakakolwiek zmiana, to musi ona być przeprowadzona zgodnie z zasadą sprawiedliwości społecznej. Musimy pamiętać o każdym rodzaju pracowników, a przy tym wyrażać solidarność z górnikami, nie z kapitałem węglowym. Przecież kwestie klimatyczne są niezwykle społeczne i klasowe, to najbiedniejsi najbardziej odczują efekt postępującego kryzysu klimatycznego. Susze, głód, powodzie będą dotyczyć w pierwszym szeregu właśnie ich. Musimy o nich pamiętać i walczyć o ich prawa i bezpieczeństwo.
Myślisz, że w tym świecie rozdartym konfliktami, rządzonym logiką kapitału, uda się przeprowadzić Zieloną Transformację czy nawet Zieloną Rewolucję? Ja obawiam się, że w miarę postępowania kryzysu klimatycznego, który pociągnie za sobą kolejne, np. zaostrzenie problemów migracyjnych, ludzie będą się skupiać na takich właśnie symptomach, nie na sednie problemu. Do tego jesteśmy w uprzywilejowanej Europie, którą globalne Południe usiłuje dogonić, a to wiąże się ze zwiększeniem emisji zanieczyszczeń…
Mówimy o Europie, bo to ona musi zredukować swoją emisję zanieczyszczeń. Mamy więcej środków, lepszą technologię, to na nas historycznie spoczywa odpowiedzialność. Rewolucja czy zielona transformacja nie nadejdzie z dnia na dzień – ale jeśli politycy i społeczeństwa nadal będą odsuwać radykalne kroki, jeśli nasz ruch poniesie porażkę, masa ludzi umrze albo w wyniku katastrof ekologicznych, albo w wojnach o resztki surowców i resztki cywilizacji, kiedy ruszy fala uchodźców z wysuszonej Afryki czy spustoszonej monsunami Azji. To jest problem, któremu nie można zaprzeczyć.
Musimy walczyć z korporacjami, z logiką zysku, z denialistami klimatycznymi, musimy to zrobić. Ten świat nie może upaść kompletnie na głowę.
Wierzysz, że ten świat się uratuje, że logika zysku, o której mówisz, nie zwycięży i nie doprowadzi nas do samozagłady?
Ja i ci, którzy działają, wierzą w to, że się uda. Co innego w tej sytuacji pozostaje? Można tylko wierzyć i z tą wiarą działać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *