Zielono mi, czyli naturalnie

4 lut 2018

Z BARBARĄ SAŁACKĄ, w 65 rocznicę jej debiutu w Telewizji Polskiej rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Ile lat pracowała Pani w TVP?
Czterdzieści. Ostatnia moja realizacja odbyła się w 2000 roku. Jednak mój telewizyjny debiut był w 1953 roku. Byłam wtedy studentką Wyższej Szkoły Teatralnej i stało się to poza wiedzą władz uczelni, które nie zgadzały się na pracę studentów. Telewizja nadawana była wtedy raz w tygodniu, po kilka godzin. Pokazywano zestawy mini-scenek na różne tematy, rozmówki, recytacje, pogadanki. Potrzebny był im ktoś w rodzaju spikera, łącznika między poszczególnymi fragmentami programu. Zdecydowałam się na współpracę mimo groźby wyrzucenia ze szkoły. Przekonał mnie telewizyjny realizator, Marek Nowakowski. Powiedział, że w całej Warszawie jest zaledwie dziesięć odbiorników, w poza tym i tak mnie nikt nie rozpozna, bo będę ucharakteryzowana. Dodatkowo przekonał mnie sumą pieniędzy, za którą mogłam pojechać na narty w Zakopanem.

I nikt Pani nie poznał?
Nie. Ucharakteryzowano mnie i pomalowano na zielono, tłumacząc, że to niezbędne ze względów optycznych. Aby na czarno-białym ekranie wyglądać naturalnie, trzeba było mieć twarz i dłonie, widoczne części ciała, pomalowane na zielono. Pamiętam, że przez te kilka godzin bardzo ścierpły mi nogi. Posadzili mnie bowiem na wysokim stołku, jako że kamery były wtedy usytuowane bardzo wysoko.

Kontynuowała Pani tę współpracę?
Nie wtedy. Nie było okazji. Ponownie nadarzyła się dopiero w 1961 roku, po ośmiu latach. W międzyczasie pracowałam w teatrze, a także w tygodniku „Polityka”, u Mieczysława F. Rakowskiego. Tam poznałam ważnego człowieka telewizji, Jerzego Pańskiego, który zaproponował mi spikerowanie. Szybko jednak przekwalifikowałam się na asystentkę reżysera. Początkowo robiłam sporo drobnych robótek i współpracowałam przy realizacji „Misia z okienka”, popularnego programu dla dzieci. Później zrealizowałam i wyreżyserowałam wiele teatrów telewizji, w tym na żywo. Robiłam też liczne, sensacyjno-kryminalne przedstawienia teatralne, pamiętne „Kobry”.

Jakimi cechami musiał odznaczać się wtedy realizator telewizyjny?
Przede wszystkim refleksem, podzielnością uwagi, zdolnością szybkiego podejmowania decyzji. Realizator musiał obserwować aktorów, ustawiać kadry, kodować, miksować, znać się na montażu. Ta ostatnia umiejętność nie była zresztą od razu potrzebna, bo pierwsze telerecordingi, czyli urządzenia rejestrujące, nie dawały możliwości montażu. Nie można było realizować scen w różnej kolejności. Należało rejestrować całość widowiska, tak jak szło. Wspomniane wcześniej cechy miały przede wszystkim kobiety, więc też na początku wyłącznie one były realizatorami: Basia Borys-Damięcka, Ania Minkiewicz, Joanna Wiśniewska, Ewa Vogtman-Budny i ja.

Czyli praca była bardzo stresująca…
Bardzo, w nieustannym napięciu. A przy tym przydarzały mi się rozmaite przykre przygody ponadprogramowe. Na przykład pożar sztucznej trawy w studiu podczas realizacji teatru telewizji na żywo. Zniszczenie mojego prywatnego samochodu, niezłej marki, którego użyczyłam do realizacji. Było też zatrzymanie przez jakąś służbę specjalną mojej ekipy w plenerze i trzymanie nas przez wiele godzin do wyjaśnienia. Wzięto nas za szpiegów, bo cała nasza kierownicza trójka miała, niezwykłym zbiegiem okoliczności, tę samą dzienną datę urodzenia w dowodach osobistych – 24 stycznia. A były to czasy szpiegomanii.

