Polityczne prognozy i ostrzeżenia…

Zygmunt Tasjer
Polityczne prognozy i ostrzeżenia…

…niewiele były warte, gdyż nie chciał je nawet ich autor poważnie w rzeczywistości traktować.

Adam Michnik w „Gazecie Wyborczej” (19-20.10.2019) przypomniał swój tekst z „Krytyki” drukowany 17 lipca 1991 roku, obecnie pod tytułem „Trzy fundamentalizmy, 1991”. Materiał poprzedza odautorski wstęp w którym czytamy, że niedawno abp Marek Jędraszewski mówił: „Bojąc się nacjonalizmu, uderzył ten człowiek [A. Michnik – Z.T.] w to, co jest najbardziej istotne dla całej naszej wielkiej tradycji – w patriotyzm. Ten człowiek nie chciał, by nasze życie po ’89 r. kształtowało się według tych trzech słów tworzących jeden wielki program dla Polski – Bóg, Honor, Ojczyzna”. Były jeszcze słowa krytyki z różnych stron i stąd zapewne narodził się pomysł przywołania in extenso artykułu sprzed prawie trzydziestu lat.
Dobrym jednak obyczajem jest znaczyć cytowany tekst cudzysłowem, którego tu zabrakło i dlatego czytamy „Wydaje się również, że musimy na nowo spojrzeć na cały dorobek ówczesnych obozów politycznych… i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakimi meandrami podążała ewolucja antydemokratyczna obecna w myśli obozu belwederskiego, obozu endeckiego i obozu PPS-u.” PiS-u w tamtym czasie nie było (powstał dopiero w 2001 r.), a więc nie mógł tego napisać „ten człowiek” w tamtym czasie. Ale dużo ważniejszą jest nasuwająca się, niewyartykułowana myśl o przewidywalności autora, do której jeszcze wypadnie powrócić.

Zagrażające fundamentalizmy

rozumiane jako „przekonanie, że posiada się pomysł na urządzenie świata dobrego, przy tym zaś świata wolnego od innych konfliktów niż konflikt między dobrem a złem”, to:
• fundamentalizm narodowy, jako „pokusa przyporządkowania wszystkich sfer życia publicznego temu, co określić można mianem interesu narodowego. Interes ów jest każdorazowo definiowany przez pryzmat dosyć szczególnej politycznej perspektywy”;
• fundamentalizm religijny czyli próba ponownego zatarcia granicy między sacrum a profanum, między prawem naturalnym a prawem karnym, między zasadą moralną a normą prawno-państwową;
• fundamentalizm moralistyczny oznacza „zatarcie różnicy pomiędzy normą moralną a regułą walki politycznej”, i dalej „Wtedy moralność bardzo łatwo stać się może fanatyzmem i może być instrumentalizowana dla celów zgoła nieszlachetnych”. Ważne jest także to przekonanie: „mogą być najbardziej podatni ludzie przedsierpniowej i solidarnościowej demokratycznej opozycji, w tym autor poniższych refleksji”.
Trzeba przyznać autorowi rację w kwestii dwóch pierwszych opisanych obszernie, a tu tylko streszczonych, zjawisk natomiast bardzo poważnego dopełnienie wymaga ten trzeci.

