Deliberacje pana D.

Stary i młody, biedny i bogaty, wszyscy dziś oni czekają debaty. A prezydent Andrzej, z sobie znaną gracją, chce się debatować, tylko z jedną stacją.

Z tymi debatami to tak było: najpierw można było tylko w TVP, bo tylko TVP się liczyła. Później doprosili się do żłoba prywaciarze, bo jak jest debata prezydencka, to nawet „M jak coś tam” nie wytrzyma z nią starcia. Reklamowego, ma się rozumieć, bo to o to w tej zabawie chodzi. Żeby ściągnąć w jedno miejsce cały reklamowy tort i nie dzielić się ani okruszynką z konkurencją. Po jakimś czasie okazało się, że prywaciarze chcą rozdawać karty po swojemu, bo czemu by nie zbić jeszcze więcej kasy, organizując co najmniej trzy różne debaty – każdą u kogo innego, albo jeszcze lepiej, kilka debat na różne tematy – a to pan A z panią B, pani B z panem D itd. Debatę o zdrowiu, o ekonomii, o polityce jądrowej. Przecież nie da się skomasować tylu ważnych problemów palących Polskę i Polaków w kilkudziesięciu minutach, to jakaś niedorzeczność. Należy więc debat namnożyć oporowo, żeby naród siedział przed telewizorem i najlepiej, aby nawet na moment sprzed niego nie odchodził. Reklamodawcy będą się zabijać o czas antenowy, zarządy będą przyznawać sobie premie za wzrastającą oglądalność, a naród będzie głupiał dalej, ku swojej własnej uciesze; bo przecież to takie profesjonalne, jak nas ci politycy serio traktują; że pozwalają się nam oceniać z różnych punktów widzenia na wiele spraw. Zabasuje w te same tony jeden czy dwóch znanych dziennikarzy z chodliwymi nazwiskami; że to wszak najwyższy wymiar demokratycznego poddania się próbie. I że dobrze, że tych debat dużo. Bo to wszystko o jakość demokratycznych procedur i ich wykuwania na polskiej glebie się rozchodzi. A ja, jak tak słucham tych bzdur, powiem Państwu, że jestem za tym, żeby zrobić debatę jedną, a porządnie. Czyli tak jak chce prezydent Andrzej, ale raczej nie na jego zasadach.

Nie kłamcie nam w żywe oczy, że chcecie nam wszystko wyłuszczyć i wyjaśnić. Im dłużej naród żre się o to, który kandydat będzie lepszy, tym mniej ma czasu, żeby od polityki i polityków odpocząć, a zająć się swoimi sprawami. Niechaj więc politycy zabawią nas w debacie jednej, pokazanej wszędzie naraz, we wszystkich stacjach telewizyjnych i w sieci. Wprzódy niech się dogadają między sobą, kto pytania zadaje, po ile, czy z sali, czy wcześniej zgłoszone. To przecież nic trudnego. I dopiero po ustaleniu tych danych, zróbmy jedną, dużą debatę, a nie 3 czy 4 mniejsze. Czyli mniej więcej tak, jak mówi prezydent. Obawiam się jednak, że za jego intencjami co do ilości debat, kryje się coś jeszcze.

Przed pierwszym debatowym starciem, organizacje monitorujące wolność słowa przestrzegały, że na antenie TVP, urzędujący prezydent może dostać fory, tj. zjeść rosół przed wszystkimi, poznając pytania wcześniej. Może więc być tak, że dlatego Duda nie chce iść do TVN-u teraz, bo czuje, że tam nikt go ulgowo nie potraktuje i że w zderzeniu wyników obu debat-TVN versus TVP, o ile do dwóch by doszło, porażka w TVN-ie mogłaby być nie do odrobienia na antenie TVP. I że lepiej grać na zwłokę, uderzając w słuszny, skąd inąd, ton, że po co mnożyć byty, kiedy wystarczy się dogadać. Bo zgoda buduje.
Chciałbym wierzyć że tak właśnie jest. Że prezydentowi zależy na czasie Polaków, którego nie chce im zabierać ponad to, co musi. Czyli niezbędne, debatowe minimum. Ale wierzyć mi się nie chce. Kiedy ktoś przez pięć lat nauczony jest tylko wygrywać i to podług reguł ustanowionych pod niego, ciężko mu zaakceptować nawet cień porażki. Do tego ostry.