Zgodnie z rozporządzeniem przyjętym 15 września br. przez Radę Ministrów – miesięczna płaca minimalna od 1 stycznia 2027 roku będzie wynosić 4950 zł brutto, a minimalna stawka godzinowa – 32,30 zł brutto. Obecnie wynoszą one odpowiednio 4808 zł i 31,40 zł. Oznacza to więc wzrost tych stawek o 144 zł i 0,90 zł (90 groszy) brutto, czyli o niespełna 3 procent. Natomiast w kwocie netto („na rękę”) przyszłoroczna płaca minimalna – za pełen etat – wyniesie 3703,93 zł, co oznacza wzrost o niespełna 100 zł względem obecnego jej pułapu. Strona związkowa domagała się podniesienia najniższego krajowego wynagrodzenia do kwoty co najmniej 5200 zł brutto, jednak na forum Rady Dialogu Społecznego nie osiągnięto kompromisu i rząd, z poparciem strony pracodawców, przeforsował swoją – minimalistyczną – stawkę.
Szacuje się, że zwaloryzowana na takim poziomie płaca minimalna nie przekroczy 50 % przewidywanego na przyszły rok przeciętnego wynagrodzenia brutto. Liczba pracowników aktualnie zarabiających w Polsce na poziomie najniższego krajowego wynagrodzenia jest szacowana na blisko 2 miliony osób, a więc ok. 12 proc. wszystkich pracujących.
Rząd koalicyjny premiera Tuska zwaloryzował płacę minimalną na praktycznie najniższym dopuszczanym przez ustawę poziomie, tj. (w przybliżeniu) o przewidywaną inflację, która i tak może wzrosnąć. Podniósł ją o tyle, o ile musiał. Nie zrobił tego w interesie pracowników, a jedynie tzw. pracodawców/przedsiębiorców (w tym również państwowych), którym zależy na tym, aby szeregowym pracownikom płacić jak najmniej. Nawet w nikłym stopniu nie przychylił się tym samym do postulatów związków zawodowych żądających podwyżki najniższych pensji do co najmniej 5200 zł brutto – o 250 zł więcej.
Warto przy tym pamiętać, że minimalne krajowe wynagrodzenie stanowi pewien punkt odniesienia dla wszystkich zatrudnionych – tak w sektorze prywatnym, jak i publicznym. To poziom, poniżej którego nie można – przy pełnoetatowym zatrudnieniu – zejść. Jest ono ważne dla milionów pracowników, jako minimum bytowe oraz (również dla tych nieco lepiej zarabiających) jako baza porównawcza i negocjacyjna. Przyznajmy szczerze, że „najniższa krajowa” w kwocie 3700 zł netto (na osobę) może ewentualnie wystarczyć na skromne życie w niektórych regionach Polski, gdzie koszta utrzymania są niższe, jednak w dużych aglomeracjach – z szalejącymi cenami w szczególności najmu oraz mieszkań – są to śmieszne pieniądze.
Tymczasem ministra polityki społecznej Dziemianowicz-Bąk z tzw. Lewicy, wraz ze swoim otoczeniem, raczy nas zapowiedziami projektów ustaw o systemowym podniesieniu płacy minimalnej np. do 55 proc. prognozowanego na kolejny rok przeciętnego krajowego wynagrodzenia. Jednak nie ma dla takich rozwiązań prawnych poparcia ani ze strony większości rządu, ani większości parlamentarnej. Jej – w założeniach słuszne – projekty można więc interpretować w obecnie panującej rzeczywistości jako przysłowiowe „gruszki na wierzbie” – roztaczanie obietnic mających przykryć bieżącą, antypracowniczą politykę rządu. A na tę politykę – Lewica nie chce lub nie potrafi wywrzeć realnego wpływu…
Jan Woźniak











