Imperium w teatrze lalek. Dlaczego Trump grozi, a nikt się nie boi?

fot. White House / Flickr

Zarządzanie przez ultimatum, szantaż ekonomiczny i teatralne gesty – oto esencja drugiej kadencji Donalda Trumpa. Właśnie w ten sposób – w brawurowym stylu talk-show, a nie dyplomacji – ogłosił 50-dniowe ultimatum wobec Rosji. Albo Kreml wycofa się z Ukrainy, albo USA wprowadzi cła i sankcje wtórne. Problem w tym, że choć sankcje wtórne mogą być realnym narzędziem presji, sposób ich ogłoszenia i styl komunikacji Trumpa budzą więcej śmiechu niż strachu. To raczej demonstracja strategicznej niecierpliwości niż świadomego zarządzania siłą.

Za tą pozą stoi przekonanie, że Władimir Putin – mając do wyboru utratę legitymacji wewnętrznej lub amerykańskie sankcje – wybierze kapitulację. Tyle że to nie tylko naiwność, to również kompletne niezrozumienie rosyjskiej determinacji i realiów konfliktu. Putin pozostaje nie wzruszony, gdyż gospodarka i armia Rosji zbudowały taką odporność, iż nie wycofa się pod naciskiem sankcji czy gróźb. Inwazja na Ukrainę nie była wbrew pozorom jego błędem – to strategicznie zaplanowane naruszenie suwerenności, zbrodnicza eksterminizacja ukraińskiej państwowości. To wojna imperialna, której brutalnej logiki nie złamie protekcjonalna retoryka ani medialne ultimata.

Propozycje ceł na eksport wart 3 miliardy dolarów – obejmujący nawozy, uran i stal, czyli towary, które tylko marginalnie zasilają amerykański rynek – brzmią jak klaunada. Trochę poważniejsza jest zapowiedź tzw. sankcji wtórnych, czyli gróźb wymierzonych nie w Rosję, lecz w jej partnerów handlowych – przede wszystkim Chiny i Indie, a w mniejszym stopniu również Unię Europejską. Trump zapowiedział 100-procentowe taryfy na import surowców z tych krajów, jeśli nie przestaną kupować rosyjskiej ropy. W tle obecny jest jeszcze oczywiście Sanctioning Russia Act of 2025 – projekt zakładający 500-procentowe taryfy, który choć jeszcze nie trafił pod głosowanie, już zyskał poparcie ponad 80 senatorów. Tak wysoki poziom obciążeń celnych wykracza poza prezydencki dekret – żeby wprowadzić takie taryfy, potrzebna jest ustawa, czyli większość w Kongresie i formalna procedura legislacyjna. A na razie to nie uchwały ani decyzje ustawodawcze, lecz medialne gesty nadają ton tej polityce – bardziej przypominającej giełdową panikę niż strategię mocarstwa.

Sankcje wtórne są poważniejszą groźbą, gdyż mogą być skuteczne – ale tylko jako część precyzyjnie zaplanowanej, wielostronnej koalicji. Eksperci z Atlantic Council i Brookings ostrzegają, że działania jednostronne, ogłaszane w trybie medialnym, antagonizują sojuszników i destabilizują globalny handel. W rękach Trumpa nawet dobre narzędzia zamieniają się w broń samobójczą.

Indie kupują rosyjską ropę nie z sentymentu, lecz z chłodnej kalkulacji: chodzi o stabilność energetyczną, bezpieczeństwo dostaw i korzyści z tanich kontraktów rozliczanych poza dolarem. Rosyjski surowiec trafia tam przez flotę cieni, a Nowe Delhi nie zamierza rezygnować z tej dźwigni strategicznej. Chiny, budując alternatywny ład finansowy oparty na juanie i rozwijając bezdolarowy system rozliczeń, ograniczają podatność na amerykańskie sankcje i wzmacniają swą pozycję w globalnym układzie sił. Również inne kraje – od Turcji po Brazylię – korzystają z okazji do handlu z Rosją, traktując presję USA jako część rywalizacji o wpływy, a nie moralny imperatyw. Europa, mimo retoryki, nie zerwała wszystkich więzi gospodarczych z Rosją – bo nie może sobie na to pozwolić bez wywołania kosztów społecznych. Grożenie tym państwom, bez planu i koordynacji, to nie strategia, lecz droga do ich dalszego dystansowania się od USA. To także sygnał, że Waszyngton nie potrafi już tworzyć architektury porozumienia – zamiast budować koalicje, straszy je cłami. Zaufanie do dolara, systemu SWIFT i całej liberalnej wizji globalizacji kruszeje, bo porządek Zachodu przestał być uniwersalny. Dziś alternatywa nie jest już abstrakcją – ma nazwę, instytucje i własne interesy. Nazywa się BRICS.