Którą z sytuacji podczas realizacji na żywo zapamiętała Pani jako najbardziej stresującą?
Pamiętam taką realizację Teatru Telewizji, kiedy omal nie doszło do pełnej kompromitacji na wizji. Jeden z aktorów omyłkowo przeskoczył tekst o kilka stron do przodu, chaos udzielił się reszcie aktorów, do tego coś stało się z dźwiękiem. W końcu udało mi się ten chaos opanować, choć wydawało mi się, że nie do końca. Gdy po zakończeniu pracy wychodziłam ze studia, nogi się pode mną uginały. To przypominało trochę pracę sapera, choć bez zagrożenia życia.

Widzowie zauważyli te trudności?
Otóż proszę pana, nie. Wracam do domu i od progu wołam do rodziny: „Oglądaliście?”. Potwierdzili. „No i co widzieliście?”. „A co mieliśmy widzieć?” – pytają. „Ten bałagan, chaos” – mówię. Okazało się, że nic nie zauważyli. A przecież byli poniekąd zawodowcami. Mój mąż znał się na mojej pracy, a mama była dziennikarką.

Czyli, że efekt był w pełni profesjonalny, z pozycji widza nic się nie zdarzyło…
Na to wyszło.

Dziękuję za rozmowę.

Barbara Sałacka – ur. 1932, realizatorka i reżyserka TVP w latach 1961-2000. Pracowała m.in. przy realizacji odcinków „Stawki większej niż życie” w wersji teatralnej (1965), spektakli Teatru „Kobra” (m.in. „Pan inspektor przyszedł”), a w TTV m.in. „Obrona Ksantypy”, „Skok do Eldorado”, „Jakub”, „Cnota uciśniona”, „Ameryka”, „Elektra”, „Gracze”, „Ożenek”,”Henryk IV”, „Lekkomyślna siostra”, „Parady”.

Najnowsze

Sprawdź również

Zakochany Ziemkiewicz

Zakochany Ziemkiewicz

Rafał Ziemkiewicz pokochał Chiny. Naprawdę ! Ten Rafał Aleksander Ziemkiewicz polski publicysta, komentator polityczny i ekonomiczny, powiązany ze środowiskami polskiej prawicy. A także pisarz fantastyczno- naukowy, zdeklarowany antykomunista, współzałożyciel...

Chiny stawiają granicę zwolnieniom przez AI

Chiny stawiają granicę zwolnieniom przez AI

Chiński sąd postawił granicę automatyzacji. Korporacja może wdrażać AI, ale nie może używać jej jako alibi dla zwolnienia człowieka. To nie algorytm wręcza wypowiedzenie. Robi to pracodawca. To ważny sygnał globalnie, także dla Polski. Rewolucja już wchodzi na rynek...

Nie ufamy sądom

Nie ufamy sądom

Dlaczego ludzie boją się sądów? Bo człowiek, którego nie stać na adwokata, jest na z góry przegranej pozycji. W dodatku sądy niechętnie przyznają pełnomocnika z urzędu, twierdząc bardzo często niesłusznie, że sprawa jest prosta. Zaczyna się od tego, że język, którym...

Pochód to moje środowisko naturalne

Pochód to moje środowisko naturalne

Urodziłem się w świętym mieście Częstochowie. Tam, kiedy tylko śniegi z Alej zeszły, roiło się od maszerujących. Płci wszystkich, zwykle pod księżowskimi przewodem. Wtedy nie było tygodnia bez przynajmniej jednej pielgrzymki. Szli górnicy i hutnicy, młodzież...

Mit o pomaganiu

Mit o pomaganiu

Wczoraj pisałem o Łatwogangu, 251 mln zł zebranych dla dzieci chorujących onkologicznie, dziurze w NFZ, politykach ogrzewających się przy obywatelskiej mobilizacji, bogatych firmach, influencerach i konieczności patrzenia fundacjom na ręce. Dzisiaj chciałbym zejść na...