Konfederacja proponuje podobny kierunek zmian — i tu zaczyna się problem cen
Pięć godzin z dzieckiem na SOR-ze i rachunek na 11 577 dolarów. Ubezpieczenie pokryło część kosztów, ale rodzinie zostało około 3,5 tys. dolarów do zapłaty. To wydarzyło się w Stanach Zjednoczonych — nie w Polsce. I właśnie dlatego powinno nas interesować, gdy Konfederacja proponuje rozbicie monopolu NFZ i wprowadzenie konkurujących ubezpieczycieli. To nie jest ten sam system co w USA. Ale jest w nim podobny element: większa rola rynku i ubezpieczycieli w finansowaniu leczenia.
USA: była ubezpieczona, rachunek i tak przyszedł
5 października Pudelek opisał historię Polki mieszkającej w Stanach Zjednoczonych, która pojechała z dzieckiem na tamtejszy oddział ratunkowy.
Według jej relacji pobyt trwał około pięciu godzin. Szpital wystawił rachunek na 11 577 dolarów. Ubezpieczyciel miał pokryć około 8 tys. dolarów, ale rodzinie nadal pozostało około 3,5 tys. dolarów do zapłaty.
Tomografię wyceniono według przedstawionego rachunku na 5300 dolarów, USG na 2000 dolarów, test na COVID-19 na 800 dolarów, lekarza na 900 dolarów, a samo korzystanie z pomieszczenia szpitalnego na ponad 1200 dolarów.
To pojedyncza historia, więc nie można udawać, że każda wizyta na amerykańskim SOR-ze kosztuje 11 tys. dolarów.
Ale mechanizm jest prawdziwy.
W Stanach Zjednoczonych nawet ubezpieczony pacjent może ponosić znaczne koszty z własnej kieszeni. Amerykańskie przepisy nakazują większości szpitalnych oddziałów ratunkowych zbadać i ustabilizować człowieka w stanie nagłym bez względu na jego zdolność do zapłaty. Nie oznacza to jednak, że leczenie jest bezpłatne.
Najpierw ratunek.
Potem może przyjść rachunek.
Polska działa dziś według innej zasady
W Polsce pacjent objęty publicznym systemem nie dostaje po wyjściu z SOR-u oddzielnej faktury za lekarza, tomografię, USG czy kilka godzin pobytu.
Oczywiście za leczenie płacimy.
Płacimy podatkami i składką zdrowotną.
Ale ryzyko kosztownej choroby rozkładane jest na miliony ludzi.
I właśnie to jest jedna z najważniejszych funkcji publicznego systemu ochrony zdrowia: kiedy zachorujesz, nie musisz mieć na koncie kilku czy kilkudziesięciu tysięcy złotych, żeby otrzymać potrzebną pomoc.
NFZ ma ogromne problemy. Kolejki są za długie, brakuje personelu, a dostęp do części specjalistów jest fatalny.
Tylko że lekarstwem na te problemy nie musi być zwiększanie roli rynku.
Bo rynek medyczny ma jedną bardzo niewygodną cechę.
Pacjent często nie może powiedzieć: za drogo, nie kupuję.
Przy zawale, udarze, nowotworze albo chorobie dziecka trudno mówić o normalnym wyborze konsumenckim.
I tutaj pojawia się Konfederacja
Konfederacja proponuje znaczącą zmianę obecnego modelu.
W kwietniu 2026 roku Sławomir Mentzen przedstawił cztery elementy reformy ochrony zdrowia. Pierwszym była demonopolizacja NFZ i konkurencja między ubezpieczycielami. Kolejne to deregulacja, Indywidualne Konto Pacjenta oraz przeniesienie części obowiązków administracyjnych z lekarzy na innych pracowników.
W lipcu Mentzen ponownie przekonywał w Sejmie do rozbicia monopolu NFZ i konkurencji między funduszami ubezpieczeniowymi, wskazując jako przykłady Niemcy i Szwajcarię.
Trzeba to powiedzieć bardzo wyraźnie:
Konfederacja nie proponuje w Polsce skopiowania systemu amerykańskiego.
To byłoby nieprawdziwe.
Ale proponuje zwiększenie roli konkurujących ubezpieczycieli i mechanizmów rynkowych.
I właśnie tutaj istnieje podobieństwo, którego nie należy ignorować.
