Żołnierskie życiorysy milionów Polaków

W latach 1945-1989 służbę wojskową pełniło 11 milionów obywateli naszego kraju.

Służba wojskowa w latach 1945-1989 to także jedna z kart historii 100-lecia odzyskania niepodległości. W moich wspomnieniach o jednym z milionów byłych żołnierzy Wojska Polskiego, o zdarzeniach autentycznych, chcę wyrazić symboliczny hołd i uznanie za ich służbę i pracę dla ojczyzny, Polski.
Ale także przypomnieć, zwłaszcza młodzieży, młodym pokoleniom, jak dla ich poprzedników ważna była służba wojskowa, dla ich rozwoju i życia po wojsku. Co oni temu ludowemu wojsku zawdzięczają.
Służyli Moskalom
Dziś są oskarżani przez polityków obozu zjednoczonej prawicy, że nie Polsce służyli, a obcym, moskalom. Są to oceny wielce krzywdzące. Moje wspomnienia ukazują fakty realne. Wojsko, to zrodzone w czasie wojny z niemieckim okupantem, stworzyło warunki do awansu społecznego m.in. młodym Polakom z nizin społecznych. Służyli oni dwa i trzy lata, a wywodzili się z biedoty wiejskiej, małych miast. Wielu z nich, wstępując do wojska, było analfabetami, a kończyli służbę wykształceni, później uzyskiwali różne tytuły, w tym inżyniera rolnika, jak mój bohater. Ten Franek, o którym piszę, wywodził się z biednej rodziny rolnika, którego dom i zabudowania gospodarcze kryte były słomą. W 1949 roku, gdy był powołany do służby wojskowej, nie umiał czytać i pisać. Po latach wrócił do rodzinnej wsi i był właścicielem dochodowego gospodarstwa rolnego.
Oto moja mini, jednostkowa niejako egzemplifikacja jednego z milionów Polaków, którzy w latach 1945-1989 służyli w ludowym Wojsku Polskim, odbywając obowiązkową służbę. Myślę, że warto i należy w te nasze doniosłe 100-lecie przypomnieć tę jedną z kart naszej powojennej historii. Traktuję te moje wspomnienia jako swój skromny udział w dokumentowaniu ważnego okresu rozwoju cywilizacyjnego. Bo przecież wojsko nasze ma swój wkład, spełniało także poważną rolę w rozwoju gospodarczym naszego kraju, w likwidacji ogromnej przepaści, jaka dzieliła nas od państw zachodnich. We wspomnianych latach wojsko, jego liczne roczniki, nie tylko brało udział w odbudowie kraju, w jego rozwoju gospodarczym, lecz także stworzyło warunki kształcenia, a w tym także likwidacji negatywnego zjawiska społecznego, jakim był analfabetyzm. Został zlikwidowany właśnie w tej Polsce, tak dziś krytykowanej, a nie w II RP.
To, co napisałem niżej, jest rzeczywistą miniopowieścią, zarysem epopei o jednym z milionów życiorysów tych, którzy wojsku zawdzięczają, kim byli i jakimi byli obywatelami Polski po odbyciu zasadniczej służby żołnierskiej.
Miasto Sokołów Podlaski
Wieś na Podlasiu, tuż za nią rzeka Bug; w powiecie sokołowskim. Miasto Sokołów Podlaski, dziś to już nie to z czasów starszych generacji jego mieszkańców. I tu już utorowała sobie drogę cywilizacja europejska. Tylko nazwy ulic przypominają jego przeszłość. No, nie wszystkie, niektóre zmieniono, ale powstały nowe, gdzie były dawniej pola uprawne rolników. Na miejsce drewnianej zabudowy wkroczyła nowoczesna architektura. Trzeba było kilkadziesiąt lat ogromnej pracy kilku pokoleń, by ten region zmienił się, a życie jego mieszkańców było bogatsze i łatwiejsze. Stało się to za sprawą mieszkających tam ludzi. Opowieść o losach Franka Sitarskiego i jego rodziny jest jednostkową egzemplifikacją przemian, jakie wciąż się dokonują na obrzeżach Polski wschodniej. Wieś rodzinna głównej postaci była biedna jak setki innych na ścianie wschodniej. Niewielka. Kilkadziesiąt numerów wraz z tymi, które wybudowano w pobliżu wsi. Zabudowania drewniane. Kryte słomą lub papą, niektóre gontem. Nie było ani jednego domu murowanego z cegły lub innych materiałów budowlanych, bardziej trwałych od drewna. Siedziba Sitarskich, dom, stodoła i obora nie była okazała. O niewielkim metrażu.
Rodzina Franka z dziada i pradziada miała gospodarstwo rolne. Ziemi też było niewiele. Parę mórg. Ziemia słabej klasy. Praca w polu wypełniała jednak dni od świtu do zmierzchu. Ich budynki, przekazane przez dziadka ojcu Franka, były położone na skraju wsi. Za sobą mieli już tylko dwóch sąsiadów. Też klepali biedę, a szczególnie na przednówku. Były to jeszcze mniejsze gospodarstwa od Sitarskich.
Pomagali sobie, jak mogli. Wspierali się chlebem pieczonym we własnym piecu. Świętowali jednak szczególnie, gdy było świniobicie w dobrych czasach. Zabudowania skromne. Ale panował tam zawsze porządek. Zieleń, wokół domu kwiaty różnych kolorów. malwy, piwonie, georginie, azalie. Warzywnik w pobliżu stodoły. Wystarczyło warzyw na cały rok. To królestwo pani Michaliny Sitarskiej. Lubiła pracować przy kwiatach i warzywach. Była jeszcze w pełni sił. Nie wiedziała co to bóle krzyża. Ich zagroda była grodzona żerdziami pochodzącymi z przecinki lasu. Ojciec Franka wynajmował się do pracy z koniem w lasach państwowych. Ogrodzenie to zapłata za jego pracę. Dom i obejścia pochłaniały sporo czasu.
Franek miał jeszcze młodszą siostrę Teresę. Dotychczas jego życie było ograniczone do rodzinnej wsi. Wyjątki były. Czasami ojciec zabierał go ze sobą do miasta, kiedy odbywał się targ. Niezbyt często. Szkoda było tracić czas. Czekała praca w polu i obejściu domu. Pieklił się wówczas na ojca. Był zły. Ale co miał robić. Decyzje i słowa ojca były ostateczne. Wychowywany był karnie. Ojciec nie znosił sprzeciwu syna. Wiedział o tym.
Pracował w gospodarstwie bez wykazywania swojego niezadowolenia. Po co mu to, by oberwać od ojca, gdy go zdenerwuje. Wolał milczeć i pokornie robić to, co mu kazano. Jego rodzina żyła z tego co ziemia dała z siebie. Ale ona też wiele wymagała od nich. Szczególnych potrzeb nie mieli. Trochę jadła było. Książek zaś nie było. Po co? Kto miał je czytać? Franek nie nauczył się czytać. Ojciec i matka ledwo, ledwo.