Fundamentalizm solidarnościowy,

bo takim go nazywać należy, stał się paradygmatem, w którym dobro, jakim była walka z tzw. komuną dawała prawo nie tylko moralne, ale również to konkretne, stanowione poprzez zdobytą władzę polityczną, a nadto rację do jedynie słusznej oceny zjawisk z przeszłości i teraźniejszości. Logika demokratycznego ładu – szacunek dla adwersarza, więcej, dla obywateli mających wątpliwości czy też inaczej myślących – zastąpiona została walką polityczną pod rozlicznymi moralnymi nawoływaniami wraz ze starą zasadą, że zwycięzca bierze wszystko. I tak to trwa po dziś dzień.
Z tamtych początkowych dni nowej władzy pamiętam jakże odmienne słowa ówczesnego prezesa Telewizji Polskiej Andrzeja Drawicza, który zapowiadając zmiany kadrowe w tej instytucji podkreślał ich ograniczony charakter, nadto deklarując przegranej PZPR obiektywny obraz zbliżającego się jej XI Zjazdu. Jak dalekie były to deklaracje od późniejszych poczynań, od powszechnie stygmatyzującego „homo sowieticus”, jak niestety krótko trwały. Zaklęty podział Polaków na ośmiomilionowe, wrogie dziś sobie obozy po raz pierwszy odnalazł się w czerwcowych wyborach 1989 roku, w których na tzw. listę krajową oddano około osiem milionów głosów. I trwa on, w różnych odniesieniach także obecnie, przy najgłębszym przekonaniu postsolidarnościowych fundamentalistów, że winni są za to wszyscy inni, ale nie oni.

W tamtych rozważaniach

Adam Michnik poświęcił także sporo miejsca populizmowi, jako kolejnemu, poważnemu zagrożeniu. Przypomina, że u źródeł populizmu „leżała świadomość egalitarna, która przez dziesiątki lat legitymizowała komunistyczną władzę. W tym sensie można powiedzieć, że był to bunt przeciwko komunizmowi w imię głoszonych przezeń wartości egalitarnych.” I dalej: „rynek, który jest dziś w Polsce budowany, nie jest ładem, w którym jest miejsce dla sprawiedliwości społecznej jako pojęcia kluczowego. Rynek nie jest od pilnowania sprawiedliwości – rynek jest od wymuszania efektywności i kreatywności. Sprawiedliwości może służyć wtórna dystrybucja dóbr, ale nie mechanizm rynku. Niemniej jednak ów egalitaryzm – zakodowany przez komunizm i przez rewoltę antykomunistyczną „Solidarności” – dziś żyje życiem autonomicznym i jest na równi obecny w dyskursie populistycznym”.
Ten fragment rozważań Michnika można by złośliwie skomentować, co zresztą w szeregu innych sytuacjach dzieje się powszechnie, że wszystkiemu, jak zawsze winna jest komuna. A na poważnie, to dążność do równości występowała już u myślicieli Renesansu, jednym z trzech haseł Rewolucji Francuskiej było właśnie égalité i dopiero później odnalazła się w ideach socjalizmu. Jest więc to oczekiwanie równości pojęciem nie tylko starym, trwale osadzonym w podstawowych ludzkich dążeniach i marzeniach, nadto równym wolności i braterstwa, bliskiego zresztą solidarności.
Nie ma wątpliwości, że szeroko rozumiany rynek w systemie kapitalistycznym nie ma związku z realizacją sprawiedliwości społecznej, a często w stosunkach pracy jest jej pełnym zaprzeczeniem. Jednak ten ustrój z wielu przyczyn, także za sprawą aktywności partii socjaldemokratycznych, z obawy o swoje istnienie i zagrożenie lewicowymi ideologiami, ale również z powodu najzwyklejszej ludzkiej przyzwoitości szeregu prądów i różnych grup wpływu stworzył szereg mechanizmów redystrybucji o charakterze prospołecznym, m. in. państwo opiekuńcze, ograniczających pazerność kapitału. Jeżeli jest ich wyraźny i odczuwalny brak, jeśli następuje ich ograniczenie na rzecz wąskiej grupy beneficjentów kapitału, to rodzą się w masowej skali naturalne warunki do żądania społecznej równości i sprawiedliwości, nazywane populizmem z konotacją negatywną. A populizm to postawy i stanowiska odwołujące się do idei i woli ludu, przeciwne woli i interesom elit. Wydawać by się mogło, że autorowi powinny być ono bliskie, ale uważa on jednak, że zachowania i żądania tłumu w okresie komuny były racjonalne, zaś obecnie takie same „delegitymizują ład parlamentarny i otwierają drogę do autorytaryzmu”. I tym samym nie chce wiedzieć Michnik czego w swojej istocie te żądania dotyczą.