Rosja przekształciła swoją gospodarkę w strukturę wojenną. Alternatywne szlaki morskie, rozliczenia w walutach innych niż dolar, wspomiana flota cieni – to wszystko działa. Ropa płynie, broń się produkuje, rubel jako tako funkcjonuje. Według IMF i CSIS rosyjska gospodarka urosła o 3,6% w 2023 i 4,1% w 2024 roku, a na 2025 prognozowany jest wzrost o 1,5%. To materiałowa odporność państwa surowcowego z centralistycznym zarządzaniem, choć okupiona stagnacją konsumpcji i militaryzacją gospodarki. I niestety – jak na razie, to wszystko działa. Rosja, mimo sankcji, wojny i izolacji, nadal świetnie funkcjonuje – głównie dlatego, że Stanom Zjednoczonym od samego początku wojny brakuje zdecydowania i wiarygodnych propozycji dla sojuszników Kremla

Odnośnie tego, jak zareagowały rynki po ogłoszeniu Trumpa rosyjska giełda nie zareagowała dramatycznie – wręcz przeciwnie, poszła w górę. Inwestorzy ocenili, że ultimatum może nie zostać spełnione lub nie przyniesie realnych konsekwencji.

Na poziomie wojskowym sytuacja również nie jest korzystna dla USA. NATO ogłasza nowe pakiety pomocowe, ale ich znaczenie nie nadąża za dynamiką frontu. Zachodnie arsenały świecą pustkami, przemysł nie nadąża. Patrioty i IRIS-y chronią miasta, ale nie wypierają Rosjan z okopów. Rosja mobilizuje, rotuje, atakuje. To nie jest defensywa. To wojna prowadzona z determinacją i planem.

Wierzyć, że jedno ultimatum z ust prezydenta, który stale myli realną władzę z medialnym spektaklem, może coś zmienić, to pomylić deklarację z rzeczywistością. W geopolityce głośność nie zastępuje skuteczności. Pogróżki nie są substytutem władzy, a symboliczne gesty nie tworzą realnych skutków. Rosyjskie kalkulacje są brutalnie racjonalne – dopóki cena wojny nie przekracza zysków – wojna trwa. Rozejmy nie następują po groźbach, lecz po porażkach. Jeśli więc po 50 dniach nie zostaną podjęte realne działania, Biały Dom może stanąć przed wyborem: eskalować i ryzykować kolejne porażki albo wycofać się i zostać zdemaskowanym ostatecznie jako polityczny niepoważny blefiarz.

Ale na tym właśnie polega dramat Trumpa – on musi teraz coś zrobić, by nie stracić twarzy, lecz jednocześnie raczej nie ma gotowości do poniesienia kosztów prawdziwego uderzenia. Najprawdopodobniej więc wybierze drogę medialnego dymu, czyli znane nam gesty pozorujące siłę, doraźne cła, oświadczenia bez pokrycia. Rozmycie całości. Dla Waszyngtonu będzie to kolejny akt gry pozorów. Dla Ukrainy – rozczarowanie brakiem realnego wsparcia. Dla świata – kolejny sygnał, że imperium się chwieje.

Oczywiście, istnieje też mniej prawdopodobny, lecz nie całkiem nierealny scenariusz: że Trump, wbrew oczekiwaniom, zdecyduje się na wdrożenie sankcji wtórnych z pełnym impetem i realnym egzekwowaniem. Taki ruch mógłby rzeczywiście podnieść koszt współpracy z Rosją i zakłócić jej kanały eksportowe – ale tylko za cenę potężnych wstrząsów w globalnym handlu, wzrostu cen energii i kryzysu w relacjach z Azją. Byłby to atak totalny, który mógłby Moskwę zaboleć – ale także mocno osłabić zdolność USA do zarządzania sojuszami. Najbardziej odczułoby to Globalne Południe – państwa Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej, z których wiele już dziś balansuje na granicy kryzysu energetycznego i zadłużenia. Wzrost cen surowców, zaburzenia łańcuchów dostaw i dalsze upolitycznienie handlu tylko pogłębiłyby asymetrię w globalnym systemie.

Geopolityka nie opiera się na moralnych apelach, tylko na twardym rachunku sił, interesów i geografii. Państwa nie porzucają celów egzystencjalnych, bo ktoś z oddali unosi głos. Porzucają je, gdy koszt staje się nie do udźwignięcia. Jeśli jednak Trump rzeczywiście wdroży sankcje wtórne, nie będzie to ani zwycięstwo, ani porażka – lecz punkt zwrotny. Kraje spoza tzw. Zachodu już budują alternatywne instytucje. Nowe cła i ograniczenia tylko przyspieszą ten proces. A w dłuższej perspektywie to nie Moskwa, lecz Waszyngton może stracić więcej. Dlatego myślę, że finalnie Trump blefuje. Chociaż z nim to nigdy nic nie wiadomo.

Mateusz Stolarz

Poprzedni

Bieda powszechna

Następny

Wartość inwestycji zagranicznych Chin od początku 14. planu pięcioletniego przekroczyła oczekiwany cel