Czasami do gminy przyjechało kino objazdowe. To dopiero była frajda. Ale też kłopot. Trzeba było pokonać parę kilometrów do gminnej świetlicy. Gazety? Jakie gazety? Nie czuli potrzeby ich czytania. Czasami jak pan Sitarski był na targu, to kupił taką, jaka była w kiosku. Sam czytał tylko tytuły artykułów pisane dużym drukiem. Franek przeglądał zdjęcia, a zwłaszcza dziewczyny w ubraniach roboczych przy różnych maszynach i prowadzące traktory na polach PGR. Już wówczas coś w nim kiełkowało. Dopadały go od czasu do czasu przygnębiające myśli. Jaka jest jego przyszłość na tej wsi, gdzie diabeł mówi dobranoc. Wieś ich nie była jeszcze objęta planem elektryfikacji. Nie było więc mowy o „kołchoźniku”, z którego można było wysłuchać muzyki i wiadomości z kraju i ze świata. To miało być dopiero za parę lat. Żyli pracą na gospodarce, uprawą ziemi.
Z tą gospodarką trudno było się uporać, Bywało, że brakowało nie tylko chleba, ale i paszy dla trzody chlewnej oraz drobiu. Żyli spokojnie, nie biadolili, że jest im ciężko. Po co te zwierzenia wobec obcych, co to da? – Nic. Tak uważał główny gospodarz, ojciec Franka. By kupić nowe ubranie czy buty, kiedy już nie było co reperować, musieli coś sprzedać ze zwierzaków hodowlanych. Oj, drapali się wtedy mocno po głowach. Gdy dzieci były małe, dodatkowy kłopot. Praca w polu, buraki, kartofle, żniwa. No cóż, trzeba było dzieci zabierać ze sobą i mieć na nich ciągłe baczenie.
Wezwanie z wojska
Druga połowa sierpnia 1949 roku. Tego dnia pani Sitarska nie pojechała na pole, jak to potocznie się mówiło. Miała trochę pracy w domu. Była bardzo zajęta. Nie zwracała uwagi, gdy drogą przed ich domem ktoś przechodził. Niewielu mieszkańców o tej porze było w domach. Większość z nich pracowała na gospodarstwach. Wyjrzała przez okno.
– Listonosz? – zdziwiła się, ale i zaniepokoiła. – Co to może być, jaka wiadomość – rozmyślała z lekką obawą. Nie pamiętała, kiedy był ostatnio. Listonosz wchodząc na podwórko, zapytał głośno – czy ktoś jest w domu?! Pani Michalina wyszła przed dom nieco zdenerwowana przyjazdem niespodziewanego przybysza.
– Dzień dobry, pani Sitarska. – A, to pan, co sprowadza do nas? – spytała.
– Jakie nowości pan przynosi? Oby dobre.
– No, nie najlepsze – odpowiedział grzebiąc w torbie i szukając koperty z pismem. – O, jest – podał jej kopertę.
– Co to może być? – zapytała. Listonosz po chwili z wyraźną niechęcią odpowiedział.
– Wydaje mi się, że wezwanie z wojska dla pani syna.
– O Jezu, tylko nie to! Kto nam będzie pomagał w gospodarce?
– E, poradzicie sobie – odpowiedział na jej lamenty, dodając po chwili – pani mąż i pani jesteście jeszcze młodzi.
– Panie, jacy my młodzi! – wykrzyknęła.
– Inni są starsi od was i też ich synów powołują. Wojsko dobrze mu zrobi, czegoś się tam nauczy – mówiąc te słowa wsiadł na rower i odjechał.
– Mądrala, niech sam idzie, a nie na rowerze listy rozwozi.
Listonosz tych słów chyba już nie słyszał. Wciąż stała w miejscu jak słup, nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Nie mogła stać. Siadła na ławce pod oknem domu.
– Co teraz będzie? Mój Franuś do wojska? – rozmyślała, nie otwierając koperty.
– A może to coś innego, nowy podatek czy inny czort? – wciąż nie miała odwagi zobaczyć, jakie pismo kryje koperta.
– A może to jakieś domiary? Ale za co, my tu nic takiego nie uprawiamy na tych naszych paru morgach? – pytała sama siebie.
– Ale wola boska – dodała i otworzyła kopertę.
Czytać umiała. Parę klas podstawówki ukończyła. Czytała powoli. Z pisma wyraźnie wynikało, że Franek w październiku ma stawić się do wojska w celu odbycia służby wojskowej.
– No, nawet niedaleko od nas – zauważyła – do jednostki w Wesołej koło Warszawy.
– Chociaż to – zaczęły ją, jak to matkę, nachodzić różne myśli. Jak jej Franuś sobie poradzi. On przecież nie nauczył się pisać i czytać. To nasza wina, moja i ojca, nie dopilnowaliśmy. W wiosce szkoły nie było, tylko w gminie. Nie było komu go prowadzić, stale praca w polu, a zimą brak odpowiedniej odzieży – sama siebie usprawiedliwiała. Myśli o losach syna nie dawały jej spokoju. Jak sobie poradzi. Dotychczas z wioski nigdzie nie wyjeżdżał. Zagubi się biedaczysko. Popadła w zły nastrój. Było jej smutno. Co powie staremu. Jak on przyjmie wiadomość o wezwaniu syna do wojska.
W chwilach zadumy Franek Sitarski rozmyślał, tkwiąc emocjonalnie w otaczającym go pejzażu. Czuł się tu dobrze, swojsko, zwłaszcza wiosną i latem. Wszak tu były jego rodzinne korzenie od pradziadka. Szumiące łany zbóż, łąki dotykające brzegu Bugu, przedstawiające sobą obrazy kwitnących do późnej jesieni różnokolorowych kwiatów polnych. Już w wieku dojrzałym, kiedy będzie zamożnym rolnikiem, bliskim znajomym będzie tłumaczył powody powrotu z miasta do rodzinnej wsi. Chyba miał to po matce. Czuł się dobrze w tej krainie nad Bugiem. Ale póki co, jego zainteresowania będą się nieco modyfikować w miarę upływu czasu, a nade wszystko z uwagi na zmiany społeczne kraju, jego rozwój cywilizacyjny. Główne jego myśli były jednak blisko uprawy ziemi, posiadania gospodarstwa rolnego. Gdyby to było możliwe, mieć jej więcej – rozmyślał.