„Istnieje groźba

wielkiego rozczarowania demokracją, jak to już niejednokrotnie w historii Europy bywało… Kiedy załamują się tradycyjne wzory kulturowe i procedury, kiedy źródła i mechanizmy komunikacji społecznej przestają być wiarygodne, wtedy pojawia się mąż opatrznościowy, który staje się nadzieją na opanowanie bezładu i na zbawienie.” Ratunku przed tym niebezpieczeństwem nie widzi autor w ograniczaniu powszechnie odczuwalnych uchybień i zasadniczych przywar porządku demokratycznego w Polsce , a jedyne antidotum odnajduje w odrodzeniu zagubionego etosu i roli polskiej inteligencji oraz w odpowiedzialnych autorytetach.
Kończył swe rozważania Michnik tymi słowy: „czy populizmowi, który jest językiem rewolty, przeciwstawiony zostanie język sporu właściwy demokracji parlamentarnej i państwu prawa. Od tego także może zależeć, czy pokusie autorytarnej, czyli kultowi silnej ręki przeciwstawiony zostanie lad racjonalnej demokracji, czyli kult silnej głowy.”

Na początku lat dziewięćdziesiątych

nie koniecznie trzeba było czytać omawiany tekst aby dostrzec wiele rodzących się już wtedy poważnych zagrożeń, opisywanych co prawda innymi słowy, ale na jedno prawie wyszło. Co prawda ostrzeżenia autora nie miały, jak w niektórych przepowiedniach samospełniającego się charakteru, a mimo to spełniają się z nawiązką.
Paradoks całej, opisanej powyżej sytuacji tkwi w przyjętej przez autora postawie jedynie sygnalisty, u zarania III RP monitorującego o możliwych niebezpieczeństwach, a cytowanym tekstem, w kontekście do współczesności, potwierdzającego wcześniejszą prognozę.
Otóż nie jest to tak, bowiem Adam Michnik przez wiele lat III RP był jedną z najbardziej prominentnych postaci na polskiej scenie politycznej, osobą nadzwyczaj wpływową, z którą liczyli się, a czasem liczyć musieli się, najważniejsi politycy. Zawdzięczał to m. in. swojej politycznej działalności w okresie PRL-u, pozycji w obozie Solidarności i stanowisku redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. Tytuł przez długi okres był rekordzistą nakładu wśród prasy codziennej, ale – co jeszcze ważniejsze – był niepodważalną wyrocznią ocen i opinii, a nadto kreatorem wielu społeczno-politycznych faktów. Podkreślić przy tym należy, że opisaną działalność realizował autor ze swoja gazetą nadzwyczaj aktywnie i ochoczo. Jeżeli takie było umocowanie Michnika w życiu publicznym i taki wpływ tytułu, którym kierował, to w naturalny sposób rodzi się pytanie o waszą Panowie współodpowiedzialność za stan polskich spraw, tych dzisiejszych także.

Oczywiście odpowiedzialność ta

ma inny wymiar niż w przypadku polityków i wszystkich innych, podejmujących określone decyzje o znaczeniu publicznym, co nie zmienia faktu, że niewątpliwie istnieje. Najprościej uzasadnić ją cytatami z omawianego tekstu: „moralność [ta z okresu walk Solidarności z komuna – Z.T] bardzo łatwo stać się może fanatyzmem… źródła i mechanizmy komunikacji społecznej przestają być wiarygodne… W ramach demokratycznego dyskursu jest miejsce dla autorytetów, jeżeli jednak ktoś mówi, że ma być tak a tak, bo to wynika z prawa naturalnego lub z interesu narodowego…to łamie fundamentalną zasadę owego dyskursu.”
Niewątpliwie ta odpowiedzialność istnieje i ma – nawiązując do tak często używanego i ulubionego w kręgach postsolidarnościowych pojęcia – charakter moralny.

Poprzedni

Lewy trafił po raz trzynasty

Następny

Małe mistrzostwa WTA

Zostaw komentarz