Sprzeczność celu i ambicji

Tadeusz Wojciechowski

Zaryzykuję takie, niemal samobójcze stwierdzenie. Nie należę do żadnej partii, ale zawsze obdarzałem sympatią lewą stronę sceny politycznej. Nie oznacza to jednak, że pełnię szczęścia widziałem i widzę tylko w sytuacji rządów lewicy. Przywiązuję zdecydowanie mniejszą wagę do tego. kto aktualnie rządzi, bardziej interesuje mnie jak rządzi.

Od pięciu lat uważam, że PIS i tzw. Zjednoczona prawica rządzą źle. Jak wykazały ostatnie wybory prezydenckie podobny pogląd ma ok. 50 proc. polskiego społeczeństwa, a 50 proc. uważa, że jest wręcz przeciwnie. Niektórzy politycy mówią o tym jak o narodowej tragedii twierdząc, że zostaliśmy podzieleni na dwa zwalczające sie obozy i jeśli się nie zjednoczymy, to nasze losy będą tragiczne. To jasne, że trzeba próbować zasypywać lub łagodzić ten podział. Ale nie tragizujmy – osobiście nie widzę tak ostro tego zagrożenia. Amerykanie od wielu lat są podzieleni na Demokratów i Republikanów, co nie przeszkadza im utrwalać w światowej opinii poglądu, że są jednym z krajów najbardziej demokratycznych i najlepiej zarządzanych.

Dlaczego nie cenię PISu?

Ale wróćmy do „naszych baranów”. Moja krytyczna ocena rządów PISu może być inna, niż wielu innych, którzy też są przeciw i uważają się za opozycję. Nie każdego denerwuje to samo. Mnie najbardziej „wkurzają”:
– nieustanne kłamstwa dotyczące własnych „sukcesów” na tle poprzednich lat – od końca wojny, ale zwłaszcza ostatnich rządów „platformerskich”. Wmawianie mniej wykształconej części Narodu, że tylko my jesteśmy mądrzy – cała reszta to głupole i komuniści;
– zalew werbalnego hurrapatriotyzmu, chwalenie wszystkiego, co w naszej historii było po prawej stronie i oczernianie wszystkiego, co było w neutralnym centrum lub – o zgrozo – przechylało się na lewo;
– chwalenie się doskonałą sytuacją gospodarczą przy wzrastającym zadłużeniu kraju, wzroście cen i zagrażającym wzroście bezrobocia;
– przedwyborczym rozdawnictwem naszych pieniędzy i stwarzaniem wrażenia, że to pieniądze z tajnych zasobów litościwej władzy;
– stopniowe, bezsensowne niszczenie niezależnego wymiaru sprawiedliwości i autokratyczne zapędy ograniczenia niezależności niektórych mediów;
– podlizywanie się Kościołowi i tworzenie państwa kościelnego, uszczęśliwionego prawdziwą (rzadziej) lub udawaną (częściej) ostentacyjną pobożnością władzy;
– zdobywanie sympatii USA przez zobowiązania zakupów zbyt drogiego sprzętu;
– uzupełnianie zasobów kadrowych „ambicjonerami” o ograniczonych kompetencjach, i coraz częściej rzucającym się w oczy, zbyt niskim współczynniku inteligencji.

Demobilizacja

Usłyszałem i zobaczyłem ostatnio w telewizorze dwie czy trzy rozmowy, w których przebijała obawa, że nie mamy instrumentów walki z władzą PISu, że może on jeszcze rządzić długo i wprowadzać kraj na ścieżkę autokratyzmu, albo jeszcze gorzej. Taki pesymistyczny scenariusz jest oczywiście możliwy, ale tylko wtedy, kiedy te niezadowolone 50% nie będzie miało wspólnej koncepcji sprzeciwu i nie wykaże się dostateczną determinacją.

Przed wyborami prezydenckimi nie zdaliśmy w pełni tego egzaminu. Rozumiem – tworzenie wspólnego frontu wymaga przełamania oporów i zgody na pewne różnice poglądów zarówno w sferze ekonomicznej jak i – używając najszerszego określenia – ideologicznej. Wymaga też rezygnacji wielu osób z osobistych ambicji, uznania, że kto inny ma większe szanse zjednywania poparcia, czasem więcej energii i umiejętności negocjacyjnych.

To wszystko jest trudne, ale możliwe i konieczne. Do wyborów parlamentarnych zostały trzy lata. To pozornie dużo czasu. Ale samo opracowanie i uzgodnienie strategii może zająć więcej niż rok. Przy istnieniu wspomnianych różnic nie sądzę, aby był możliwy jakiś rodzaj połączenia w formie „zjednoczonego centrum”. Trzeba też „stworzyć” wspólny i prosty program, nie rezygnując z bardziej szczegółowych programów poszczególnych ugrupowań. Trzeba uznać, że wspólnym i podstawowym celem politycznym jest odsunięcie PISu od władzy. Ambicja partyjne i osobiste muszę być uznane z drugoplanowe, a ich sprzeczność z głównym celem maksymalnie wytłumiona.

A Trzaskowski?

Czy Rafał Trzaskowski, powinien brać w tym udział? Zadeklarował właśnie, że stanie na czele „Ruchu Obywatelskiego”. Taki ruch może pomóc w zjednoczeniu lub chociażby synchronizacji sił opozycji, o czym wyżej pisałem Jego aktywność w tworzeniu tego Ruchu może więc być pożądana, ale – moim zdaniem – tylko jako aktywnie uczestniczącego w życiu politycznym prezydenta Warszawy. Za 5 lat będą znowu wybory prezydenckie i to właśnie on powinien w nich uczestniczyć, jako kandydat tak czy inaczej współpracującej opozycji. Będzie miał dopiero 53 lata, idealny wiek dla prezydenta państwa, nie za dużo i nie za mało. Jestem przekonany, że prawica nie będzie miała nowego kandydata o takich walorach osobistych, tak wszechstronnie wykształconego i tak szeroko znanego we wszystkich przedziałach wiekowych i zawodowych społeczeństwa. Jestem zresztą przekonany, że gdyby ostatnie wybory były w pełni demokratyczne, to on by je wygrał. PISOwi nie uda się powtórzyć scenariusza wspomagania kandydata nie tylko przez państwową propagandę, ale także przez państwowe struktury organizacyjne. Pan Premier i niektórzy ministrowie usiłowali stworzyć coś w rodzaju politycznego kabaretu. Było to zarazem smutne i śmieszne, ale mimo wszystko nie nadążało za naszymi kabaretowymi profesjonalistami.

Poprzedni

Stop głupocie!

Następny

Gospodarka 48 godzin

Zostaw komentarz