Niewiele zostało po dziadku, który podzielił swoją ojcowiznę na troje potomków, dwóch synów i córkę. Tego, co jego ojciec posiadał już nie można było dzielić. Nie ma mowy o kolejnym podziale na dwa gospodarstwa. Przecież Tereska kiedyś wyjdzie za mąż, a on się ożeni. – No, zobaczymy, jak to nasze przyszłe życie się ułoży – westchnął. Już wiedział, mimo młodego wieku, i był o tym przekonany, że on i Tereska nie mogą razem gospodarzyć na tych poletkach po ojcu. Jedno z nich musi odejść, gdzieś się zakotwiczyć.
– Tylko gdzie, jak to zrobić? – zastanawiał się.
To pytanie będzie coraz częściej nawiedzać jego rozmyślania o przyszłości. Pięknie tu, ale ziemia nie najlepsza. Ale można sobie życie ułożyć. Tak, tylko trzeba tę ziemię jeszcze mieć. A jaki bogaty rolnik zgodzi się na ożenek z jego córką? Przecież on nic nie dostanie od rodziców. To, co oni mają, przejmie jego siostra. Miał już tego świadomość, że tak się stanie. Często takie właśnie myśli go nawiedzały.
Gdy wracali z ojcem z pola, jak to się potocznie mówiło wśród mieszkańców wsi, było już ciemno, szarówka. Utrudzeni po całodziennej pracy. Wjechali na podwórko. Koniem zajął się Franek. Lubił obsługiwać Karego. Napoił i nasypał jadła do żłobu. Sitarski wchodząc do mieszkania, zauważył, że jego żona ma jakiś inny wyraz twarzy. Był przyzwyczajony do bardziej pogodnego jej zachowania, gdy wracał po całodziennej nieobecności. Zazwyczaj uśmiechała się i miała pogodne spojrzenie. W tym dniu zachowanie żony było inne, chłodne i smutne. Nie wiedział jeszcze, co jest powodem widocznego jej zafrasowania, wręcz smutku.
Mężczyźni byli zadowoleni z podanego jadła. Zgłodniali. Zjedli z apetytem, a potem zapadła cisza. Żona Sitarskiego przy jedzeniu zawsze coś mówiła. Tym razem jakby ją zatkało. Mąż zauważył jej zapłakane oczy.
– Co z tobą, żono – zapytał, widząc jej smutny wyraz twarzy. Nie odpowiedziała od razu. Sięgnęła po kopertę, którą z rozmysłem położyła wysoko na szafce, nie chcąc, by dowiedzieli się przed kolacją.
– Niech się najedzą, to im dopiero powie o urzędowym piśmie – zadecydowała. – Masz, przeczytaj – podała mężowi kopertę – dawno nie czytałeś.
Powoli otwierał kopertę. Wyjął z niej tajemnicze pismo. Biegły w czytaniu nie był. Dawno ukończył trzy klasy. Był prawie wtórnym analfabetą. Wcale się z tym nie krył, ale chwalić się też nie było czym. Były różne przyczyny, że nie ukończył szkoły podstawowej. Trochę zawinił sam, ale rodzice jego też nie byli bez winy. Miał przejąć po rodzicach część gospodarki. I tak stało się zgodnie z wolą ojca. To on przysposabiał synów do pracy na roli. Długo się przyglądał powiadomieniu o powołaniu syna do wojska. Przekazał żonie pismo.
– Masz, ty lepiej czytasz – powiedział. Przeczytała głośno, by Franek też się dowiedział co i jak. Zapanowała cisza i smutek na twarzach rodziny. Wszyscy opierali się rękami o stół, przy którym przed chwilą zjedli kolację. Głowa rodziny Michał Sitarski miał ponury wyraz twarzy. Oczy jego skierowane były w dół. Wciąż milczał. Nie padło z jego ust ani jedno zdanie. Franek był zagłębiony w myślach. Coś trawił. Zastanawiał się, co ma powiedzieć rodzicom. Przecież to jego dotyczy ta cała sprawa, to on ma przywdziać mundur żołnierski na dwa, a może i trzy lata. Nie wiadomo jeszcze.
Pani Sitarska przerwała ciszę.
– Trzeba napisać odwołanie i wysłać gdzie trzeba, najlepiej do powiatu. Niech odroczą powołanie – powiedziała zdecydowanym głosem.
– A u lekarza załatwić, że ojciec chory i nie może pracować w polu, na gospodarce – dodała. Franek rozważał słowa matki. Ale nic nie mówił. Ojciec poruszył się i po chwili zawyrokował.
– Tak, trzeba pisać odwołanie, muszą Franka odroczyć. To chyba da się załatwić z lekarzem. No, będzie kosztowało świadectwo o moim stanie zdrowia, ale trochę grosza mamy – zakończył swoją decyzję. I w tym momencie Franek, ten cichy wiejski chłopak, niemal wybuchnął krzykiem.
– Nie! Nie będzie żadnego odwołania i świadectwa o chorobie ojca! Co powiedzą sąsiedzi, których powołają? Wiedzą, że ojciec jest zdrowy jak rydz. Nie ma sensu kłamać. Pójdę do wojska – powiedział zdecydowanie.
Potem wstał i wyszedł na podwórko. Siadł na ławce. Rozmyślał. Trochę się bał tego wojska. Tyle już się nasłuchał opowiadań od tych, którzy już odbyli służbę, o wybrykach kaprali i żołnierzy drugiego rocznika wobec młodszych o rok, pogardliwie nazywanych kotami, zmuszanych do różnych nieregulaminowych czynności na rzecz tzw. „rezerwy”.
– Będę musiał sobie jakoś poradzić. Zobaczymy. Oni przeżyli, to ja też dam sobie radę – rozmyślał.
– Może się nauczę jakiegoś zawodu. A gospodarka? Wielka mi gospodarka. Siostra Tereska dostanie ją jako posag. Może lepiej wyjdzie za mąż za kogoś ze wsi. Ja mogę pracować w mieście.
Rozmyślał też o Hance, córce bogatego rolnika, z którą często rozmawiał. Zdarzało się, że razem z Hanką pasał krowy, prowadził je do rzeki, by je napoić. Krowy piły wodę, odganiając ogonami atakujące owady, które im dokuczały, szukając na ich grzbietach pożywienia, a on brał do garści zimną wodę i kropił nią Hankę. Niby wtedy uciekała, ale tak naprawdę lubiła te igraszki Franka, bo zawsze były umiarkowane i delikatne. Na jego zaczepki reagowała najczęściej wybuchem śmiechu.
Wrócił do mieszkania w dobrym nastroju, ale i z postanowieniem, że nie będzie robić odwołania, a służbę wojskową odbędzie. Czuł się już lepiej. Rodzice to zauważyli.
– I co? – zapytał ojciec.
– A no nic, idę do woja – odpowiedział. Ojciec się zamyślił.
– Chyba masz rację Franuś. My z matką jakoś sobie poradzimy z tą naszą gospodarką – powiedział to zdecydowanie. I na tym stanęło. Nie było odwołania.
