Wszyscy chcą dopaść Lecha

W miniony weekend w 9. kolejce z powodu wykrytych zakażeń Covid-19 przełożono na inne terminy mecze Podbeskidzia z Zagłębiem, Wisły Płock z Pogonią, Lechii ze Śląskiem oraz Górnika z Piastem. Awansem rozegrano dwa spotkania z 10. kolejki – Śląska z Górnikiem i Pogoni z Podbeskidziem.

Z powodów sanitarno-epidemiologicznych cztery mecze 9. kolejki zostały przełożone: Podbeskidzie Bielsko-Biała – Zagłębie Lubin na 16 listopada), Wisła Płock – Pogoń Szczecin na 19 listopada), a Lechia Gdańsk – Śląsk Wrocław oraz Górnik Zabrze – Piast Gliwice na 20 listopada). Ponieważ ekipy Śląska, Górnika, Pogoni i Podbeskidzia były gotowe do gry, władze PKO Ekstraklasy postanowiły już w ten weekend rozegrać awansem mecze z następnej kolejki ligowej. We Wrocławiu Śląsk zremisował z Górnikiem 0:0, natomiast spotkanie Pogoni z Podbeskidziem odbędzie się w poniedziałek 9 listopada.
Najważniejszymi wydarzeniami 9. kolejki były niedzielne mecze Legii Warszawa z Lechem Poznań oraz Rakowa Częstochowa z Wisłą Kraków (oba spotkania zakończyły się po zamknięciu wydania). Większe emocje towarzyszyły rzecz jasna spotkaniu w Warszawie, bo Legia jest przecież aktualnym mistrzem, a Lech wicemistrzem Polski, ale nie z tego powodu przyjazd ekipy „Kolejorza” na Łazienkowską budził największe emocje. Lechici są jedynym polskim zespołem, który w tym sezonie przedarł się przez czterostopniowe kwalifikacje i awansował do fazy grupowej europejskich pucharów. Wprawdzie gra w mniej prestiżowej Lidze Europy, lecz nawet w tych pucharowych rozgrywkach zarabia poważne pieniądze, które po tym sezonie mogą wywindować poznański klub nawet na pozycję najbogatszego polskiego klubu, które od wielu lat niezagrożenie okupowała Legia. Dlatego dla właściciela warszawskiej ekipy Dariusza Mioduskiego w niedzielnym starciu liczyło się tylko zwycięstwo i tego żądał od trenera Czesława Michniewicza.
Dla piłkarzy „Kolejorza”, mających w nogach zwycięski czwartkowy mecz w Lidze Europy ze Standardem Liege, który wygrali 3:1, potyczka z Legią tym razem nie była aż taki wielkim wyzwaniem jak bywała w ostatnich sezonach, a już na pewno nie równorzędna ambicjonalnie jak dla legionistów potyczka z nimi. Lechici w październiku rozegrali sześć meczów, tyle samo mają zaplanowanych w listopadzie. Zespół prowadzony przez trenera Dariusza Żurawia wciąż walczy na trzech frontach – w PKO Ekstraklasie, Lidze Europy i Pucharze Polski, a na dodatek od września co miesiąc około dziesięciu piłkarzy poznańskiego klubu wyjeżdża na zgrupowania różnych reprezentacji narodowych. Stąd biorą się wątpliwości, czy lechici wytrzymają takie obciążenie. Trener Żuraw zapewnia, że wytrzymają. „Mamy szeroką kadrę, możemy stosować rotację” – zapewniał szkoleniowiec. Jego zawodnicy od trzech tygodni grają praktycznie co trzy dni, a z tak niby szerokiej kadry Lecha aż 12 graczy ma w tym sezonie na liczniku już po 10 meczów. Rekordziści to Tymoteusz Puchacz i Dani Ramires, którzy zagrali w 15 spotkaniach Lecha, a przecież do tego trzeba jeszcze doliczyć występy w reprezentacjach.
Dla porównania, w drużynie Rakowa tylko pięciu piłkarzy ma na koncie po 10 rozegranych meczów. To tłumaczy, dlaczego Lech lepiej gra w Lidze Europy niż w krajowej lidze. Przynajmniej na razie, dopóki lechici wciąż mają szansę na wywalczenie awansu do 1/16 finału. Po meczach z Benficą Lizbona (2:4), Glasgow Rangers (0:1) i Standardem Liege (3:1) zajmują na razie w swojej grupie trzecią lokatę ze stratą czterech punktów do prowadzących zespołów Benfiki i Rangers.