Bociany odlatują do ciepłych krajów, a Polacy wracają do Polski. Na stałe, cieszy się z tego polscy patrioci.
Ostatnią, z kilku „wielkich emigracji” Polaków, obserwowaliśmy na początku XXI wieku. Po wejściu Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku wielu polskich obywateli skorzystało z prawa do poruszania się po zjednoczonej Europie. Mieszkania tam i legalnego podejmowania pracy.
Największa fala emigracyjna ruszyła w 2006 roku. Media pisały wtedy o „dziurze po imigrantach”. Alarmowały nawet, że dziś „z Polski się nie wyjeżdża, lecz ucieka”. Wręcz „wieje”.
Ucieczkę nie wywołała obca „specjalna operacja wojskowa”, lecz poczucie, że w Polsce lepszej przyszłości długo nie będzie. Dlatego lepiej żyć w bogatych państwach, słynących z przyjaznej polityki socjalnej.
W roku 2006 wyjechało do bogatej Europy ponad milion polskich obywateli. Zwykle młodych, którzy „żadnej pracy się nie bali”.
Wyjeżdżali też ci, którzy żadnej pracy imać się nie chcieli. Pasował im konsumpcyjny, redukowany wypłacanym socjalem, minimalizm.
Wyjeżdżali też polscy bandyci i inne gangusy, bo w bogatym społeczeństwie mogli lepiej samorealizować się zawodowo niż polskiej bidzie.
Byli też tacy, którzy nadal emigrowali do USA. Czynili to zwykle z powodów rodzinnych. Socjal w USA był równie kiepski jak w Polsce.
Dziś możemy szacunkowo ocenić, że w 2017 roku przebywało w UE prawie 1,7 miliona polskich obywateli. Był to szczyt polskiej migracji.
W 2025 roku szacowano, że poza granicami Polski przybywa około 1,5 miliona obywateli polskich.
W polskich zasobach mamy też wiele milionów obywateli innych państw, zwłaszcza USA i Brazylii, którzy pielęgnują polskie pochodzenie, kulturę i katolicyzm. Ale gremialnie do Ojczyzny przodków wracać na stałe nie zamierzają.
Z szacunkowych wyliczeń wynika, że stale zmniejsza się populacja obywateli polskich mieszkających w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Szwecji.
Ale nie oznacza to ich powrotów do Polski. Część z nich przenosi się do Hiszpanii, Włoch, Grecji. Albo do Tajlandii. Wielu innych podobno chciałoby do Polski wrócić, ale ciągle się waha.
Dlatego wśród polskich polityków, zwłaszcza tych kupujących wyborcze głosy deklarowanym patriotyzmem i niechęcią do niepolskich migrantów, pojawiają się programy zasilania polskiej substancji narodowej Polakami z zagranicy.
Z bogatego Zachodu i biednego Wschodu.
Na bogatym Zachodnie mieszka ponad milion obywateli Polski. Większość z nich polskie obywatelstwo posiada. Ma też w Polsce rodziny, przyjaciół. Nadal mówi po polsku.
Na biednym Wschodzie, czyli w państwach byłego ZSRR, mieszka około 200 tysięcy osób polskich pochodzenia. Szacuje się, że jest ich około 60-100 tysięcy w Kazachstanie, 85 tysięcy w Rosji, prawie 2 tysiące w Uzbekistanie, do tysiąca w Gruzji. Trudno dziś oszacować ile osób polskiego pochodzenia mieszka jeszcze w Ukrainie. Można przypuszczać, że wszyscy, którzy bardzo chcieli wyjechać do Polski, swój zamiar zrealizowali.
Wydawałoby się, że najłatwiej ściągnąć do Polski rodaków z biednego Wschodu. O repatriacji Polaków z Kazachstanu debatuje się w Polsce od połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.
Niemcy ściągnęli wtedy stamtąd wszystkich swoich rodaków. Polacy nie zdołali. Jedną z hamujących instytucji był polskich kościół katolicki. Prymas Glemp uważał, że reparacja Polaków – katolików to śmierć dla całego kościoła w Kazachstanie i na postradzieckim Wschodzie.
Nie tylko kościół hamował. Wydawałoby się, że Polacy z biednego Wschodu powinni piać ze szczęścia po przybyciu do Ojczyzny swych przodków. Niestety zwykle mówią oni ze wschodnim akcentem. Kiedyś szydzono z nich, bo „ruskie”. Teraz słyszą aby „wypierdalali do siebie”, czyli na Ukrainę.
Znajoma, nieliczna repatriantka z Rosji, nazywana jest w swej Ojczyźnie „banderowską szmatą”. Kiedy wyjaśnia, że przyjechała z Rosji, słyszy „won ruska onuco”.
Problemem życiowym repatriantów ze Wschodu są ich niskie, uzyskane tam emerytury. Nie lepiej kiedy mają kazachską i polską. Teraz hurra patrioci z liberalnej Konfederacji postulują by zabronić dopłat do emerytur zagranicznych. Bo kilku Ukraińców dostało kasę, choć mało pracowali. Dzięki ich akcji może jeszcze kilkunastu innych Ukraińców kasy nie dostanie. Podobnie jak kilka tysięcy Polaków z Kazachstanu, bo prawo obowiązuje wszystkich. Ponieważ większość deklarujących „powrót do Polski” to emeryci lub myślący o życiu na emeryturze, to polscy patrioci powinni pilnować by system emerytalny w Polsce był dla nich korzystny. Nawet kiedy podobne korzyści mogą osiągnąć mieszkający u nas obywatele innych państw.
Ci powracający Polacy– emeryci powinni mieć tu sprawną służbę zdrowia i opiekę. Każdy kto był choć dzień w polskim szpitalu dostrzegł, że sprawność pionu pielęgniarskiego i pomocniczego bazuje na ukraińskich migrantkach. Każdy kto szukał ostatnio osoby do opieki nad starszymi rodzicami najszybciej znalazł opiekunkę pochodzącą z Ukrainy.
Zatem jeśli polscy patrioci, zwłaszcza ci hurra, marzą o powrotach polskich orłów do ojczystych gniazd, niech szybko przekażą „znak pokoju” ich ukraińskim opiekunkom. Inaczej orły znajdą gniazda w Hiszpanii.
Historia światowych emigracji uczy, że zwykle do Ojczyzn wracają emeryci i osoby, które szczęścia za granicą nie zaznały. Ludzie, którzy sukces za granicą osiągnęli, zwykle tam zostają. Mogą Ojczyznę odwiedzać, wspierać ją. Wysyłać dzieci na studia do Polski. Muszą być tu mile widziani.
Państwo polskie ma obowiązek repatriować wszystkich tego pragnących. I przygotować im godne warunki.
Jednak powracający repatrianci i potencjalni emeryci nie wzmocnią znacznie polskiej „substancji narodowej”. Ratunkiem jest wzrost dzietności i programy polonizacji mieszkających w Polsce cudzoziemców.
Ale to wymaga innego poziomu polskiego patriotyzmu.
PS. Kiedy byłem posłem Sejmie RP pracowałem w Komisji Łączności z Polakami za Granicą. W Radzie Europy pracowałem w Komisji Demografii, Migracji i Uchodźców. Jestem członkiem Rady Programowej TVP „Polonia”.