Tego wieczora leżał długo, zanim sen przyszedł. Ten wieczór był dla niego wielkim przeżyciem. Franek pojedzie do wojska za parę tygodni.
Zbliżał się dzień pożegnania. Pierwsze dni października 1949 roku. Pani Michalina czyniła odpowiednie przygotowania do wyjazdu syna. Dzień rozstania z rodziną. Smutek i łzy w oczach matki i młodszej siostry. Przyszły wojak prosił, by do WKR-u nikt z nim nie jechał.
– Tak będzie lepiej dla was i dla mnie. Pojadę autobusem do miejsca zbiórki – oznajmił. Tak się też stało. Zgodnie z jego wolą. Po przyjeździe do miejsca stawiennictwa sprawdzono tożsamość poborowych. Ustawiono ich w czwórki i udali się na dworzec kolejowy. Mieli zarezerwowane wagony drugiej klasy. Podróż trwała parę godzin. Poborowi zachowywali się względnie poprawnie. Zadbali o to opiekunowie w mundurach.


Dotychczas tak daleko jeszcze nie jeździł
Podczas podróży rozmyślał, jak tam ta jego służba będzie przebiegać. Męczyła go obawa, czy da sobie radę. Nie umie czytać i pisać. Litery zna, ale to za mało, by opanować niezbędną wiedzę w specjalności, do której go przydzielą. Kompania piechoty, strzelec. Taki otrzymał przydział. Przyjechali do pułku bez przygód. Wyciszeni, spokojni, ale i nieco wystraszeni. Była to pierwsza podróż Franka. Dotychczas tak daleko jeszcze nie jeździł.
Nic dziwnego, że jego oczy były rozbiegane, a wyraz twarzy zdradzał niepewność i zakłopotanie. Szybko ich umundurowano i przydzielono sale żołnierskie. Niestety, wieloosobowe. W jego sali było dwanaście łóżek.
I zaczęła się tzw. unitarka, czyli podstawowe szkolenie żołnierzy. Baczność! Padnij! Powstań! – powtarzano aż do znudzenia. I te nieustanne zbiórki oraz rozejścia. Było mu trudno się do tego wdrożyć. Nie przywykł do ciągłego dyrygowania nim. Ojciec czy matka raz powiedzieli i wystarczyło. A tu? Chociaż pobudki o szóstej rano specjalnie go nie irytowały. W domu, zwłaszcza w porze letniej, też musiał rano wstawać, bywało że nawet wcześniej. Tego wymagało gospodarstwo rolne. Męczył się bardzo, gdy musiał coś przeczytać. Z początku nie przyznawał się, że jest prawie analfabetą. Zdążył już się dowiedzieć, że takich jak on jest wielu w jego kompanii.
Wszystko się jednak wydało, gdy do kompanii przyszła młoda nauczycielka i przeprowadziła sprawdzian z wykształcenia ogólnego. Do tablicy kolejno wzywała żołnierzy. Kazała im napisać np.: Kochani rodzice, donoszę wam, że jestem zdrowy, czego i wam życzę. Ale były i inne treści tego dyktanda. W ich kompanii co trzeci żołnierz został zaliczony do dodatkowego szkolenia. Pozostali z trudem, ale czytali i pisali. Na podstawie tych sprawdzianów sporządzono imienny wykaz tych, którzy objęci zostali dokształcaniem na poziomie szkoły podstawowej. Podzielono ich na klasy i rozpoczęła się intensywna nauka pisania, czytania i rachunków. W rozkazie dziennym wyznaczono dni i godziny z poleceniem zwalniania żołnierzy na lekcje dokształcające.
Nauka Frankowi szła nieźle. Był zadowolony, że może się uczyć. Każdą sposobność wykorzystywał, by nadrabiać zaległości. Starał się. Pani polonistka i matematyk nawet kilka razy już go chwalili za postępy. Nikt nie musiał Franka zmuszać do odrobienia zadanych zadań domowych. Rozumiał już, że trudno jest żyć bez minimum wykształcenia, a szczególnie umiejętności czytania i pisania. Raz w tygodniu oglądali film, a napisy po polsku były na dole ekranu. Denerwował się, gdyż miał jeszcze spore kłopoty z czytaniem. Tekst szybko uciekał z ekranu.
Mijały pierwsze miesiące służby żołnierskiej i nauki. Jeszcze listu do rodziców nie napisał. Nie odważył się ze swoją umiejętnością pisania. Nauczyciele zachęcali do nauki. Pierwsze sprawdziany i klasówki. Starał się, by wypaść w nich jak najlepiej. Ale bywało różnie. Nie zrażał się, wielokrotnie czytał popełnione błędy. Przełożeni zachęcali, przekonywali o celowości szkolenia w zakresie podstawowym. Szczególnie oficer Stanisław Pogorzelski. – Czytanie i pisanie to okno na świat – przekonywał. – Nie nauczycie się czytać, to nie zdobędziecie żadnego zawodu – tłumaczył młodym żołnierzom. A Franek tak bardzo pragnął nauczyć się jakiegoś zawodu, by nie wegetować na tych paru morgach ziemi. Niech Tereska zabiera tę gospodarkę. Marzył o zawodzie kierowcy, chociażby traktorzysty.
– Nie musi to być od razu samochód – rozmyślał wielokrotnie nad swoją przyszłością.
Minęło parę miesięcy służby wojskowej i nauki. Pani nauczycielka Leokadia Sierocka pewnego dnia zapowiedziała klasówkę z polskiego, której tematem było napisanie listu do rodziców. Rozdała kartki papieru i powoli zaczęła dyktować treść listu zaczynającego się od słów: Kochani Rodzice, donoszę Wam, że czuję się dobrze, jestem zdrów, czego i wam z całego serca życzę. Mamy dużo zajęć, bo oprócz wojska chodzę do szkoły, uczę się pisać i czytać…
W czasie pisania tego swoistego dyktanda nauczycielka podpowiadała, jak napisać poprawnie trudne słowa. Podchodziła do każdego ucznia, żołnierza i dyktowała, a piszący sami nanosili poprawki wedle wskazań nauczycielki. Niby to klasówka, ale jakże inna od tych pisanych w szkole. Po zakończeniu pisania podała żołnierzom koperty i pomogła je zaadresować, by doszły pod właściwy adres. Zebrała je i przekazała na pocztę wojskową. Listy powędrowały do rodziców.
