Trump mianuje się szefem „Rady Pokoju” w Gazie

Official White House Photo by Daniel Torok / Flickr

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump ogłosił powołanie nowej „Rady Pokoju” dla Strefy Gazy i mianował samego siebie jej przewodniczącym. Organ, który ma decydować o odbudowie i tymczasowym zarządzaniu zniszczonym palestyńskim terytorium, powstał bez udziału Palestyńczyków na najwyższym szczeblu decyzyjnym i z wyraźną dominacją polityków oraz biznesmenów powiązanych z amerykańskim establishmentem i bezwarunkowym wsparciem dla działań Izraela. Inicjatywa, przedstawiana jako projekt pokojowy, już na starcie budzi zarzuty neokolonializmu, cynizmu i politycznej hipokryzji.

Biały Dom ogłosił utworzenie nowego organu polityczno-wykonawczego pod nazwą „Rada Pokoju” dla Gazy. Według administracji USA ma on realizować 20-punktowy plan Donalda Trumpa dotyczący odbudowy zniszczonego terytorium, jego tymczasowego zarządzania oraz procesu stabilizacji i demilitaryzacji po wojnie. W praktyce oznacza to próbę narzucenia nowego modelu władzy i kontroli nad Gazą z zewnątrz, bez realnego mandatu społecznego i bez suwerenności palestyńskiej.

Na czele rady stanął sam Donald Trump, co już samo w sobie jest niedorzeczne. Prezydent USA, który w przeszłości jednostronnie uznał Jerozolimę za stolicę Izraela, konsekwentnie wspierał izraelską politykę okupacyjną i marginalizował stronę palestyńską, ogłosił się dziś głównym architektem „pokoju” w jednym z najbardziej krwawych i nierozwiązanych konfliktów świata. Konfliktu, który od lat jest finansowany i podtrzymywany przez Stany Zjednoczone — zarówno politycznie, jak i militarnie — poprzez wielomiliardową pomoc wojskową i stałe dostawy broni dla Izraela.

W skład założycielskiego zarządu wykonawczego weszli sekretarz stanu USA Marco Rubio, znany z twardych, proizraelskich stanowisk, specjalny wysłannik ds. Bliskiego Wschodu Steve Witkoff, zięć prezydenta Jared Kushner, który już wcześniej traktował Bliski Wschód jak projekt inwestycyjny, prezes Banku Światowego Ajay Banga, szef funduszu Apollo Global Management Marc Rowan oraz zastępca doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Robert Gabriel. Skład ten pokazuje, że „Rada Pokoju” od początku ma charakter polityczno-biznesowy, a nie humanitarny czy pokojowy.

Jedynym członkiem zarządu, który nie posiada obywatelstwa amerykańskiego, jest były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair. Jego obecność budzi szczególne kontrowersje. Blair jako szef brytyjskiego rządu był jednym z głównych architektów inwazji na Irak w 2003 roku — wojny opartej na fałszywych przesłankach, która doprowadziła do destabilizacji całego regionu i setek tysięcy ofiar. Trudno o bardziej symboliczny przykład politycznej ironii niż powierzenie mu roli współtwórcy „pokoju” w Gazie.

Sam Blair przyjął nominację z entuzjazmem, nazywając ją „prawdziwym przywilejem” i określając plan Trumpa jako „niezwykłe osiągnięcie”. Stwierdził również, że jest to „najlepsza szansa na zakończenie lat wojny, cierpienia i chaosu”. Krytycy zwracają jednak uwagę, że podobnych słów używano już przed wojną w Iraku, a ich skutki były tragiczne.

Jeszcze ostrzej wypowiedział się były doradca Blaira, Ashish Prashar, który skrytykował skład rady, mówiąc, że „wygląda na to, iż jedynym kryterium przyjęcia do tej rzekomej rady pokojowej w Gazie jest posiadanie solidnych osiągnięć w popieraniu działań Izraela wobec Palestyńczyków”. Ta ocena trafnie oddaje charakter inicjatywy, w której nie znalazło się miejsce ani dla przedstawicieli palestyńskiego społeczeństwa obywatelskiego, ani dla realnych głosów krytycznych wobec izraelskiej polityki wojskowej.

