XII Kongres Obsługi Gotówki wykazał, że szeleszczący i brzęczący pieniądz to warunek funkcjonowania naszego kraju w trudnych czasach
– Na ekranie widzą państwo dwa banknoty stuzłotowe. Proszę zdecydować, skanując wybrany kod, który z nich jest prawdziwy, a który fałszywy – powiedziała, na wstępie swojego wykładu o nowej erze fałszowania pieniędzy, dr. Joanna Kołodziej z departamentu emisyjno-skarbcowego Narodowego Banku Polskiego. Słuchało jej kilkaset osób, uczestniczących w XII Kongresie Obsługi Gotówki w Warszawie. Okazało się, że 53 proc. uczestników dobrze rozpoznało oba banknoty. – Na sali są profesjonaliści, więc zrozumiałe, że większość zagłosowała prawidłowo. Niefachowcy mogą jednak mieć kłopoty z wykryciem sfałszowanych banknotów – skomentowała dr. Kołodziej.
O fałszowaniu polskich pieniędzy nie słyszymy zbyt często, a służby nie chwalą się rozbijaniem gangów podrabiających gotówkę. Jest to jednak problem, który trudno całkowicie rozwiązać, bo choć banknoty są coraz lepiej zabezpieczane, to zawsze znajdą się fałszerze próbujący szczęścia. I wciąż, w polskim obrocie gotówkowym można trafić na fałszywki. W 2023 roku wykryto, dokładnie licząc, 3869 sztuk fałszywych banknotów. Rok później nieco więcej, bo 4406. Ubiegły rok utrzymał tendencję wrostową – 4966 fałszywych polskich banknotów. To wprawdzie bardzo niewiele, bo około 1,3 sztuki na milion, tym niemniej ten przyrost nieco niepokoi. Może w 2026 roku ta liczba trochę spadnie, bo służbom udało się zlikwidować wytwórnię podrobionych pięćsetzłotówek w Sochaczewie. Ale dopóki papierowa gotówka będzie popularna, doputy będą zdarzać się fałszerstwa.
Gotówka w Polsce wciąż zaś trzyma się mocno, choć banki działające w naszym kraju usiłują najróżniejszymi sposobami zniechęcać klientów do korzystania z papierowych pieniędzy. Nie pomaga jednak utrudnianie dostępu do stacjonarnych oddziałów kasowych z obsługą fizyczną czy zerowe oprocentowanie tradycyjnych kont. Przekorni Polacy, jakby w reakcji na te bankowe szykany, wręcz wracają do gotówki. Badania pokazują, że około 80 proc. polskich klientów załatwia swoje sprawy wyłącznie w bankach posiadających oddziały stacjonarne, mimo przeszkód wymyślanych przez bankierów. Według danych NBP, w maju bieżącego roku, wartość pieniędzy papierowych i metalowych znajdujących się w obiegu osiągnęła 482,5 miliarda złotych.
Pod względem przywiązania do gotówki jesteśmy na drugim miejscu w Unii Europejskiej, zaraz za Niemcami. Polska jest jednak jedynym krajem UE, gdzie udział gotówki w aktywach finansowych gospodarstw domowych przekracza 10 proc. (dokładnie licząc, 11,3 proc na koniec ubiegłego roku). Warto dodać, że w całej Unii Europejskiej ten udział wynosi zaledwie 3,2 proc – czyli prawie cztery razy mniej, niż w naszym kraju
Nasza sympatia do szeleszczącego i brzęczącego pieniądza zaczęła wyraźnie rosnąć w związku z pandemią i napaścią Rosji na Ukrainę – i ta tendencja się utrzymuje. Wolimy trzymać część zasobów w domu, mając świadomość, że w razie jakiegoś ataku hakerskiego na system bankowy, czy w związku z poważnymi zagrożeniami geopolitycznymi, banki po prostu wstrzymają wypłaty środków na zasadzie „Misia”: Nie wypłacimy panu pańskich pieniędzy, i co nam pan zrobi? To zresztą w Polsce nie pierwszyzna. W 1939 roku, przed niemiecką agresją, Polacy też wycofywali pieniądze z banków – i słusznie robili. Podobnie, również słusznie, zachowywali się pod koniec lat osiemdziesiątych, w czasach wysokiej inflacji, gdy gotówkę wycofywaną z banków zamieniali na dolary, marki zachodnioniemieckie i funty brytyjskie.