Nasz syn nauczył się czytać i pisać w wojsku
Pani Michalina, ojciec także, tęsknili za swoim Frankiem. Dotychczas jeszcze nie mogli razem wybrać się do niego. Zawsze coś stało na przeszkodzie. Parę tygodni temu odwiedził go ojciec. Jego relacje z pobytu u Franka poprawiły trochę przygasły nastrój, jaki zapanował w rodzinie z powodu nieobecności syna. A plotki, jak zwykle o wojsku, wylatywały wróblem, a wracały wołem. Bo przecież Franek nie pisał, jak mu się tam powodzi. Wiedzieli, dlaczego nie pisał. Rodzice często wypominali sobie, czyja jest większa wina, że ich Franuś nie nauczył się pisać. Nadeszła wiosna 1950 roku. I znów przyjechał do Sitarskich ten sam listonosz, który doręczał pismo o powołaniu ich syna do wojska. Nie wchodząc na podwórko, podał list ojcu Franka.
– A od kogo to? – Niech pan przeczyta, na odwrocie jest adres nadawcy, chyba od syna – poinformował.
– Jak to syna? – ale złapał się za język, bo nie chciał powiedzieć, że ich Franek jest niepiśmienny. Gdy pani Michalina otworzyła kopertę i zaczęła na głos czytać, własnym oczom nie dowierzała, że to syn pisał do nich. W jej oczach pojawiły się łzy radości.
– Franuś, nasz syn nauczył się czytać i pisać w wojsku. Jak to dobrze, będzie mu tam lepiej się teraz żyło – powiedziała, ale zaraz pomyślała: Oby tylko chciał wrócić na gospodarkę i ożenić się z dziewczyną ze wsi.
Na drugi dzień pani Michalina Sitarska obnosiła się z dumą wobec sąsiadów, że jej syn przysłał list przez niego napisany. Wojsko go nauczyło pisać i czytać. Już niemal wszyscy mieszkańcy wiedzieli o tym. Stało się to za sprawą rodziców Franka. Pierwszy w życiu list napisany przez ich syna. Radość zapanowała w całej rodzinie. A Franek, by wzmocnić wiarygodność powiadomienia o swoich umiejętnościach dopisał na zakończenie listu: jak przyjadę, to przeczytam wam wojskową gazetę, w której napisali, że się dobrze sprawuję i uczę w szkole naszej jednostki wojskowej. Ojciec był dumny z Franka. – A nie mówiłem, niech idzie do wojska, może się czegoś nauczy – przypisywał sobie zasługi powodzenia syna w wojsku.
Wkroczyła mechanizacja, nowoczesność sposobów uprawy ziemi, a nawet w pewnym stopniu specjalizacja upraw rolnych. On, Franek z małej wsi, mówiło się zapadłej, korzystając z obecności w jednostce przedstawicieli kilku firm państwowych, tuż przed zwolnieniem, zatrudnił się jako kierowca. Bo w drugim roku służby za dobre wyniki w nauce i szkoleniu wojskowym został skierowany na kurs kierowców, a potem woził żołnierzy na ćwiczenia.
Franek po zakończeniu służby zamieszkał w dużym mieście. Do rodzinnej wsi przyjeżdżał rzadko, ale urlopy spędzał u rodziców. Pomagał przy żniwach, a sąsiedzi mówili do Sitarskiej, że jej syn to już takie panisko, bo nie zwraca uwagi na wiejskie dziewczyny. Wówczas odpowiadała im: A co ma tu robić. Ziemi niewiele. Wojsko go wykształciło, to znalazł pracę i urządził się w mieście.
Kolejny przyjazd Franka Sitarskiego do rodzinnej wsi. Założył nowy garnitur, który kupił gdzieś okazyjnie. W 1953 roku nie było to takie proste. Wiadomo, wszystkiego brakowało. Czasy tuż po wojnie i wieloletniej okupacji niemieckiej, ale od czasu do czasu coś rzucili do sklepów, także odzieżowych. Idąc ulicą, a tylko jedna była w tej wsi, zachowywał się jak zawsze skromnie, pozdrawiając mijające go osoby. Zauważył, że niektórzy mieszkańcy znający go od dziecka nie rozpoznają go. Dopiero gdy na chwilę się zatrzymał i parę słów powiedział.
– O, Franuś, to ty, ja cię nie poznałam – odpowiedziała jedna z sąsiadek na jego ukłony. Rzeczywiście odróżniał się wśród zapracowanych mieszkańców wioski wyglądem, prezencją i pogodnym wyrazem twarzy. Wojsko wywarło na niego określony wpływ, a m.in. starał się chodzić w pozycji wyprostowanej. Ileż to razy dowódca drużyny i plutonu zwracali mu uwagę: Sitarski, wyprostujcie się. Praca w polu i na gospodarce nieco pochyliła jego sylwetkę.
I już był w domu rodzinnym.
– O Boże! – krzyknęła matka na widok syna. Była w tym czasie w warzywniku. Powitała go bardzo serdecznie. Jej pupilek przyjechał. Podziwiała jego wygląd.
– Wyrosłeś, jaki z ciebie już mężczyzna – cieszyła się, gdy Franek wręczył jej prezenty, coś z kobiecej garderoby. O ojcu i siostrze też pamiętał. Odpowiadał na jej pytania. Pozostałych członków rodziny nie było w domu. Byli w polu.
– Trochę wam pomogę.
– O, to ojciec się ucieszy.
– Mam dwa tygodnie urlopu.
– Jak to dobrze – odpowiedziała. Była to pora obiadowa.
– Gdybym wiedziała, że dzisiaj przyjedziesz, to bym zrobiła rosół z koguta, twoje ulubione jadło.
– Dziękuję, zjem to, co mama ugotowała. Tam, niby u siebie, w stołówce zakładowej nie jadam frykasów. Najczęściej kotlet mielony i zupa jarzynowa lub krupnik.
Nazajutrz wstali wczesnym rankiem. Zjedli śniadanie i pojechali na swoje gospodarstwo kosić trawę na paszę. Tereska została w domu z obowiązkiem karmienia trzody chlewnej. Dzień słoneczny sprzyjał koszeniu łąki. Chociaż lepiej się kosi trawę, gdy jest mokra, rano, po rosie. Pracowali na zmianę z ojcem. Franek umiał też robić właściwy użytek z kosy, tradycyjnego narzędzia rolników. Jeden z nich kosił, a drugi rozrzucał trawę, by szybciej i dobrze zamieniała się w siano nadające się do przechowania. Dzień minął szybko. Gdy wracali z pola, już się ściemniało.
Wojsko go dobrze przygotowało
Po urlopie wracał do zakładu. Stawił się punktualnie w nakazanym terminie. I znów wojaże i praca w warsztacie samochodowym. Lubił to, co robił. Technika samochodowa go interesowała. Wojsko go dobrze przygotowało do obsługi samochodów. Nie było mowy o odstawianiu fuszerki. Zadbał o to sierżant Bronisław Strygalski. Fajny chłop, nauczył Franka sporo. Wspominał go mile, mimo że często podnosił głos. Technika to jego słabość. Ale były wojak miał ambicje sięgające nieco wyżej od jego samochodu ciężarowego. Wiedział, by to się mogło stać realne, musi się jeszcze dużo uczyć, a on nie miał nawet matury. Trzeba podjąć próbę jej osiągnięcia – rozmyślał. Tak się też stało.
