Wije kontra Hedora

Są tacy ludzie, znam nawet kilku. Unikam ich jak ognia. Ludzie ci lubują się w upokarzaniu innych; podnieca ich sprawianie ludziom przykrości; gnojenie ich przy najbliższych; publiczne wyciąganie brudów i pranie ich na widoku. A potem upajanie się swoją władzą nad drugim człowiekiem, który musi pokornie wypełnić wolę pana i pokajać się przed nim, jak pies przed hyclem.

Znajomy mój, który miał swego czasu dobrze wydeptane ścieżki u jednego z protegowanych Zbigniewa Ziobry, został zaproszony przez protegę na urodziny. Oprócz mojego kolegi, zupełnie zawodowo niepowiązanego ani z prawem, ani z lewem, ani z palestrą, na urodziny przyszli głównie prokuratorzy i pracownicy Ministerstwa Sprawiedliwości. Pojawił się także, jako największy z nich, rangą i posturą, pewien znany prokurator, nazwijmy go…Hedora. Znajomy opowiadał, że Hedora bawił się przednio, a wokół niego co rusz pojawiał się nowy paź, który mu nadskakiwał. Ci, którzy akurat mu nie nadskakiwali, omijali Hedorę łukiem, żeby nie wpaść mu czasem w oko, bo to samo w sobie było już niebezpieczne. Kiedy towarzystwo trochę się podpiło, wywiązała się dyskusja, na temat pewnej pani prokurator z Wybrzeża, która podpadła Hedorze swoją pryncypialnością, która to, w konkretnym, omawianym przypadku, była nie do pogodzenia z wizją polityczną Hedory i jego apologetów. Kiedy Hedora jął słać w towarzystwie gromy pod jej adresem, zaprotestował nieśmiało, jeden z prokuratorów z młodszego pokolenia, słowami, że na dobrą sprawę, pani ma jednak rację, i chyba to ciut za duży kaliber z którego Hedora do niej mierzy. Hedora po tych słowach, kiedy zapadło kłopotliwe milczenie, spojrzał tylko po dyskutantach, po czym zwrócić się miał do młodziana w żołnierskich słowach, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że jeśli tak bardzo mu zależy na koleżance, to wywali z roboty jego, a nie ją. Jaki był finał tej historii nie wiem, bo mój znajomy wyszedł z pokoju w którym sytuacja miała miejsce, żeby uniknąć niezręcznej sytuacji.

Jarosław Kaczyński wywrócił parę dni temu stolik, przy którym łaskawie pozwolił przycupnąć Zbigniewowi Ziobrze i Jarosławowi Gowinowi. Za pretekst posłużyła nowelizacja ustawy o prawach zwierząt. Kto patrzy na naszą scenę polityczną od jakiegoś czasu, ten zdaje sobie sprawę, że gra idzie jednak o coś zupełnie innego; o wpływy w partii po odejściu prezesa, o spółki skarbu państwa i miejsca na listach, czyli de facto, o spółki skarbu państwa, które, jeśli dostanie się miejsce biorące, obsadzi się później swoimi ludźmi. Ziobro i Gowin doskonale wiedzą, ile tak naprawdę wynosił ciężar win i kar, który leżał na przewróconym przez Kaczyńskiego stoliku. Mylili się więc także i ci, którzy twierdzili, że Kaczyński nigdy w życiu nie ruszy Ziobry, bo ten ma szafy pełne haków na prezesa, po które sięgnie, kiedy ten zechce go zepchnąć w przepaść. Prawdopodobnie Ziobro ma co nie bądź na Kaczyńskiego, ale Kaczyński zna również sporo grzeszków Zbigniewa Z. Zna jednak, przede wszystkim, numery oraz stany kont ludzi Ziobry i Gowina, pouczepianych u cyców przy państwowych, dojnych krowach. Wie dobrze, że gdy Ziobro nie okupi się w dołach, nikt nie obroni go na górze. A nie okupi się, kiedy prezes powie, że albo PiS i spokojny żywot na państwowym, albo lojalność wobec Zbigniewa, który da wam tyle, co sam on, czyli zero. Ludzie, zwłaszcza dziś, kiedy każdy etat jest na wagę złota, potrafią liczyć. A z rachunku wyjdzie im jedno. Jaki prezes jest taki jest, ale dbający o swoich, to on jest.

Kaczyński robi więc to co robi, bo uwielbia patrzeć, jak inni wiją się przed nim jak padalce, bo wiedzą, że karty z przewróconego stolika są w jego rękach. Wszystkie. Całą talia. Wije mogą, co najwyżej, nieudolnie blefować, ale wynik rozgrywki jest z góry przesądzony. Wrócą, przeproszą, ucałują pierścień, przemyślą sprawę. Ustawa przeszła i tak, bez ich pomocy, a dopóki prezes nie wybiera się na tamten świat, lub przynajmniej na emeryturę, każdy kto chce coś na prawicy znaczyć, musi pamiętać, gdzie są klucze do kabiny i kto je trzyma w biurku na Nowogrodzkiej. Można oczywiście honorowo wyjść i wrócić do powiatu na inspektora w domu kultury, ale honorem nikt dziatwy i pięciu kochanek jeszcze nie nakarmił.