Równolegle do powołania zarządu wykonawczego Trump rozesłał zaproszenia do światowych przywódców, by dołączyli do szerszego gremium „Rady Pokoju”. Prezydent Argentyny Javier Milei określił zaproszenie jako „zaszczyt”. Zaproszenia otrzymali także prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan oraz premier Kanady Mark Carney, który — według informacji z administracji — ofertę przyjął. Egipt poinformował, że analizuje zaproszenie skierowane do prezydenta Abdela Fattaha al-Sisiego. Lista zaproszonych państw pokazuje, że Trump próbuje nadać inicjatywie międzynarodową legitymację, mimo że jej fundamenty pozostają jednostronne.

Administracja USA zapowiedziała również utworzenie odrębnego organu operacyjnego odpowiedzialnego bezpośrednio za sprawy Gazy, z udziałem Turcji, Kataru, Egiptu oraz Zjednoczonych Emiratów Arabskich, mimo wyraźnego sprzeciwu Izraela. Decyzja ta ma odzwierciedlać rolę tych państw w negocjacjach zawieszenia broni z Hamasem w październiku. Jednocześnie pokazuje ona, że realne bezpieczeństwo regionu nadal rozgrywa się ponad głowami Palestyńczyków, w gabinetach obcych rządów.

Na miejscu w Gazie funkcję Wysokiego Przedstawiciela ma pełnić były wysłannik ONZ na Bliski Wschód Nickolay Mladenov. Będzie on pośredniczył między administracją Trumpa a 15-osobowym palestyńskim komitetem technokratycznym odpowiedzialnym za codzienne zarządzanie Strefą Gazy, kierowanym przez Alego Shaatha, byłego wiceministra Autonomii Palestyńskiej. Sam fakt, że Palestyńczycy zostali sprowadzeni do roli technokratycznych administratorów, a nie politycznych decydentów, jest przez wielu komentatorów uznawany za próbę trwałego pozbawienia ich podmiotowości.

Bezpieczeństwo oraz proces demilitaryzacji ma nadzorować Międzynarodowa Siła Stabilizacyjna dowodzona przez amerykańskiego generała Jaspera Jeffersa. Oznacza to faktyczne umiędzynarodowienie kontroli wojskowej nad Gazą bez jasnych gwarancji, że nie stanie się ona kolejnym narzędziem presji politycznej.

Ogłoszenie „Rady Pokoju” następuje w momencie, gdy sytuacja humanitarna w Gazie jest katastrofalna, a izraelska ofensywa – mimo formalnego zawieszenia broni – wciąż zbiera śmiertelne żniwo. Od października, według lokalnych służb zdrowia, zginęło ponad 450 Palestyńczyków, w tym cywile, kobiety i dzieci, na skutek izraelskich ataków i operacji wojskowych. Mówienie w tym kontekście o „wzajemnych naruszeniach rozejmu” coraz częściej brzmi jak polityczna zasłona dymna dla brutalnej, asymetrycznej przemocy państwa okupacyjnego wobec uwięzionej i bezbronnej ludności. Palestyński komitet technokratyczny szacuje, że odbudowa Gazy potrwa co najmniej siedem lat — o ile Izrael nie zdecyduje się ponownie zniszczyć tego, co wcześniej zbombardował.

Plan Trumpa od początku rodzi więc pytania, czy mamy do czynienia z rzeczywistą próbą zakończenia konfliktu, czy raczej z politycznym projektem zarządzania zrujnowanym terytorium bez zgody jego mieszkańców. Krytycy mówią wprost o neokolonialnym modelu „pokoju bez Palestyńczyków”, w którym decyzje zapadają w Waszyngtonie, Londynie i salach zarządów wielkich korporacji, a nie w Gazie. To, czy „Rada Pokoju” przyniesie stabilizację, czy jedynie utrwali niesprawiedliwy status quo, pozostaje pytaniem, na które odpowiedź może okazać się tragiczna. (K.L)

Redakcja

Poprzedni

Algorytmy wchodzą do pracy. Jak platformizacja zmienia europejski rynek zatrudnienia

Następny

Kropnąć z kropidła