Postanowił, że będzie się uczył. Teraz popołudnia i wieczory miał zajęte. Dlatego było mniej spotkań z Olą. Uczył się w wieczorowym liceum dla dorosłych. Miał kłopoty z fizyką i matematyką. Zwrócił się z prośbą o pomoc do jednego z uczniów starszego wiekiem. Pomagał. Czasami dziękując mu drobnymi prezentami. Ola, oczywiście była niezadowolona, że nie ma dla niej czasu. Nie zamartwiał się z tego powodu. Chłopski uparciuch. Po pracy brał się za książki. Z determinacją je wertował. Dalej na urlopy jeździł do rodziców. Zabierał całą stertę podręczników. Tu już nie liczył na pomoc od nikogo.
W jego wiosce nie było jeszcze mieszkańca z maturą. Będą dopiero po latach, a nawet z wyższym wykształceniem, a w tym inżynierowie rolnictwa. Rodzice nie przeszkadzali. Niech Franuś się uczy, przed nim przyszłość. Były wiejski analfabeta, któremu wojsko podało rękę, stworzyło warunki do nauki i osobistego rozwoju, chciał być kimś, coś osiągnąć, co by się liczyło w jego środowisku. Po czterech latach nauki kończy maturę. Ma już średnie wykształcenie. Zauważono to w jego zakładzie. Otrzymał nagrodę od dyrektora huty. Stawiany jest za wzór robotnika, kierowcy, który się dokształca. Jego zdjęcie z opisem zamieszczono na tablicy wyróżniających się pracowników. Proponowano mu wstąpienie do PZPR, lecz odmówił. Powiedział sekretarzowi, że ideologia i polityka go nie interesują.
Gomułka wrócił
Zbliżały się lata tzw. odwilży politycznej, zrywania ze stalinizmem, którego ideologia niewiele miała wspólnego z demokracją. Przeżywał wydarzenia czerwcowe 1956 roku w Poznaniu. Kiedy Władysław Gomułka wrócił do polityki, Franek pierwszy raz w życiu wystąpił na zebraniu załogi, mówiąc z trybuny przez mikrofon. Był to wiec poparcia dla nowych władz. Powie później, że jak przemawiał, to miał wielką tremę, nogi drżały, nie panował nad nimi. Dopiero po paru zdaniach trochę się opanował. Gdy skończył, zerwała się burza oklasków. Był mile zaskoczony taką owacją. Syn rolnika z małej wioski mimo młodego wieku został zauważony przez środowisko robotnicze, bo mówił po ich myśli, rozsądnie. Ten fakt miał duże znaczenie w jego dalszym rozwoju. Uwierzył we własne siły, że może więcej. On, były analfabeta, jest słuchany przez setki ludzi. Był to dla niego bardzo istotny impuls do dalszego samodoskonalenia. Nie wiedział jeszcze, że jest dopiero na początku drogi do sukcesu. Przełamywał w sobie poczucie niewiary, że stać go na więcej.
Nasz bohater podjął studia w wyższej szkole rolniczej na wydziale mechanizacji rolnictwa. Było mu ciężko. Pracował i uczył się, by nie być ciężarem dla rodziców. Ale z uporem chłopskim zaliczał kolejne lata nauki.
Był już ważnym inżynierem
Gdy kończył studia, zbliżał się już do trzydziestki. Inni, także koledzy, w tym wieku już dawno się ożenili i założyli rodziny. Mieli dzieci. On nie. Może dlatego, że chciał coś osiągnąć. Zmienił pracę. Był już ważnym inżynierem w instytucji pracującej na rzecz rolnictwa, jego mechanizacji i unowocześniania sposobów upraw rolnych. Z Olą już dawno mu się nie układało. Rozluźnił z nią kontakty. A nieco później przestali się spotykać. Powiedziała mu, że jest dziwakiem, z którym trudno się dogadać. Nie wiedział do czego ona zmierzała. Po tej sprzeczce przestali się spotykać. Jeździł do rodziny na wieś. Spotykał się z Hanką. Jedynaczka, córka bogatego rolnika, nieźle gospodarującego, miała wielu zalotników. Ale myślała o Franku. Rodzice byli źli na nią.
– Zostaniesz starą panną, jak będziesz tak grymasić, żaden ci się nie podoba – strofowali córkę. A ona wyrosła już na pannę na sto dwa, jak to mówiono we wsi o Hance. Gospodarna, ale i garnęła się do książek. Pożyczała je z biblioteki gminnej, dziś na pewno zlikwidowanej, bo nie ma pieniędzy na upowszechnianie czytelnictwa. Hanka, czytając książki i czasopisma, jakby coś przeczuwała, że całe życie będzie z człowiekiem wykształconym i światłym o zainteresowaniach nie tylko technicznych, lecz także humanistycznych.
Praca Franka w instytucji państwowej, niby rolniczej, nie dawała mu satysfakcji i zadowolenia.
– Ta biurokracja. Komu to jest potrzebne? – często wypowiadał się krytycznie o ich instytucji. Jego stosunek do tego, co robił, nie mógł się podobać jego przełożonym. A on chciał czegoś innego. Marzyła mu się praca bezpośrednia w produkcji rolnej. Dość często przyjazdy do rodzinnej wsi nie pozostały bez wpływu na jego wybór charakteru pracy. Z Hanką coraz bardziej zbliżali się do siebie. Mieli wspólne zainteresowania. Podobała mu się. Była ładną dziewczyną, a w dodatku oczytaną. Konkurencja była duża. Wiedział, że o jej rękę zabiega kilku rolników. Ona jednak nie mogła się zdecydować. Myślała o jednym, o Franku.
Liczyła na to, że może się wreszcie zdecyduje. Imponował jej nie tylko jako mężczyzna, ale również podejściem do życia i pracy. Ojciec jej też miał słabość do Franka, mimo że wiedział, iż nie ma nic, bo ich gospodarstwo obejmie jego siostra. Ale ten dojrzały już chłopak wzbudzał w nim duże zaufanie. Widział w nim dobrą przyszłość dla swego gospodarstwa. Rolnik inżynier. Jeszcze tego nie było w historii całej gminy. Nic dziwnego, że myślał o przyszłości córki, jedynaczki, ale także o dobrym spadkobiercy, który dalej poprowadzi dobrze jego ojcowiznę, a nie tak, jak ci z końca wsi.
Stało się po jego myśli. Młodzi spacerowali w niedzielę po wyjściu z kościoła. Prowadzili dialog. Wracali drogą polną na przełaj do domów. Mocno ją ściskał za rękę. Będąc blisko przy niej, tulił ją delikatnie, oglądając się, czy ktoś nie idzie przez pola. Raptownie zatrzymał się. Stał przed nią. Bardzo blisko. Dotykali się. Wolno twarz skierował do ust Hanki, całując ją delikatnie, powoli. Później w szyję. Nic nie mówili. I odważył się.
