Ofensywa przeciw Huti, Arabia Saudyjska i walka o Morze Czerwone
Wspierany przez Arabię Saudyjską rząd Jemenu rozpoczął dużą operację wojskową przeciwko Huti. Celem ma być odzyskanie terenów zajętych przez wspierane przez Iran ugrupowanie, w tym strategicznych obszarów nad Morzem Czerwonym. Rijad zapowiada pełne wsparcie operacyjne, Huti odpowiadają rakietami i dronami, a walki zbliżają się do Taiz. Dla wielkich mocarstw stawką są szlaki handlowe i ropa. Dla mieszkańców Jemenu — kolejna fala przesiedleń, głodu i śmierci.
4 października przewodniczący jemeńskiej Rady Przywództwa Prezydenckiego Rashad al-Alimi ogłosił rozpoczęcie operacji mającej odzyskać wszystkie obszary pozostające pod kontrolą Huti i rozszerzyć władzę uznawanego międzynarodowo rządu na całe terytorium Jemenu. Arabia Saudyjska natychmiast zadeklarowała „pełne wsparcie operacyjne” dla ofensywy.
To największa eskalacja wojny domowej w Jemenie od kilku lat.
Rozejm wynegocjowany przy udziale ONZ w 2022 roku nie zakończył konfliktu, ale znacząco ograniczył intensywność walk. Ten okres względnego spokoju właśnie się kończy.
Huti zdobyli wybrzeże. Teraz rząd próbuje je odbić
Obecna ofensywa nie pojawiła się znikąd.
We wrześniu Huti przeprowadzili błyskawiczne natarcie wzdłuż wybrzeża Morza Czerwonego. Przejęli port Mokha, strategiczne wyspy i rozszerzyli kontrolę na okolice cieśniny Bab al-Mandab — jednego z najważniejszych szlaków żeglugowych świata. Reuters podaje, że w ciągu kilku tygodni ugrupowanie zajęło około 150 kilometrów wybrzeża.
To zmieniło układ sił.
Bab al-Mandab jest wąskim przejściem łączącym Morze Czerwone z Zatoką Adeńską i Oceanem Indyjskim. Przepływają tędy tankowce, kontenerowce i statki zmierzające dalej przez Kanał Sueski do Europy.
Według amerykańskiej Energy Information Administration w drugim kwartale 2026 roku przez Bab al-Mandab przepływało około 8,1 mln baryłek ropy i produktów naftowych dziennie.
Kontrola nad tym przesmykiem daje więc Huti coś znacznie większego niż kolejny fragment pustynnego terytorium.
Daje możliwość wywierania presji na światową gospodarkę.
Huti grożą saudyjskiej żegludze
Ugrupowanie zapowiedziało, że saudyjskie statki korzystające z cieśniny mogą stać się celem ataków. Od końca lipca Huti wielokrotnie wysyłali również rakiety i drony w stronę saudyjskiej infrastruktury przemysłowej i energetycznej.
4 października formacja twierdziła, że zaatakowała instalacje państwowego koncernu Saudi Aramco w Rijadzie i w rejonie Khurais.
Huti przekonywali, że operacja była odpowiedzią na dziesiątki saudyjskich nalotów na Jemen.
Saudyjskie władze nie potwierdziły wówczas twierdzeń ugrupowania o skutkach ataków na obiekty Aramco. To ważne rozróżnienie: sam komunikat strony konfliktu nie jest jeszcze niezależnie potwierdzonym faktem.
Podobną ostrożność trzeba zachować wobec danych przedstawianych przez siły rządowe Jemenu.
Ich przedstawiciele informowali o setkach zabitych bojowników Huti i dziesiątkach precyzyjnych operacji wojskowych. Te liczby również pochodzą od jednej ze stron konfliktu i nie zostały niezależnie zweryfikowane.
Wojna informacyjna już trwa równolegle z wojną prowadzoną rakietami.
Taiz może stać się kolejnym centrum wojny
Szczególnie niebezpieczna sytuacja rozwija się wokół Taiz, trzeciego największego miasta Jemenu.
Huti przez lata otaczali i blokowali miasto. W ostatnich tygodniach ponownie rozpoczęli ofensywę w jego okolicach, próbując przeciąć połączenia między Taiz a Adenem — siedzibą uznawanego międzynarodowo rządu.
5 października Associated Press podała, że Huti zdobyli strategiczną miejscowość Turbah, leżącą przy ważnej drodze między Taiz i Adenem. Jeżeli dalsze postępy ugrupowania odetną szlaki zaopatrzeniowe, sytuacja zarówno wojskowa, jak i humanitarna może jeszcze gwałtownie się pogorszyć.
Na mapach wojskowych będzie to wyglądało jak kolejna strzałka przesuwająca się o kilkanaście kilometrów.
Dla ludzi mieszkających na tej trasie oznacza coś zupełnie innego: opuszczanie domów, utratę pracy, zamknięte szkoły, brak leków i coraz droższą żywność.