W dzisiejszej dobie, banki działające w naszym kraju nie martwią się jednak tym, że Polacy są tak bardzo przywiązani do gotówki. Rzecz w tym, że ogromną część naszych pieniędzy – bo aż ponad 1000 miliardów złotych – przechowujemy na rachunkach bankowych z zerowym lub niemal zerowym oprocentowaniem. To oczywiście olbrzymi zysk dla banków, które nie muszą wypłacać odsetek. Oczywiście, nie robimy bankierom tych finansowych prezentów z sympatii do nich – lecz dlatego, że stosują oni sprawdzoną metodę, mającą w maksymalnym stopniu utrudnić nam korzystanie z bardziej opłacalnych lokat. Chodzi tu o ograniczenie czasu trwania wszelkich promocji bankowych (co ma miejsce zapewne we wszystkich bankach działających w Polsce) jedynie do trzech miesięcy. Po tych trzech miesiącach, wyższe oprocentowanie kont spada do poziomu zerowego lub niemal zerowego. Przykładowo, w państwowym PKO BP, oprocentowanie nowych środków na tzw. koncie oszczędnościowym plus wynosi 4 proc. w skali roku – ale tylko przez 90 dni. Po tym okresie oprocentowanie tego konta spada do 0,1 proc. w skali roku. W BNP Paribas Banku, w ramach trwającej obecnie promocji, oprocentowanie tzw. konta lokacyjnego wynosi 3,75 proc. rocznie – ale po 30 października tego roku spadnie do 0,19 proc. I taka jest właśnie polityka bankierów.
Po upływie wspomnianych trzech miesięcy, banki z reguły proponują kolejne promocje, na bardzo podobnych zasadach ale pod inną nazwą. Oczywiście, można z tych promocji korzystać. Wymaga to jednak zmieniania co trzy miesiące numerów rachunków bankowych, na które trafiają nasze pensje, emerytury oraz przelewy z tytułu faktur. Mało kto ma tyle samozaparcia, by z taką częstotliwością informować swoich pracodawców, Zakład Ubezpieczeń Społecznych i wszelkich kontrahentów, że powinni wysyłać pieniądze na coraz to inne numery kont.
Bankierzy, cynicznie lecz słusznie uważają, iż w ciągu tych trzech miesięcy klient na tyle przyzwyczai się do swojego konta, że po zakończeniu promocji nie będzie mu się chciało zamykać rachunku i przenosić gdzie indziej. Tak więc, chociaż będzie wiedział, że finansowo traci, to nic z tym nie zrobi. W rezultacie, Polacy zostawiają pieniądze na praktycznie nieoprocentowanych rachunkach, ponosząc coraz większe straty z tytułu inflacji. Banki zarabiają zaś gigantyczne sumy z tytułu niewypłacania odsetek. A ponieważ bankierzy chcą zarabiać naszym kosztem jeszcze więcej, to nagminnnie pozwalają swoim klientom na dokonywanie za darmo tylko jednej operacji na rachunku w ciągu miesiąca. Za każdą następną każą już płacić.
Bardzo możliwe, że kiedyś ta polityka banków obróci się przeciwko nim – i miliony Polaków dojdą do wniosku, że przechowywanie pieniędzy na rachunkach bankowych traci sens, skoro z pieniędzy trzymanych w domu można praktycznie w każdej chwili zrobić użytek bez ponoszenia dodatkowych opłat. Już dziś przecież nasz kraj jest europejską, gotówkową twierdzą.
Włodzimierz Kiciński, wiceprezes Związku Banków Polskich, słusznie stwierdził podczas XII Kongresu Obsługi Gotówki, że w Polsce gotówka jest w coraz lepszej formie, pomimo rozmaitych pomysłów i zabiegów marketingowych mających ograniczyć jej znaczenie.
Paweł Szałamacha, członek zarządu NBP podkreślił zaś, iż ludzie chcą mieć pewność, że będą w stanie zaspokoić swoje potrzeby życiowe w niełatwych czasach – i dlatego zapotrzebowanie na gotówkę może nadal w Polsce rosnąć. – Wtedy, gdy na teren naszego kraju wlatywały rosyjskie rakiety lub drony, rosła liczba pobrań gotówki. Polacy trzymają ją w domach w celach ostrożnościowych. Jak deklarują: „na wszelki wypadek” – dodał.
Zrozumiałe więc, że z prac XII Kongresu Obsługi Gotówki popłynął jeden podstawowy wniosek: fizyczny pieniądz, który można schować do portmonetki jest bardzo ważnym elementem odporności całego systemu finansowego – a więc i całego naszego państwa – na wszelki zagrożenia; zarówno informatyczne, jak i te najbardziej bezpośrednie, militarne. W trudnych czasach gotówka jest po prostu niezbędna.













