Warszawski luksus posiadania

Warszawa da się lubić, śpiewał ongiś artysta. Pewnie się da. Tak jak Toruń, Kluczbork i Mława. Może się też nie dać, jak ją się ludziom skutecznie obrzydzi. PiS, za pomocą telewizji rządowej co i rusz mówi Polakom, że ni jak się nie da, bo rządzący nią Trzaskowski, gotuje warszawiakom finansowe piekło. Jak to jest z tym stołecznym piekłem? Rzeczywiście aż tak parzy, czy już może dawno zamarzło?

Jeśli jakieś miasto ma nadawać ton całej reszcie, to zawsze musi to czynić stolica. Tak było, jest i będzie. To z niej mają wychodzić do reszty kraju sygnały, świadczące o tym, że państwo nie gnuśnieje, tylko śledzi nowości i zważa na to, co dzieje się w świecie; ona ma wytyczać ożywcze ścieżki w architekturze, sztuce, ale i w myśleniu o współczesnych metropoliach, które przez ostatnie 20 lat zmieniły się nie do poznania. Żeby jednak to wszystko mogło się wydarzyć, trzeba mieć otwarte oczy, które pozwolą nadążać za światem, a, co tu kryć, tempo przemian jest w dzisiejszych czasach szaleńcze.

Jarosław Kaczyński pamięta Warszawę powojenną, pamięta Warszawę komunistyczną, doskonale też pamięta Warszawę dekady lat 90., i na tym jego pamięć się kończy. A jak kończy się jego, tożsamym jest, że wszyscy jego ludzie, nawet z pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków, którzy w PiS-ie moszczą się jak księżniczki bez posagu, nie mogą myśleć o mieście stołecznym inaczej niż prezes. Więcej, nie mogą myśleć o tkance miejskiej, o urbanizacji, inaczej, niźli myślało się w latach 70. Bo prezes tego nie zrozumie, a jak nie zrozumie to nie zaakceptuje. Nawet, jeśliby bardzo chcieli, szczytem ich marzeń o nowoczesnym smart city są parkometry na ulicach. I o te parkometry właśnie dziś w Warszawie idzie bój.

Władza leje krokodyle łzy na antenie tefałpe, nad podłym losem prostego mieszkańca Warszawy, w związku z planowanym prze administrację Rafała Trzaskowskiego, poszerzeniem strefy płatnego parkowania. Ta bowiem, od wrześnie ma objąć, m.in. Żoliborz. Bezpośrednio dotyka to mnie, bo właśnie tu mieszkam. Ale nie narzekam. Uważam, że to dziejowa konieczność. Można w mieście radzić sobie bez samochodu, a dziś, nawet trzeba. Najbardziej znany lokator z Żoliborza też powinien mieć na to wy..walone, bo auta ani prawa jazdy nie posiada, więc ani to go grzeje, ani ziębi. Tak się bowiem dzieje w dużym mieście, że z każdym dniem przybywa w nim aut. Odpowiedzialna władza musi więc sprostać wyzwaniu. Zakazywać, jak na razie, ludziom jeżdżenia samochodami po stolicy nie zamierza, choć są na świecie takie stolice, gdzie większe lub mniejsze zakazy przemieszczania się obowiązują; w mieście A, w określone dni, na ulice mogę wyjeżdżać auta posiadające rejestrację z numerem parzystym bądź nieparzystym; w mieście B, wjazd do centrum jest dodatkowo płatny; w mieście C do miasta mogą wjechać auta nie starsze niż pięcioletnie. Jeszcze w innym, nie tak daleko od nas, włodarze miejscy zabierają co kwartał parę miejsc, oczywiście płatnych, z puli parkingów municypalnych, nie informując o tym rządowych mediów; ot, po prostu, miejsc ubywa, a wraz z nimi, samochodów, dymiących po ulicach i trujących ludzi. Nad wszystkimi tymi ruchami władz stolic światowych unosi się oczywiście smog, a w smogowej chmurze ukryta myśl, której naród nasz nadal nie rozumie, bo jest wciąż za bardzo na wschodzie niż zachodzie swojego myślenia. Ta myśl grzmi podzwonnym, że, auto jest dziś luksusem. Przynajmniej w metropolii.
Jak rozumie to Jarosław Kaczyński? Ano dosyć prosto i pokracznie; tak, jak musi rozumować człowiek z poprzedniej epoki. Samochód był bowiem dobrem luksusowym. Byle chama, do niedawna, nie było stać na swoje auto. Człowiek oszczędzał, ciułał, a maluch, z roku na rok, i tak ciągle droższy. Dziś, kiedy mamy dobrodziejstwo 500 plus, auto nie jest więc towarem luksusowym, ale dobrem powszechnym, na które niejedna rodzina, w tym wielkomiejska, wreszcie może sobie pozwolić. Może w końcu przestać tłuc się autobusami, z państwowego cyca wyssać parę groszy, i kupić używkę na szrocie. Zapakować rodzinę i jeździć w odwiedziny do babci, z Młocin na Gocław i z powrotem. A kiedy się zepsuje, kupić drugie. I dalej jeździć. Wozić dziatwę na obiadki do kumostwa. I móc parkować pod blokiem, żeby seniorka nie czekała na wnuczki z wystygniętymi kartoflami. Aż tu nagle, w ten piękny, familijny paradygmat, swoją tęczową łapę wsadza Trzaskowski i liberalno-lewackie lobby, które mówi warszawiakom: owszem, auto jest luksusem, a za luksus trzeba płacić. W tej Warszawie, w której przyszło nam żyć, samochodów jest dużo za dużo. Jeśli więc ktoś chce koniecznie posiadać wóz, musie się liczyć z niedogodnościami i opłatami, bo za każdy luksus się becaluje. W tym wypadku, za luksus posiadania. Chcesz jeździć swoim i wozić swoją odbytnicę w cieple i spokoju własnego wehikułu, to płać więcej. Za parkowanie, za ubezpieczanie, za wszystko. Bo auto dziś, to nie spuścizna po komunie, na którą czekałeś Polaku-Cebulaku, ale luksus. Świat, przez ostatnie 20 lat, a zwłaszcza duże miasta, zmieniły się, a Ty, człowieku prosty, przeleżałeś ten czas pod lodem; myślałeś, że będzie zawsze jak dawniej; że te same warzywniaki, szkoły i przychodnie, a tu nagle okazało się, że do miasta zjechało się za chlebem słoików od metra i teraz nie masz gdzie zaparkować swojego Golfa za pięć trzysta, bo stoi tam już auto z Parczewa albo Konina. A przecież prezes mówił, że się wam należy. I telewizja mówi, że się tak należy, bośmy stąd od czasów Gierka, kiedy rodzice przyjechali z Grójca. Albo i sprzed powstania. I z Kongresówki. I teraz nasze córy i syny nie mają gdzie parkować. Skandal. Ano właśnie tak. Nie zaparkują, bo po pierwsze nie ma miejsca, a po drugie matka ziemia nie wydoli już tak dłużej, i następne pokolenia mogą w ogóle się nie urodzić. Ale żeby to zrozumieć, trzeba być ponad to, co Marek Suski nazywa myśleniem. Nie jest to znowu aż takie trudne, choć efekty używania mózgu przez jego i jemu podobnych czasami mogą przerażać. Lepiej w takich wypadkach słuchać tefałpe, Danuta Holecka powie każdemu chętnemu, jak myśleć, bo w końcu jej za to płacą.