– Haniu, nie wiem, jak mnie potraktują twoi rodzice, ale chcę się z tobą ożenić. A jak wiesz, ja nie mam nawet morgi ziemi – wydusił. Chwila przerwy, potem kolejne pocałunki i pytanie, czy chce zostać jego żoną. Spojrzał jej głęboko w oczy. Hanka westchnęła. Widział jej oczy, które żarzyły się ciepłym blaskiem. I w tym momencie już był pewny, że ona powie tak. Ale nie nalegał. Czekał. Jej usta i piersi poruszyły się i odpowiedziała głosem zdecydowanym.
– Tak. A następnie dodała, że jej rodzice są mu przychylni i zgodzą się na małżeństwo z nim. Ale nie powiedziała, że ojciec marzył o takim zięciu jak on. Powie mu, kiedy już będą małżeństwem. Po tych słowach stali dłuższy czas, obejmując się. Pocałunkom nie było końca. Gdy już się nasycili, ruszyli w dalszą drogę. Postanowili, że pójdą do jej rodziców i Franek poprosi o jej rękę.
Kiedy przyjechał kolejny raz do rodzinnej wsi, udali się z Hanką w niedzielę na dłuższy spacer wzdłuż ich rzeki. Tak ją nazywali, Bug, nasza rzeka. Z Sokołowa Podlaskiego, jak zwykle w każdą niedzielę, przyjechało sporo osób. Woda zachęcała do kąpieli, a była czysta jak w studniach wiejskich. Żyło w niej bogactwo różnych ryb. Oj, niejednego rolnika ratowały one przed głodem, kiedy na polach jeszcze wszystko dopiero kiełkowało. A w porze letniej to dopiero jest tam gwarno. Na wypoczynek ściągają tu liczne rodziny z miast i małych miejscowości, by baraszkować w czystej wodzie. Tak jest niemal w całym dorzeczu Narwi, łącznie z Bugiem.
Ale teraz, wiele lat po wojnie, pejzaż tego regionu ma już inny koloryt. Wybudowano tu różne siedliska, domy letniskowe, hotele i pensjonaty. Wcześniej, w latach młodości Hanki i Franka, organizowane były zbiorowe wyjazdy chętnych nad wodę. Kto miał samochód? Prawie nikt. Przewożono wycieczkowiczów samochodami ciężarowymi i nielicznymi jeszcze autobusami firm państwowych i prywatnych, m.in. Jacha, mieszkańca Sokołowa Podlaskiego.
Po latach Franek Sitarski przywoła Hance, już swojej żonie, słowa wypowiedziane na ich spacerze. I rzeczywiście, region ten stopniowo zmienia się, chociaż miejscami w konflikcie z przyrodą, z jej naturą i urodą, oczywiście właściwą sobie specyfiką regionalną. Warto chyba w tym miejscu wspomnieć, że nie tylko do medycyny odnosi się zasada „przede wszystkim nie szkodzić”. Te mądre słowa mają też odniesienie do otaczającej nas przyrody, jej krajobrazów.
Hanka z uwagą słuchała słów Franka, zgadzała się z nim, ale powiedziała, że czuje się jednak najlepiej w swoim domu i wśród życzliwych sąsiadów ich wioski. Podobała mu się jej wypowiedź. – No pewnie, w tym twoim ogrodzie kwiatowym nie można źle się czuć – powiedział, uśmiechając się do swojej wybranki.
– A czy wiesz, kiedy posadziłam te róże, które rosną i zdobią nasz dom od drogi? – spytała.
– Nie, nie wiem – odpowiedział Franek. Wzięła głębszy oddech i nieśmiało powiedziała: Posadziłam je wkrótce po tym, kiedy wręczyłeś mamie piękne kwiaty. Był to bukiet z siedmiu pięknych czerwonych róż. To wówczas postanowiłam, że ja również muszę mieć w ogródku te kwiaty. Franek słowa Hanki przyjął z nieukrywanym wzruszeniem.
Gospodarstwo się powiększało
Po ślubie z Hanką Franek na stałe przeniósł się na wieś. Był już gospodarzem pełną gębą. Teść widząc jego zapał i dobre pomysły, by racjonalnie uprawiać ziemię, dał mu dużo swobody w prowadzeniu gospodarstwa. Nie przeszkadzał, widząc dobre i nowoczesne pomysły swojego zięcia. A zięć był w swoim żywiole, inicjatywa i energia pchały go do sukcesów w plonach i hodowli, którą znacznie rozbudował. Żyli zgodnie. Gospodarstwo się powiększało.
Kupili już sporo ziemi od spadkobierców upadłych gospodarstw. Przybyło maszyn. Był już traktor. Myśleli o kombajnie do zbioru zasiewów. Nie musiał już Borkowski drałować za pługiem, bo Franek siedział na traktorze, orząc wspólnie z teściem ziemię. Chociaż teść już wielokrotnie mówił, jedząc posiłek w polu, że to wszystko jest młodych, tylko trzeba to formalnie załatwić.
– Ojcze, nie tak szybko, trzeba jeszcze trochę pogospodarzyć – odpowiadał Franek.
Te jego słowa w myślach przyjmował z zadowoleniem, bo czuł się potrzebny zięciowi i córce. Praca młodego rolnika paliła się w rękach i pochłaniała go bez reszty. Żyli zasobnie. Dużo sprzedawali zboża i żywca. Mleko odstawiali do mleczarni. Hanka urodziła już dwoje dzieci, córkę i syna. Babcia zajmowała się nimi. Jedna albo druga. Wnuki były kochane przez obie. Maszyny do upraw odciążyły ich ręce od pracy w polu. Dojenie krów też odbywało się przez elektryczne dojarki. Wieś już była zelektryfikowana.
Hanka, rozmawiając z mężem i słuchając planów rozwoju ich gospodarstwa, planów jego powiększenia, powiedziała, że czasami nachodzą ją takie różne myśli, że chce on być dziedzicem całej wsi, jej właścicielem.
– No i co w tym złego – wtrącił się jej ojciec do tej rozmowy. – Ziemia powinna dawać plony, a nie zarastać chwastami. Nie widzisz tego wokół nas? Przecież spadkobiercy chcą sprzedać kilka gospodarstw, które już od kilku lat są nie uprawiane, ziemia jałowieje. Naturą ziemi jest rodzić żywność, dawać plony.
A Sitarski rzeczywiście sporo już wykupił ziemi od młodych spadkobierców uprawiających różne zawody w miastach. – Ale z wykupem całej ich wsi to była gruba przesada, przecież mąż mojej siostry, Stanisław Grzelak, całkiem nieźle gospodarzy – dodał Franek.