Ponad 149 tysięcy ludzi już uciekło
To właśnie tutaj znika często najbardziej istotna część opowieści o wojnie.
Świat obserwuje, kto kontroluje port, wyspę czy drogę.
ONZ liczy ludzi, którzy właśnie stracili dom.
World Food Programme podał 2 października, że ponowne nasilenie walk zmusiło do ucieczki ponad 149 tys. osób. Wielu z nich było już wcześniej przesiedlonych przez poprzednie etapy wojny.
Jeszcze bardziej dramatyczne są dane dotyczące głodu.
Według WFP 18,3 mln mieszkańców Jemenu znajduje się w sytuacji ostrego braku bezpieczeństwa żywnościowego. Około 2,2 mln dzieci poniżej piątego roku życia cierpi na ostre niedożywienie, z czego około pół miliona na jego najcięższą formę.
W dostępnych dla organizacji regionach aż 74 proc. gospodarstw domowych nie było w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb żywnościowych.
A ofensywa dopiero się rozpoczyna.
Wojna nie zaczęła się wczoraj
Huti — znani również jako Ansar Allah — przejęli stolicę Jemenu, Sanę, w 2014 roku.
Rok później do wojny wkroczyła koalicja kierowana przez Arabię Saudyjską, próbując przywrócić do władzy uznawany międzynarodowo rząd.
Interwencja, bombardowania, walki wewnętrzne, blokady oraz załamanie gospodarki stworzyły jedną z największych katastrof humanitarnych XXI wieku.
Według szacunków ONZ już do końca 2021 roku konflikt odpowiadał bezpośrednio lub pośrednio za około 377 tys. zgonów. Większość nie była wyłącznie skutkiem pocisków czy nalotów. Ludzie ginęli także wskutek głodu, chorób i rozpadu systemu ochrony zdrowia.
To ważne, bo pokazuje ograniczenie czysto wojskowego sposobu patrzenia na Jemen.
Można zdobyć miasto.
Można zniszczyć wyrzutnię rakiet.
Można przejąć port.
Znacznie trudniej odbudować szpital, zapewnić wodę, przywrócić miejsca pracy i nakarmić miliony ludzi.
Arabia Saudyjska wraca do wojny, z której chciała wyjść
Jeszcze kilka lat temu Rijad próbował ograniczyć swoje bezpośrednie zaangażowanie w Jemenie.
Saudyjska interwencja rozpoczęta w 2015 roku była kosztowna, przeciągała się i nie doprowadziła do militarnego pokonania Huti.
Dziś sytuacja zmieniła się przede wszystkim dlatego, że ofensywa ugrupowania zaczęła bezpośrednio zagrażać saudyjskim interesom strategicznym.
Nie chodzi już tylko o to, kto kontroluje Sanę.
Chodzi o tankowce, terminale naftowe, rurociągi i szlak przez Morze Czerwone.
Reuters informował przed rozpoczęciem ofensywy, że planowana operacja może obejmować ponad 100 tys. jemeńskich żołnierzy, podczas gdy Arabia Saudyjska zapewniałaby przede wszystkim wsparcie lotnicze. Stany Zjednoczone dostarczają Rijadowi informacji wywiadowczych, natomiast niektóre inne państwa udzielają pomocy wojskowej o charakterze głównie defensywnym.
To pokazuje, jak wojna domowa ponownie staje się fragmentem znacznie większej układanki.
Iran po jednej stronie, Arabia Saudyjska po drugiej
Huti są wspierani przez Iran, który przez lata pomagał im rozwijać zdolności rakietowe i dronowe. Rząd w Adenie pozostaje natomiast zależny od wsparcia Arabii Saudyjskiej i jej partnerów.
Jemen staje się więc po raz kolejny miejscem, w którym regionalne mocarstwa rozgrywają własny konflikt przy użyciu lokalnych sił.
To jednak uproszczenie, jeśli uznać Huti wyłącznie za irańskiego pełnomocnika.
Ugrupowanie ma własną bazę społeczną, własne interesy polityczne i od ponad dekady kontroluje Sanę oraz znaczną część północno-zachodniego Jemenu, gdzie mieszka duża część ludności kraju.
Podobnie uznawany międzynarodowo obóz anty-Huti nie jest jednolitą strukturą. Tworzą go różne formacje, grupy plemienne i ośrodki polityczne, często mające między sobą sprzeczne interesy.
Dlatego hasło „odzyskania całego Jemenu” jest znacznie prostsze w przemówieniu telewizyjnym niż na polu walki.
Wielkie mocarstwa widzą ropę. Jemeńczycy widzą głód
W dyskusjach zachodnich mediów o Bab al-Mandab jedno słowo pojawia się wyjątkowo często: ropa.
I trudno się temu dziwić.