Konkurencja ubezpieczycieli nie gwarantuje niskich cen
Największa słabość argumentu „wprowadźmy konkurencję, więc będzie taniej” polega na tym, że rynek ochrony zdrowia nie działa jak supermarket.
Liczba lekarzy jest ograniczona.
Liczba specjalistów jest ograniczona.
Liczba tomografów, bloków operacyjnych i łóżek również.
Jeżeli kilku ubezpieczycieli zacznie konkurować o dostęp do tych samych szpitali i specjalistów, wcale nie jest przesądzone, że ceny spadną.
Amerykańskie doświadczenia pokazują wręcz, że prywatni płatnicy mogą płacić bardzo wysokie stawki.
RAND Corporation ustaliła, że w 2022 roku pracodawcy i prywatni ubezpieczyciele w USA płacili szpitalom średnio 254 proc. tego, co za te same świadczenia zapłaciłby publiczny Medicare.
To niezwykle istotny fakt.
Prywatny ubezpieczyciel nie oznacza automatycznie niższej ceny.
Czasami jest dokładnie odwrotnie.
Więcej ubezpieczycieli to również więcej administracji
Dochodzi jeszcze jeden problem.
Każdy ubezpieczyciel potrzebuje własnych systemów, umów, rozliczeń, kontroli, administracji, negocjacji ze szpitalami i obsługi klientów.
Stany Zjednoczone mają jeden z najbardziej skomplikowanych systemów finansowania medycyny na świecie. Analizy Commonwealth Fund wskazują, że wysokie ceny oraz duże koszty administracyjne należą do głównych przyczyn wyjątkowo wysokich amerykańskich wydatków na ochronę zdrowia.
To nie oznacza, że każda konkurencja między ubezpieczycielami prowadzi do sytuacji amerykańskiej.
Niemcy czy Szwajcaria pokazują inne rozwiązania.
Ale jest warunek: bardzo silne regulacje państwa.
Konkurencja sama w sobie nie jest magicznym lekarstwem na ceny.
Najważniejsze pytanie: kto będzie pilnował ceny?
I tego właśnie trzeba wymagać od każdej propozycji reformy NFZ.
Jeśli powstaną konkurujący ubezpieczyciele, kto ustali cenę tomografii?
Kto będzie negocjował ze szpitalami?
Co stanie się w powiecie, gdzie działa tylko jeden duży szpital?
Co stanie się z pacjentem wymagającym leczenia za kilkaset tysięcy złotych?
Czy dodatkowa administracja ubezpieczycieli nie pochłonie części pieniędzy przeznaczonych dziś bezpośrednio na leczenie?
I przede wszystkim: czy reforma sprawi, że będziemy leczyć więcej ludzi, czy tylko drożej wyceniać te same świadczenia?
To nie są pytania ideologiczne.
To pytania o rachunek.
USA powinny być dla Polski ostrzeżeniem
Historia rachunku na 11 577 dolarów wydarzyła się w USA.
Nie w Polsce.
Konfederacja nie proponuje identycznego systemu amerykańskiego.
Ale proponuje rozwiązanie mające z nim pewną wspólną cechę — większą rolę konkurujących ubezpieczycieli i mechanizmów rynkowych w ochronie zdrowia.
Dlatego amerykańskie doświadczenia powinny być traktowane jako ostrzeżenie.
Bo kiedy państwo traci możliwość silnego kontrolowania cen usług medycznych, prywatny rynek nie musi ich obniżyć.
Może zrobić coś dokładnie przeciwnego.
Może je podnieść.
A wtedy reforma, która miała skracać kolejki i poprawiać efektywność, może zakończyć się systemem droższym zarówno dla państwa, jak i dla pacjenta.
Polski NFZ wymaga głębokich zmian.
Ale zanim ktoś go rozbije, powinien odpowiedzieć na jedno proste pytanie:
co zagwarantuje Polakom, że po reformie nie dostaną lepszej „konkurencji”, ale po prostu wyższy rachunek za leczenie?
Bo w ochronie zdrowia najważniejszym prawem pacjenta powinno pozostać jedno:
kiedy chorujesz, masz dostać pomoc — a nie kalkulator do ręki.
Źródła: Pudelek, Centers for Medicare & Medicaid Services, RAND Corporation, Commonwealth Fund, oficjalne materiały Konfederacji.