– Jego gospodarstwo się rozwija, ma już kilka nowych maszyn rolniczych, planuje też kupno ciągnika.
– To prawda, nasze gospodarstwa rolnicze wciąż są rozdrobnione, małe, niedochodowe – powiedział teść Franka, popierając jego plany rozwojowe dotyczące gospodarstwa.
– Mamy nową, dużą oborę, zwiększymy trzodę chlewną i liczbę krów, będzie trzeba więcej paszy dla zwierząt. Można wziąć pożyczkę z banku na te dwa hektary, które graniczą z naszą ziemią i nie są uprawiane już od kilku lat. Spadkobiercy chcą je sprzedać.
– Popieram propozycję mojego teścia – odpowiedział Franek.
Gospodarstwo się wciąż powiększało o kolejne hektary ziemi. Bank udzielił kredytów. Byli wypłacalni. Było to gospodarstwo rolne liczące już kilkadziesiąt hektarów ziemi. Pan Stanisław Borkowski dumny chodził na spotkania rolników. – To wszystko, co mamy, to praca i starania mojego zięcia, Franka, nie moja, ja mu tylko trochę doradzam – często mówił, gdy go chwalono za dobre gospodarowanie. Frankowi dobijała już pięćdziesiątka.
Trudne, dramatyczne lata
Przyszły lata osiemdziesiąte. Trudne, wręcz dramatyczne. Oczywiście Sitarski interesował się tym, co dzieje się w kraju. Dramatyzm życia Polaków bardzo go uczuciowo dotykał. Nie był obojętny. Oglądał telewizję i czytał gazety, ale był na uboczu wielkiej polityki. Nawet podziały w ruchu ludowym specjalnie go nie zajmowały. Na wsi też było paru krzykaczy. Nie przyłączył się do nich. Robił swoje, a im też radził, by myśleli lepiej o swoich gospodarstwach, a mniej zajmowali się polityką. On produkował żywność i sprzedawał ją także firmom prywatnym. Ale najlepsze interesy były z firmami państwowymi.
Wszystko kupowano na pniu, zabierając nawet swoim transportem. Później za parę lat, kiedy już będzie starszy, to wszystko weźmie w łeb. Produkcja stanie się nieopłacalna. Będą nawet kłopoty ze zbytem produkcji rolnej. Z żalem patrzył na plantację czarnej porzeczki sąsiadów. Dawniej przyjeżdżali i kupowali wszystko po dobrych, opłacalnych cenach. Teraz nawet nie opłaca się zrywać, bo ceny są poniżej kosztów produkcji. On jednak sobie radzi. Zmienia od czasu do czasu rodzaj upraw i wychodzi na swoje. Nie dał się zdusić przez wolny rynek dostosowując się do nowych jego reguł.
Dziś po latach jedno zdarzenie chętnie wspomina. Do ich gminy przybyła wojskowa grupa operacyjna. Zajmowała się stopniem realizacji zadań przez administrację gminną, a zwłaszcza dotyczących spraw rolnych. Chodziło m.in. o mechanizację rolnictwa, działalność kółek rolniczych, zaopatrzenie w nawozy i środki ochrony roślin. Ppłk S. Pogorzelski wizytował wsie gminy. Przejeżdżał m.in. przez wieś, w której mieszkał Franek Sitarski. Jego gospodarstwo wyróżniało się szczególnie, zadbane, porządek i sporo maszyn pod wiatą. Towarzyszył mu przedstawiciel administracji gminnej. Jadąc, przypatrywał się zabudowaniom. Wzrok skierował na zabudowania rodziny Franka, w tym dużą oborę dla bydła i trzody chlewnej.
– O, to jakiś dobry gospodarz, nowoczesny rolnik, jaki tu porządek – powiedział. – Proponuję się zatrzymać, właściciel zabudowań, Sitarski jest na podwórku – oficer chętnie odniósł się do propozycji towarzyszącej mu osoby.
Oczywiście w tym momencie nazwisko Sitarski nic mu nie mówiło. Służył na wielu stanowiskach dowódczych, były setki, a może i tysiące jego podwładnych żołnierzy. Zatrzymali się przed domem. Wyszedł do nich mężczyzna w sile wieku. Jeszcze młody , ale dotykał go już szósty krzyżyk. Przywitali się. Oficer wypowiedział kilka pochlebnych słów o zabudowaniach, wyróżniających się na tle innych. Franek podziękował za słowa uznania. Ale zachował się trochę jakoś sztywno i na chwilę zamyślił się. Przyglądał się bacznie gościowi, przybyłemu oficerowi. Jednak rozpoznał go. Nie mylił się. To jego dowódca plutonu z wojska ppor. S. Pogorzelski. Wymienił jego nazwisko, oczekując potwierdzenia.
– Tak, to moje nazwisko. Pan mnie zna? – zapytał.
– O tak, o panu to ja nigdy nie zapomnę. – Pan inżynier Sitarski – przedstawił go urzędnik gminy, najlepszy rolnik w całej gminie.
– A skąd pan mnie zna?
– Można by długo o tym mówić. Ale powiem krótko: To pan opiekował się grupą żołnierzy analfabetów w jednostce w Wesołej w 1949 roku? To dzięki panu jestem kimś. Nie umiałem czytać i pisać. To pańskie słowa wywarły na mnie pozytywny wpływ.
Oficer był wyraźnie wzruszony słowami inżyniera Sitarskiego. Jakże miłe były one dla niego. Ale nie pozostał mu dłużny.
– To pańska praca nad sobą, ambicje bycia kimś w życiu spowodowały, że jest pan dziś rolnikiem z wyższym wykształceniem odnoszącym sukcesy. To, co było podczas służby wojskowej, to tylko początek tej długiej drogi do dzisiejszych osiągnięć. Wojsko otworzyło panu tylko okno na otaczający nas świat i rzeczywistość życia człowieka w tym świecie – oznajmił.
Zaprosił oficera i towarzyszącą mu osobę do mieszkania. Odbyła się mała biesiada przy stole. Serdecznie częstował gości tym. co było w dobrze zaopatrzonej lodówce. Był kieliszek wódki. Wspominali młode lata, bo przecież ppłk Pogorzelski był od niego starszy tylko o trzy lata. Było bardzo serdeczne pożegnanie. Zapraszał na kolejną wizytę prywatną. Oficer wsiadł do samochodu i trawił słowa Sitarskiego: No widzi pan, potrzeba było tak niewiele, by pomóc człowiekowi rozwinąć skrzydła do lotu po wiedzę, która pozwoliła dojść do czegoś.
Opowieść o Franku Sitarskim to tylko jednostkowy symboliczny przykład przemian, które dokonały się na polskiej wsi, tu, na wschodnich obrzeżach w latach Polski Ludowej.