Po problemach z transportem przez cieśninę Ormuz trasa przez Morze Czerwone stała się jeszcze ważniejsza dla eksportu surowców z regionu. EIA wskazuje, że zakłócenia na tych szlakach już wpływały w 2026 roku na ceny ropy.
Statki mogą zostać skierowane wokół Afryki.
Tyle że oznacza to dłuższy rejs, większe zużycie paliwa, droższe ubezpieczenia i większe koszty transportu.
Te koszty później nie znikają.
Pojawiają się w cenach przewożonych towarów.
Dlatego niewielka cieśnina między Jemenem a Dżibuti może mieć wpływ również na europejski portfel.
Co wojna w Jemenie może oznaczać dla Polski?
Polska nie jest stroną wojny i nie należy sugerować, że wydarzenia pod Taiz bezpośrednio oznaczają kryzys nad Wisłą.
Istnieje jednak kilka mechanizmów, przez które konflikt może wpłynąć także na polskie gospodarstwa domowe.
Najważniejszym jest globalna cena ropy.
Brent na początku października pozostawała powyżej 100 dolarów za baryłkę, choć interwencje na rynku i zwiększony eksport z Bliskiego Wschodu częściowo ograniczały presję cenową.
Jeżeli Bab al-Mandab pozostanie zagrożony, wzrosną również koszty żeglugi między Azją i Europą.
To może oznaczać wyższe koszty transportu, paliw i części importowanych produktów.
Nie jest to mechanizm automatyczny i nie każda rakieta wystrzelona w Jemenie podniesie cenę benzyny na polskiej stacji.
Ale długotrwała destabilizacja jednego z kluczowych szlaków handlowych świata działa właśnie w tym kierunku.
Bezpieczeństwo nie kończy się na ochronie tankowców
Państwa zachodnie i regionalne mają uzasadniony interes w zapewnieniu swobody żeglugi na Morzu Czerwonym.
Ataki na statki cywilne, terminale energetyczne czy inne obiekty infrastruktury krytycznej mogą zagrozić tysiącom ludzi i światowej gospodarce.
Ale bezpieczeństwa nie można sprowadzić wyłącznie do tego, czy tankowiec bezpiecznie dopłynie do Kanału Sueskiego.
Bezpieczeństwo oznacza również to, czy jemeńskie dziecko ma co jeść.
Czy szpital ma leki.
Czy rodzina może pozostać we własnym domu.
Czy pracownik może zarobić na życie bez przekraczania kolejnych linii frontu.
Jeżeli na ochronę infrastruktury energetycznej znajdują się samoloty, rakiety, wywiad i miliardy dolarów, a równocześnie organizacjom humanitarnym brakuje pieniędzy na żywność dla głodujących, trudno nie zauważyć hierarchii priorytetów współczesnej polityki międzynarodowej.
Nie ma czystej wojny
Rząd Jemenu deklaruje, że chce odzyskać terytorium i przywrócić instytucje państwowe.
Huti twierdzą, że odpierają zewnętrzną agresję i odpowiadają na bombardowania.
Arabia Saudyjska mówi o bezpieczeństwie własnego terytorium i światowej żeglugi.
Iran przedstawia swoje działania jako część szerszej konfrontacji regionalnej.
Każda strona posiada własną narrację.
Cywile mają jednak znacznie mniej skomplikowane potrzeby.
Potrzebują jedzenia, wody, lekarstw, szkół i możliwości powrotu do domu.
I właśnie dlatego sukcesu nowej ofensywy nie powinno się mierzyć wyłącznie liczbą zdobytych kilometrów.
Jeżeli efektem będzie kolejne sto tysięcy uchodźców wewnętrznych, więcej niedożywionych dzieci i dalsze niszczenie infrastruktury cywilnej, nawet najbardziej efektowne zwycięstwo na mapie pozostanie społeczną katastrofą.
Jemen znów staje się polem większej wojny
Najbardziej niebezpieczny element obecnego kryzysu polega na tym, że konflikt jemeński przestał być izolowaną wojną domową.
Łączy się dziś z konfrontacją Iranu ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem, bezpieczeństwem Arabii Saudyjskiej, globalnym handlem oraz walką o kontrolę nad kluczowymi szlakami energetycznymi.
Dlatego ofensywa ogłoszona przez Rashada al-Alimiego może być czymś więcej niż kolejną bitwą w trwającej od ponad dekady wojnie.
Może rozpocząć nowy etap regionalnego konfliktu.
Tylko że dla milionów Jemeńczyków „nowy etap” oznacza powrót do starego koszmaru.
Bomby spadają z nowych samolotów. Rakiety są coraz nowocześniejsze. Drony lecą coraz dalej. Ale ludzie uciekają z domów dokładnie tak samo jak dziesięć lat temu.
I to jest najbardziej gorzka miara postępu w tej wojnie.
Źródła
Artykuł opracowano na podstawie materiałów CNN, Reutersa, Associated Press, World Food Programme oraz U.S. Energy Information Administration.










